Akcja · 24 min czytania
Człowiek, który zwał się Pech
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dilven szedł pierwszy zaledwie kilka kroków za nim podążał zamyślony, wręcz ponury, Januk. Po ostatnim zdaniu panowała nieznośna cisza. Zamilkły, zdawało się, nawet ptaki i owady w pobliskim lesie oddzielonym od drogi, którą podążali, zaledwie parowem i linią niskich zarośli. W tym jagód, malin i jeżyn. Pierwszy pojawił się wiatr, poranny i chłodny. Razem z wiatrem pojawiła się gęsta mgła. W pewnym momencie mgła stała się tak nieprzenikalna dla oka, że Januk stracił z pola widzenia swego towarzysza. Przyśpieszył kroku by go dogonić. Dogonił. Dilven zaprzestał marszu, usiadł na niewielkim kamieniu tuż przy parowie w którym swe sieci snuł właśnie mały pajączek. Januk zatrzymał się, zastanowił, usiadł obok. Spuścił głowę i patrzył na pracowitego pajęczaka. Pająk zdążył usnuć już prawie całą misternie zaplanowaną pajęczynę rozciągniętą od jednego do drugiego brzegu rowu. Nikt nic nie mówił. W pewnym momencie tylko Dilven sięgnął do tobołka który niósł na plecach, poszperał w nim chwilę i w końcu cisną kawałkiem niezbyt świeżego pieczywa w swego kompana. Nikt nic nie mówił, jedli. A pająk nadal snuł sieć. Zjedli, mgła wcale nie zrzedła, wręcz przeciwnie. Nikt nic nie mówił. Z nudów Dilven przyłączył się do oglądania pajęczaka który skończył przygotowywać swą pułapkę. - A więc łowca głów ? - spytał ponuro Januk – To nie możliwe. A ja, głupi, ci pomogłem. Jestem teraz takim samym przestępcą jak i ty. Nie do wiary, mam nadzieję, że bogowie mi to wybaczą. Jak mogłem pomóc łowcy głów ? Splamiłem honor całej mej rodziny. - Ja nie piętnuje twojego pochodzenia – odrzekł spokojnie – Ty nie piętnuj mojej profesji. - Nie sądzisz, że to całkiem co innego, moje pochodzenie, szlachetne zresztą. A twoja profesja, która ze szlachetnością ma tyle wspólnego co i... Zresztą nieważne, jestem przestępcą i nic tego nie zmieni. Powinienem się teraz udać do świątyni Matki, Rodzicielki i tam przystąpić do pokuty. Myślę, że takoż też zrobię. Zaraz po tym jak... - Spłacisz u mnie dług – nie pozwolił mu dokończyć Dilven – który niechybnie zaciągnąłeś zmuszając mnie do ocalenia ci życia. Tak więc postępujemy, bez patrzenia na twoje użalania, według mojego planu. Ruszamy do zamku Luveneberg gdzie zachwalisz mnie przed tamtejszym królem, który zaś w afekcie da mi pracę której potrzebuje. - Nadal nie powiedziałeś mi co to za praca – Januk wyrwał źdźbło trawy i wsadził do ust – Pochwalisz się wreszcie ? Myślę, że powinienem wiedzieć taką rzecz czyż nie ? Koniec końców jestem twoim przewodnikiem i poręczycielem. Wszak bez mej osoby nie dasz rady przekonać władcy by powierzył ci zadanie które chciał powierzyć jakiemuś, honorowemu, rycerzowi. - Skąd wiesz, że honorowemu ? - Każdy rycerz jest honorowy. - Jesteś jak dziecko – parsknął Dilven – Świat jest okrutny. Nie ma już ludzi dobrych i honorowych, wszyscy dobrzy którzy chadzali po tym świecie już dawno leżą w kurhanach i bezimiennych grobach. Świat skrzętnie wyszukuje ludzi dobrych i doszczętnie morduje, najczęściej w najokrutniejszy sposób jaki znajdzie. Jeśli przyszedłeś tutaj szukać ludzi honoru i ludzi sprawiedliwych to muszę cię przestrzec przyjacielu, zbłądziłeś. Te kraje, kraje ludzi. Od Esstos po Beggrindan to jedno wielkie siedlisko podstępnych żmij i krwiożerczych bestii. A co do ciebie. Myślisz, że jesteś lepszy ? Nie, nie jesteś, jesteś taki sam jak ja i mi podobni jeszcze się o tym przekonasz. Mówisz, że nie chcesz pieniędzy za głowę Ericka ? Zechcesz je kiedy głód zajrzy ci do oczu a pragnienie wysuszy gardło. Ale nie martw się oddam ci twe pieniądze. Jeśli je jednak przyjmiesz, będzie to równoznaczne ze zgodą. Zgodą na zostanie jednym z nas. Na zostanie łowcą. - Nigdy – powiedział wypluwając z ust źdźbło, celując tak by nie trafiło na pajęczynę – Jednakowoż, nim odejdę chciałbym