Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przyjazn · 15 min czytania

Czerwony kot

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pierwszego dnia kalendarzowego lata na moim osiedlu panował niezwykły, poranny ruch. Na wyasfaltowanej dróżce prowadzącej do naszego śmietnika usłyszałam ożywioną rozmowę.

— Mój kot jest czerwony, siedział na dachu, a nie na płocie. Nie będę rysować, tak jak inne dzieci i koniec. Za karę stałam w kącie, a inne dzieci bawiły się w pociąg.

Mała dziewczynka skarżyła się mamie, kładąc prześmiesznie akcent na każdej sylabie. Na mój widok zakręciła się w miejscu na pięcie i zawstydzona mocno przywarła do matczynych nóg. Stałyśmy przez dobrą chwilę, uważnie przyglądając się sobie.

— Posłuchaj, Joasiu, przecież obiecałaś... — odezwała się matka, kładąc dłoń na głowie dziewczynki.

— Może i tak, ale strasznie jest dużo rzeczy, których nie powinnam robić — jęknęła mała, ocierając kantem dłoni płynące po buzi łezki.

Spojrzenie dziecka było pełne nieutulonego żalu, zrobiło mi się przykro. Nagle ujrzałam w tej małej, strapionej istotce kawałek siebie. Będąc dzieckiem także walczyłam z całym światem. Chyba zostało to we mnie do dziś? Kot na dachu, a nie na płocie to zapewne dla opiekunki w przedszkolu niewybaczalny grzech, przemknęło przez głowę i parsknęłam śmiechem.

— W czym czerwony kot jest gorszy od burego? Tak go widzi, tak namalowała, to jej prawo — wypaliłam niepytana, po czym ugryzłam się w język.

Dziecko odkleiło się od matki, robiąc przezabawną minkę. Radośnie zadarło kędzierzawą główkę, unosząc dumnie brwi i posłało mi szczery uśmiech. Tak trzymaj mała, pomyślałam, wrzucając worek ze śmieciami do pojemnika. Nieźle spóźniona ruszyłam biegiem w kierunku osiedlowego parkingu. Zamyślona wsiadłam do samochodu. Włączyłam silnik, o dziwo zapalił, i odjechałam. Przez całą drogę do pracy nie opuszczał mnie obraz pociesznej, czupurnej dziewczynki w pasiastej koszulce. W tej małej jest jakaś zagadkowa siła, wydaje się wyjątkowym dzieckiem. Wyobraźnia nie dopuszcza nudy, pomaga w życiu..., utwierdzałam się w przekonaniu.

****

Spotkałam dziewczyny tydzień później, mógł to być piątek. Ucieszyłam się. Czerwcowe słońce kusiło obietnicą zasłużonego odpoczynku. Miałam czas, nie musiałam się nigdzie spieszyć. Mała zaszczebiotała jak do starej znajomej, obdarzając mnie porozumiewawczym, wesołym spojrzeniem. Po krótkiej pogawędce ochoczo pomaszerowała do piaskownicy pełnej dokazujących tam dzieci. Przysiadłyśmy z jej matką na drewnianej ławce, u stóp pobliskiej, obrośniętej kwitnącymi krzakami skarpy.

— Chyba nie bardzo nadaję się na matkę — odezwała się znienacka.

Przekrzywiłam głowę, nie mając pewności, czy dobrze zrozumiałam.

— Nie jest tak źle — odparłam, unosząc uspokajająco dłoń.

Wymieniłyśmy krótkie, badawcze spojrzenia.

— Karolina. Mówią na mnie Bele — przedstawiła się i zaczęłyśmy rozmawiać.

Szybko osiągnęłam pewność, że mam przed sobą miłą, interesującą, młodą kobietę, siłującą się samotnie z szarą codziennością, przytłoczoną ponad miarę obowiązkami związanymi z wychowaniem pięcioletniej córki. Gdy Karolina mówiła, czułam przez skórę, że pragnie, żebym dobrze zrozumiała, co chce tak naprawdę powiedzieć.

— Proszę wybaczyć. Nie jestem idiotką, tylko nie potrafię opowiadać przekonująco..., ale nie stało się to z dnia na dzień — zaczęła niepewnym tonem, poprawiając nerwowym ruchem włosy.

— Spokojnie — szepnęłam, podnosząc wzrok sponad okularów.

— Plotka może zrobić tyle złego...

Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem, jakby oczekiwała potwierdzenia.

— Jasne! Jasne! — odpowiedziałam i poruszyłam się niespokojnie.

