Środowisko · 7 min czytania
Czy listonosz może chodzić w dżapankach?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znowu, swoją pocztę znalazłam na trawniku, pod blokiem. Mój listonosz Henryk Onda( czyt. H. Onda), kolejny raz stał się ofiarą, służbowych dżapanek i psa pisarki z parteru. Ich potyczki o dostęp, do skrzynek pocztowych, w okresie letnim, zasłużył na patriotyczne miano: osiedlowego folkloru(sponsorowanego przez urzędy dzielnicy Żoliborz). Przez okrągły rok, jestem widzem dla różnych grup artystycznych. Jedni są uzdolnieni bardziej, inni mniej. Jedni mają talent wrodzony jak np. mój „ dochodzący gospodarz”, inni talent maja narzucony, na drodze służbowej( jak listonosz H.Onda). I pomyśleć, że te wszystkie zabiegi i starania, aby umilić mieszkańcom wolny czas. W zależności od pory roku bawić mieszkańców ma coś innego. Zimą są to nie odśnieżone chodniki, posypane garstką piasku i szczyptą soli. Wielce ryzykowną zabawą, staje się wyjście do sklepu, gdyż ciężko trafić butem na nieliczne ziarnka piasku. Wtedy, mieszkańcy ograniczają wyprawy z domu do minimum, ale znając troskliwość urzędników o zdrowie mieszkańców to zrozumiałe. Mieszkańcy nie łapią infekcji górnych dróg oddechowych, co wiadomo jest bardziej zaraźliwe, jak załóżmy kontuzja kończyny dolnej. Bo taką kontuzją jak złamanie, nie można się zarazić. Oczywiście spędzamy( my lokatorzy) więcej czasu za szybami okien( pożądliwym wzrokiem, odprowadzając każdego do klatki, w oczekiwaniu kiedy wpadnie w poślizg) niż przed telewizorami. W taki sposób oszczędzamy prąd i wzrok. Jesienią, podjeżdża wielki samochód z liczną ekipą pracowników” miejskiej zieleni”. Ogołacają drzewa z gałęzi, pozostawiając je na chodnikach przez ok. tydzień. Wtedy, czuję się jak śpiąca królewna, gdyż wejścia do klatki strzeże stos gałęzi zupełnie jak w bajce, gęstwina cierniowych krzewów. Jak widzicie, czasami żyję jak w bajce. W innej bajce żyje, nieustannie pijany gospodarz, który dzień rozpoczyna od zebrania kolegów w pomieszczeniach zsypu, wystawienia kontenerów ze śmieciami i czekając na odbiór nieczystości, pijący tanie wino. Po tym winie nawet do głowy mu nie przyjdzie posprzątać klatkę schodową i przepchać zapchany zsyp. Mieszkając, na takim bajecznym osiedlu, nie mam co narzekać. Jak w bajce nie żyje jednak mój listonosz H. Onda, on żyje jak w serialu, codziennie przytrafia mu się to samo. I tak, codziennie jego wizytę zapowiada wielokrotnie odbity przez bloki odgłos klaskania dżapanek o gołe pięty i radosne ujadanie psa o imieniu: Kapsel. Imię z kategorii dziwnych( jak dla psa pisarki) doskonale komponuje się z jego posturą paskudnie umaszczonego, czworonożnego pokraki z ruchliwym ogonem, śmierdzącym oddechem i donośnym głosem. I żeby tylko, ktoś nie wpadł na głupi ( jak imię psa)pomysł, że nie lubię psów. Właściwie, to wolę koty poza jednym, niezidentyfikowanym kotem, który niedaleko moich drzwi urządził sobie kuwetę, i regularnie się załatwia, wygrzebawszy uprzednio ziemię z doniczki. Tak, tego kota, mogę szczerze powiedzieć: nie lubię. Wróćmy do doręczyciela. Zaraz po usłyszeniu specyficznego odgłosu , dociera do mnie typowy dialog: - Pani, weźmie tego psa! - Proszę się nie bać, on nie gryzie! Po czym, właścicielka odwraca się na pięcie i wraca do mieszkania a pies Kapsel wbija zęby w brudną goła piętę listonosza. Po czym zdziera mu z nogi dżapanka i umyka do piaskownicy. Wtedy H.Onda rzuca nową służbową bambusową torbę na trawę z okrzykiem: - W dupie z taką…