się czegoś dowiedzieć. Wiem, że jesteś człowiekiem, nie elfem, nie krasnoludem ani nawet orkiem. Człowiekiem, a ludzie jako jedyna rasa, nie potrafią używać magii. To wiedza powszechnie wiadoma. Dilven przytaknął. - Tak więc – podjął Januk – To co zrobiłeś wtedy w chacie, w kopalni. To niebieskie światło, co to było ? - Magia. - odparł z uśmiechem – To była magia. - Nie kłam. - Nie kłamię – stwierdził dumnie – Wtedy w chacie użyłem magi. Faktem jest, powszechnie zresztą wiadomym, że ludzie nie mogą używać magii. Fakt jest faktem, jednak fakt ten nie jest w całości prawdą. Ludzie mogą używać magi, nie mogą jej tworzyć – spojrzał na minę Januka, podrapał się po brodzie – Eh, to skomplikowane a mnie nie chce się tego tłumaczyć, ukrócę więc to do minimum. Ludzie mogą używać magi wykorzystując zaklęte przedmioty. Czyli rzeczy na które przelano magię i zapieczętowano ją za pomocą odpowiednich znaków. Również, zresztą, magicznych. - Skąd to wszystko wiesz ? - spytał z lśniącymi z podziwu oczyma Januk – Gdzie się tego nauczyłeś ? - Nigdzie, zmyślam. Prawdopodobnie działa to kompletnie inaczej ale cóż nikt mi tego nie wytłumaczył a ja sam nie byłem ciekaw, nie dociekałem, więc nie wiem. Zresztą co za różnica ważne, że wiem jak używać takich przedmiotów i wiem, że kosztują po pięć tysięcy rubli za sztukę. I te pięć tysięcy będziesz musiał, rycerzyku, odpracować. Już ci mówiłem, za tę pomoc jesteś winien mi trzy przysługi. Kiedy je spełnisz, spłacisz swój dług. - Pierwszym powodem była moja znajomość z Erickiem, którego sam nie potrafiłeś znaleźć – domyślił się Januk – Drugim powodem, czy też przysługą, jak zwykłeś mawiać jest fakt iż dobrze znam się z królem panującym na zamku Luveneberg i mogę za ciebie poręczyć. Co jest trzecim powodem, tego heroicznego czynu. - Heroicznego ? To zbyt duże słowo – Dilven podrapał się w zarost, wyprostował się – A ja nie lubię dużych słów. Jestem człowiekiem, który nie lubi się wyróżniać – skłamał. - Co jest trzecim powodem ? - nie rezygnował Januk – Powiesz wreszcie ? - O ! patrz mgła się przerzedza – wskazał na horyzont, który rzeczywiście był już całkiem nieźle widoczny – Ruszajmy. Jeszcze tej nocy mam zamiar przespać się na wygodnym łóżku a nie pod drzewem wśród robaków i pająków. Horyzont był już całkiem nieźle widoczny a tym samym całkiem nieźle widocznym stawał się zamek wybudowany na niewielkiej górce. Szara forteca, Luveneberg. Jedyne wolne i niezależne miasto – państwo w królestwach ludzi. Luveneberg nie wszczynał wojen z nikim i handlował ze wszystkimi, a miał czym handlować. Góra nie daleko której wybudowano zamek a która należała do terenów miasta – państwa była bogata w złoża węgla który ostatnio stawał się coraz droższy i droższy. Głownie przez wzgląd na rozwijający się szybko przemysł hutniczy. Panowała niejedna wojna i niejedna miała być jeszcze wszczęta. A w każdej wojnie potrzeba przecież mieczy, tarcz, zbroi. A do tego potrzeba żelaza i innych metali i tutaj wkraczają hutnicy ze swymi hutami. Kiedy Januk i Dilven wznowili swą wędrówkę i wkroczyli wreszcie na gościniec, prowadzący bezpośrednio do zamku, poczuli, że handel nadal kwitnie. Bez przerwy wymijały ich wozy, zakryte, odkryte, długie, krótkie. Takie które miały cztery koła i takie które miały dwa koła. Z jednym koniem, z dwoma, z czterema. Wozów był ogrom. Przewoziły najróżniejsze rzeczy, najczęściej jednak, przewoziły węgiel. Zdarzały się też wozy z przyjemnie pachnącymi wędlinami i przyprawami czy choćby z budulcem. Budulec był bardzo potrzebny w zamku, ale bowiem ciągle si był on rozbudowywany, ciągle rósł. Coraz więcej ludzi wędrowało do Luvenebergu. W połowie drogi do zamku, Januk poprosił o podwózkę jednego z kupców przewożących wędliny powołując się na bliską znajomość z królem. Dilven nie wnikał w szczegóły, bliższej znajomości. Szczęśliwy, że nie musi iść, wsiadł na wóz. Z dala od konia. Januk