Fantasy · 10 min czytania
Czerwony Demon
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Uciekał prosto przed siebie, na oślep, sam nie wiedział, jak długo. Dziesięć, może piętnaście minut. Przedzierał się przez zarośla blokujące drogę. Próbował ich unikać, jednak ciemność skutecznie mu na to nie pozwalała. Niewidoczne gałęzie zaczepiały o jego ubranie, raniąc jego ciało. Na dodatek miał je umazane we krwi wyciekającej z ust. Na plecach widniały rany, zadane bardzo ostrym narzędziem. Biegł tak jeszcze kilkanaście sekund, potykając się o korzenie wystające z ziemi. W pewnym momencie jego organizm zaczął się buntować. Gdy nieznośny ból rozsadzał Gdy nieznośny ból rozsadzał jego piersi z powodu braku powietrza, a nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, zatrzymał się. Złapał się za lewy bok i zaczerpnął powietrza. Ciężko oddychając, wypluł nadmiar krwi, zebranej w ustach i rozejrzał się po okolicy. Z początku nie docierało do niego, gdzie się znalazł. Zmęczenie i strach uniemożliwiały skupienie się. Pochylił się, aby zebrać myśli i spróbować zatrzymać szalejący ból głowy. Po chwili udało się. Kiedy rozejrzał się, wszędzie widział przeróżne drzewa, krzewy. Wysokie, niskie, grube lub cienkie. Z wyglądu przypominały te, które widział chodząc po Wschodnim Lesie; te same kolory, to samo powietrze. Jednak po chwili poczuł się jakoś dziwnie. Brakowało mu czegoś. Uzmysłowił sobie, że nie słyszał żadnych głosów zwierząt, a do tego jakaś dziwna para unosiła się przy samej ziemi - wirowała i skręcała się. Z jej głębi co jakiś czas wydobywał się cichy szum. Pomijając zmęczenie i chłód, na jego ciele pojawiły się dreszcze, które nie były jednak spowodowane zimnem. Poczuł, jak otaczające go rośliny, próbują pochwycić jego umysł swoimi niewidzialnymi mackami. Jednakże nie udało im się dopiąć celu. Tak szybko, jak się pojawiły, tak szybko zniknęły. Wyglądało to tak, jakby natrafiły na jakąś barierę. Otrząsnął się z nagłego otępienia, jego nozdrza zaatakował dziwny zapach. Zapach, który był mu nieznany. To wystarczyło, aby zrozumiał, że otacza go ze wszystkich stron Północny Las. Miejsce tajemnicze, okryte złą sławą; gdzie nikt nigdy nie wchodził. Tak wyczytał z ksiąg Siralosa. Przypomniał sobie na moment zdanie starego Rahadnaka: „Nie wchodźcie do tej części lasu. Ja sam nie śmiem zgadywać co tam jest, więc niech będzie to dla Was przestrogą!”. Zapamiętał to zdanie; Wyryło mu się je w pamięci, jak znamię. Stał jak sparaliżowany, trzymając się za bok z wzrokiem tkwiącym w jednym punkcie. Całkowita bezsilność opanowała jego członki. Do głowy nie przychodziło mu nic, co mógłby zrobić. – Nie mogę przecież zawrócić, ale nie mogę także iść dalej. Pozostaje mi tu tak stać i stać? - pomyślał i zganił się od razu za wkraczającą do jego umysłu panikę. – Nie poddawaj się tak od razu. Żyjesz, prawda? Tak żyję, ale to nie zmienia faktu, ze że stanąłem nad przepaścią, od której nie mogę uciec. Jest nią ten Zakazany Las.” Nagle całe jego ciało przeszył straszliwy ból, promieniując od dołu ku górze. Rzucił go na kolana. Podparł się rękoma i zwymiotował krwią. Ból głowy nasilił się, tak samo jak zmęczenie. Szok spowodowany nagłym wstrząsem od razu przywrócił wspomnienia ostatnich minut. Obraz masakry jego rodziny. Pamiętał większość szczegółów. Zakrył twarz rękoma i rozpłakał się. Zdał sobie nagle sprawę, że wszystko się zmieniło, a zarazem skończyło. Nic nie będzie tak jak dawniej. Właśnie tego najbardziej obawiał się przez całe życie: przemijania i utraty najbliższych. Wiedział, że to kiedyś nastąpi, jednak nie przewidział dzisiejszego dnia. W trakcie, gdy jego umysł pozostawał w odrętwieniu, z mroku bezszelestnie wyłoniły się cztery czarne stwory o żółtych ślepiach, wielkością przypominające niedźwiedzie. Z pysków uzbrojonych w kilkucalowe kły, unosiła się bezbarwna para. Wolniutko kroczyły w równoległym rzędzie. Zatrzymały się w odległości około czterech metrów od najbliższego krzewu, czyli jakieś dwadzieścia metrów od niego. Wzrok utkwiły w postaci klęczącej na ziemi i przez chwilę patrzyły na nią, jakby oceniając przeciwnika. W ich spojrzeniu widać było szaleńczą brutalność i żądzę krwi. Co i raz kręciły mordami, wydając słabe sapnięcia. Tuż za plecami bestii pojawiła się następna. Była ogromna oraz szkaradna. Mordę miała zdeformowaną, jakby coś ciężkiego spadło jej na głowę. Na całej czaszce rosły jakieś wypustki, kształtem przypominające kolce. Całe ciało było przedzielone poszarpaną linią, a pod odpowiednim kątem można było zauważyć ruszające się wnętrzności. W prawej łapie trzymała w garści cztery odcięte ludzkie głowy, z których ściekała jeszcze świeża krew. Unosiła się nad ziemią za pomocą pary skrzydeł, ciągnąc za sobą resztki bezgłowych…