Filozofia · 30 min czytania
Część Ciepła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
------- Kini... -------
{b}Prolog{/b}
Czasami naprawdę kochamy świat. Czasami. To po prostu Chwile.
{b}Wstęp{/b}
Nie wiem, o czym jest ta opowieść. Pomyłka! Wiem. O historiach, które piszemy na co dzień, stawiając kolejne kroki. Tak, o historiach.
Albo:
O Julii? O Marcinie? O mnie? A może: O nas? O tajemnicy? Miłości? Zagubieniu? O Wieży? O tym, co spaja świat?...
{b}Znów w Wieży{/b}
Część 22 / 4
W pewnym sensie Wieża była naszym domem. Spędzaliśmy tam większość wolnego czasu. Długie wieczory upływały na płomiennych dyskusjach, toczonych nad kubkiem herbaty lub grzanego wina. Dni mijały, a ona pozostawała. Niezmienna, niewzruszona. Chyba właśnie za to ją ceniliśmy – pokażcie mi lokal, który przez sześć bitych lat nie uległ metamorfozie. W Wieży zmieniły się tylko i wyłącznie ceny (nieznacznie, acz zauważalnie), niemniej jednak nazwaliśmy to Koniecznym Wymogiem Cywilizacyjnym. Powoli, z pietyzmem uchyliłem drzwi i wszedłem... Tak. Chyba tylko tu czułem się dobrze. - Uważaj, zgasisz świecę – rzekł Marcin wesoło, gdy siadałem. - Mogę oddychać? – Zapytałem z troską w głosie. - Och, przyszedł Trzeci Jeździec, Cień Słońca Nocy – rzekła Julia cicho, ale z przekąsem. – Jak zwykle okryty mgłą starannego, do bólu wystudiowanego cynizmu. Macieju, powiem ci coś: Stajesz się cholernie przewidywalny. - I właśnie za to was podziwiam. Zawsze macie dla mnie jakieś miłe słowo na dzień dobry. Roześmieli się. Kilka minut później trzymałem już w dłoniach kubek z aromatyczną herbatą. Przy akompaniamencie cichej muzyki rozmawialiśmy długo i szczerze. Dzieliliśmy się ze sobą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Znów byłem w domu.
{b}Listy{/b}
Kilkanaście minut później dowiedziałem się o listach. - Pierwszy przyszedł dwa tygodnie temu – rzekła Julia. - Jak wyglądał? – Zapytałem. Marcin siedział cicho. - Biała koperta. W środku czysta kartka papieru, starannie złożona. W niej – płatek róży. - I to wszystko? - Tak. To wszystko. - No to, moja droga, masz tajemniczego adoratora. - Sama nie wiem... - Ile listów już dostałaś? - Siedem... Ostatni przyszedł dziś rano. - Wszystkie takie same? - Owszem. Biała kartka i czerwony płatek... - Masz może jakieś podejrzenia? - Nie. Oczywiście, że nie! W to akurat wierzyłem, pomimo, iż odpowiedziała zbyt szybko i zbyt impulsywnie. Julia zawsze stała w cieniu. Co tu dużo mówić – nie nadawała się do tego świata, zresztą jak my wszyscy. Obce jej były klasyczne, młodzieżowe rozrywki. Wolała siedzieć zatopiona w lekturze lub spacerować nocą po opustoszałych ulicach. To wyróżniało ją z tłumu. To sprawiało, że go nienawidziła. Teraz natomiast okazało się, że najwyraźniej Julia – tak, nasza Julia! – Wpadła komuś w oko. Była ładną dziewczyną. Jednak aura tajemniczości i mistycyzmu, jaką starannie wokół siebie kreowała, skutecznie odrzucała wszelkich dotychczasowych adoratorów. Ten najwyraźniej postanowił obrać niecodzienną taktykę. Zaintrygował nas.
