Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 46 min czytania

Czerwony Kapturek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

/Problemem tego serwisu jest brak formatowania tekstu - dlatego też, delikatnie mówiąc, opowiadanie wygląda inaczej niż w oryginale./

Czerwony Kapturek mieszkał z mamą w jasnym, wesołym domku na skraju brukowanej ścieżki. Niedaleko znajdował się las, gdzie mieszkała babcia Kapturka, którą dziewczynka bardzo kochała. Pewnego razu mama zawołała do siebie Kapturka i powiedziała: - Babcia jest bardzo chora i potrzebuje lekarstwa. Proszę cię, zanieś je babci. Włożę je do koszyka, obok ciasta z malinowym nadzieniem. Nie zgub ścieżki córeczko, trzymaj się jej a dojdziesz bez najmniejszego problemu. Czerwony Kapturek był posłusznym i kochanym dzieckiem. Wziął więc koszyk z lekarstwem, założył swój kapturek i ruszyła w kierunku lasu. Przez ciemny las przechodziła jasna i dobrze wydeptana ścieżka, która prowadziła prosto do domku babci. Czerwony kapturek bał się lasu. Był ciemny i niejasny, pełen strasznych i tajemniczych miejsc. Z drugiej strony, las był pełen kolorowych kwiatów i miłych zwierzątek, które Kapturek widział w pobliżu drogi. Dla dodania sobie otuchy, dziewczynka zaczęła śpiewać. La la la la la la la la la la! Wesoło podskakując weszła do lasu. Ciemnego lasu. Strasznego lasu, którego nie można było pojąć wzrokiem. Lasu, który krył tysiące tajemnic pośród swoich wysokich i ciemnych drzew. Ścieżka nie była jednak częścią Lasu. Ścieżka była jasna i prosta. Nie ukrywała niczego przed nikim. W pobliżu widać było zwierzęta: ptaki, sarny, zające... Gdy spoglądało się dalej, w Las, wiedziało się, że tam też są zwierzęta. Można było usłyszeć trzaskanie łamanych gałązek (sarny?), świergotania dobiegające z koron drzew (ptaki?) czy cichy szum ściółki (zające?). Las był ciemny. Ale to tylko podkreślało piękno śnieżnobiałego kwiatka rosnącego między konarami drzew.

Błyskał swoją bielą. Zachęcał do zerwania. Ale... ...był daleko od Ścieżki. A mama kazała trzymać się Ścieżki. Kwiatek... Biały Kwiatek... Tak ślicznie wyglądałby na koszyku. Czy ten kwiatek był naprawdę tak daleko od Ścieżki? Nie... Mama na pewno nie miała na myśli takiej odległości gdy mówiła „nie zgub ścieżki”. Kwiatek jest niedaleko Ścieżki. Właściwie, jest zaraz przy Ścieżce. Nie, nie można zgubić Ścieżki zrywając ten kwiatek...

Czerwony Kapturek zerwał kwiatek i przyczepił go do koszyka. Las, ciemny Las... Otaczał teraz Kapturka zewsząd, zamknął w pułapce gałęzi i liści.

„nie zgub ścieżki”

Czerwony Kapturek ruszył w kierunku skąd przyszedł, do Ścieżki. Ale tam nie było żadnej Ścieżki. Tylko ciemne pnie i szare liście otaczały dziewczynkę. Nigdzie nie mogła dostrzec ani ptaków, ani saren, ani zajęcy. Zmieniła kierunek. Może tylko wydawało jej się, że tam coś było? Może to nie był ten kierunek? Szarość liści, smutne pnie. Ani śladu Ścieżki.

A więc może jeszcze gdzieś indziej? Tak, z pewnością, to musiało być w drugą stronę...

Ale tam Czerwony Kapturek także znalazł tylko Las. Las, przerażający świergotaniem i trzaskaniem gałązek.

„nie zgub ścieżki”

Dziewczynka usiadła na ziemi, zwinęła się w kłębek i zaczęła płakać. Zgubiła się i była sama, w ciemnym i strasznym Lesie. - Dlaczego mnie tu zwiodłeś, Biały Kwiatku? Ale Kwiatek był tylko kwiatkiem. Milczał, pachniał i był piękny. Kolejne łzy moczyły czerwony kapturek dziewczynki. Kap Kap Kap.

