Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 43 min czytania

CZTERDZIESTA CZWARTA KARCZMA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

CZTERDZIESTA CZWARTA KARCZMA MORTUSA

- Mortus, a Pod Szeroką Kiecą byłeś? Słyszałem, że kobitki tam gorące jak prosiak z rożna... - Aleś ty głupi Robin! - Mortus skrzywił się zniesmaczony i otwartą dłonią dał kompanowi po głowie może nie nazbyt mocno, ale wystarczająco, by temu spadła zawadiacka czapka z bażancim piórkiem. - Z damami jesteśmy, do szanownego wyszynku idziemy, a ty o zamtuzach... - O wybaczenie proszę. Robin zaczerwienił się zawstydzony i podniósł czapkę, ale towarzyszące im damy nie wyglądały na zażenowane, a wręcz po cichutku chichotały. Zapewne świetnie wiedziały, że przybytki w typie Szerokiej Kiecy, nie były dla Mortusa nieznanym lądem, jednak nie wydawały się tym przejmować. A może nawet im to imponowało? - Ostatnio byliśmy z bandą Czerwonego Jasia w Starym Zajeździe. - Mortus zakończył niezręczną sytuację i powrócił do opowieści o karczmach, w których raczył bywać. - To na zachód od miasta, ze trzy stajania będzie. Wchodzimy, zapachy mięsiwa, gwar, śmiechy, no, powiadam wam, że klimacik przedni. Pod oknem panowie rycerze siedzą, w kości grają, z drugiej strony, za przepierzeniem jakieś chłopki, ale też wesołe, popite już trochę. Trzech nicponi żeśmy przegnali, miejsce się znalazło, a zaraz i dzbaniec przepalanki, zupa z krupami i świński udziec. Nie pogadasz, wszystko, jak trza. Trochę po zachodzie stary bajarz przyszedł, panowie rycerze piwo mu postawili, to i gadać zaczął i mus rzec, że ciekawie. Warto pójść było, oj warto. - To czemu dziś nam nie tamtędy droga? Paniczu Mortus, chętnie bym bajarza posłuchała i smacznym kęsem nie pogardzę... - Róża, jedyna córka Frimmy, najbogatszego kupca w mieście zaszczebiotała w sobie właściwy sposób i zrobiła przesadnie smutną minę. - Nie smuć się panieneczko! Czarny Rumak jest ciebie godzien, wspaniałych opowieści tam uświadczysz, wyśmienitej strawy zaznasz, a i potańcować nie zawadzi, czego w Starym Zajeździe nie było. - Ale następnym razem tam pójdziemy? To by już dwudziesta trzecia moja karczma była... - No niestety, prędko tam pokazać się nie mogę. Przykro mi niezmiernie. - Jakże to? Złego coś tam się przydarzyło? Opowiadaj paniczu Mortus, opowiadaj! - Druga z dam, Lili, pasierbica felczera Larsa Ulryka Bitcha podchwyciła temat z takim zainteresowaniem, że młodzieniec choć mu nie w smak było, musiał coś jeszcze dodać. Syn jubilera miał jednak niezłą kiepełę i potrafił tak wszystko powiedzieć, by wyszło podług jego wizji. - Nie ma co gadać, tych trzech, cośmy ich od stoła przegnali, wróciło ze swoją hanzą i się bijatyka zrobiła. Kilka stołów poszło, kotary ktoś podpalił, służkę też ponoć zgwałcono i choć nie pierwszy i nie ostatni raz, to się karczmarz wściekł, ot i cała historia. Za to jeszcze