Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 38 min czytania

Czysta krew

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozłożyłam twardy pergamin zapisany pismem Crowlera. Co takiego zanotował, skoro Wiktor sądził, że mnie zniechęcą? Czy cokolwiek byłoby w stanie mnie zniechęcić?

Oprócz tej ciągłej, nie opuszczającej zaciekłości względem ludzi, wilkołaki posiadają także inne przekleństwa. Jednym z nich jest niezależny od nich nakaz posiadania potomstwa, którego nigdy nie będą w stanie pokochać. Bowiem dzieci rodzą się ludzkie, zupełnie ludzkie, więc tym samym przez nas znienawidzone. Nie przezwycięży tego ani instynkt macierzyński, ani najszczersze chęci. Nasze dzieci nigdy nie będą przez nas kochane. A więc czyż nie można by ich nie posiadać? To największa boleść. Nie. Ród Coldwina musi trwać, jego krew musi płynąć w ludzkich żyłach, aż do skończenia świata, a tym samym, wydawać na świat wilkołaki.

Przyłożyłam dłoń do ust. To niemożliwe! Poczułam, jak moje serca wypełnia się żalem. Nigdy nie pokocham swoich dzieci, nigdy nie będę prawdziwą matką. Zagryzłam wargi i przetrząsnęłam kartki, żeby znaleźć inny fragment. Czyżby Wiktor miał rację?

To niesamowite, jak szybko jesteśmy w stanie się poruszać. Jedną z lepszych możliwości, jest zdolność porozumiewania się z duszami zmarłych. Dostawanie się w umysły zwierząt także może wiele zdziałać. Tutaj poświęcę chwilę na dodatkowe zdolności. Posiadają je jedynie nieliczne wilkołaki, jak wspomniana już wcześniej Igness z Cornwall. Słyszałem również o mężczyźnie, który potrafił lewitować. Traktuję podobne wieści z przymrużeniem oka, gdyż nie posiadam żadnych potwierdzeń takich przypadków. Ale każdy jest inny, i każdy może wykształcić indywidualną możliwość…

Zaniechałam dalszego czytania, gdyż tylko jedno zdanie przykuło moją uwagę. Odznaczało się od tekstu, jakby było wytłuszczone. Jedną z lepszych możliwości, jest zdolność porozumiewania się z duszami zmarłych. Mój oddech stracił równy rytm. A więc mogłabym… zobaczyć się… z Mamą? W tej chwili do pokoju wszedł ojciec, więc szybko złożyłam notatki i włożyłam do kieszeni sukni. Usiadł przy mnie. - Co słychać, córeczko? - Ee… dobrze. - Zbliża się koniec miesiąca. Pamiętasz o tej wycieczce nad wybrzeże? - Tak. - Rozmawiałem z Baldwinem. Sądzę, że po niej najwyższy czas wracać do domu. Zadrżały mi wargi. Do Walii? - J-jak to? - Tak, najwyższy czas. Bawimy tu już sześć miesięcy! Pół roku! - A-ależ, tato… - nabrałam powietrza. – Wujostwo chyba nie ma nic przeciwko. - Zapewne nie, ale Violett, mamy swój dom. - Bez Mamy to nie dom – wyjąkałam spuszczając głowę. - Wiem, że ci trudno… - Proszę cię tato, zostańmy jeszcze! – Powiedziałam przejmującym głosem. Nie mogłam teraz wyjeżdżać. Nie teraz gdy, za dwa miesiące miałam przejść wyczekiwaną metamorfozę. - Mirabell chce już wracać. Ja też nie mogę cały czas korzystać z gościnności brata. - Tato… - spuściłam głowę. – Nie chcę wracać do Caernarfon. Do domu. Tam wszystko przypomina mi Mamę, jeszcze sobie z tym nie poradziłam. Zrobiło mi się przykro i wstyd, że oszukuję tatę w taki sposób. Pogodziłam się z odejściem Mamy, a teraz, gdy dotarło