- La la la... – zaczęła śpiewać dziewczynka, wciąż płacząc. ...la la la la la la la la la la...

Delikatny powiew wiatru musnął twarz dziewczynki, rozwiewając lekko jej grzywkę. Coś szeptał. Jak to wiatr.

Kapturek nie rozumiał jego słów. Były zbyt ciche i zbyt obce dla małej dziewczynki.

„Babcia jest bardzo chora”

Otarła łzy i wstała, po czym niepewnie ruszyła przed siebie. Kierunek nie był ważny. Gdy ktoś zgubi się w Lesie, nieważny jest już kierunek. Ważniejsze jest samo poruszanie się. Mijała szare drzewa, czasem potykając się o ich korzenie, wystające sporadycznie z ziemi. Kapturek bał się ich, ponieważ milczały, mimo ogromu przerażenia jakie mogły wywołać. Trzymały w niepewności, delikatnie głaskały ramiona, muskały policzki – nie chciały jednak złapać o pochwycić. I to było w nich najstraszniejsze. Cisza. Kolumny Lasu, silne i ciche. A może to dobrze, że takie były? Gdyby były inne, Las mógłby nie mieć podparcia i spaść na głowę dziewczynki. Książka. Leżała na ziemi, pomiędzy jednym konarem identycznym jak miliony innych a drugim. Oprawiona w skórę, bogato zdobiona skomplikowanym szlaczkiem esów i floresów. Leżała samotna, bez właściciela. Nie wyglądała na porzuconą. Była dokładnie ułożona tak, żeby żaden liść nie zasłaniał okładki i nie pobrudził śnieżnobiałych kartek. Czerwony Kapturek podniósł książkę. „Komedia” - głosił pozłacany tytuł na okładce. Dziewczynka otwarła książkę na stronie tytułowej.

„Komedia” napisana przez Małego Wesołego Człowieka w roku następnym po poprzednim.

Kapturek odwrócił stronę.

„Ha. Ha. Ha. Zabawne to, nieprawdaż?”

„To wcale nie jest zabawne” - pomyślała dziewczynka, przewracając kolejną stronę.

„Czy poczucia humoru nie masz, że się tak nieładnie gniewasz? Zamiast prychać i się krzywić lepiej octu trochę wypić i odwrócić się za siebie”

Dziewczynka, mając niejasne przeczucie, że książka może wiedzieć o czymś, o czym ona nie wie, odwróciła się. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyła tam duży, wygodny fotel. A więc może ktoś czytał niedawno na tym fotelu książkę i tylko poszedł na krótki spacer, kładąc wcześniej książkę na ziemi? Kapturek obrócił kolejną stronę.

„Ha Ha Ha. Czyż ten mebel zapowiedzią nie jest właściciela? Spójrz za siebie znowu nie wyczekuj nowiu.”

Spojrzała. Fotel stał tam gdzie przedtem. Na jego oparciach pojawiło się jednak coś nowego – futerko. Szare, miękkie futerko. Coraz bardziej zaniepokojona dziewczynka czytała dalej.

„Ten fotel to niezły fortel, prawda? Spójrz do góry i nie bądź ponury!”

Kapturek wykonał polecenie książki. Nie zobaczył jednak tam nic ciekawego. Po prostu niekończące się sie niebo szarych liści. Coś było nie w porządku. Spojrzał na fotel. Teraz całe pokryte było szarym futrem. Ciągle obserwując dziwny fotel, zerknął na następną stronę.

„Ha Ha Ha. Widzę, że niezły z ciebie zuch, że stoisz jeszcze na nogach dwóch. Bo widzisz, ten fotel zjadł mnie gdym się zapatrzył zbyt na mój dobrobyt Uważaj więc i zacznij biec bo na każdego gdzieś czeka wilk, ma szarą sierść.”

Książka wylądowała w koszyku, a Kapturek zaczął biec. Spodziewała się, że fotel nagle przemieni się w warczącego wilka i rzuci się za nią. Nic takiego się jednak nie stało – fotel stał, gdzie stał przedtem, cały pokryty szarym futerkiem. Jednak ktoś, kto zaczął biec nie potrafi się zatrzymać dopóki nie będzie w zupełnie innym miejscu niż to, z którego bieg rozpoczął. Biegła, kurczowo trzymając koszyk z lekarstwem dla babci. Bo babcia była bardzo chora. Zatrzymała się, gdy ku jej zdziwieniu nieskończona gęstwina drzew przerzedziła się.