wczoraj na jedno piwko wstąpiłem do Zdziczałej Kobyłki... - Znaczy się łomot wam miejscowi spuścili? - Robin po raz kolejny nie wykazał się stosownym taktem, nie wspominając już o lotności umysłu, o którą było u niego mniej więcej tak ciężko, jak ciężką miał rękę jego ojciec przedstawiciel cechu kowali w radzie miejskiej. - Psia jucha, zaraz ja ci łomot spuszczę! Karczmarz się wściekł, tak rzekłem? Toć, na żyć demona, wiem co mówię! - Mortus! - Róża stanowczo skarciła przekleństwo, choć chyba tylko dla pozoru, bo w wyszynkach, w których nie raz bywała nasłuchała się słownictwa znacznie bardziej zalatującego rynsztokiem. Gdyby jej ojciec wiedział, gdzie bywa wieczorami... Na szczęście wierzył, że razem z Lili bierze lekcje haftu. - Przepraszam, ponosi mnie jak ten ćwok coś palnie. - Samżeś ćwok! - Robin nie był może najbystrzejszy, ale nie lubił jak go obrażają. Mało brakowało, a doszłoby do przepychanki, ale obecność kobiet ostudziła gorące, młode głowy, po za tym cała czwórka stanęła właśnie pod bramą prowadzącą do Czarnego Rumaka. Wielki jak niedźwiedź wykidajło przyjrzał się im krytycznie, zmarszczył zarośniętą, zrytą bruzdami i bliznami twarz i warknął coś niezrozumiałego, ale gdy poczuł na dłoni ciężar złotej monety zmrużył oczy i usunął się z drogi. Przez podwórze, obok studni przeszli pod drzwi i już po chwili znaleźli się w gwarnym, ciepłym i przyjemnie zadymionym wnętrzu. Zgrabna dziewczyna pojawiła się niemal natychmiast i zaprowadziła gości do okrągłego stolika. Filuternie puściła oko do Mortusa, on odpowiedział jej dyskretnym uśmiechem, ale nikt z pozostałych tego nie zauważył. Szybko przyniosła zupełnie zacne wino, miskę z kaszą i pieczoną gęś. Trunek rozszedł się w mgnieniu oka, tak, że zaraz potrzebna była repeta, drób zaś miał mniej szczęścia i ledwie skubnięty musiał zaczekać, bo rozweselone już towarzystwo zajęło się rozmowami i śmiechem. - Patrzta, tam pod ścianą, to sam Rufus herbu Kozia Głowa! - Robin pierwszy zauważył znanego i uwielbianego powszechnie rycerza. Iiiiii!!! - Róża i Lili zapiszczały jednocześnie, po czym, gdy zorientowały się, że obiekt ich potajemnych westchnień, zaintrygowany krzykiem zwrócił na nie uwagę, speszone spuściły oczy i spąsowiały zawstydzone. - Cha, mówiłem, że tu przyjść warto? Zacne persony tu bywają, a choćby tam popatrzcie, w kącie ta postać wielka... Wiecie li kto zacz? Toć to Barabasz, nasz kat! A tam, tamten wyelegantowany, w złotym surducie, to Nordyk, Wielki Koniuszy. - A tam Oportunia, twoja ciotka... - Lili szturchnęła w bok Różę. - A żeby ją smok wychędożył... - Róża zaklęła szeptem, schyliła głowę i starała się ukryć za Robinem. Miała szczęście, bo ciotka nie tylko jej nie zauważyła, ale po chwili opuściła oberżę. Dziewczyna odetchnęła głębiej. - Że też się chce starej po oberżach łazić... Niech no się kiedy wujo dowie, to awantura będzie taka, że