dostrzegł ten fakt prawie natychmiast, nie zamierzał jednak go komentować. Był tego dnia wyjątkowo zmęczony towarzystwem łowcy, chciał ukrócić kontakty z nim do minimum. Nie zamierzał więc wszczynać dyskusji. Januk siedząc na koźle tuż obok kupca prowadził ożywioną wymianę zdań. Dilven siedzący z tyłu wozu podjadł trochę wędlin i, rozłożywszy się wygodnie, usnął. Obudził go dopiero wstrząs. Wóz najechał na dziurę. Januk odwrócił się do towarzysza i nakazał mu zejść z wozu. Dilven choć lekko poddenerwowany faktem, że ktoś mu rozkazuje zszedł na ziemię. Januk podziękował kupcowi i ruszył w stronę zamku. Wysokiego budynku który z każdej strony zdobiły, powiewające na wietrze, proporce. Na nich widniał zaś smok. Symbolika była nader oczywista, nawet dla Dilvena. Zwierze miało oznaczać dzikość, wolność, miało symbolizować coś nieokiełznanego. Szkoda, że smoki nie istnieją – pomyślał odruchowo Dilven. Miasto było dosyć opustoszałe, przynajmniej tak twierdzili dopóki dopóty nie weszli na rynek. Tam to bowiem zebrała się większa część mieszczan. Pośrodku rynku, wśród kamienic, stał szafot. Na około szafotu zaś stał tłum ludzi. Dilven zauważył iż nawet urzędnicy z ratusza, dwupiętrowej budowli z wielkim złotym dzwonem na wieży, wyszli na ulicę. Jeden z nich, starzec ubrany w miętowy dublet jął przeciskać się wśród zebranych próbując dostać się pod podwyższenie. Januk wraz z towarzyszem również spróbowali dostać się do pierwszego rzędu, byli ciekawi. Kto by nie był ? Z trudem dostali się na pierwszą linię. Na szafocie stał mężczyzna w sile wieku, ubrany w karmelową tunikę. Opasany był niebieską szarfą. Obok mężczyzny klęczała i płakała młoda kobieta. Ubranie miała całe w strzępach, ręce związano jej zaś z tyłu. Tak by nie mogła się osłonić. Twarz kobiety zasłaniały ciemne, rozczochrane, włosy. Dilven dostrzegł jej łzy pierwszy, Januk chwilę później. Rycerzyk zerwał się, chciał ruszyć na pomoc. Powstrzymała go ręka jego towarzysza, który drugą dłonią wskazywał schodki prowadzące na szafot. Spojrzeli. Na scenę wchodził właśnie starzec w miętowym dublecie. Domagający się, głośnymi okrzykami, krwi tłum ścichł. - Co robisz ? - wydarł się ten w dublecie, głos jego był mało stanowczy – Kto na to pozwolił ? Gdzie jest straż ? Proszę natychmiast zabrać stąd tą kobietę i odprowadzić ją do domu. Jeśli nie to... Jeśli nie to zawołam straże. - Ta kobieta to czarownica, szarlatanka ! - odkrzyknął ten w tunice – Trzeba ją ściąć a truchło oddać płomieniom. Inaczej wszystkich nas opęta i ciśnie demonom na pożarcie. Mówię wam ludzie to demon w ludzkiej skórze. Kobiety od zawsze są przyczyną problemów, toteż demony wybrały właśnie kobietę by szerzyła ich wolę. Mówię wam to samo zło, musimy ją zabić i spalić. Jeśli tak zrobimy może łaskawi bogowie nam wybaczą. Ludzie słuchajcie mnie, bogowie przemawiają przeze mnie ! Słuchajcie a przeżyjecie ! Posłuchali, niektórzy wręcz przyłączyli się do przedsięwzięcia. Jeden z dosyć kolorowo odzianych mieszczan dołączył do kapłana na szafocie i siłą zdjął przeszkadzającego jegomościa w miętowym dublecie. Usadził go na schodach i przytrzymując ręką, kazał patrzeć. Ten w tunice podburzał tłum porykiwaniami i gestami. A tłum zawrzał, zaryczał. Januk krzyknął coś do Dilvena, ten jednak nie słyszał nic poza krzykiem gawiedzi. Rycerzyk ruszył w stronę sceny, bezceremonialnie przeszedł obok strażnika schodów, ten nie zdołał nawet zareagować. Dostał z pięści w nos. Usiadł na deskach. Januk stanął przed kapłanem, spojrzał na zapłakaną kobietę. Januk nie potrafił się powstrzymać, dał kapłanowi w pysk. Ten runął na deski i zwinął się w kłębek, chyba zapłakał. Kilku ludzi z tłumu wyrwało się do przodu, wdrapali się na szafot. Pierwszy dostał w nos, padł. Drugi oberwał kopniakiem w krocze, padł. Pozostałych trzech doskoczyło do rycerzyka i powaliło na ziemię, zaczęli go kopać. Dilven stał dalej w pierwszym rzędzie,