srodowisko · 8 min czytania
Cztery pożary i...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był ciepły, majowy przedwieczór. Słońce już „ostatnich kresów nieba dochodziło”, gdy na wzgórzu za wsią pojawił się dym i rósł szybko. Paliła się stojąca pod lasem pasieka. Zaraz zawyła syrena i po chwili wóz strażacki ruszył w stronę pożaru. Nie dojechał, bo do pasieki prowadziła leśna stokówka, a pojazd był przestarzały i utknął na wertepach. Strażacy chwycili gaśnice i pobiegli do ognia. Gdy dobiegli, nie było już co gasić. Ponad dwadzieścia uli spłonęło doszczętnie. Zaraz po akcji w remizie zrobiło się nerwowo. – Naczelniku, po cholerę my tu są! Żeby festyny urządzać, czy przy grobie Jezusa stać? – krzyczał starszy strażak Karol. – Jakby my mieli fajny, terenowy wóz, to byłoby inaczej. Podjechaliby my raz dwa pod samą pasiekę i może udałoby się parę uli uratować. A tak co? Musieli my lecieć z gaśnicami kawał drogi na piechotę, a gaśnica w lesie jest na nic. Gaśnicą to można gazety w kiosku gasić. – Racja! – zawtórowali inni strażacy. – Mamy tylko ten stary beczkowóz, co ledwo po asfalcie może jeździć - jak nie nawali. Koniecznie trzeba coś z tym zrobić. Zaczepiony w ten sposób naczelnik tłumaczył, że już wielokrotnie prosił władze o przydział nowego wozu, ale zawsze otrzymywał odpowiedź, że nie ma na to środków. – To trzeba jeszcze raz przycisnąć – krzyczał nadal Karol. – A jak nie pomoże prośbą, to zagrozić, że się wszyscy ze straży wypiszemy. Tu trzeba jakoś wziąć sprawę w swoje ręce, a nie kłaniać się urzędasom. – A może by z dobrodziejem pogadać – wtrącił kierowca Jacek. – Może by poprosił biskupa, żeby ten zadzwonił gdzie trzeba. Teraz Kościół ma wszędzie chody. – No! Już widzę, jak nam ksiądz pomoże – warknął inny strażak. – On najwyżej powie, że będzie się za nas modlił. Po chwili wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, narzekając na urzędy, księży i ogólnokrajowy bałagan. W końcu naczelnikowi udało się uciszyć strażaków i powiedział: – Chłopy, solennie wam obiecuję, że pójdę do wójta i razem napiszemy jeszcze jedno pismo. Potem wezmę je w zęby i zawiozę gdzie będzie trzeba. Naczelnik dotrzymał słowa, ale i tym razem żadnej wiążącej odpowiedzi nie dostał i sprawa poszła w tryby biurokratycznej maszynerii. Jak wykazało śledztwo, pasieka spłonęła w wyniku podpalenia. Jej właściciel mieszkał w pobliskim mieście. Mimo że we wsi mało kto go znał, to wszyscy orzekli, że powodem podpalenia była zemsta na tle męsko-damskim. Podpalacza nie znaleziono i cała sprawa ucichła. Tymczasem po kilku tygodniach spłonęła rozlatująca się, drewniana buda na łące nieopodal wsi. Z łąki ani budy nikt od dawna nie korzystał - z wyjątkiem miejscowych pijaczków, którzy czasami chodzili tam „zrobić flaszkę”. Koło budy często kręcili się też Kicwaki, czyli Cyganie mieszkający w popegeerowskim baraku kawałek za wsią. Nie wiadomo, czy „Kicwaki” to było nazwisko czy jakaś ksywka, bo nikt porządny z nimi się nie zadawał. Uważano ich za zakałę okolicy i zaraz oskarżono o podpalenie. Pożar był w nocy, a zgliszcza zauważono dopiero rano, więc tym razem interwencji straży nie było. Zawiadomiono jednak policję, a ta przepytała kilka osób ze wsi, przepytała Kicwaków i - nie ustaliwszy nic - zamknęła śledztwo. Kolejny pożar wybuchł we wrześniu i to zaraz na skraju wsi. Stała tam drewniana chałupa po starej Kowalce. Właścicielka niedawno zmarła, a mieszkający w mieście spadkobiercy nie mogli się dogadać, więc dom stał pusty. Pożar wybuchł w biały dzień i tym razem straż zaraz ruszyła na pomoc. Niestety, nic nie wskórała, bo przy drodze do chałupy rosły stare drzewa o nisko zwisających gałęziach i wóz strażacki nie mógł pod nimi przejechać. Strażacy musieli szukać objazdu i dotarli na miejsce tylko po to, żeby