Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 32 min czytania

Czysta krew

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Robert zapewne zauważył moje nieme zdziwienie, gdyż zaśmiał się cicho. - To naprawdę nie jest trudne. Nie raz próbowałem podobnych… dokonań. Przykucnął, opierając się na stopach, po czym odbił się i wyciągając ręce, wskoczył na pochyłą ścianę. Przeszedł mnie dreszcz podniecenia. Nawet w ludzkiej postaci posiadaliśmy niespotykane zdolności. Odbijając się od ściany do ściany poruszał się w stronę klapy. Robił to bardzo zwinnie, raczej jakby uprawiał trucht, niż wspinał się na wysokości. Jego zwinne palce wszczepiały się w nieistniejące zagłębienia, zatapiały się w płynnej konsystencji, która umożliwiała mu poruszanie się. Zatrzymał się i krzyknął w naszą stronę, żebyśmy za nim ruszyli. Wiktor puścił mnie przodem. Próbując naśladować Roberta, wsparłam się na tylnych łapach, po czym mocno odepchnęłam. Poczułam, jak powietrze lekko mnie unosi, miałam wspaniałe wrażenie, że frunę. Moje łapy instynktownie wbiły się w ścianę, która okazała się być twarda, ale wciąż bardzo przystępna. Wspinałam się po śladach X, szybko się wprawiając, choć może nie robiąc tego dostatecznie giętko, jak on. Sądziłam, że potrwa to, co najmniej kilkanaście minut, ale o dziwo, wyskoczyłam przez jasny kwadrat, już po paru sekundach. Świeże powietrze rozwiało moją sierść. Dopiero, gdy Wiktor wypowiedział, jakiego koloru ona jest, poczułam wielkie pragnienie zobaczenia jej. Okręciłam się wokół własnej osi, obejrzałam łapy i wesoło szczeknęłam. Jednak Robert miał zaciętą, zmartwioną twarz i nie zareagował na moje beztroskie zachowanie. Hej, odpręż się, przecież wszystko skończyło się dobrze, chciałam powiedzieć, ale jakoś się powstrzymałam. Ja również miałam wrażenie, że to jeszcze nie koniec. Z podziemi wydostał się także Wiktor i szybko odbiegliśmy z terenu posiadłości Hothins’ów, byleby nas nikt nie zobaczył. Wracając do domu, powoli przypominałam sobie życie przed przemianą. Wydawało mi się takie bezbarwne, monotonne, nudne. Było odległe. Teraz żyłam chwilą, rytmem swojego ciała, przemieniałam się, kiedy zaszła taka potrzeba i było mi z tym wspaniale. Czułam się wolna i nieograniczona. Jednak wiedziałam, że muszę wrócić na ziemię, znosić obecność rodziny, uczyć się żyć wśród ludzi i poznawać wilkołacze życie. Ogród wujostwa odtworzył w mojej pamięci, jakby zakurzone, tygodnie mojego letargu, bo tak nazywałam okres po śmierci Mamy. Mama! Kolejny raz tego dnia, po moim ciele rozeszło się miłe ciepło. Wreszcie nadeszła ta chwila, aby się z nią spotkać. Ale przed tym, miałam jeszcze pewną sprawę do załatwienia. Zatrzymałam Wiktora i poprosiłam, aby przyniósł dla mnie ubranie. Miałam zamiar powrócić do postaci człowieka i z nim porozmawiać. X wślizgnęli się niepostrzeżenie do domu i po pięciu sekundach byli z powrotem, ubrani. Wiktor niósł dla mnie tą samą ciemnozieloną suknię z arabeskami, którą szyłam, próbując wypełnić swój czas