Koniec Lasu? Nie, Las nie miał końca. Była tylko Ścieżka, Domek Babci i Las, nie było jednak Końca.

Kapturek rozejrzał się. Wokół pełno było porozrzucanych gałęzi i resztek pni, żałośnie spoglądających z dołu na wyniosłe, zdrowe drzewa. Gdzieś w oddali słychać było dźwięk który dziewczynka znała bardzo dobrze – dźwięk rąbania drewna. Drwal? Drwal. Z pewnością drwal. Był potężnie zbudowany, miał siekierę i – oczywiście – ścinał drzewo. Żywy człowiek. - Dzień dobry – powiedział Kapturek. Drwal nie przerwał swojej pracy. - Dzień dobry! - powiedział głośniej. Tym razem drwal zatrzymał się w połowie uderzenia i spojrzał na Kapturka. - Dzień dobry. Czego szukasz w tym miejscu, dziewczynko? - Zgubiłam się, gdy zerwałam biały kwiatek przy ścieżce. - Nie znam się na kwiatkach. Znam się na rąbaniu drzew. - A nie wie pan jak można dostać się na Ścieżkę z powrotem? - Wiem, drogie dziecko. - Ojej! - krzyknął radośnie Czerwony Kapturek. - Powie mi pan jak wrócić na Ścieżkę? Proszę, proszę, proszę... - To bardzo proste, moje dziecko. Wystarczy wyciąć Las. - Ale to będzie bardzo długo trwać... - Niekoniecznie, jeśli będzie się pracować wystarczająco ciężko. - Czy mogę więc panu pomóc? Łatwiej pracować we dwoje... - Nie, absolutnie nie. - Dlaczego? - Ścinać drzewo może drwal, bo do tego właśnie jest przeznaczony, a ty jesteś dziewczynką, która powinna znieść lekarstwo babci. Każdy powinien robić to, do czego został przeznaczony. Idź już dziewczynko. Nie trać czasu. - Skąd pan wiedział, że... - I uważaj na Wilka. Mimo, iż go nie widzisz on jest. Nie pytaj, po prostu idź.

Czerwony Kapturek posłuchał i ruszył dalej, przed siebie, aż Las pochłonął Drwala i jego przerzedzony fragment Lasu. Wokół dziewczynki znów nie było niczego poza nieskończonością ciemnych pni. „Phi, co za głupiec. Obydwoje, robiąc to, do czego byliśmy przeznaczeni nie przyspieszyliśmy nawet o chwilę osiągnięcia naszych celów” - pomyślał Kapturek. Samotność. Samotność pośród nieskończonej ilości identycznych drzew.

Jak dobrze, że przed wejściem do Lasu był dom i całe życie przed wejściem do niego. To, co żyło w tym Lesie od urodzenia musiało być znacznie bardziej samotne od Kapturka.

Smutne. Żyć, nie znając niczego poza Lasem.

A może Las sam w sobie był samotny? Może dlatego tak kurczowo więził wszystko, co spróbowało do niego wejść?

- Lesie, wypuść mnie, proszę. Cisza.

Cisza?

Nie, szum wiatru niosący słowa zbyt wyniosłe i niewyraźne żeby mogła je zrozumieć dziewczynka nosząca czerwony kapturek.

Wilk. Gdzie on był? Dokąd trzeba przed nim uciekać?

Należało iść po prostu naprzód.

Gdy ktoś zgubi się w Lesie i nie wie, gdzie należy iść, żeby wrócić na Ścieżkę, najlepiej iść przed siebie i nie zmieniać kierunku. Bo zmieniając kierunek bez drogowskazu można tylko zabłądzić jeszcze bardziej.

Biel. Błyskająca w oddali biel. Czysta, oślepiająca biel. Kwiatek? Kolejny zdradliwy Kwiatek? Nie. Sukienka. Sukienka, którą nosiła piękna, jasnowłosa dziewczyna.

Wesoło skakała wokół drzew, uśmiechając się. Była naprawdę piękna. I wyglądała na niezwykle szczęśliwą.