do mnie, że już niedługo będę mogła się z nią spotkać… Serce zaczęło mi szybciej bić. Pogłaskał mnie po policzku. - Więc zostaniemy. Posłałam mu blady uśmiech. - Dziękuję. Dwa dni później wybraliśmy się nad wybrzeże, do North Yarmouth. Podróż trwała prawie cały dzień, ale zatrzymaliśmy się w gospodzie. - Kto ma ochotę na spacer, aby obejrzeć zachód słońca? – Zapytał wuj zacierając ręce. Wstałam od stołu, a wraz ze mną Nestor, Stella i Mirabell. - Ja już zostanę, zmęczyła mnie podróż – odpowiedziała ciotka. Dołączył do nas ojciec i całą grupką ruszyliśmy główną ulicą w stronę plaży. Znad oceanu wiał przenikliwy wiatr, trzepotał moją suknią. Owładnęło mną przenikliwe zimno. Spojrzałam na niebo. Zaróżowione obłoki żegnały chowające się w wodzie słońce. Stanęliśmy przy brzegu. Mokry, zimny piach wplątał się w mój płaszcz. Granatowe odmęty oceanu rozmywały lekko brzeg. - Nabierzcie powietrza, takiego jak tu, nie ma nawet w rutlandzkich lasach! I wtedy jak morska fala, zalała mnie świadomość, że już teraz, zaledwie za kilka dni mogę zobaczyć Mamę. Mogę skrócić ten okrutny czas rozłąki z Wiktorem. Wystarczy tylko złamać jedną, małą obietnicę. Odetchnęłam, napełniając płuca morskim powietrzem. Moje dusza wypełniła się po brzegi stanowczym i pięknym zarazem postanowieniem, które miało przynieść mi tyle korzyści. Wracałam do gospody z nadzieją w sercu i orzeźwiona mocą działania, a nie ciągłego czekania. Dawało mi to tyle satysfakcji. Tak, wciąż zastanawiałam się, czy to rozsądne, bezpieczne, czy Wiktor wybaczy mi złamane przyrzeczenie. Ale wizja naszego rychłego spotkania, przysłania wszystko inne. Oczami wyobraźni widziałam go, stojącego w furtce. Wybiegłabym do niego, rzuciła mu się w ramiona, już nawet nie zważając na fakt, że ojciec nic jeszcze nie wie. W końcu bylibyśmy razem. Mimowolny uśmiech wypełzł na moją twarz. Ach, tak… Teraz, gdy wiedziałam, co mam robić, że mogę cokolwiek zrobić, nadawało mi dużo siły i wiary. Przeszłe tygodnie nie wydawały mi się nawet takie puste i nużące, bo przyszłe miały być wielce interesujące.

***

Po powrocie do Uppigham chodziłam z dnia na dzień bardziej zdenerwowana, czekając na odpowiedni moment. Czułam, jak moje serce pęcznieje z radości, strachu i podniecenia. Przygotowywałam się psychicznie do tego, co miało nadejść. W końcu wybrałam czwartek, dwudziestego siódmego marca. Rano zbudziłam się wypoczęta. Ubrałam się i zeszłam do kuchni. Wyprawę do lasu Hothins’ów zaplanowałam na noc. Zapamiętałam przestrogę Roberta, aby w czasie przeistoczenia być samemu, więc dzienny spacer odpadał. Poza tym, nie wiedziałam, ile metamorfoza może trwać, kilka minut a może godzin? W nocy nikt nie zorientowałby się, że zniknęłam. Zasiadłam na krześle przy stole. - Dzień dobry, ciociu. Ampelia odwróciła się, dopiero mnie zauważywszy. - O, witaj Violett. Zapowiada się słoneczny dzień. Wyjrzałam przez okno. - Tak… Jasne promienie zaglądały ciekawie przez firanki. Nawet świat wydawał mi się dzisiaj inny niż w pozostałe dni. Ampelia zajęła się wyrabianiem ciasta na chleb. Nie musiała tego robić, od tego miała całe zastępy służby, jednak zawsze powtarzała, że ona po prostu