oczekiwania. Robert mruknął, że uda się porozmawiać ze Stellą i Nestorem, po czym zostawił nas samych. Wiktor położył suknię na trawie i odszedł na bok, aby pozostawić mi odrobinę prywatności. Wiedziałam, jak mogę się przemienić. Wystarczyła krótka myśl, abym mogła ponownie stać się człowiekiem. Tym razem krótka myśl nie wystarczyła. Przymknęłam oczy i wypowiedziałam w myślach swoje pragnienie. Nic nie poczułam! Czyżbym nie mogła wejść w swoje ludzkie ciało? Szybko otworzyłam oczy i podniosłam się z klęczek. A jednak. Byłam człowiekiem. Głęboko odetchnęłam i włożyłam suknię. Nie było mowy, żebym sama zasznurowała sobie gorset, więc lekko zmieszana, zawołałam Wiktora. Pojawił się w jednej chwili. - Czy mógłbyś… mi pomóc? Czyżbym zauważyła na jego twarzy ironiczny uśmieszek? Przytaknął i zaczął wiązać. Delikatnie przekładał wstążkę, robił to powoli i starannie. - Troszkę mocniej – powiedziałam. Ścisnął, co nieco zabolało. - Przepraszam. Już kończył, gdy nagle jeden z jego ciepłych opuszków palców dotknął mojej skóry. Dostałam gęsiej skórki, co trochę mnie zawstydziło, ale tylko przez chwilę. Wiktor sunął opuszkiem po moich plecach, aż do zasznurowanego gorsetu, który skrywał resztę mojego ciała. Jego palec był gładki i miękki, przyprawiał mnie o mocniejsze bicie serca. Nagle jednym ruchem odwrócił mnie przodem do siebie i namiętnie pocałował. Oniemiałam. Wiktor, to prawda był impulsywny i nieprzewidywalny, ale nigdy brutalny. Jednakże teraz bardzo mi się to spodobało. Jego palce mocno, ale nie boleśnie, zaciskały się na moich ramionach, jakby nie chciał, abym mu uciekła. Ale ja wcale nie miałam zamiaru. Wplotłam dłonie w jego włosy i oddałam pocałunki. Tylko to wtedy odczuwałam, tylko to wtedy istniało. Wtuliłam się w niego z ufnością. Było tak, jak nad tym rozmyślałam. Przemieniłam się dla tej chwili, dla błogiego szczęścia w jego ramionach, możliwości zobaczenia Mamy. Czy cokolwiek było w stanie zepsuć ten mój wyśniony stan? Trwaliśmy dłuższą chwilę w bezruchu. - Przepraszam – wyszeptałam wprost do jego ucha. Uścisnął mnie mocniej. Najwyraźniej już się nie gniewał. - Wiktorze – spojrzałam mu w oczy – jest coś, co powinniśmy, jak najszybciej zrealizować. Popatrzył na mnie jakby ze zdezorientowaniem. - Chodzi mi oświadczyny. Nie wiem, skąd brała mi się ta śmiałość i pewność siebie. Czyżby te cechy były nieodłącznym elementem wilkołaczej natury? - Masz rację, załatwmy to natychmiast – uśmiechnął się szelmowsko i pociągnął za rękę w stronę domu. - Poczekaj – zatrzymałam go. – Po przekroczeniu tego progu nie będziemy mogli być w pełni sobą, a chciałabym… żebyś dokładnie wiedział, ile dla mnie znaczysz. - Violett – przerwał mi – wiem to. Czuję. Mam nadzieję, że ty również. Nie przejmuj się tym, co wygaduje Hothins. - J-ja o tym nie myślałam… - Żadna przepowiednia nie zniszczy naszej miłości. Uśmiechnęłam się i mocno w niego wtuliłam. - Wiem. Ujął mnie za rękę i optymistycznie nastawieni, wkroczyliśmy do domu przy zachodzących, słonecznych promieniach.