pół miasta usłyszy. - A jaka będzie, jak dowie się twój ojciec? - Mortus zaśmiał się głupawo i dolał wina do pustych już kielichów. Tymczasem w karczmie pojawiła się grupa minstreli i raz dwa zaczęli tak skocznie przygrywać, że towarzystwo poczęło tupać i klaskać, a wcale nie długo później pierwsi odważni poderwali się do tańca. Wśród tej awangardy nie mogło oczywiście zabraknąć Mortusa, który chwycił za rękę Różę i niemal na siłę odciągnął ją od stołu. Robin i Lili rychło poszli w ich ślady, a za nimi ruszyły kolejne pary. - Odbijany!!! - krzyczał najniższy z muzykantów, odziany na niebiesko brodacz o figlarnych, jasnych oczach. - A teraz czcigodne damy i szanowni panowie będzie coś wolniejszego! Odbijany nie bardzo przypadł do gustu Mortusowi, bo Róża trafiła do samego Rufusa herbu Kozia Głowa, któren ochoczo schwycił jej dłoń i poprowadził na sam środek sali. Dziewczyna była pod ogromnym wrażeniem i nawet nie próbowała protestować. Ba, chętnie pozwoliła zmienić styl tańca na bardziej swobodny i sama zaczęła niby niewinną, ale wiele obiecującą wymianę zdań. - Odbijany! - znów wydarł się minstrel. Tym razem Mortus był za daleko by wrócić do niewiasty, wybranej na dzisiejszy wieczór, więc obracając inną, której nie zaszczycił nawet dłuższym spojrzeniem patrzył z rosnącą złością jak Róża w coraz lepszym nastroju flirtuje tym razem z jakimś pospolitym chłopakiem z miasta. - A teraz mała przerwa, gardła mus zwilżyć! Rufus całe szczęście zajął się rozmową z innymi rycerzami, ale Róża nie wróciła do stolika swoich towarzyszy, lecz przeszła pod ścianę i kontynuowała zaczęty w trakcie tańca dyskurs z nieznajomym chłystkiem. Nic, tylko terminator u jakiegoś sklepikarza! - myśli Mortusa były coraz agresywniejsze. - A może po prostu żaczyna? Dość tego! - Jaśnie panienko Różyczko! - Syn jubilera w kilka kroków stanął obok rozmawiającej pary. - Och, przepraszam, że przeszkadzam w tak wysokich lotów dyskusji, ale zaraz podadzą kuropatwy z truflami i nie godzi się by stygły... - Tak, tak, zaraz podejdę... - Róża była wyraźnie zaintrygowana tym, co prostaczek jej opowiadał. - Wiesz paniczu Mortus, że ten tu Erazm Flamand, żak naszego, królewskiego uniwersytetu, był w samym Cracum i smoka tamtejszego widział? - Ta i dwa jednorożce... - Mortus już nie krył się z niechęcią do zagranicznego studenta i w jego głosie wyraźnie słychać było drwinę. - O jednorożcach, jeno słyszałem... - Słuchaj no... jak ci tam? Erazm... Wiem, że ci radośnie, bo ktoś przez pomyłkę jakąś wpuścił cię do szanowanej oberży, aleć chybaś jeszcze tyle nie wypił by nam farmazony wciskać? A tę kubraczynę, że tak zapytam, to ze stracha na wróble zdjąłeś? - Mortus! - Tym razem Róża była autentycznie zła. - Mityguj się! - Ech kubraczek... - żak zrobił sztucznie smutną minę. - Faktem jest, że nic nie wart, jednakoż o czym waćpan wiedzieć nie może, noszę go bom zakład przegrał... - Toś kiep, bo kto zakłady przegrywa, ten kiep! - syn jubilera triumfował. - ...