to lubi. Zapatrzyłam się na nią. Kosmyki jej jasnych włosów wymknęły się z małego koka i opadały na kark. Na policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. Teraz wyglądała zupełnie jak Mama. Serce zatrzepotało mi mocno. Już dzisiaj. Odwróciłam wzrok, bo do pokoju weszła jedna ze służących. - Czy na pewno nie jestem pani potrzebna, pani Hidden? – Zapytała grzecznie. - Nie, nie, dziękuję Emnildo - uśmiechnęła się. Emnilda zwróciła na mnie zaniepokojone spojrzenie. Wpatrywała się jak zaczarowana, prawie w ogóle nie mrugając. Dziwnie się poczułam. Usłyszałam chrząknięcie ciotki, na które służąca szybko spuściła głowę. - Nie będziesz nam na razie potrzebna, dziękuję Emnildo. - Oczywiście, przepraszam. Prędko wyszła. Wymieniłyśmy z Ampelią zdziwione spojrzenia. - Ciociu, chciałabym ci podziękować. - Ależ, za co, Violett? - Za wszystko. Naprawdę… bardzo potrzebowałam tego czasu, tutaj spędzonego. W domu… nie poradziłabym sobie z tym wszystkim. - Wiem, kochanie. Bardzo się cieszę, że już się ułożyło. Ale chyba jeszcze nie wyjeżdżacie, prawda? - Jak dla mnie, moglibyśmy nigdy nie wyjeżdżać – posłałam jej uśmiech. – Ale nie wiem. Zamilkłyśmy. Nagle, zupełnie nieświadomie przypomniałam sobie podsłuchaną w styczniu rozmowę służących. Zrozumiałam to natarczywe spojrzenie Emnildy. Zaschło mi w ustach. Oni wszystko wiedzieli. A przynajmniej się domyślali. Jakaż byłam głupia, że nie powiedziałam o tym Wiktorowi! W tym momencie do pomieszczenia weszła Stella. - Och… Nie przeszkadzam? - Nie, nie, siadaj. Posłałam jej nieśmiały uśmiech, jednak kompletnie go zignorowała. Zapadła głucha cisza. - Sprawdzę, czy Mirabell się obudziła. Chyba już najwyższy czas wstawać – podniosłam się z krzesła. Ruszyłam schodami na górę. W hollu zobaczyłam kątem oka dwie siedzące w fotelach służące. Gdy mnie zauważyły szybko wstały i schyliły głowy w zatrwożonym ukłonie. Kiwnęłam głową. Otworzyłam drzwi sypialni i wślizgnęłam się do środka. Siostra jeszcze spała. Usiadłam przy niej i przyjrzałam się dokładnie. Ciemne loki rozsypały się po poduszce, zakrywając czoło. Dłoń przyłożyła do policzka. Poczułam, jak gardło ściska mi gula. To ostatni dzień, kiedy mogę na nią patrzeć, kiedy mogę ją kochać. Potrząsnęłam lekko jej ramieniem. - Mirabell, obudź się. Przekręciła się na plecy i otworzyła oczy. - Już trzeba wstawać? – ziewnęła. Przytaknęłam. Pomogłam założyć jej suknię, po czym zeszłyśmy razem do jadalni. Zamierzałam wykorzystać ten dzień należycie. To mój ostatni dzień jako człowiek, więc powinnam pożegnać się ze wszystkimi, z którymi nie będę w stanie żyć po przemianie. Za każdym razem, gdy spojrzałam na ojca lub siostrę, moje serce pękało na drobne kawałki. Nie sądziłam, że to będzie takie trudne. Jednak już postanowiłam i nic nie zmieniłoby mojej decyzji. Wieczorem siedzieliśmy w salonie. Niesłychanie się denerwowałam, nie mogłam usiedzieć w miejscu. Najróżniejsze myśli kłębiły mi się w głowie, nie pozwalając cieszyć się ostatnimi chwilami z rodziną. - Violett, może zadeklamujesz nam coś? – Zaproponowała ciotka uśmiechając się ciepło. - Och, ja? To znaczy… - Nie daj się prosić. - No dobrze – zgodziłam