***

Następnego dnia Robert ogłosił spotkanie naszego stada. Wszyscy punktualnie, zebraliśmy się tym razem na strychu. Oczarowani panującą tu ciszą, spokojem i utratą czasu, siedzieliśmy na starych meblach i oczekiwaliśmy przemowy naszego przywódcy. - Wczoraj, jak już wszyscy wiemy, miały miejsce dwa, przykre incydenty. Jednym z nich jest przedwczesna przemiana Violett. – Posłał mi wciąż rozgoryczone spojrzenie. – Odbyliśmy także naradę z plemieniem Hothins’ów. Nie powiedziałem wam całej prawdy. Cisza kołysała nasze rozczarowanie i zniechęcenie. - Gilbert Hothins to człowiek, który wierzy w przepowiednie, jak w nic innego. Jest gotów oddać życie sfory i własne w ich imieniu. Wczorajszego dnia, nie chciał nas wypuścić, nie mógł wybaczyć sobie, że zostawia sprawę niewyjaśnioną. Zawarłem z nim umowę i wybaczcie mi to teraz. Powinienem wcześniej uzgodnić tę absolutnie ważną sprawę z wami, jej uczestnikami. - Ale o co chodzi? – zapytał niecierpliwie Nestor. Ledwo nad sobą zapanowałam, słysząc jego głos. Niewyobrażalnie mnie brzydził, sądziłam, iż nie powinien brać udziału w naszym zgromadzeniu, przecież wciąż był człowiekiem. Na szczęście Robert był bardziej obiektywny i zmusił nas do wytrzymania tego czasu w jego towarzystwie. Obecność Stelli coraz mniej mi przeszkadzała, gdyż do kolejnej pełni pozostało półtora tygodnia. Robert westchnął. Nie pozostawał obojętny na człowiecze oblicze kuzyna. - Zawarłem z nim umowę, że wyjaśnimy tę kwestię podczas walki. Zamarłam. Mieli się pojedynkować? Moje nieme pytanie zadał Wiktor. - Gilbertowi chodzi o coś większego, coś, w co mogłyby zaangażować się oba stada. - Wojna – wyszeptałam zimnymi wargami. Robert kiwnął głową. - Ale przecież ich jest tylko trójka, to przecież… - Ich stado liczy siedem osób, Violett. Czworo z nich jeszcze się nie przemieniło, ale mają zamiar to zrobić przedwcześnie. W imię spełnienia przepowiedni – prychnął. Zapadła cisza. - Czy tego samego oczekujesz ode mnie? – zapytał cicho Nestor. - Myślę, że nie możemy czekać. Twoja kolej dopiero za dwa miesiące, w tym czasie może się wiele wydarzyć. Nie musisz brać w tym udziału. Nie chcę wywoływać na tobie presji. Pamiętaj, że przedwczesna metamorfoza nie zapowiada niczego dobrego. Violett chyba może to potwierdzić. Zmieszana kiwnęłam głową. Nestor zamilkł i jakby trochę zmalał. Bał się. Wręcz czułam odór tego przerażenia. - Czego spodziewasz się po nas? – Zapytała Stella, unosząc wysoko podbródek. Choć nie była wilkołaczką, już się nią czuła. Robert potarł dłonią czoło. Był zestresowany. - Gilbert to szaleniec, chce wywołać wojnę o proroctwo, które może nigdy się nie wypełnić. Czego mogę się spodziewać? Proszę was, abyście stanęli u mego i Wiktora boku, abyście z nami walczyli. Przeszedł mnie dreszcz. Mam… mam zabijać inne wilkołaki bez żadnego sensu? Mam pozbawić kogoś życia w imieniu przepowiedni, która mnie dotyczy, ale nigdy się nie spełni? Poczułam, jak dłoń Wiktora zaciska się na mojej. On to pochwalał, chciał w tym uczestniczyć! Poczułam ciepło rozchodzące się po moim ciele. - Violett, uspokój się! – Syknął mój narzeczony zauważając, co się dzieje. Odetchnęłam spokojnie kilka razy. W tym czasie Robert zapytał Stellę, co o tym sądzi. - Czy nie ma innego sposobu? - Nie widzę żadnego… - Ale ja tak! – zawołałam. – Zakończmy to porozumieniem, odnajdźmy konsensus! - Czy rozumiesz, że jedynym konsensusem byłaby dla Hothins’ów nasza zgoda na spełnienie wyroczni? Wiesz co to oznacza? – Spojrzał na mnie chłodno. – Musiałabyś poddać się przeznaczeniu, pozostać z Gilbertem. Zagryzłam wargę. Nie, nie byłam do tego zdolna. Jednak nie mogłam znieść myśli, że inni będą umierać i zabijać z mojego powodu. Przepowiednia dotyczyła mnie i Gilberta, nikt nie powinien się w to angażować. - Jest inne wyjście, ja… spotkam się z nimi i spróbuję im wytłumaczyć, że to niepotrzebne… - Nie – odparł stanowczo Wiktor. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. - Dlaczego? - Mogliby cię nie wypuścić… - Nie wygłupiaj się, Wiktorze! To nie jest jakaś gra. - Tym bardziej. Mierzyłam go chwilę chłodnym wzrokiem. W końcu kiwnęłam na zgodę głową, knując już małą, nocną wycieczkę. - Nestorze, zastanów się nad tym – zwrócił się do niego Robert. – Proszę, nie postępuj pochopnie i przemyśl wszystko od początku do końca. Kuzyn dał znak, że pomyśli. Wstaliśmy i udaliśmy się na dół.