- Dzień dobry, proszę pani. Dziewczyna spojrzała na Kapturka i uśmiechnęła się szeroko. - Witaj dziewczynko. Nie widziałaś mojego ukochanego? - Nie, proszę pani. Widziałam tylko Drwala. Choć może to Drwal jest pani ukochanym? - Nie, nie skarbie. Mój ukochany jest najwspanialszym człowiekiem na świecie. Kocham go, szaleję za nim! - A jak wygląda pani ukochany? - Jest piękny. Może wydawać się ponury, ale w rzeczywistości jest niezwykle ciepłym i miłym człowiekiem. Miał mi przynieść różę, boję się jednak, że zgubił się w tym Lesie... Dziewczynko, dlaczego jesteś smutna? - Bo zgubiłam się proszę pani, gdy zrywałam biały kwiatek który rósł w Lesie. - Biedactwo moje... Musisz być przerażona, prawda? Przytul się, kochanie...

Przyjazne ciepło drugiej osoby. Przywołujące wspomnienie domu i mamy... Ach, jakie przyjemne... Uczucie bezpieczeństwa i czyjejś troski.

Nie, Las nie był już taki straszny. Był nieznany, nieskończony, ale nie przerażał.

Ta piękna dziewczyna rozwiewała wątpliwości. Zgniatała strach.

Rozkoszna miękkość... Jak miękka poduszka, mięciutka pierzynka.

- Przepraszam, ale nie widziałam pani ukochanego. - Nic nie szkodzi kochanie. Chodź, zaprowadzę cię na Ścieżkę. Podaj rękę. - Dziękuję proszę pani... Nie wiem jak dziękować... - Nie przejmuj się tym, dziewczynko. Gdybyś spotkała mojego ukochanego, powiedz mu, że czekam na niego i umieram z tęsknoty... - Dobrze, proszę pani. Na pewno powiem.

I ruszyły, trzymając się za ręce. Ciemne drzewa nie były już tak straszne dla Kapturka. Czasem wydawało mu się nawet, że liście wcale nie są szare a jedynie ciemnobrązowe; czasem mieniły się także ciemną zielenią.

Im bliżej byli Ścieżki, tym częściej Las chował swoją szarość i nieśmiało pokazywał swoje inne kolory – czerwienie, żółcie, zielenie, brązy...

I w końcu dotarły do Ścieżki. Jasnej, prostej Ścieżki prowadzącej do domku babci.

- Wiesz dziewczynko, bardzo żałuję, że potrafię dojść do Ścieżki a nie potrafię znaleźć Ukochanego. Ileż bardziej pragnęłabym poznać drogę do niego, żeby dać mu swój pocałunek! - powiedziała dziewczyna w bieli, gubiąc na chwilę swój piękny uśmiech. - Myślę, proszę pani, że jeśli zarówno pani jak i pani ukochany będziecie się szukać nawzajem, to w końcu się znajdziecie. - Jakaś ty kochana dziewczynko... Cmok w policzek. -...Nosisz śliczny kapturek. Ma bardzo ładny, silny kolor. Nie zgub go. I idź dalej, dziewczynko. Na tej Ścieżce Wilk cię nie dopadnie. Nie ma tu wstępu. - Czy wie pani jak uciec przed wilkiem? - Przed wilkiem nie da się uciec - można tylko unikać jego ostrych zębów, dopóki nie pojawi się gajowy i nie zabije Wilka. Żegnaj dziewczynko, czas wrócić do szukania mojego Ukochanego. Proszę, powiedz mu o moich uczuciach, gdybyś spotkała do podczas wędrówki. - Dobrze, proszę pani. Z pewnością nie zapomnę. Usłyszawszy to, piękna dziewczyna uśmiechnęła się promieniście i znikła w gęstwinie drzew.

Kapturek znów był sam. Ale stąpał po Ścieżce. Solidnej, prostej, jasnej Ścieżce do domku babci.

Podskakiwała sobie, podśpiewując: La la la la la la la la la la!

