Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 7 min czytania

Czubek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pierwsza połowa stycznia, sobota dwa tysiące dziewiątego roku. Nadchodzi ranna godzina na leczenie kaca po całonocnym, alkoholowym balecie. Himeryczna, nowojorska pogoda łaskawie podarowała piękny słoneczny dzień. Trzynasta Aleja w Boro-Parku swoim brudem nie zachęcała do intensywnych spacerów. Żydowskie centrum wymarło, konsekwentnie celebrując swoje święto, Szabas. Nie to jest tematem mego niniejszego pisania, ale incydent, który utkwił mi w głowie wywołując figlarny uśmieszek na moim licu. W tym dniu wśród nielicznych przechodniów znalazła się moja skromna osoba. Od czasu do czasu przemknęła ulicą tylko "Gojka", śpiesznym krokiem idąc na swoją "szychtę". Oczywiście w tej świątecznej atmosferze nie zabrakło skacowanych emigrantów szwendających się bez celu, a pozornie nasączonych pośpiechem.Jak zwykle pierwsza poranna czynność prawdziwego mężczyzny to zdrowotny spacerek. Szukali co wychlać. W tej "eksluzywnej" grupce znalazła się moja skromna osoba, nie licząc kilku Żydów śpieszących się swoim drobnym kroczkiem do którejś z licznych synagog.Idąc prawym chodnikiem, już miałem przechodzić przez pustą ulicę, kiedy jak duch pojawił się młody mężczyzna, biorąc szerokim, pijackim łukiem róg sąsiedniej ulicy. Romek, vel Czubek szedł marszowym krokiem wyrzucając wysoko nogi i wydzierając się na całe gardło, treścią popularnej w drugiej wojnie światowej niemieckiej piosenki. - Hej, Czubek wybierasz się na wojnę? - zaczepiłem kolegę, wiedząc, że nie jest kutasem i się nie obraża. Przechodząc na drugą stronę ulicy i witając się wylewnie - unikałem chuchu rozmówcy - uciąłem z nim pijacką pogawędkę, którą uważałem za gest przyjaźni. - A ty co kurwa, jak zwykle tylko kpiny masz mi do zaoferowania - odrzekł, podpity Czubek. Oj Walter, Walter... nie dokończył swojej myśli. Był to dwudziestopięcioletni mężczyzna, o luźnych olewajacych poglądach. Przystojny, bystry szatyn, którego nigdzie nie chciano, więc poszedł na Akademię Policyjną. Od dziesięciu lat w Stanach. Wieczny student. Przed nami zaszczekały żaluzje otwieranej restauracji, której właścicielem był Rusek - chyba jedyna restauracja czynna na tej ulicy w sobotę, pomyślałem. - Zawezwano nas na świąteczne śniadanie - poinformowałem kolegę. - Nie obrażę twojego majestatu odmową - odgryzł się Czubek, patrząc tkliwie na zapraszające gesty Ruska, który prawie bezbłędnie operował polskim żargonem, klnąc jak szewc w moim narodowym języku. - Wchodzimy, bo ten twardogłówek jeszcze się rozmyśli - zawyrokował głośno kolega. - On zawsze robi się nerwowy w towarzystwie mądrzejszych i szcza do butów? -odpalił, rechocząc swoim żabim śmiechem Rusek. - Wchodźmy na tę ziemię obiecaną, bo mi w gardle zaschło - przerwałem niezbyt konstruktywną dyskusję. Weszliśmy do malutkiej restauracyjki o pięciu stolikach utopionych w półmroku. Rusek zatrzasnął starannie drzwi i zasunął żaluzję. Na Boro-Parku w soboty biznes nie istniał - wszystko pozamykane. Pochodzący z Uzbekistanu Żyd, chował w dupie nakazy i zakazy. Miał trudne do wypowiedzenia azjatyckie imię, dlatego przezwaliśmy go Ruskiem...ależ, jaki tam on Rusek. - Pewnie masz jakieś laski, kiedy tak starannie zamykasz drzwi - będą tańce na rurze? - spytałem. - Przyjdźcie wieczorem, to może coś się znajdzie - będą tańce - powiedział…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%