Fantastyka · 24 min czytania
Czupakabra
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stała na kościelnej wieży niedbale oparta o metalowy krzyż wpatrując się w zachód słońca. Jej czarne włosy powoli zmieniały odcień, pojawiały się w nich zgniłozielone pasma, by po chwili opanować je całe, zielone kosmyki wyglądały niczym morskie wodorosty powiewając na wietrze. Oczy początkowo czekoladowe przybrały barwę włosów, a źrenice zwęziły się w pionowe kreski. Paznokcie którymi stukała zniecierpliwiona w krzyż wydłużyły się i obecnie bardziej przypominały szpony. Otaczała ja magiczna aura pochodząca zarówno od niej jak i od licznych amuletów którymi była obwieszona. Ubrana w płaszcz z kapturem skrywający czarny top wiązany na szyję i skórzane spodnie, na ramieniu wytatuowanego miała czarnego smoka. W momencie gdy zgasły ostatnie promienie słońca zeskoczyła zgrabnie z dachu powiewając czarną peleryną. Wylądowała bezszelestnie na ziemi na ugiętych kolanach, wciągnęła powietrze jak zwierze szukające niebezpieczeństwa. Wyprostowała się i rozejrzała uważnie wokół. Ulice były puste, okna i drzwi pozamykane, nie wydostawała się zza nich ani smuga światła, ani żywej duszy wokół. Ludzie się bali panicznie i nie był to strach przed żołnierzami patrolującymi nocą ulice i zabijającymi każdego kto w godzinie ciszy śmiał opuścić domostwo. Nie ich się bano, bano się bestii, która nocą siała śmierć. Jej ofiarami były głównie pomniejsze oddziały żołnierzy, każdego ranka znajdywano co najmniej jedną dziesiątkę zmasakrowanych ciał. Wszelkie pułapki zastawiane na potwora nie zdawały się na nic, najlepsi łowcy, magowie, wiedźmini nie dawali rady. Co noc cesarz wysyłał na miasto patrole by znalazły bestie, ale ona sobie drwiła z ich starań, była nieuchwytna, nikt jej nie widział, a jeśli nawet nie przeżył dostatecznie długo by zdać relacje. Nadali jej miano Czupakabry, co w wolnym przekładzie z języka plemion pustyni znaczy Niosąca Śmierć. Przemykała ulicami bezszelestnie niczym cień, już czuła krew tętniącą w żyłach dzisiejszych ofiar. Zbliżała się, do oddziału żołnierzy, wyczuwała ich emocje. Nie bali się, co ja odrobinę zdziwiło, byli podnieceni, rozradowani... To ją zaciekawiło, uaktywniła jeden z medalionów czyniący ją niewidzialną i wyjrzała z za rogu na niewielki placyk. Stały tam jej ofiary, dwa oddziały żołnierzy w niebieskich mundurach utworzyły ciasny krąg, najwyraźniej otaczając jakąś postać. - No proszę taki mały gnojek trzymał w szachu całą cesarską armię – prychnął jeden z żołnierzy kopiąc ofiarę. - To ma być ta cała Czupakabra – prychnął inny oficer, a podsłuchująca dziewczyna nadstawiła uszu. - Ten szczeniak, musiał mieć cholernego farta skoro tak długo nie mogliśmy go złapać. Przyszła kryska na matyska. Żeby tak wpaść, nie spodziewałeś się, że oddziały będą podwójne. Żołnierze zarechotali, krąg rozluźnił się, a dziewczyna mogła dostrzec o kim mowa. Na bruku półleżał, półsiedział młody chłopak. Typowy dzieciak ulicy poszarpane ubranie, jednak solidne, rozczochrane szarobrązowe włosy, całkiem przeciętny wygląd by nie wyłaniać się z tłumu. Najwyraźniej został trafiony z kuszy, z ramienia sterczał mu bełt i sączyła się krew. Był blady jak ściana, widać było, że jest ledwo przytomny. Dziewczyna zaprzestała obserwacji. Wydała złowieszczy, przeszywający pisk i wyszarpując miecz zza pasa zaatakowała żołnierzy. Nie mieli czasu zareagować, jej ruchy były niesamowicie szybkie, idealnie dobrane. To nie była walka to była rzeź, głowy sypały się jak ziarno z dojrzałych kłosów, krew była wszędzie, przebite piersi, rozharatane gardła, poodcinane kończyny. Żaden cios jej nie dosięgnął, każdy jej cios trafiał idealnie w cel. Zaklęcia obronne niszczyły wole przeciwników, blokowały te nieliczne ciosy które przypadkowo mogły ją dosięgnąć. Nie minęło pięć minut, a z dwóch dziesięcioosobowych oddziałów doborowej cesarskiej piechoty nie pozostał nikt przy życiu. Niewielki plac zaściełały trupy, krew niczym strumień spływała w dół