Być może doszłaby do domku babci, gdyby nie biały błysk, który oślepił dziewczynkę na chwilę. W Lesie, po przeciwnej stronie drogi niż poprzednio świecił Biały Kwiatek. Bardzo, bardzo podobny do tego który wpleciony był w koszyk Czerwonego Kapturka. Ale czy nie był czasem jaśniejszy od tamtego? Prawdopodobnie... Poprzedni kwiatek nie mógł świecić przecież aż tak jasno. Ten jaśniejszy kwiatek tak cudownie wyglądałby obok poprzedniego... Ale... Kosztował długie błądzenie po Lesie, mnóstwo strachu i łez... Ale TAMTEN kwiatek był daleko od Ścieżki. Ten jest bliżej. Choć to może tylko złudzenie? Nie, ten kwiat rósł stanowczo bliżej Ścieżki niż poprzedni. Nie da rady zgubić jej z oczu gdy pójdzie się go zerwać.

„nie zgub ścieżki”

Mama z pewnością powiedziałaby to samo – ten piękny kwiatek rósł wystarczająco blisko, żeby zerwać go i się nie zgubić... Czerwony Kapturek zerwał śliczny kwiatek.

Gdy się obrócił, nie widział już Ścieżki. Rozpacz. Paniczny bieg w kierunku, który wydawał się znajomy. Na próżno. Kapturek wiedział, że znów zgubił się w Lesie.

Tym razem jednak nie płakał. Usiadł zrezygnowany i spojrzał na kwiatek.

- Wcale nie jesteś jaśniejszy, kłamco. Okłamałeś mnie tak samo jak poprzedni kwiatek który zerwałam. Jak mogłam być tak głupia, sądząc, że nie zgubię się w Lesie? Przecież Las więzi zachłannie każdego, kto odważy się przekroczyć jego ciemne granice. Postąpiłam tak nierozważnie... Dlaczego mnie skusiłeś, kwiatku? Ale Biały Kwiatek milczał. Pachniał tylko i był piękny. Kapturek przyczepił i ten zdradziecki kwiatek do koszyka, obok poprzedniego.

Faktycznie wyglądały razem ślicznie.

Czerwony Kapturek wstał z ziemi i rozejrzał się po okolicy. Las po drugiej stronie Ścieżki nie różnił się wcale od widoku który dziewczynka widziała poprzednio. Ciemne pnie, szare liście...

Jakby mniej wyniosłe niż poprzednio. Lecz tak samo milczące.

Co mógł więc zrobić Kapturek? Ruszył przed siebie w nieskończoność, mając nadzieję, że trafi na kogoś, kto znów wyprowadzi ją z Lasu. Szła bardzo długo, aż w końcu dopadło ją znużenie. Usiadła pod jednym z drzew, żeby odpocząć chwilę i ruszyć dalej. Poczuła głód. Czy babcia będzie się gniewać jeśli nie przyniesie jej ciasta? Gdyby babcia wiedziała, że Czerwony Kapturek ma przynieść ciasto to z pewnością by była zła.

Ale przecież nie wiedziała o tym, że w koszyku jest ciasto... Wiedział o tym tylko Kapturek.

Ale... Nawet jeśli babcia się nie dowie o tym, że ciasto było przeznaczone dla niej...

...To Czerwony Kapturek będzie o tym wiedzieć. Chyba, że zabije w sobie tego świadka.

Babcia zrozumie... ...Przecież sama w tej sytuacji dałaby ukochanej wnuczce ciasto.

Tak. Babcia kochała Czerwonego Kapturka. Nie chciałaby, żeby był głodny.

Kapturek sięgnął po ciasto.

Podnosząc serwetkę przykrywającą smakołyki zauważył książkę, która wrzucił jakiś czas temu w pośpiechu. Może warto poczytać? Ostatnio nie skończyło się to niczym dobrym... ...Ale było tak nudno... Tylko monotonna nieskończoność wokoło. Najpierw ciasto. Nie powinno się czytać podczas jedzenia. Poza tym, gdyby znów miało stać się coś złego, to lepiej żeby stało się gdy Kapturek będzie miał pełny brzuszek. Jadła więc ciasto przeznaczone dla babci. Nie było w tym nic złego, ani dobrego; nic uświęcającego ani godnego potępienia. Czerwony Kapturek po prostu jadł ciasto, żeby zaspokoić głód.

Dziewczynka mimowolnie kruszyła.