że starego ślepce oszukam i mu drewniane dukaty do kapelusza proszalnego wrzucę. Za uczciwym, ot co, więc w kubraku starym wolałem chodzić. - Widzisz, wstydź się! - Róża popatrzyła z dumą na studenta i wyższością na Mortusa. - Po dobroci i w ludzkim języku, widzę, że aluzji chłopcze nie pojmiesz... Mortus już chciał zdzielić bezczelnego żaka w zawadiacko uśmiechniętą fizis, kiedy wydarzyło się coś, czego żaden z nich nie przewidział. Oto minstrele znów zaczęli przygrywać, a kiedy tylko cytra wygrała pierwsze nuty, jak spod ziemi wyrósł przy nich Rufus Kozia Głowa i porwał Różę do tańca. Mortus opuścił wzniesioną pięść i już nie patrząc na konkurenta, wściekły odszedł do stołu. Przechylił gąsiorek z winem i pociągnął kilka solidnych łyków. Robin i Lili tańczyli w najlepsze, więc nie było nawet do kogo gęby otworzyć. Nie tak miał wyglądać ten wieczór, zupełnie nie tak... Czy to trufle były stare, czy kuropatwy źle oprawione, dość, że nawet taki specjał w tej chwili nie poprawił młodzieńcowi humoru. Cóż, czasem wszystko układa się inaczej, niż byśmy sobie życzyli, a z losem nie warto walczyć, dlatego, nie informując towarzyszy Mortus wstał i skierował się ku wyjściu. - Już? Myślałam, że będzie okazja... porozmawiać. - Dziewczyna, która obsługiwała na sali, jako jedyna go zauważyła. - Jola... A wie panienka, nie mam dziś nastroju na tańce... - Rozumiem, rozumiem, wybranka z kim innym pląsa. Ja bym tak panicza nie zostawiła nawet dla księcia. - Jola uśmiechnęła się kącikami ust i niby speszona spuściła oczy. - Zostawiłabyś, zostawiła. - Mortus nieco wbrew sobie odpowiedział na uśmiech. Poznał tą dziewkę już dawno i nawet parę razy ją podszczypnął, choć bez jakiegoś zaangażowania, ot tak, dla żartu. Teraz przyjrzał się jej uważniej. Długie rzęsy trzepotały niczym zrywający się do lotu gołąb, bujna pierś falowała rytmicznie, szyja była długa, kibić tak wąska, że pewnie dałby radę ją dłońmi objąć, kosa złota, gruba, a usta pełne, wilgotne i kuszące. - No może, dla księcia - dziewczyna zaśmiała się rezolutnie, - ale dla rycerza żadną miarą. Taki wojak to mieczem machać umie, ale na miłości się nie zna, a panicz... co innego... a i pierścionek mógłby mi piękny wyszykować. Młodzieniec nie zastanawiał się, skąd Jola wie, czym się zajmuje jego rodzina. Ostatecznie nawet on sam mógł jej coś niecoś po pijaku napomknąć. Zamiast tego chwycił służkę w pół i gwałtownie ucałował. Nie próbowała się bronić, a gdy tylko oderwał wargi od jej ust pociągnęła go na zaplecze. - Tylko szybko paniczu, bo jak za długo mnie na sali nie będzie, to się karczmarz złościć będzie i nawet wyrzucić mnie może. Bez skrępowania wysoko podciągnęła spódnicę i opierając o dębowy stół wypięła jędrne pośladki. Mortusowi nie trzeba było dwa razy powtarzać...