***

Wiedziałam, że ryzykuję. Było wręcz niemożliwe, żeby się o tym nie dowiedzieli. Jednak musiałam spotkać się z Hothins’ami, musiałam wszystko im wyjaśnić. Z drugiej strony byłam sfrustrowana. Wiktor nie potrafił tego zrozumieć. A jeśli odbierze moją ucieczkę, jako kolejną złamaną obietnicę? Och, tak bardzo bym tego nie chciała. Nie mogę go zawieść, a zarazem nie mogę pozwolić, aby brał udział w zwyczajnie głupiej wojnie. Ani on, ani Robert, Nestor, czy Stella. Wstałam z łóżka najciszej, jak potrafiłam. Wyjęłam z szafy suknię i nie patrząc na siostrę, wymknęłam się z pokoju. Wsłuchałam się w sen domu. Było cicho, sennie i wyglądało na to, że wszyscy śpią. Zbiegłam po schodach i otworzyłam drzwi. Jak ja lubię te nocne eskapady, pomyślałam z przekąsem i cicho wyszłam na dwór. Rozejrzałam się jeszcze i rzuciłam biegiem w stronę posiadłości Hothins’ów. Droga, jak zwykle zajęła mi parę chwil. Ciemny, uśpiony dom wyglądał upiornie, a noc nie była taka ciepła, jak przypuszczałam. Przystanęłam i wpatrzyłam się w budynek. Nagle zaskoczyła mnie moją nieprzemyślność. Był środek nocy. Jakim sposobem bez uprzedniego umówienia się, mogłam się spotkać z Hothins’ami? Prychnęłam ze złością. W pewnym momencie wpadłam na pomysł, że mogłabym… zawyć. Chrząknęłam i zaczerpnęłam powietrza. Z mojego gardła wydobył się przeciągły, niski warkot. Przeciął ciszę i uniósł się w powietrze. Złapałam się za szyję. Za głośno, zdecydowanie za głośno. Jedna z okiennic poruszyła się, by po chwili ze skrzypieniem otworzyć. Wstrzymałam oddech. Wciąż stałam pośrodku podwórza, tuż przed drewnianymi wrotami. Wytężyłam wzrok. - Violett – wyjąkał Gilbert, od razu mnie zauważając. Szybko zamknął okno. Zdążyłam odetchnąć, a on już przede mną stał. Spojrzał mi głęboko w oczy, wyczytując z nich, po co przyszłam. - Nie wierzysz…? - Gilbercie, ty wiesz, że to niemożliwe, to się po prostu nie może wydarzyć! Spojrzał na mnie przenikliwie chłodnym spojrzeniem. - Czy mam cię przekonać, że jednak możliwe? - Nie rozumiem. Jednym, szybkim ruchem znalazł się tuż przy mnie i przyciągnął do siebie. Poczułam jego palce na swoich plecach, jakby parzyły. Zakręciło mi się w głowie, gdy mnie pocałował. Krew zawrzała mi w żyłach, zabrakło mi tchu. Czułam się dobrze. Szczęśliwa. Odepchnęłam go. - Jak możesz?! Spojrzał na mnie z satysfakcją. - Pokochałabyś mnie. Byłoby nam dobrze. - Ale nie będzie – wysyczałam. – Nie widzisz tego? Próbujesz połączyć nasze losy na siłę. Bo była jakaś przepowiednia! Bo była. Pokręcił głową z lekkim zniecierpliwieniem. - Widzę, że nie potrafisz uwierzyć. Sprawię, że uwierzysz. Założyłam ręce na piersi. - Przepowiednie rządzą moim życiem, Violetto. Miałem się nie urodzić, wiesz? Moi rodzice byli starsi, swojego syna