{b}Moje nieme pióro{/b}
Siedziałem w swoim pokoju, zatopiony w myślach. W dłoni trzymałem niebieski długopis, na biurku przede mną leżała biała kartka. Czysta. Końcówka długopisu drżała. Czułem, że coś we mnie żyje. Egzystuje jakby w innym wymiarze, jednak wystarczająco blisko, abym to poczuł. Siedziało głęboko w podświadomości, przesyłając niejasne, zamglone sygnały. Usiłowałem je schwytać, uwięzić, aby po odpowiednim ociosaniu wyrzucić i raz na zawsze pozbyć się tego uczucia. Niemoc. Niemoc. Czysta kartka.
***
Nie tędy nie tędy co ty w ogóle wyprawiasz i tak ci się nie uda niemoc odłóż te pióro odłóż zanim zrobisz coś splamisz serce poezja po co ci poezja to jest obce to jest nieznane to jest złe nigdy ci się nie uda nie wiem co mi jest dostać się do wnętrza coś we mnie jest coś żyje czuję pulsowanie żył nie chcę być sam wieczność jest mała witamy w krainie gdzie nic nie jest pewne uwaga pochyłe iluzje idei po cholerę był mi mickiewicz i romantycy tak a słowacki wielkim poetą był oby go chomiki zjadły oto stoję u twych wrót i kołaczę nic prostszego znajdź i wyrzuć z siebie czego szukać nic nie znajdę boję się tego co mam w środku ten wiersz to przykład ciąży urojonej nic przecież nie ma jestem pusty jak skorupa orzecha ile orzechów potrafi przenieść jaskółka afrykańska czy europejska gdzie to było w monty pythonie cholera wie pustka pustka pustka po co udajesz że coś jest po co udajesz że myślisz po co udajesz że żyjesz odwagi to tak jak za pierwszym razem napisz pierwsze słowo reszta pójdzie sama napisz pierwsze słowo to ma być piękny wiersz poruszający wiersz napisz pierwsze słowo napisz pierwsze słowo napisz pierwsze słowo napisz pierwsze słowo.
***
Część 33 / 4
Zacisnąłem zęby. Zbliżyłem końcówkę długopisu do papieru. Starannie, okrągłymi literami, napisałem pierwsze słowo. „K****!”
***
Tego wieczoru nic nie napisałem. Oprócz, oczywiście, tego jednego, jakże magicznego słowa.
{b}Amadeusz{/b}
- Widzicie go? Nasz Amadeusz. Ciekawe, czego tu szuka – rzekł Marcin, gdy następny wieczór również spędzaliśmy w Wieży. - Raczej się tu biedak nie odnajdzie – rzekłem z nieomal szczerą empatią. Amadeuszem nazwaliśmy najsłynniejszego lokalnego dresa. Patrząc na niego, odzyskiwało się wiarę w stereotypy. Zawsze chodził w trzech paskach, sportowych butach i ciemnych okularach. Krzywą twarz zdobił mu nieokreślony grymas, najprawdopodobniej wyraz żalu za straconą inteligencją. Jedno trzeba było mu jednak przyznać: Całkiem sprawnie przekuł ją na muskuły. - A my oczywiście bardzo mu współczujemy – powiedziała Julia w zamyśleniu. - Tak, bardzo. Czy mnie oczy nie mylą – nowy dres? – Zapytał konspiracyjnie Marcin. - Nowy. Kochamy