Krucha posypka spadała na ściółkę, znikając wśród liści. Babcia dałaby talerzyk na które spadałyby okruszki, nie marnując się. Kapturek bardzo lubił zjadać okruszki z talerzyka. Jednak to był Las, a Las nie odda okruszków nikomu. Las nie odda z własnej woli niczego, co się w nim zgubi.

Ruch. Coś miękkiego w pobliżu nóg dziewczynki.

Króliczek. Biały, puchaty, wystraszony króliczek. Drżał lekko, szybko poruszając noskiem.

- Zgubiłeś się króliczku? Królik nie odpowiedział, spojrzał tylko na dziewczynkę i kicnął w jej kierunku.

Czy można było spodziewać się czegoś innego po białym, puchatym króliczku?

- To tak jak ja. Też się trochę boję, ale wiem, że można wydostać się stąd jeśli znajdziemy kogoś kto wie, jak wrócić na Ścieżkę. Jesteś głodny? Proszę, masz tu odrobinę ciasta. Myślę, że taki mały króliś jak ty nie potrzebuje wiele, żeby się najeść. Czy dasz mi się pogłaskać? Jesteś taki milutki w dotyku... Bardzo miły z ciebie króliczek, wiesz? Nie bój się, jestem tutaj. Oj, kochany króliczku, zrobię wszystko żebyś się nie bał. Przytul się do mojego serduszka, nie wstydź się. Prawda, że miło? Obronię cię przed całym złem jakie kryje ten las. Sama nie jestem zbyt silna, ale już raz udało mi się wrócić na Ścieżkę. Wrócimy razem, obiecuję ci to. A teraz może poczytamy trochę razem, co ty na to, króliczku? Wiedziałam, że się zgodzisz... Kapturek położył królika na ziemi i sięgnął po książkę.

Króliczek był bardzo wdzięczny Kapturkowi za ciepło jakie mu okazane, jednak króliki potrzebują mimo wszystko także kicania na świeżym powietrzu.

Dziewczynka bez problemu znalazła stronę na której skończyła ostatnio. Delikatnie obróciła kartkę.

„Cóż to za żart? Znów jestem coś wart? Ha! Czytelniku mój Drogi czy pamiętasz mój drogi fotel z obiciem pachnącym wilkiem?”

Tak. Kapturek doskonale pamiętał tamten mebel. Dlaczego w tedy tak go wystraszył? Przecież to zwykły fotel...

„Otóż opowiem ci kawał który w osłupienie będzie wprawiał: mój wilk drogi ma już uszy i kły i jest bardzo, bardzo zły i biegnie ku tobie; łamie gałęzie póki mnie całego nie zje.”

Coś chlusnęło. Bardzo nieprzyjemny dźwięk, nasuwający na myśl rozszarpywanie małego zwierzaczka. Oczywiste było, jakie to zwierzę i kto je rozszarpał. Jednak wizja martwego króliczka była zbyt straszna żeby móc się z nią pogodzić. - Poety – powiedział Wilk. - Dlaczego to zrobiłeś? Przecież króliczek nie miał z tym nic wspólnego... - Poety. - Dlaczego nie wziąłeś mnie zamiast króliczka? - Poety. Wilk nie zawsze musi mieć powód; posiadanie powodów nie jest zgodne z naturą wilków. Jedyną rzeczą jaką posiadają wilki jest człowiek, którego ścigają; nie muszą mieć jednak przy tym żadnego celu. Kapturek spojrzał do książki.

„Nie bój się, ten wilk nie jest twój jest jak najbardziej mój nie zjadł resztki mnie która wciąż żyje”

- Poety.

Czerwony Kapturek odwrócił się w kierunku Wilka.

Czerwono... Tak czerwono... Liście, pnie... To wszystko zakrwawił Wilk? Ślepia. Zimne, nieskończone ślepia. Tylko tyle pozwalał zobaczyć Wilk. Nie lubił, gdy widziano go w całości, dlatego chował się w szarej nieskończoności Lasu. Ale był. Czekał na resztki Poety.

- Poety.

Kapturek rzucił książkę w kierunku ślepi Wilka. Zniknęła, co do ostatniego esa i floresa na okładce. Ciekawe ilu rzeczy Kapturek nie zdążył przeczytać? Ile miał jej jeszcze do powiedzenia Poeta, zanim zniknął w paszczy wilka? Czerwony Kapturek zbyt późno otworzył książkę żeby czytać dalej. Fotel zdążył wytropić Poetę.

