Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 31 min czytania

Czysta krew

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Następne dwa dni minęły mi niezauważalnie. Zajmowałam się weselnymi sprawami, dobierając odcień obrusów, przeglądając i naprawiając prujące się koronkowe narzuty oraz gromadząc odpowiednie kwiaty do bukietów. Ojciec wraz z wujostwem udali z oficjalnym zaproszeniem na naszą uroczystość do państwa Hothins. Soledad i Dee z przyjemnością zgodziły się zostać moimi druhnami, podobnie jak Mirabell, która o niczym innym nie mówiła. - Doprawdy, już nie mogę się doczekać. Wciąż nie zdecydowałam się na dobór dodatkowego koloru. Suknia będzie, jak wiesz, w odcieniach stonowanego burgundu, jednakże jaka tonacja byłaby do niego odpowiednia? – rozprawiała całymi dniami. - Mirabell, zmiłuj się – powiedział w końcu ojciec, gdy siostra znowu rozpoczęła opowiadać, jak to nie ma pojęcia jak powinna się uczesać. - Przepraszam, tato, ale zupełnie nie rozumiem o co ci chodzi? – zapytała z dosłyszalną nutką złości. - Mówisz o tym piąty raz tego dnia! Proszę, idź zamęczać strojami i fryzurami siostry lub służbę, ale nie każ mi tego wysłuchiwać! – Ojciec stracił cierpliwość. Zgiął czytaną gazetę i odłożył na ławę. Nigdy nie był wyrozumiały w tych sprawach, naszym wyglądem zawsze zajmowała się Mama. Skuliłam się w fotelu. Na moim podołku leżało co najmniej kilkanaście szkiców ślubnych bukietów proponowanych przez kwiaciarkę. Na żaden nie mogłam się zdecydować, jeden był zbyt strojny, kolejny zginąłby w fałdach mojej sukni, a w jeszcze innym nie pasowały mi kwiaty. Nikt nie zamierzał mi w tym pomóc, toteż zasiadłszy w bawialni, przeglądałam je, przysłuchując się wywodom siostry. Mirabell rzuciła ojcu oburzone spojrzenie i w jej sarnich oczach dostrzegłam napływające łzy. - Mama by mnie zrozumiała… - szepnęła, po czym opuściła pokój. Jej słowa wisiały między nami w powietrzu, powoli się ulatniając. Naprawdę nie powinna była tego mówić. Spojrzałam dyskretnie na ojca. Wyglądał na zranionego tym, co powiedziała. Opuścił głowę, wygładzając palcami rogi gazety. Raptem wstał, przeprosił mnie i wyszedł do ogrodu. Westchnęłam i powróciłam do wybierania bukietów. Tego samego dnia miałam otrzymać swoją wymarzoną suknię. Ciotka wraz z wujem udali się do Oakham i Uppingham, aby umówić mszę i załatwić ostatnie sprawy. Wiktor tymczasem pomagał ustawiać stoły i krzesła, ponieważ przyjęcie miało odbyć się w ogrodzie. Bardzo nam to odpowiadało, gdyż na powietrzu łatwiej było nam wytrzymać, a nadchodził czerwiec. Miesiąc słonecznych dni i ciepłych, mglistych wieczorów. Następnego dnia wieczorem mają przybyć państwo Avow. Poczułam, że ręce zaczynają mi drżeć, więc wzięłam kilka głębszych oddechów. Szczerze bałam się tego spotkania. Musiałam wypaść jak najlepiej, jak dobrze wychowana, skromna i czarująca panna z posagiem. O tak, z pewnością jego matka nie zapomniała i o tym pomyśleć. A jeśli im się nie spodobam? A jeśli popełnię okropne faux pas albo się ośmieszę? Zagryzłam wargi. Moje czarne myśli przerwało pojawienie się Stelli. Weszła nieco chwiejnym krokiem