się. Modliłam się w duchu, żeby głos mi nie drżał, ale same nogi miałam z waty. Po krótkiej recytacji porozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym wszyscy zaczęli powoli zbierać się do snu. Wraz z Mirabell udałyśmy się do sypialni. Gdy tylko usłyszałam, że miarowo oddycha, wstałam i narzuciłam na siebie ponczo. Niepełna tarcza księżyca zaglądała przez okno, rzucając bladą poświatę na śpiącą siostrę. Cichutko otworzyłam drzwi i wymknęłam się do hollu. Próbując nie oddychać, przekradłam się do wyjścia. Z żalem w sercu rozejrzałam się po salonie. Westchnęłam i szybko wyszłam. Nocny chłód przeniknął moje cienkie ubranie. Zadrżałam. Ruszyłam niepewnie dróżką. Jak ja to sobie wyobrażałam? Las Hothins’ów budził we mnie grozę, gdy byłam z Wiktorem w dzień. Teraz miałam udać się tam samotnie, w środku głuchej, zimnej nocy. Zacisnęłam powieki. Muszę to zrobić. To jedyne wyjście. Próbując nie zważać na przerażające szelesty tuż przy nodze, weszłam na zupełnie niewidoczną ścieżkę. Jak pamiętałam, stąd zaczęłam wraz z Wiktorem wędrówkę w poszukiwaniu stawu. Starałam się nie podnosić wzroku z drogi, jednak moją uwagę przykuł nocny ptak, który zerwał się z wierzchołka sosny. Echo trzepotu jego skrzydeł rozeszło się po uśpionym lesie. Poczułam, że jeszcze chwila i wpadnę w histerię. Dotarło do mnie, że wszystko wokół jest niezwykle czarne, ledwie odróżniałam drzewa. A jeśli nie znajdę drogi do jeziora? Jeżeli w ogóle go nie znajdę? Będę błąkać się całą noc po mrocznym lesie. Sama myśl mnie zmroziła. Odetchnęłam głęboko kilka razy i wręcz na oślep, ruszyłam dalej. To był zdecydowanie zły pomysł. Serce podeszło mi do gardła i biło niebywale głośno. Mój oddech zupełnie stracił równy rytm. Po chwili zorientowałam się, że płaczę. Łzy spływały strumieniami po moich policzkach, nigdy czegoś takiego nie czułam. Obejrzałam się za siebie. Już nawet nie potrafiłabym wrócić. Nie wiem ile czasu spędziłam, błąkając się po mokrych mchach. Próbowałam obserwować księżyc, lecz był ledwie dostrzegalny przez gałęzie olbrzymich drzew. Nagle usłyszałam odległy szum. Odwróciłam się z przerażeniem. Każdy odgłos, nawet najcichszy, drażnił moje uszy jak nigdy. Pomruk był miarowy. Coś mi przypominał. Zdałam sobie sprawę, że szum strumyka. Z nadzieją i desperacją podążyłam za odgłosem. W miarę, jak stawał się głośniejszy, dostrzegałam jasną łunę światła. I wtedy je zobaczyłam. Jezioro lśniło jasnym, ciepłym światłem, które roztaczało wokół siebie świetliste smugi. Otworzyłam szerzej oczy, byleby dostrzec każde załamanie, każdą pręgę na powierzchni. Nie czułam już strachu, niepewności, zimna ani zmęczenia. Staw przyciągał moje spojrzenie, koił zmysły, uspokajał umysł. Ani przez chwilę nie mrugałam, aby nie stracić tego niezwykłego widoku. Nie wiedziałam, kiedy znalazłam się tak blisko niego. Nachyliłam się i przejrzałam w jego modrej toni. Nie mogłam powiedzieć, co wtedy czułam. Ekscytacja mieszała się z błogim spokojem, spełnienie z niecierpliwością. Mogłabym trwać tam całą wieczność, jednak poczułam pragnienie. Niewyobrażalne pragnienie, jakiego nigdy wcześniej nie odczuwałam. Szybko złożyłam dłonie i zaczerpnęłam