dla-dzieci · 8 min czytania
Czy można polubić poniedziałek?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Gdy stary budzik zaczął podskakiwać, brzęcząc donośnie, a jasny poranek nieśmiało zajrzał przez niewielki prostokąt okna, ciszę małego pokoju na poddaszu przerwał głos mamy.
- Pora wstawać kochanie, masz już niewiele czasu.
Zosia rozchyliła powoli powieki, spojrzała na cyferblat wiszącego na ścianie zegara i nie miała już najmniejszych wątpliwości.
- Znowu poniedziałek, zaczyna się nowy tydzień, a z nim moja szkolna udręka. O ósmej mam lekcję z plastyki z tą gderliwą nauczycielką. Nie odrobiłam pracy domowej, nie pójdę do szkoły. Coś wymyślę - powiedziała zaspanym głosem.
Już miała wstać i zbiec po schodach, aby zakomunikować to mamie, gdy usłyszała.
- Kiedy to tak ładnie narysowałaś córeczko? Jestem z ciebie bardzo dumna.
Na słowa mamy, dziewczynka zsunęła się powoli z łóżka i rozejrzała się po pokoju. Na stojącej pod oknem szafce dostrzegła leżący kolorowy rysunek.
- To musi być sen, to musi być sen, to musi być sen. Zaraz się obudzę, to chyba jakieś czary - powtarzała, wybałuszając ze zdziwienia niebieskie oczy.
Część 22 / 4
- Witaj, Zosiu!
Nagle w pokoju rozległo się skrobanie i dziwne popiskiwanie.
Dziewczynce zaparło dech. Niepewnie potoczyła wzrokiem po pokoju, by sprawdzić skąd by mógł wydobywać się hałas. Wysunęła się szybko z pościeli i zajrzała do szafy - Nikogo. Zajrzała pod stolik.- Nikogo.
- Skąd, więc ten głos? Przecież tu nie ma żywej duszy. O co tu chodzi?
Nie zdążyła jeszcze dobrze pomyśleć, gdy tuż przed nią, jak spod ziemi, wyrosła mysz w filcowym kapeluszu o wielkim rondzie. Możecie sobie wyobrazić radość Zosi, gdy zobaczyła znajome, szare zwierzątko. Mysz uśmiechała się od ucha do ucha, pędzelek na długim, mysim ogonie radośnie podrygiwał niczym czerwony pompon na babcinym kapciu. Zosia jak rażona gromem podskoczyła na równe nogi.
- Liczę do pięciu. Idziesz ze mną, Zosiu? - zapytała Mysz.
- Dobre pytanie. A co, na to powie moja mama?
Część 33 / 4
Dziewczynka westchnęła głęboko.
- Mama nigdy się nie dowie. W niecałą godzinkę uwiniemy się tam i z powrotem.
- Nie, nie jestem pewna, muszę iść do szkoły.
Usta Zosi wygięły się w podkówkę, ogarnęły ją wątpliwości.
- Co tam szkoła? Do szkoły pójdziesz trochę później. Jedna lekcja więcej, jedna mniej, przecież i tak nie lubisz lekcji rysunku.
Mysz wytrwale zachęcała Zosię, mrużąc łobuzersko czarne oczka.
Z Myszą rozmawia się lekko, jakby znało się ją od lat. Właściwie nie trzeba jej opowiadać zbyt wiele, rozumie prawie wszystko, dywagowała w duchu dziewczynka.
Część 44 / 4
Nie minęło pięć minut, jak nie oglądając się za siebie, biegły zdyszane w kierunku znajomej furtki. Mysz jak zwykle, pewnie złapała za mosiężną klamkę. Szybko znalazły się po drugiej stronie otworu w murze. Tym razem Zosia stanęła jak wryta. Lało jak z cebra. Droga, którą podążały zamieniła się w wielką sięgającą kolan szarą kałużę. Ciężkie chmury prawie dotykały ziemi. Porywisty wiatr wściekle świszcząc, szarpał liście drzew i krzewów. Wszędzie było przeraźliwie pusto, głucho i ponuro. Kraina Niekończącej się Bajki wyglądała jak wymarła.
- Nie ma różowych obłoków, nie widać też wesołych małpek i strapionego słonika - zauważyła zawiedziona dziewczynka.
- Słonik poszedł grzecznie na śniadanie - odpowiedziała spokojnie Mysz.
- Albo do łóżeczka by sobie uciąć drzemkę. Cóż innego mogą robić maluchy w taką pogodę - westchnęła żałośnie Zosia.
Mysz na to nic nie odpowiedziała, dreptała przodem, strzepując z wąsów krople deszczu. Maszerowały dalej. W końcu ze strug deszczu wyłonił się niepozorny domek. Wyglądał jak brązowa łupinka od orzecha, dryfująca samotnie na środku trawiastego oceanu. Podeszły bliżej na odległość szeptu.
- Jesteśmy na miejscu. To mój dom – odezwała się cicho Mysz.
Ciężkie, wejściowe drzwi były uchylone. Weszły do środka. Niskie pokoje lśniły pedantyczną…