Amadeusza. - Uciszcie się ździebko, albowiem nasz kochany misiaczek najwyraźniej podąża w naszą stronę. Tak było w istocie. Nasz kochany misiaczek podążał w naszą stronę. Krokiem chwiejnym, acz stabilnym. Stanął przy naszym stoliku i oparł ręce o blat. Zwierzęcy wzrok wlepił w Marcina, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. Zauważyłem, że na palcu prawej ręki nosił sygnet z inicjałami: M.G. W sali zrobiło się odrobinę ciszej. Barman, Andrzej, zastygł w bezruchu. Trzymana przez niego szmatka zastygła we wnętrzu szklanki. Nerwowo oblizałem wargi. To się mogło źle skończyć. Marcin podniósł wzrok. Zachował zimną krew. Patrzyli na siebie. Po prostu patrzyli. Ale dałbym głowę, że te kilka chwil skoncentrowało na sobie więcej uwagi ludzi tu obecnych, niż niejedna uliczna bójka. To była potyczka. Bez razów. Bez słów. Bez gestów. Brwi Marcina uniesione były w geście zdystansowanego zdziwienia. Amadeusz po prostu oddychał. Jednak nawet ten oddech wzbudzał dreszcz. Był zwierzęcy. Julia zdawała się nie zauważać całego zajścia. To w niej podziwiałem – kiedy tylko chciała potrafiła odseparować się od rzeczywistości. Po prostu na siebie patrzyli. Marcin opuścił wzrok. Nie wytrzymał. Amadeusz pokręcił przecząco głową. Podniósł się. - To nie ty. Masz szczęście – wysyczał i wyszedł. Życie Wieży natychmiast powróciło do normy. - Wybaczcie na chwilę – powiedział Marcin przytłumionym głosem. Skierował się w stronę łazienki. Wzruszyłem ramionami. Julia nadal pozostawała nieobecna. Po kilku sekundach kopnąłem ją lekko pod stołem. - Aniele Ciemności, czas wracać w rodzinne strony. Plugawy świat wita z powrotem. - To ciekawe – odparła w zamyśleniu. – Myślisz, że Marcin podpadł naszemu misiaczkowi? - Trudno mi w to uwierzyć. Nawet jeśli – to w jaki sposób? - Raczej nie podbił mu dziewczyny ani nie spalił samochodu. Może po prostu krzywo się patrzył. - Możliwe. Ale skąd w takim razie wzięło się „to nie ty” Amadeusza? - Może wyjaśni nam to sam zainteresowany. Czekaliśmy w milczeniu. Ogarnęło mnie niejasne przeczucie. Odniosłem wrażenie, że Marcin doskonale wiedział, kogo szukał Amadeusz. Jego. Tyle, że był za głupi, aby się zorientować.
***
„Sam zainteresowany” kazał nam czekać prawie kwadrans. - Wybaczcie, musiałem się troszkę wyrzygać. - Oj. Coś poważnego? – Zapytałem z autentycznym współczuciem. - Nie. Dzięki za troskę. - Jesteś zdrowy. Mamy zatem kilka pytanek... - Nie mogę na nie odpowiedzieć. Jeszcze nie teraz. - A to niby dlaczego? - Muszę sobie coś uporządkować. Tam, w środku. - Możemy ci jakoś pomóc? – Wtrąciła Julia. - Obawiam się, że nie.
***
Część 44 / 4
Nazajutrz Julia dostała kolejny, dziesiąty już, list.