ożenili, córkę wydali za mąż, pozostało im już tylko spokojne czekanie na śmierć. Wtedy pojawił się u nich pewien bardzo leciwy starzec, który zapowiedział im, iż pojawi się mężczyzna, dzięki któremu wypełni się przepowiednia. Dobrze ci już znana przepowiednia. Kilka miesięcy później urodziłem się. Starzec zostawił mi list. Jak się okazało, był jednym z niewielu nieśmiertelnych wilkołaków, które żyją do kolejnego okresu przemian. Pisał w nim, że był przy powstaniu legendy o przywódcy z rodu Hothins’ów. Zrozumiał, że to ja nim jestem. To dzięki temu proroctwu żyję. Dla niego żyję. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie ono, jestem tego pewien. Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, próbując złapać oddech. Czułam, jak od stóp podąża ku górze mrowienie przerażenia. Gilbert uśmiechnął się przyjaźnie i znowu się do mnie przybliżył, jednak odwróciłam głowę. Złapał mnie za brodę i wręcz brutalnie odwrócił do siebie. - Będziesz moja, Violett. Tego nie da się uniknąć. - Nigdy nie będę twoja, Gilbercie – wysyczałam nie podnosząc wzroku. - Hothins! – rozległ się potworny krzyk. - T-to… Wiktor – wyjąkałam. Usłyszeliśmy tupot kilku stóp i po chwili znalazło się przy nas troje wilkołaków, a tak przynajmniej wyczułam, jednak zamajaczyła mi w ciemności sylwetka Stelli, a ona przecież… - Stello, zamieniłaś się?! - Tak – dobiegł mnie jej wysoki, wyniosły głos. - Ależ dlaczego, czy nie wiesz… - I ty mi to mówisz, Violett? – zrobiła ku mnie kilka kroków. - To przeze mnie, tak? Przecież wiesz, że nie musiałaś. Nie chciałam, żebyś to robiła. Stella tylko cicho prychnęła i odsunęła się. Poczułam na sobie przenikliwe spojrzenie Wiktora. - Dość tego, zakończmy tę sprawę Hothins! – zawołał. Poczułam ciepło bijące od jego skóry, mimo, że stał kilka metrów ode mnie. Szykował się do przemiany. - Wiktorze, prosz… - Nie! – przerwał mi. – Mam tego dość, nie rozumiesz?! Płomienie rozświetliły otaczającą nas ciemność. Kilka sekund później przemienił się także Gilbert. - Proszę, wysłuchajcie mnie. Wszyscy wiemy, że to nie jest rozsądne. Ani trochę. Dlaczego się tak upieracie? To jest bez sensu! Jednak czułam się, jakby nikt mnie nie słuchał. Dwa wilki mierzyły się wzrokiem, warcząc wściekle. Wyglądało na to, że już nic ich nie powstrzyma. Nie miałam wyjścia. Skupiłam się na przemianie i już po chwili poczułam dobrze znaną, upiornie gorącą ciecz, rozpływającą się po całym ciele. Moja suknia wraz ze skórą stanęły w płomieniach. Jak zwykle próbowałam nie krzyknąć, ale ból był silniejszy. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że leżę na grzbiecie, ciężko dysząc. Musiało minąć jeszcze kilkadziesiąt

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Czysta krew — czytnik · opowiadania