wody. Zbawienna woda miała niezwykły smak. Nie tylko gasiła pragnienie, ale rozkoszowała swym smakiem. Smakowała, jak wszystko, co lubiłam najbardziej. Raz była truskawkowa, następnie cynamonowa, po chwili stawała się wanilią. Przejrzałam się w lustrze wody – w miejscu oczu miałam białe gałki. Krzyknęłam odsuwając się od stawu. Nie wiem, kiedy ją przełknęłam. Nagle straciła cały swój smak, zaczęła palić. Czułam, jak paląca woda przepływa przez moje gardło, rozprzestrzenia się po całym ciele, zagląda do każdego jego zakamarka. Złapałam się za gardło, próbując nabrać powietrza, ale niewyobrażalny ból nie pozwalał mi na to. Woda kontynuowała swoją wędrówkę. Płynęła żyłami, parząc je, przepływała przez komórki, czułam ją już wszędzie. Chciałam krzyczeć z bólu, ale nie byłam w stanie. Ciecz paliła mi wnętrzności. Miałam wrażenie, że cała płonę. I wtedy mój wzrok padł na rękaw. Podniosłam dłoń do góry i wrzasnęłam, bardziej z przerażenia, niż bólu. Moja skóra płonęła. Czułam swąd spalanej tkaniny, cała moja halka stanęła w płomieniach. Po jakimś czasie poczułam, że ból ustaje. Przeminął w dłoniach i twarzy, ustawał w reszcie ciała. W końcu cierpienie przeszło w lekkie mrowienie, a potem wszystko ugasło. Dyszałam w ciemności, ogłuszona z bólu. Raptem poczułam ciepło, ale tym razem było przyjemne, łechcące moje zbolałe ciało. Oddech mi się uspokoił, serce biło normalnie. Poczułam, że moje ciało się zmienia. Zmniejszyło się. Chciałam się dotknąć, ale nie potrafiłam. Zamiast palców miałam pazury, zamiast dłoni łapy. Stałam się wilkiem. Byłam wolna. Niczym nieograniczona. Nie panując nad radością, która mną owładnęła, zaczęłam biegać wokół jeziora. Teraz nie wydawało mi się takie nęcące. Nie potrafię stwierdzić, ile czasu biegałam. Wiktor miał rację, pod postacią wilka czas biegł inaczej. Zatrzymałam się. Myśl o Wiktorze sprawiła mi pewien ból. Jak przekażę mu wiadomość o tym, że złamałam dane mu słowo? Czy będzie w stanie mi wybaczyć? Usiadłam, żeby pomyśleć. Mój wzrok krążył po drzewach. Wszystko widziałam tak niezwykle wyraźnie, słyszałam dalekie szelesty. Moje zmysły nieprawdopodobnie się wyostrzyły. I ten zapach… Raptem poraziła mnie myśl, że nie wiem, jak się przemienić z powrotem w człowieka. Ledwie o tym pomyślałam, stałam na dwóch, ludzkich nogach. Naga. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ubrań. Co za szczęście, że zrzuciłam z siebie wcześniej ponczo, ponieważ po mojej koszuli nic nie zostało. Dopiero teraz dostrzegłam, że słońce wisi już wysoko nad ziemią. Rzuciłam się biegiem do domu. O dziwo, sprawiało mi to zachwycającą przyjemność. Biegałam o wiele szybciej niż zwykle, nawet nie musiałam myśleć nad drogą powrotną, nogi niosły mnie same. Tym sposobem po kilku chwilach byłam już w ogrodzie wujostwa. Chciałam poprawić włosy, ale były w idealnym stanie. Szybko otworzyłam drzwi i weszłam bezszelestnie do domu. Odetchnęłam. Och, skąd ten odpychający odór? Jakim sposobem nie wyczułam go już wcześniej? Weszłam do salonu, w którym siedziała ciotka wraz ze Stellą. - Violett, to ty?! – Podbiegła do mnie Ampelia, łapiąc za rękę. Wyrwałam jej się. Jej dotyk był nie do wytrzymania. Poczułam