Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 7 min czytania

Część II: Linie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O 10tej rano otaczające mnie budynki nabierają blasku. Szare kamienice stają się areną. Przyjmują i wypluwają z siebie ludzi, przechowują ich, rodzą, kształtują, kształcą. Nikt ich już nie zauważa. Są jak skały w górach, woda w morzu, tlen w powietrzu. Miasto składa się z nich, posępnych, zbyt obrzydliwych dla turystów, zbyt swojskich dla obrzydliwych mieszkańców. Przechodzimy z jednego do drugiego, a ściany, sufity i schody uczą nas kolejnych ograniczeń. Mamy ich dość, jednak nie potrafimy żyć bez poczucia dawanego przez nie bezpieczeństwa. Bo przecież chronią nas, z boku przed wiatrem, z góry przed deszczem, z dołu przed wilgocią naszej własnej natury. Każda brudna kamienica, odmalowana czasem na kolor wilgoci i sadzy, staje się milczącym świadkiem tego, jak wstajemy, upadamy, powoli, niezauważalnie, tak jak w deszczu rodzi się ich dostojeństwo. Każdy pogardzany blok jest łonem, inkubatorem, w którym kształtują się nasze losy. Każde okno żyje w czyichś wspomnieniach. Miotamy się w labiryntach ścian, pozostawiając w nich część siebie. Między potem, kurzem i odchodami pozostają miligramy emocji, osiadające na ścianach razem z dymem z papierosa, razem z krzykiem rozkoszy w środku nocy. Nie ma chyba bardziej godnego szacunku zajęcia niż wznoszenie domów, budynków, wspaniałomyślne zamykanie nad ludźmi złowrogiego nieba stanowczym, silnym ramieniem dachu. Byśmy mogli kochać, nienawidzić, dojrzewać jak pomidory w szklarni. W nich rodzą się nasze fascynacje, frustracje, emocje. W czterech ścianach każdego z pomieszczeń zatłoczonego miasta mają miejsce wydarzenia, do których wracamy przez lata lub których nie chcemy pamiętać, tam rozgrywa się nasze życie. Same pozostają nieruchome, ale tworzą przestrzeń dla naszych zderzeń, nasze myśli wypełniają kolejne metry kwadratowe. Ty, ja, ona… łączymy się w niesymetryczne kształty przeżyć i emocji pośród wyliczonych co do centymetra brył. Fizyka rodzi przestrzeń dla metafizyki, matematyka dla poezji, nieożywione i zimne przyjmują w siebie życie. Nasze życie. Tak jak my przyjmujemy w siebie papierosowy dym, dając się mu zniszczyć, zestarzeć, przyprawić o zawrót głowy. A nad nami są ściany, okna i drzwi. Nasz mikrokosmos. Wyjścia, wejścia, przejścia, odejścia i powroty. Przeprowadzki, rozstania. Kochankowie jak meble, przyjaciele jak obrazy, czasem odkurzane, czasem odnawiane. Przyzwyczailiśmy się do nich tak, że nie zdajemy sobie już sprawy z ich obecności. A oni, one, pękają jak ściany wokół nas, niezauważalnie niszczeją, tak jak my, przyjmując na siebie każdego dnia kolejną porcję metafizycznego dymu. Osiada na nas, tworzy smugi jak zaschnięte krople na szybie. I już nie widzimy świata takim, jakim jest za oknem. Widzimy tylko szare budynki. Są, bo zawsze były. Zasypiamy pewni, może nawet podirytowani ich niezmienną obecnością. Nie zdając sobie sprawy z niezliczonej ilości nieokreślonych kształtów, form, przejawów tragizmu i komiczności każdego poranka, kolejnej doby naszego życia. Wydarzeń, naszkicowanych wspomnieniami na ścianach. Umysłów i uczuć, rozciągniętych od ściany do ściany pajęczyną, w którą wciąż ją budując, wciąż wpadamy.

Otwierałem to okno każdego ranka, po czym powolnym, filmowym ruchem należącym do kogoś innego, zapalałem papierosa. Z czwartego piętra, uciętego nagle skośnym dachem, rozciągał się widok na mroczne, zaniedbane podwórze. Im wyżej tym lepiej. To tu królowały czerwone…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Część II: Linie — czytnik · opowiadania