- Wpadaj częściej. - Złoty dukat powędrował do kieszonki w szarym fartuszku, a szybki buziak na policzek młodzieńca i nim ten zdążył odpowiedzieć coś miłego Jola złapała miskę z kaszą i pobiegła na salę. Mortus zasznurował spodnie i już przez nikogo nie zatrzymywany wyszedł z oberży. Nocne powietrze było rześkie, przyjemne szybko wywiało resztki gniewu, które nawet pomimo przygody ze służką wciąż pozostawały w głowie młodzieńca. Pora nie była jeszcze bardzo późna, ochota do zabawy wróciła, więc może ta noc nie była jeszcze stracona? Tylko, gdzie by tu się wybrać? Chuć na razie została zaspokojona, więc Mortus wolał raczej szukać wesołego, męskiego towarzystwa, ale nie mógł się zdecydować, dokąd iść. Najbliżej mu było do Wiecznego Tułacza, jednak nie przepadał za tą oberżą, a i jej bywalcy nie darzyli go nadmierną sympatią. Niewiele dalej, tyle, że w przeciwnym kierunku można było wpaść do Wyszczerbionego Miecza, ale i to było marne wyjście, bo na dziewięćdziesiąt procent nie było tam żywego ducha. Kudłaty Niedźwiadek przechodził właśnie remont, a wszystkie inne oberże, co prawda mogły być wielce obiecujące, ale znajdowały się naprawdę kawał drogi stąd. Mortus nieobyczajnie podrapał się po kroczu. Najwyraźniej złapał od Joli jakieś wredne robactwo, które teraz podgryzało go w najlepsze. Przykra sprawa, ale niestety na porządku dziennym, jeśli chce się korzystać z przyjemności życia. Z grymasem niezadowolenia tarmosił się po portkach i jakoś tak zupełnym przypadkiem odwrócił się na południe w kierunku portu, doków i znajdujących się przed nimi ciemnych, biednych i niebezpiecznych dzielnic. Raz się żyje! To może był głupi pomysł, ale właściwie młodzieniec prawie nigdy się nie zapuszczał w tamte okolice, a jeśli już, to tylko za dnia. A przecież w okolicach portu musiały czekać tawerny, być może bardzo wesołe, gwarne i pełne ciekawych ludzi. Zaliczyć coś takiego, to byłoby dla bywalca uczęszczanych przez elity lokali zupełnie nowe i na pewno fascynujące przeżycie. Niebezpiecznie, na demony, nie da się zaprzeczyć, ale to strasznie kuszące! Na dodatek, to byłaby wspaniała zdobycz na liście odwiedzonych oberż. Czterdzieści cztery, port, tawerna jeszcze nie znana. Wspomnianą listę Mortus miał tylko w głowie, ale jeśli ktoś by spytał, gotów był w każdej chwili wyrecytować wszystkie czterdzieści trzy zaliczone oberże, opowiedzieć o ich właścicielach, obsłudze, serwowanym żarełku i bawiących się w nich ludziach. Daleko by w mieście szukać drugiego takiego znawcy!

Odważny pomysł jak się okazało, w realizacji rzeczywiście wymagał nie lada hartu ducha. Zanim Mortus dostał się na oświetlone portowe nabrzeże najadł się strachu co nie miara, spocił się, nabiegał i chyba tylko szczęściu zawdzięczał, że nic złego go nie spotkało. Ledwie przeszedł most nad młynówką niemal wpadł na dwa ghule pożerające jakiegoś podgniłego trupa. Nie goniły go, bo po cóż miały tracić energię na coś takiego, jeśli właśnie rozprawiały się z zupełnie pokaźną kolacją? Chłopak nie zastanawiał się nad tym. Zadowolony, że udało mu się uciec skoncentrował się na tym, by zachować większą ostrożność. Z mrocznych, cuchnących zaułków dochodziły dziwne odgłosy, tajemnicze, błyszczące zielenią, czerwienią i złotem oczy pojawiały się i znikały, coś szmerało, coś warczało, generalnie, było się czego bać. Wcale nie długo, po przygodzie z ghulami, Mortus usłyszał przed sobą, za winklem odgłosy, które wydały mu się