ogarniającą mnie wściekłość i wstręt. - Tak, to ja – wycedziłam. - Ależ gdzie byłaś? Tak się martwiliśmy. - Udałam się na poranny spacer. - A co ty masz na sobie? Violett! Spróbowałam zignorować jej pytanie, ale sam jej głos wyprowadzał mnie z równowagi. W głowie huczało mi od nienawistnych myśli, których nie potrafiłabym nawet opisać. Stella podeszła do mnie jednym krokiem i zajrzała w oczy. - Violett… - wydyszała. – Coś ty zrobiła…? Uśmiechnęłam się kwaśno, jednak coś mnie zastanowiło. Skąd tak szybko się domyśliła? Chyba aż tak się nie zdradzałam. Wtedy wpadł mi do głowy pewien koncept. Podbiegłam zwinnie do lustra i przejrzałam się. Moje oczy zmieniły kolor. Po jasno-szarych, niebieskich tęczówkach nie pozostał nawet cień. Błyszczały teraz czekoladowym blaskiem. Przeszedł mnie ciepły dreszcz. Miały identyczny kolor, jak oczy Wiktora przed przemianą. Otrzymałam jego odcień oczu. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Nagle dostrzegłam w lustrzanym odbiciu zadziwioną minę ciotki. Zupełnie zapomniałam o jej obecności. - Violett… Wystarczyło jedno słowo, jedno spojrzenie, aby wrogość ponownie mnie opanowała. - Pójdę do sypialni. Nie jestem głodna. I nie czekając na odpowiedź Ampelii, prędko udałam się do pokoju. Cała droga zajęła mi zaledwie kilka sekund, gdyż prawie płynęłam, a nie szłam. To naprawdę wspaniały dar. Przypomniałam sobie o darach wilkołaków i serce zatrzepotało mi radośnie. Mogę zobaczyć Mamę! Jednak myśli zupełnie rozproszył zapach, który poczułam. Był wręcz nie do wytrzymania. Otworzyłam drzwi sypialni. - Violett! – Mirabell rzuciła mi się na szyję. – Bałam się o ciebie! Tak długo cię nie było, nic nie powiedziałaś… - łkała mi w ramię. Ciepły dreszcz, który przeszedł moje ciało, śpiesznie zamienił się w parzący płomień. Zrozumiałam, że nie ścierpię dłużej jej dotyku. Lekko wyślizgnęłam się z jej objęć. Nie chciałam jej zranić. W tym momencie nie potrafiłam się jej nie brzydzić, jej łzy budziły we mnie mdłości, jednak gdzieś, na samym dnie serca, zakorzeniło się przeświadczenie, że jest dla mnie kimś bardzo ważnym, kimś, kogo kocham. I mimo całej złości, którą odczuwałam w jej obecności, chciałam ją przed sobą chronić. - Nic mi nie jest, niepotrzebnie się zamartwiałaś – starałam się, aby mój głos brzmiał normalnie. Wiedziałam, że nie zdołam wytrzymać w jej towarzystwie ani chwili dłużej. - Przyszłam tylko się przebrać. Wzięłam pierwszą lepszą suknię, która nawinęła mi się pod ręce i szybko włożyłam. Niestety, z gorsetem zeszło mi już trochę dłużej. Czułam, że moim ciałem raz po raz wstrząsają ciepłe dreszcze, jednak starałam się je tłumić. Mirabell w tym czasie czesała się i wciąż ukradkowo na mnie zerkała. - Bardzo ładnie dziś wyglądasz – powiedziała uśmiechając się. Rysy mi stężały. Jednak coś zauważyła. - Masz takie piękne loki… - podeszła, aby ich dotknąć, jednak odsunęłam się. - Dziękuję – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Zejdę na dół, nic dzisiaj nie jadłam. Nie oglądając się, zeszłam do jadalni. - Witam… - usłyszałam głos wuja w hollu. – Tak, zapraszam. Po chwili do

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%