jedna z uliczek. Dziewczyna czując zapach życiodajnego płynu pochyliła się nad jednym z oficerów. Jeszcze żył, ale już niedługo. Uśmiechnęła się złowieszczo i wgryzła w jego szyje ze smakiem zachłannie ssąc krew. Oderwała się gdy w ciele nie została nawet kropla czerwonego płynu. Oblizała wargi i spojrzała na chłopaka. Dzieciak patrzył na nią przerażony, starał się uciec, odczołgać poza jej zasięg, ale ból zranionego ramienia paraliżował jego ruchy. Podeszła do niego, ocierając twarz przy okazji rozmazując na niej więcej krwi. - Nie bój się – powiedziała zduszonym, charkotliwym głosem bardziej przypominającym ryczenie dzikiego zwierza niż ludzkie słowa, zdawała się być nieprzyzwyczajona do mówienia. - Zabij mnie od razu – syknął chłopak zbierając cała odwagę. - Nie będę cię zabijać – zaśmiała się upiornie. – Morduje tylko żołnierzy jego cesarskiej niskości i zdrajców. Pokaż ranę, muszę ci wyciągnąć grot – chwyciła ostrze, chłopak nie bronił się, jednym szarpnięciem wyciągnęła drewno z rany. Jęknął i zemdlał z bólu. - Pięknie – warknęła dziewczyna. Oderwała jakiś skrawek jego koszuli i przewiązała mu ranę. Miała zamiar zostawić go w jakimś zaułku niedaleko, niestety jej plan spalił na panewce. Poczuła zbliżających się ludzi, była już najedzona, zew krwi nie był tak intensywny i wyczuła ich niedaleko. Nie miała czasu na zastanawianie się. Z zadziwiającą łatwością przerzuciła sobie chłopaka przez ramie i bezszelestnie jak zawsze zniknęła w jednej z uliczek nie zostawiając po sobie żadnych śladów oprócz zmasakrowanych ofiar. Biegła lekko lecz z zawrotną prędkością poprzez lebirynt uliczek tylko sobie znaną drogą. Księżyc minął najwyższy punkt na niebie gdy dotarła do swojej kryjówki. Otworzyła niewielkie drzwiczki prawie nie odróżniające się od ściany i przeczołgała do niewielkiego pomieszczenia, wciągnęła za sobą nieprzytomnego chłopaka i ułożyła na łóżku w kącie. Sama zaś usiadła w kącie podciągając nogi pod brodę. Kocie oczy uważnie świdrowały nieprzytomnego. Nastolatek ocknął się o świcie zupełnie nie wiedząc gdzie się znajduje. Chciał wstać i się rozejrzeć, jednak, gdy tylko poruszył ramieniem, rana rozogniła się potężną falą bólu wywołując głośny jęk. Na owy odgłos, dziewczyna siedząca w kącie obudziła się, odrzuciła na plecy czarne niczym smoła włosy, przetarła zaspane, czekoladowe oczy poczym zogniskowała wzrok na chłopaku. - Proponuje ci się nie ruszać. Jak na razie nie miałam czasu by zająć się twoją raną dostatecznie dobrze. Czekałam, aż się obudzisz - stwierdziła cicho, wstając. Pomieszczenie było malutkie. Znajdował się tu tylko materac na którym leżał nastolatek, przez szparę blisko sufitu sączyło się słabe światło ukazując drewniane pokryte miejscami pleśnią i grzybem ściany i spróchniałą podłogę. - Gdzie ja jestem i kim ty jesteś? - zapytał chłopak gdy dziewczyna uklęknęła przy nim, nie wydawała się być niebezpieczna, choć na jej ubraniu dostrzegł plamy krwi. - Pamiętasz co się wydarzyło wczoraj? - zapytała odwijając prowizoryczny bandaż co wywołało syk chłopaka. - Pamiętam, że złapali mnie żołnierze, byłem ranny, a potem... Czupakabra! Gdzie ona jest? - chciał poderwać się z miejsca, ale rana uniemożliwiła mu jakikolwiek gwałtowniejszy ruch. - Widzę, że pamięć masz w porządku. Dlaczego żołnierze myśleli, że jesteś Czupakabrą? I co robiłeś w nocy poza domem? - zapytała zupełnie ignorując jego pytanie. - Kim ty właściwie jesteś? I gdzie ja jestem? Co z Czupakabrą, gdzie ona się podziała? - Uparty jesteś - mruknęła wyciągając zza pasa niewielką sakiewkę, z której wysypała szczyptę proszku na ranę. - Jesteś w moim skromnym domostwie. Nazywam się Eve, przynajmniej w dzień, nocą znają mnie bardziej jako Czupakabrę - stwierdziła cicho. Chłopak zamarł przerażony z niedowierzaniem wpatrując się w dziewczynę. - To teraz twoja kolej, odpowiedz na moje pytania. Czemu żołnierze uznali, że jesteś Czupakabrą? - zapytała przykładając do rany chłopaka jakiś medalion. - No bo... ja... - jąkał się. - Nie