Inne · 7 min czytania
człowiek warty swej siły - dzień 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znowu to zrobiłem. Muszę się przyzwyczaić do tego. Nauczyć się tym sterować, wiedzieć, jak wykorzystać tą całą siłę. Muszę przyzwyczaić się do środków ubocznych. Do tego nieziemskiego kaca! Przyznaję – boję się. Boję się, że to mnie zabije, że zadławię się własnymi wymiocinami, że sparaliżowany umrę z głodu we własnym łóżku, że się uduszę, że serce mi eksploduje. Najbardziej chyba boję się uduszenia. Jeżeli umrę, to mam nadzieję, że w ekstazie. Siedziałem na przystanku autobusowym i zastanawiałem się, czy dalej w to wszytko brnąć. Może nie warto? Obserwowałem ludzi idących chodnikiem. Każdy z nich był inny. Zapewne każdy miał jakieś myśli, jakieś marzenia, potrzeby i problemy. Zapewne każdy czuł się na jakiś sposób wyjątkowym. Dla mnie każdy z nich był taki sam. Dla nich też byłem nierozpoznawalny. Człowiek bez znaczenia, bez wnętrza, bez oczu. Zastanawiałem się czy ten spokój niezauważalności da mi szczęście? Czy oni są szczęśliwi? Czy gdyby mogli postąpiliby tak, jak i ja postąpiłem? Czy by mnie potępili? Napadł mnie chwilowy optymizm. Już nigdy nie wezmę! Pozostanę w tym świecie samych fasad, ale uczynię swoje życie innym! Będę więcej widział i więcej rozumiał. To powinno mi wystarczyć. Ryzykować utratę życia to za duża cena. Mój optymizm równie szybko się pojawił co rozpłynął otoczony salwami śmiechu. Ten kto raz spróbuje tego co ja, nigdy nie wróci do poprzedniego życia! Za dużo by stracił… Boże, ileż traciłem całe życie nawet nie wiedząc o tym! Spróbuję jeszcze raz. Tylko mniejsza dawka. Już bynajmniej wiem, co mnie czeka. Tym razem zrobiłem to w mniej romantyczny sposób. Usadowiłem się wygodnie w fotelu. Nie miałem zamiaru nigdzie wychodzić. Dopóki tego nie opanuję ryzyko że przez przypadek sam się zabije jest zbyt duże. Na zewnątrz są samochody, mosty, inni ludzie, a któż wie, co może strzelić mi do głowy? Dzisiaj zostaję w domu. Tu będzie najbezpieczniej. Tutaj również nikt mnie nie zobaczy. Nikt nie będzie o nic pytał. Zdenerwowany przeżegnałem się na wszelki wypadek. Myślałem, żeby wszystko wczesnej spisać wraz z moim testamentem, ale to byłby zły omen. Zrezygnowałem. Nie szykuję się na tamten świat. Ręce mi nie drżały. Tylko uderzenia gorącej krwi do głowy. Wyjąłem buteleczkę z zawiniątka. Wyciągnąłem korek. Wsadziłem do środka pipetę. Nabrałem mniejszą ilość niż poprzednio. W tym momencie jakiś nagły przypływ odwagi zawładnął moim ciałem. Odwagi? Raczej głupoty… Nabrałem jeszcze trochę cieczy. Więcej niż poprzednio. Trudno. Zobaczymy. Dwie krople do prawego oka i trzy do lewego. Poczułem, jak ciecz zaczyna wyżerać mi gałki oczne. Paliły się żywym ogniem. Całą swoją energię musiałem skumulować w rękach. Musiałem powstrzymać się od pocierania oczu, wiec wbijałem palce w nogi. Czułem jak łamią mi się paznokcie i jak powstają dziury w spodniach. Bałem się, że oślepnę, ale już nic nie mogłem zrobić. Jeszcze mocniej zacisnąłem szczękę. Jeszcze mocniej wbiłem palce w swoje uda. Musiałem to przeczekać. Zacząłem jęczeć. Potem krzyczeć. Zakneblowałem się poduszką, żeby nie zwrócić na siebie uwagi sąsiadów. Następnym razem muszę pamiętać o kneblu. Zbyt głośno krzyczę. Ból stawał się nie do…