i szybko zasiadła obok mnie. Oczy miała utkwione w oknie, dlatego nie od razu mnie dostrzegła. - Och, Violett – podskoczyła – to ty. - Tak. – Przyglądałam jej się chwilę. Od czasu spotkania z Nathanem cały czas chodziła nieprzytomna. Z dnia na dzień irytowało mnie to coraz bardziej, ponieważ każdy wiedział, że coś z nią nie tak, a ona wręcz podkreślała to takim pretensjonalnym zachowaniem. - Co robisz? - Próbuję wybrać odpowiednią wiązankę na ślub. Na żadną nie mogę się zdecydować. - Chętnie ci pomogę – zaofiarowała się z przejęciem. Może jej zadurzenie miało i dobre strony? Lekko onieśmielona jej zmianą stosunku do mnie, podałam jej szkice. - Podoba mi się ten i ten, tutaj ułożenie kwiatów jest piękne, spójrz jak się przeplata ta łodyga, ale lilie nie będą do mnie pasować. Chwilę lustrowała kartki, by nagle wykrzyknąć triumfalnie. - Ten! Będzie idealny. Obrazek przedstawiał okrągłą wiązankę z białych eustom, przeplataną jasnoróżowymi frezjami. Rzeczywiście, była skromna, choć dostojna i ładna, jednak nie byłam pewna, czy lepsza od innych. - Frezje idealnie podkreślą twoją cerę, a poza tym odzwierciedlą charakter. – Spuściła spojrzenie na obrazek i cicho westchnęła. - W takim razie wezmę ten bukiet – odparłam. Złożyłam pozostałe kartki i związałam wstążka, aby się nie rozpadły. Pozostawiony szkic złożyłam na pół i włożyłam do kieszeni sukni. Podniosłam się z fotela. Stella ani drgnęła, siedziała skulona wciąż ze spuszczoną głową. - Może niedługo będę wybierać wiązankę na swój ślub… - usłyszałam jej szept. Zaskoczona przyjrzałam się jej włosom, które zakrywały twarz, jednak nie odpowiedziałam. Nagle uniosła na mnie spojrzenie. - Nie chcesz, żebym była twoją druhną, prawda? – wypaliła. – Ja wiem, że byłam dla ciebie podła i zła, nigdy nie pokazałam się z dobrej strony jako kuzynka, ale teraz… Chciałabym ci się za to odpłacić – wstała i złapała mnie za ręce. – Z całego serca, ale nie wiem jak. Pomóż mi w tym. – Złożyła chłodny pocałunek na mojej skroni i posławszy nieśmiały uśmiech, wyszła. Stałam chwilę oniemiała i układałam wszystko w głowie. Jednak cuda się zdarzają. Skoro Stella wreszcie odnalazła to, czego mi zawsze zazdrościła – wizję przyszłości, gdzie czeka na nią miłość – postanowiła wreszcie ocieplić nasze stosunki. Uśmiechając się lekko, pomyślałam, jak miłość zmienia ludzkie charaktery i oblicza. Mirabell znalazłam dopiero na drugim piętrze, siedzącą przy oknie na klatce schodowej. Naburmuszonym wzrokiem wpatrywała się w wierzchołki drzew. - Chodź, pospacerujemy, jest taki piękny dzień – złapałam ją za ramię i sprowadziłam do ogrodu. Przechadzałyśmy się wśród traw, a słońce grzało nasze policzki i ramiona. - Może powinnyśmy były wziąć ze sobą parasolki – narzekała Mirabell. – Jeszcze zbyt mocno się opalimy, a ślub już za trzy dni. Przecież nie możemy wystąpić opalone! Wyobraź sobie, panna młoda z piegami. Mimowolnie roześmiałam się na ten widok, a i ona po chwili poszła w moje ślady. Rozładowało to trochę sytuację. - Dlaczego przez ostatnie dni chodzisz taka markotna? – zagadnęłam, łapiąc ją pod ramię. Unikała mojego spojrzenia. - Nie