bardziej podejrzane, od innych, dobiegających z okolicy. Nie pomylił się, a spostrzegawczość uchroniła go przed wpakowaniem się w sam środek porachunków miedzy zbójeckimi gildiami. Rzezimieszkowie nie zachowywali się szczególnie głośno, ale awantura była na całego. Szły w ruch nie tylko pięści, ale i noże i miecze i kusze, a chyba nawet, tego Mortus nie był pewien, ktoś rzucał zaklęcia. Grunt, że w porę się zorientował i niezauważony obszedł niebezpieczny teren bocznymi uliczkami. Potem poszło już lepiej. Co prawda młodzieniec bez przerwy czuł się obserwowany, zdawało mu się, że pułapki czyhają za każdym rogiem, a nawet jeśli nie, to bał się, że zabłądzi, ale ostatecznie cały i zdrowy znalazł się w porcie. To, co zobaczył wywołały niemały szok. W życiu by się nie spodziewał, że jego własne miasto tętni nocą takim życiem, a przecież sam całe godziny po zmierzchu spędzał w modnych karczmach i na balach. Tu, w portowej dzielnicy, spotkał się z rozrywką w zupełnie innym wymiarze. Zabawa, picie, hulanki i swawole nie ograniczały się do oberż i kilku kręcących się w ich pobliżu ladacznic. Wszędzie pełno było ludzi, paliło się wiele ognisk, otwartych było nawet kilka straganów, głównie ze słodyczami, pieczywem i napitkami, w tę i we w tę przechadzali się handlarze przeróżnym, trefnie wyglądającym towarem, na skwerach ulokowali się grajkowie, nierządnic było wręcz zatrzęsienie, wreszcie, gdzie nie spojrzeć, kłębiły się mniejsze i większe grupki podchmielonych ludzi, śmiejących się głośno i zajętych zabawą. Co jakiś czas wybuchały bójki, ale nikt raczej się tym nie przejmował. Im bliżej nabrzeża, tym tłok był większy, a tłuszcza gwarniejsza. W bocznych uliczkach tańcowano, w bramach grano w karty i kości, a na jednym z placów, ku radości gawiedzi pokazywano w klatkach żywe potwory. Nie ma co, warto było przełamać strach i tu przyjść! Mortus przedzierał się przez cały ten tłum z coraz większą fascynacją i rosnącą w duszy euforią. Zakupił pyszną bułkę z pieczonym boczkiem, wypił solidny kubek jakiejś pieruńskiej elfiej ziołowej nalewki o nazwie niemożliwej do powtórzenia i nie wiedzieć w jakim celu zaopatrzył się w glinianego kogutka. Entuzjastycznie zareagował, gdy zupełnie obca, ale całkiem atrakcyjna dziewczyna w czerwonej spódnicy i białej bluzeczce z piskiem przyskoczyła do niego i sprezentowała gorącego całusa. Już po chwili tańczyli razem do wygrywanej na prostych smyczkach, żwawej melodyjki. Dosiadł się do towarzystwa rozprawiającego się z wędzonymi rybami i gąsiorem bimbru, potem skosztował niewyobrażalnie słodkiej i lepiącej maziaji, i porzucał podkową, przy której to okazji zarobił trochę pieniędzy. Jeden wielki festyn! A tam, to przecież rycerz Gerlach! Młodzieniec nie mógł uwierzyć, że tak szanowana i było, nie było bardzo majętna persona, znalazła się tutaj wśród plebejuszy i na dokładkę świetnie się bawi. Rychło okazało się, że nie jest to nic nadzwyczajnego. Wystarczyło baczniej przyjrzeć się ludziom, by dostrzec znanych mieszczan, arystokratów, ich wybranki serc, a także samotne białogłowy z samego zamku. Nie chodzili w swoich najlepszych i najbardziej okazałych strojach, większość miała nawet zwykłe kurty i płaszcze z kapturami, aby nieco zatuszować osobowość, ale przecież Mortus znał ich z widzenia i nie miał problemu z rozpoznaniem, nawet w tak dziwnych okolicznościach. Co tu robiła księżna Alabaster? A ubrany jak zwykły rzemieślnik burmistrz? Jeśli