melodramat · 8 min czytania
Czerwone iskry, białe noce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Zrobiłam gulasz – mówi Elly, stawiając na stole parujący półmisek. – Przypomni ci o domu – dodaje, uśmiechając się do Vajka. - Hm, tak, na pewno. Bardzo miło z twojej strony, dziękuję. Kochana Ell, naprawdę kochana. To przecież nie jej wina, nie może wiedzieć, że mąż nie chce sobie przypominać, że woli wyglądać przez okno i widzieć słoneczny Rzym zamiast pochmurnych uliczek Budapesztu, a na obiad zjadłby typowo włoskie spaghetti. Że zamieszkał tu tylko po to, by zapomnieć. Ale Eleonora nie powinna wiedzieć takich rzeczy. Je powoli, przeżuwając długo kawałki mięsa i spoglądając ukradkiem na żonę znad rozłożonej gazety. - Nie smakuje ci? – pyta Elly, a na jej jasnej twarzy pojawia się ten uroczy wyraz zakłopotania. - Skąd, kochanie. Jest pyszne. – Uśmiecha się do niej i obserwuje, jak zakłada za ucho ciemny kosmyk, który wymknął się ze starannie upiętego koczka. Słodka, dobra Eleonora. Vajk patrzy i myśli, że nie mógłby trafić lepiej, bo na całym świecie nie ma tak pięknych czarnych oczu i długich, jedwabistych włosów, nawet tych ślicznych dołeczków w policzkach. Dobrze wie, że nie mógł trafić lepiej i tylko czasem, naprawdę rzadko, śni mu się roziskrzone czerwone spojrzenie, a potem jasna grzywka opadająca na spocone czoło. Ale to tylko czasami. Niekiedy budzi się w nocy, z trudem łapiąc powietrze, jednak uspokaja się nadzwyczaj szybko, wsłuchany w miarowy oddech żony. Zwykle jest odwrócona plecami, więc wtula nos w jej włosy, idealnie gładkie i ciemne, ani trochę potargane. Zawsze pachną fiołkami - żadnych niespodzianek. W takich chwilach szybko zasypia ponownie i nie śnią mu się już żadne koszmary, nikt nie krzyczy, nie ma skołtunionych włosów ani przekrwionych oczu. To już trzy lata, mój Boże, całe trzy lata. Takie sny, dzięki Bogu, od trzech lat zdarzają się coraz rzadziej.
***
{i} - Znów nie wzięłaś lekarstw – mówi to spokojnie, nie podnosi głosu, bo wie, że to i tak na nic, że Gillian go nie posłucha. Teraz siedzi w fotelu, skulona, z kolanami podciągniętymi pod brodę, i wodzi nieprzytomnym spojrzeniem po ścianach mieszkania. - Nie są mi potrzebne – odpowiada zachrypniętym głosem. Zaraz potem wstaje, podchodzi do okna, robi wszystko, by nie patrzeć Vajkowi prosto w oczy. Już do tego przywykł. - Są, Gill, przecież dobrze wiesz. Wypuścili cię tylko dlatego, że zgodziłaś się je brać. – Słysząc to, ona odwraca się i przemierza dzielącą ich przestrzeń kilkoma krokami. Zupełnie niekobiecymi, szczerze mówiąc. - Wcale nie – łapie go za koszulę i szepcze tak gorączkowo, jakby to były ostatnie słowa w jej życiu – wcale nie, Vajk. Już mi przeszło, wyzdrowiałam, naprawdę. – Oczy Gillian błyszczą, zupełnie, jakby miała gorączkę, usta są suche i spierzchnięte, a policzki niezdrowo zaróżowione. Vajk nie chce na to patrzeć, nie ma zamiaru widzieć tak oczywistych rzeczy, więc przyciąga ją do siebie i obejmuje mocno, czując przez materiał ubrania, jak chude palce dziewczyny zaciskają mu się na plecach. – Naprawdę, naprawdę, naprawdę… - Słowa stają się niewyraźne, bo kładzie mu głowę na ramieniu. - Nie, Gill, to tak nie przechodzi.
Tydzień później rzuca się na sąsiadkę z naprzeciwka. Znowu ją zabierają.{/i}
***
- Muszę ci o czymś powiedzieć – oznajmia spokojnie Ell i uśmiecha się wyjątkowo łagodnie. Vajk cieszy się, że nigdy, w żadnym jej uśmiechu nie dostrzegł ani cienia szaleństwa. Urocza, wspaniała Elly. Domyśla się, o co chodzi, bo jego żona już od kilku dni nie czuje się dobrze i wymiotuje, najczęściej rano. Kiedy już Eleonora to mówi, tak dziwnie rzeczowym tonem, Vajk przytula ją lekko, jakby obejmował powietrze, i ona tak samo, bo ledwie czuje dotyk jej dłoni. Nie ma w tym nic niespodziewanego, ani odrobiny gwałtowności. I dzięki Bogu, mówi sobie Vajk,…