zjem cię, mówiłam już ci to w nocy. Powiedz najpierw jak masz na imię. - Jestem John - stwierdził trochę odważniej. - A wzięli mnie za ciebie bo zaatakowałem jeden z oddziałów no i mnie złapali. - Jak to zaatakowałeś? - zdziwiła się Eve. - Sam? Po co? - Był tam jeden oficer, on zabił mojego młodszego brata i chciałem się zemścić. - I myślałeś, że sam sobie z nimi poradzisz? Ależ ci ludzie są głupi - prychnęła dziewczyna. - Ty też atakujesz sama jedna... - wtrącił się urażony John. - Tak, tylko, że ja nie jestem człowiekiem - zaśmiała się. - Wygląda na to, że sprzątnęłam ci zemstę sprzed nosa. Jak można było wziąć ciebie za mnie - zaśmiała się uradowana. - Nie wiem i mało mnie to obchodzi - prychnął chłopak. - Dzięki za uratowanie skóry - dodał ciszej. - Nie ma sprawy - zaśmiała się radośnie. - No gotowe nie ma nawet śladu - wskazała ranę chłopaka. Faktycznie ramie było nienaruszone, tylko ślady krwi na koszuli i postrzępiony materiał świadczył, ze kiedyś był tu wbity bełt. - Jak to zrobiłaś? - zapytał z niedowierzaniem wpatrując się w swoje ramię. - To czary - zaśmiała się. - A poważnie trochę się na tym znam. No jesteś teraz wolny jak ptak, możesz się stąd zmywać - stwierdziła najwyraźniej rada, że pozbędzie się intruza. John spojrzał na nią niepewnie. - Dlaczego mordujesz żołnierzy? - Bo służą jego cesarskiej niskości - prychnęła wrogo. - Nienawidzisz cesarza? - zapytał, a gdy skinęła głową odsłaniając kły w iście zwierzęcym odruchu dodał - Więc dlaczego wyżywasz się na jego armii? Jakbym miał taką siłę i spryt jak ty włamałbym się do zamku. - Nie wiesz co mówisz - mruknęła. - Ja nie mogę się tam włamać, jaśnie panujący postawił potężne bariery magiczne skierowane przeciw wszystkim nieludziom, ale przede wszystkim przeciwko mnie, tylko człowiek może przez nie przejść. - Czemu go nienawidzisz? Może i nie jest najsprawiedliwszym władcą, ale bywają gorsi... - Nie o to chodzi. Można powiedzieć, że to sprawa rodzinna - prychnęła najwyraźniej poważnie rozwścieczona. - Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał. - Jesteś za słaby by przemknąć się niepostrzeżenie do cesarza i go zasztyletować, ma za mało umiejętności i sprytu poza tym co cię to obchodzi? - Więc mnie naucz, a w ramach spłaty długu za ocalone życie zabije dla ciebie cesarza - odparł spokojnie. - Zrobiłbyś to? - spojrzała na niego uważnie. - Tak. - To nie będzie proste, jesteś tylko człowiekiem - westchnęła. - Nawet nie wiesz ile ludzie potrafią - mruknął John. - Wiem dość dobrze by wiedzieć, że dojście do wystarczającego poziomu by dostać się do zamku wymaga mnóstwa ciężkiej pracy. - Więc na co czekamy? - Sam tego chciałeś Johny! O tego dnia Czupakabra uczyła chłopaka wszystkiego co sama umiała. W dzień ćwiczyli na niewielkim zapomnianym placu wśród gruzów jakiejś Świątyni, w nocy wspólnie polowali na żołnierzy. Eve swoim zwyczajem masakrowała wszystkie ciała, a John wiernie doganiał ją w sprycie, szybkości, celności i krwiożerczości. Tak minęło pół roku. Strach jaki wzbudzała Czupakabra zwiększył się podwójnie, teraz potrafiła zmasakrować dwa oddziały. Zaczęto podejrzewać, że to nie jedna osoba lecz cała tajna organizacja mająca na celu zniszczenie potęgi cesarza. Z drugiej strony grupę byłoby dużo łatwiej wyśledzić, nawet w tak ogromnym mieście. Pewnego pięknego poranka, kiedy miasto tonęło w strugach deszczu, ulice zamieniły się w rzeki, a place w baseny John i Eve siedzieli w swojej niewielkiej kryjówce zajadając skradzione z bazaru jabłka. Po chłopaku było widać zmiany, włosy jeszcze bardziej rozczochrane, ubranie solidniejsze, ale przede wszystkim nie sprawiał już wrażenia zaniedbanego dziecka ulicy. Rysy twarzy były bardziej męskie, a oczy patrzyły czujnie, mina nie wyrażała żadnych uczuć, choć w obecności dziewczyny czasem pozwalał sobie na delikatny uśmiech. - Powiesz mi właściwie dlaczego nienawidzisz cesarza? - zapytał patrząc uważnie na Eve. - Naprawdę chcesz to wiedzieć? - zapytała niechętnie. - W końcu mam go zabić…