{b}Kolekcjoner Wrażeń{/b}
Minęło jednak kilka dni, a odpowiedzi nie nadchodziły. Wraz z Julią czekaliśmy cierpliwie. Nikt z nas nie powracał do tematu. Ufaliśmy, że kiedyś nadejdzie właściwa pora. Ciekawość rozdzierała nasze wnętrza, ale nie mogliśmy nic zrobić. Milczał jak zaklęty. I wreszcie, gdy już wydawało nam się, że o całym zajściu najzwyczajniej w świecie zapomniał, usłyszeliśmy jego opowieść. A raczej wykład. To był dzień niespodzianek. Wydawało nam się, że go znamy. Mieliśmy do tego pełne prawo – wszak był naszym przyjacielem od ponad siedmiu lat. Tego wieczoru podzielił się jednak z nami swoją ideologią. Do dziś zastanawiam się, jak mogliśmy być tak ślepi. Rozmowa odbyła się, oczywiście, w Wieży. - Pamiętacie Amadeusza? – Zagaił niewinnie. Ucichliśmy natychmiast. - Oczywiście. Już wszystko poukładane? - Mniej więcej. - Słuchamy zatem. - To bardzo prosta historia o dość niecodziennym tle. – Cały czas bawił się woskiem, który powoli, majestatycznie spływał po świeczce. Nikt z nas się nie odezwał. Czekaliśmy. - Istotą życia jest kolekcjonowanie. Czegokolwiek. Chęć posiadania, gromadzenia jest wbudowana w osobowość człowieka. Stanowi swego rodzaju pierwotny instynkt, choć każdy realizuje go w indywidualny sposób. Jedni kolekcjonują znaczki, inni – nakrętki po Tymbarku. Jeszcze inni dusze. - Dusze? – Julia drgnęła nieznacznie. - Tak. Pozwólcie, że opowiem wam pewną historię. Miałem kiedyś koleżankę, urocze blond dziewczę o miłym spojrzeniu i niebanalnej osobowości. Nazywała się Malwina. Pewnego słonecznego poranka – nie poetyzuję, naprawdę tak było. Wiem, bo sama mi o tym opowiadała niezliczoną ilość razy – zauroczyła się w koledze ze szkolnej ławy. Kolega ów miał na imię Zygmunt. Ze swojej strony dodam tylko, że był on dość atypowym palantem. - Zdarza się – mruknąłem. - To był naprawdę ostry przypadek. Godzinami przesiadywała przy oknie, licząc, że będzie przechodził. Nie odrywała od niego wzroku, co noc odwiedzała go w snach. Zaczęła pisać wiersze! Całkiem niezłe, swoją drogą. - A on? - On... On, jak się okazało, był kolekcjonerem dusz. Świetnie się bawił... Malwiną. - Jak to? - To taki specyficzny rodzaj gry drugim człowiekiem. Gdy cały jego świat leży u twoich stóp, gdy jednym zdaniem, słowem, ba! Niedopowiedzeniem... Zradzasz bądź druzgoczesz czyjeś marzenia. Doskonale wiedział, co czuła. Sama mu o tym mówiła! - I nic? - Ha! Żeby nic... Właśnie o to chodziło. Tu leżała istota sprawy. On ją KARMIŁ nadzieją. A gdy tylko jej serce zaczynało bić szybciej, z perwersyjną radością ciskał nią o bruk. Mówił wtedy, że za dużo sobie wyobrażała, że on nie może, że nie jest pewien. Wyobrażacie to sobie? Gdy słuchałem jej opowieści, nie mogłem niekiedy uwierzyć. Rozumiecie? On ŻYWIŁ SIĘ jej uczuciami. Posiadł wszystko. Jej serce, jej marzenia, jej świat. To był właśnie kolekcjoner dusz... Zapadła cisza. Marcin przeżywał wszystko raz jeszcze. Ja odkopywałem kolejne warstwy gruzu zalegającego mą pamięć. Byłem pewien, że znałem tę historię! Już wcześniej, choć z troszkę innej strony. - Marcin? Jakie ona nosiła nazwisko? – Zapytałem cicho. Odpowiedział mi po chwili zastanowienia. Kiwnąłem głową. Julia spojrzała się na nas pytająco. - Pamiętam tę dziewczynę. Pisali o tym w gazecie. Jeśli dobrze pamiętam, to wyjechała z miasta, prawda? - Owszem. Troszkę się zmieniła. - Ale dlaczego? Dlaczego? – Dopytywała się Julia. - Po dwóch próbach samobójczych inaczej patrzysz na życie. – Rzekłem cicho, niemal niesłyszalnie.