oni, to właściwie czy można się było dziwić mistrzom cechowym, rycerzom i podkomorzemu? Nawet twarz czarodziejki Unpapillon mignęła gdzieś w pobliży kramu z ozdobami. Niesamowite! Najbogatsi kupcy nie tylko miasta, ale i całego państwa przechadzali się niby nigdy nic, ale akurat ich bytność w porcie można było uznać za względnie normalną. Jednak to, że jeden z nich - Brutus Złoty, osobiście poprowadził oddział uzbrojonych w dębowe lagi zabijaków, by wcale nie kryjąc się w ciemnościach rozprawić się z trzema szulerami mającymi rozstawiony pod fontanną stolik z kośćmi, a potem, ot tak po prostu, tuż obok przysiadł na ławeczce i raczył się winem w towarzystwie nierządnicy, powinno chyba budzić sensacje? Nie budziło. Nikt nie zwracał uwagi. W całym, tym rozgardiaszu, Mortus niemal zapomniał, że przyszedł tu w poszukiwaniu swojej czterdziestej czwartej karczmy, ale ta, znalazła się praktycznie sama. Szeroka ulica, którą szedł wyprowadziła go wreszcie na sam brzeg kanału portowego, wzdłuż którego, w rzędzie kamiennych domów pełno było mniejszych i większych tawern. Tylko którą wybrać? Młodzieniec przeszedł jeszcze kawałek i z błyskiem w oku zatrzymał się pod dyndającym na srebrnym, grubym łańcuchu szyldem obwieszczającym "Wietrzna Tawerna Jednonogiego Jacka". Lokal wydawał się w sam raz. Nie za duży, nie za mały, nie za biedny, ale też na pewno nie ekskluzywny. Sporo towarzystwa wchodziło, sporo wychodziło, ze środka dochodził śmiech i wyraźne dźwięki wygrywanej na cytrach i fletniach muzyki. Mortus zdążył już sobie obiecać, że w tej okolicy będzie częstym gościem, że zaliczy tu każdą, nawet najmniejszą, nawet najbardziej zaplutą karczemkę, ale póki co trzeba było od czegoś zacząć i miejsce, przed którym się znajdował wydawało się u temu wyśmienite. - Paniczu, chcesz wejść? Przydałaby ci się dama u boku! - Kurtyzana, która zaczepiła młodzieńca miała już swoje lata, ale, szczególnie, jeśli zważyć na jej profesję, trzymała się zupełnie dobrze. Była czysta, czarną suknię nieźle dopasowała do wciąż atrakcyjnej figury, a ponad gorsetem ciekawie wybrzuszały się półkule biustu. Twarz, choć nie pozbawiona zmarszczek wydawała się podejrzanie szlachetna, a usta, może i trochę zwiotczałe, ale gustownie ukarminowane, z pewnością potrafiły stać się złotą bramą do niemałych rozkoszy. - Jestem Marina i zapewniam, że lepszej ode mnie nie znajdziesz. - Tam w środku, poradzę chyba sobie bez towarzystwa białogłowy, ale kiedy wyjdę, chętnie skorzystałbym z pomocy kogoś, kto zna tą dzielnicę. A jeśli ten ktoś mógłby mi zaoferować więcej, niż tylko oprowadzenie po ciekawych miejscach, tym lepiej. - Mortus silił się na subtelność, ale Marina nie podłapała wysublimowanego tonu. - Czyli potem będzie panicz raczył mnie przelecieć w bramie? Proszę bardzo, nie takich raptów już miałam między nogami, choć skrywałam nadzieję, żeś ciut bardziej wymagający. - Eee... - Młodzieńca na takie dictum zatkało. - Och, już dobrze, niech się panicz nie kłopocze!. Jak panicz mówił, kiedy wyjdzie? - Tak, kiedy wyjdę... - No, to o ile wyjdziesz, to moje wdzięki będą czekały. O ile wyjdziesz - zabrzmiało nieprzyjemnie, ale Mortus zastanawiał się nad tym tylko chwilę. Dziwka zawinęła się i przeszła na drugą stronę ulicy, a on pchnął drzwi i odważnie przekroczył próg.

Gruby, ubrany na piracką modłę karczmarz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
CZTERDZIESTA CZWARTA KARCZMA — czytnik · opowiadania