Ślepia Wilka zniknęły. Nie było go już w pobliżu dziewczynki. Zniknął? Na zawsze? Być może żywot Wilka skończył się w momencie połykania ostatniej litery Poety. Nie można jednak stwierdzić tego z całą pewnością.

Czerwień liści. Króliczek.

Czerwony Kapturek pochylił się nad truchłem puchatego stworzonka i gorzko zapłakał. Łzy moczyły kapturek który nosiła dziewczynka. Kap Kap Kap. - Dlaczego cię nie obroniłam, mimo, że ci to obiecała? Bardzo pragnęłam bronić cię przed wszystkim co złe, malutki króliczku. Byłam złym obrońcą, bardzo, bardzo złym. Proszę, przebacz mi! Ale króliczek nie mógł już ani przebaczyć, ani przekląć. Nie było już króliczka, było tylko małe, puszyste truchło. Królik już nigdy nie będzie kicać w Lesie, ani na Ścieżce... Choć kto wie czy idąc Ścieżką w drugą stronę, mijając rodzinny dom, nie znajdzie się czegoś więcej...

Gdy łzy na policzkach Kapturka wyschły, dziewczynka wstała, wzięła koszyk i ruszyła dalej przed siebie, w Las. Szarość szybko pochłonęła czerwień. Może nawet trochę zbyt szybko. Ale Las był Lasem i nic, co zakłóca Szarość nie mogło trwać w nim wiecznie. Czerwony Kapturek szedł przed siebie. Nie był już tak spokojny jak w tedy, gdy spotkał króliczka. Wilk. Za Kapturkiem, tak jak za Poetą podążał Wilk.

Widząc wilczą siłę łatwo przyspieszyć kroku, ciężej utrzymać równe tempo, ponieważ te maleje wraz z szarzeniem się krwi króliczka. Las nie był już monotonny – jego jednakowość i szarość stanowiły idealny kamuflaż dla wilka.

Śmiech. Perlisty, wesoły śmiech. Kto śmiał śmiać się po śmierci Króliczka? Przecież oczywistym było, że czerwień na szarych liściach powinna zabić każdy uśmiech i każdy śmiech. Jak bezczelny był to śmiech! Ranił uszy Kapturka.

Jednak, czy wcześniej nie umierały króliczki a Kapturek śmiał się, nie wiedząc o ich śmierci? Jeden Króliczek nie mógł uciszyć całego Lasu. Zresztą, czy ta czerwień nie była czasem szara? Tak, z pewnością nie była aż tak czerwona jak się mogło wydawać. Z pewnością była odrobinę bardziej szara. A może więcej niż odrobinę? Może. Idąc dalej, Kapturek dostrzegł kto się śmiał. Była to młoda, bardzo piękna dziewczyna, tańcząca w przewiewnej sukni koloru kwitnących maków na równie czerwonym kocu.

Bardzo, bardzo piękna dziewczyna o przesłodkim głosie.

- Przepraszam, czy mogłabyś na chwilę przestać się śmiać? - zapytał Kapturek. Piękna dziewczyna zbliżyła się do dziewczynki. Przewiewna suknia także była bardzo ładna. Czy tak śliczna jak tamta biała suknia, którą nosiła Ukochana szukająca Ukochanego? Początkowo była z pewnością brzydsza, jednak każdy krok w kierunku Kapturka sprawiał, że była coraz piękniejsza. - Dlaczego? Nie widzę nic złego w śmianiu się, gdy jest zabawnie. Krok w kierunku Kapturka. - Widzisz, umarł Króliczek który był mi bardzo bliski i jest mi smutno. - Czy to powód do tego, żeby wszyscy się smucili? Kolejny krok. - Chyba nie... Myślę jednak, że byłoby mi mniej smutno gdyby ktoś uszanował mój smutek i posmucił się trochę ze mną. - Znam lepsze sposoby na to, żebyś nie była smutna. Poza tym, mój sposób nie wymusza smutku na nikim.

Kapturek poczuł delikatny oddech dziewczyny na swojej twarzy. Przyjemny oddech.

- A jaki to sposób? - Po prostu poddaj się mojemu dotykowi i nie wyrywaj…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%