***
Do tematu kolekcjonowania powróciliśmy później, tego samego wieczoru. - A co kolekcjonuje Marcin? – Zapytała Julia znienacka. - Marcin kolekcjonuje wrażenia. – Odparł ten dobitnie. - Czy ja dobrze słyszę? Wrażenia? - Tak, wrażenia. Jak już mówiłem, kolekcjonowanie to istota życia. Ja gustuję właśnie we wrażeniach. - To znaczy? - Ciężko to wytłumaczyć. Spróbuję jednak. Co czujesz, gdy znajdziesz się w nowej, nierzadko zaskakującej sytuacji? – Zwrócił się do mnie. - Stres, niepokój, zdenerwowanie. - No widzisz. Ja nie. - Nie? - Nie. Albowiem rozsadza mnie ciekawość środowiska. Nie mogę się doczekać, aż spróbuję czegoś nowego. Są różne zjawiska – na przykład jazda rowerem albo wizyta na komisariacie. Chcę skosztować wszystkiego. - To chore. - Nie. To przyjemnie. Przynajmniej dla mnie. - Nikt nie powiedział, że rzecz chora nie może być przyjemna – rzekłem z uśmiechem. - To już inna sprawa. To jest mój sposób na życie. Dzięki temu nie mam problemów adaptacyjnych – rozumiecie? Gdy wkraczam w nie znaną mi sytuację, chłonę ją całym sobą, z całych sił pławię się w chwili. Lęk przed nieznanym? Odpada! Nie ma go. - To po prostu bardziej wykształcona... - I chora... – Wtrąciłem. - Forma ciekawości świata. - Właśnie. Bo świat jest piękny. Zdegenerowany, lecz uroczy w swej atrofii emocjonalnej. - Och, jakże kwieciście prawisz... - Nie wiesz, co to atrofia? Zanik... - Wiem, tylko się droczę! – Parsknęła Julia. – Powiedz nam lepiej, jakie było najbardziej emocjonujące wrażenie, którego doświadczyłeś. - Właśnie je chłonę. - Że jak? - Zbliżcie się – konfidencjonalnie pochylił się do przodu. – Widzicie tamtą dziewczynę? – Wskazał na niewysoką blondynkę stojącą przy barze. Nigdy wcześniej jej tu nie widzieliśmy. - Owszem. Nowa twarz. Co z nią? - To dziewczyna Amadeusza, Marta. - To ona? Amadeusz nosi sygnet z jej inicjałami... - Też to zauważyłeś? - Niedawno miałem przecież doskonałą okazję – odparłem sucho. – Co to ma do rzeczy? - Zaraz się dowiesz. Wiecie, że, gdy jest mocno podniecona, wydaje dźwięki podobne do pisków wiewiórki? - A ty skąd to wiesz? - Co środę spotykamy się w pewnym miejscu i oddajemy hołd zwierzęcej części człowieczej natury. - Innymi słowy... – Zaczęła Julia. - ...Pieprzysz dziewczynę Amadeusza?! – Prawie krzyknąłem. - Można to tak nazwać. Muszę przyznać: Udało mu się nas zaskoczyć. Bardzo prosta historia na dość niecodziennym tle.
{b}Melodie Nocy{/b}
Wieczorem, kilka dni później, postanowiłem udać się na spacer na Wzgórze. Roztaczał się stamtąd piękny widok na miasto pogrążone w ciemnościach. Było już późno. O dziwo, nie tylko ja wpadłem na ten pomysł. Dochodząc, dostrzegłem znajomą sylwetkę. Julia. - Nie przeszkadzam? - Trzeci Jeździec... Cóż cię tu sprowadza? – Zapytała, nie obracając się. - Czysty przypadek. Nie tylko ty lubisz te miejsce. - W takim razie to dziwne, że nigdy się tu nie spotkaliśmy. - Często tu bywasz? - Niemal codziennie. I za każdym razem przeszywa mnie dreszcz zaskoczenia. Kontemplacji – zawahała się przez chwilę, jakby zastanawiając się, czy powinna wypowiedzieć następne słowa. – Ta przestrzeń, ten świat u mych stóp... - Żyje – przerwałem jej. – A tu można poczuć puls, krążenie ludzi i ich światów. Usłyszeć oddech pogrążonego w…