Karolina zrobiła małą pauzę, ale podjęła temat:

— Nie byłam w porządku. Paweł był najlepszym nauczycielem na świecie. Lubiany, spokojny, cichy, duchem olbrzym wśród karłów. Imponował mi wiedzą, obyciem. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały. Nie byłam gorsza. Wkrótce stało się jasne, że jestem zakochana po uszy. Uwzięłam się na biedaka. Prowokowałam go na wszystkie sposoby, byle tylko mnie zauważył. Udało mi się całkiem szybko, ale jeszcze dziś mi wstyd. Ostatnia klasa szkoły baletowej, tuż przed maturą, uczyłam się pilnie, ale w głowie siano. Czy nie jest tak, gdy ma się naście lat? Nie znałam smaku seksu, nie miałam wcześniej chłopaka. Nie długo trzeba było czekać, jak wszystko w szalonym tempie zaczęło wymykać się spod kontroli. Spotykaliśmy się na początku sporadycznie, poza szkołą, w jego kawalerce. Plotki rozchodzą się lotem błyskawicy. Mój świat nagle zatrzasnął się jak w małej puszce, do której lepiej było nie zaglądać. Koledzy szydzili, natrząsali się. I te poczerwieniałe twarze nauczycieli, uparcie obgadujących nas po kątach. Dobrze pamiętam nasze pierwsze zbliżenie — podkreśliła "pierwsze".

— Tak, to stało się na zimowym obozie w Sudetach. Wcale mnie wtedy nie zgwałcił. I tak wybuchł okropny skandal. Oskarżono Pawła o molestowanie seksualne, ponieważ według prawa byłam niepełnoletnia. Nie wyszłam na tym dobrze, on zresztą też. W akcie skrajnej rozpaczy spakowałam swój nędzny dobytek i wyprowadziłam się z domu. To była jedyna droga ucieczki od ciągłych awantur, przekleństw, narzekań — to nigdy nie gojące się rany. Matka i ojczym przechodzili samych siebie, brak słów. Ojczym małoduszny moralizator i świętoszek nawet moją korespondencję cenzurował, a matka we wszystkim mu ustępowała. Nie będę cię zmuszać do małżeństwa, jedno nieszczęście wystarczy, tak brzmiało nasze pożegnanie. Oczywiście do domu nie wróciłam. Zresztą, co tu mówić, kto tego nie przeżył nie wie nic. Łzy już nie płyną...

Kończąc, zrobiła zdecydowany gest ręką, jakby chciała odgonić naprzykrzającą się muchę. Z jej opowieści wyzierał bunt i głęboki smutek. Nie śmiałam przerywać, byłam wstrząśnięta, również tonem jej głosu. Uderzał spokojem, jakby powtarzała znany na pamięć wykład. Lecz cała jej uwaga była skierowana do środka.

— Chcesz mówić dalej, Karolino?

— Dlaczego nie? — odrzekła przytomnie, odrzucając głowę do tyłu.

— A więc?

— Był czas, że zastanawiam się czy warto było tak szaleć, czy nie będę tego żałować przez całe życie — kontynuowała. — Bardzo kochałam Pawła, warto kochać tak aż do bólu. Teraz, gdy go nie ma, myślę tylko o jednym, chcę zamknąć w dłoniach przyszłość. Walczę o dobre życie dla nas obu, spokojne i bez lęku. Studiuję malarstwo tu, na gdańskiej ASP. Przytłaczają obowiązki, proszę uwierzyć nie jest łatwo. Maluję wieczorami. Gdy trzymam w ręku pędzel nieustannie myślę o Pawle. Jestem beznadziejna, naiwna, ale wiem, że kiedyś wróci do nas...

Karolina ku mojemu zdziwieniu, nawet przez moment nie wydawała bezradna, ani załamana. Nadal kocha Pawła, może to miłość daje jej siłę?, przemknęło. Podobał mi się jej spokój, dojrzałość, intrygowało oddanie w czekaniu. Wyglądało, że Karolina bije się z myślami czy opowiadać dalej. Opuściła wzrok na czubki butów. Obejrzałam swoje. Zupełnie nie byłam przygotowana na taką rozmowę, po głowie tłukły się przeróżne myśli. Dlaczego zostałam zaproszona do tajemniczego ogrodu Karoliny i czym sobie zasłużyłam na zaufanie? Tak czasem rozmawiają ludzie w pociągu. Potem każdy wysiada na swojej stacji, rusza w swoją stronę i szybko zapomina o przypadkowym spotkaniu.

Wieczorne powietrze drgało, było nadal gorąco. Ktoś z balkonu wołał kota. Joasia lepiła z zapałem babki z piasku, uderzając rytmicznie łopatką w plastikową foremkę. Widać

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Czerwony kot — czytnik · opowiadania