wiem, dlaczego odniosłaś takie wrażenie. - Owszem, odniosłam takie wrażenie z powodu twojego zachowania. Sama musisz przyznać, że jesteś nieznośna. Otworzyła usta z oburzenia. - Tak uważasz? - Mirabell, proszę, przestań choć przez chwilę zgrywać taką nieprzystępną! Jestem twoją siostrą! Siostrą, nie przystojnym młodzieńcem. - No wiesz – prychnęła. – Bez wątpienia nie jesteś przystojna. - Och! – udałam zbulwersowaną jej uwagą, ale przynajmniej przestała zwracać się z tą udawaną grzecznością. – Więc? - Sama nie wiem, czy powinnam ci o tym mówić – spojrzała na mnie z ukosa. Kiwnęłam głową. - Nie powiesz nic papie? I nie wyśmiejesz mnie? - Mirabell… - Przyrzeknij! – przystanęła. Przewróciłam oczami. - Przyrzekam. Ruszyłyśmy dalej. - Och, chodzi o to, że panicz Avow wyjechał. Minęła chwila, zanim zrozumiałam sens tych słów. - Mówisz o Robercie? - Tak, o panu Robercie – wycedziła. - Nie rozumiem… - I nagle zrozumiałam. – Ach. Czyżbyś… żywiła do niego jakieś uczucia? Zaprzecz. Powiedz nie. Nie odpowiedziała, bawiąc się kosmykiem włosów. Zapadła niezręczna cisza. To nieprawdopodobne! Moja siostra była oczarowana Robertem. Nie chodziło już nawet o to, że wychodziłam za jego brata. On był wilkołakiem. Nigdy by jej nie pokochał, nie obdarowałby jej szczęściem. Zwłaszcza, że pojechał, aby odzyskać Blodwen. - Czy wiesz może, dlaczego tak nagle wyjechał? – zapytała niby od niechcenia. - Nie – skłamałam trochę za szybko. Nie bardzo wiedziałam, jak powinnam się zachować. Posłała mi kłujące spojrzenie. - Wiesz, ale nie chcesz mi powiedzieć. Jak zwykle. - Mirabell, nie powinnaś… On nie jest dla ciebie odpowiedni. Znowu stanęła. - Dlaczego tak sądzisz? – wycedziła przez ściśnięte zęby. Szukałam jakiejś sensownej odpowiedzi, ale nic, z tego co wiedziałam, nie mogłam wyjawić. - Jest od ciebie dużo starszy. - Wiek to żaden problem, panienki w moim wieku wychodzą i za dużo starszych mężczyzn – zawołała. Miała rację, czemu nie mogłam zaprzeczyć. - Masz jakieś inne zastrzeżenia? - Proszę, skończmy ten temat. Robert był zaręczony, pamiętasz? Ciemnowłosa, miła piękność? Blodwen? - Zerwali zaręczyny. Jej reputacja legła w gruzach. - Nie wydaje mi się, aby on był tobą dostatecznie zainteresowany – spuściłam wzrok. Zraniłam ją, wiedziałam to po jej głośnym wdechu. Raptem odwróciła się na pięcie i wróciła biegiem do domu. - Mirabell! – krzyknęłam za nią, zupełnie jak nie wypada damie i od razu się za to zganiłam. Coś takiego nie może mi się przytrafić przy rodzicach Wiktora. Pozostawiłam impulsywną siostrę samej sobie i dalej spacerowałam. Nie wiem ile czasu upłynęło, gdy nagle usłyszałam rżenie koni i obejrzałam się. Przy drodze stał powóz, z którego wysiadał wuj Baldwin. Usłużył ciotce, po czym odszedł do stajni, rozprawiając o czymś ze stangretem. Ampelia zauważyła mnie i skinęła na mnie dłonią, abym podeszła. - Dzień dobry, ciociu. - Witaj, Violett. Pomyślałam, że chciałabyś sama rozpakować swoją suknię – uśmiechnęła się. Była prawie tak samo podekscytowana jak ja. Widać od dawno marzyła o wydaniu córki. - Ciociu – zaczęłam niepewna, nie wiedząc ile mogę zdradzić jej o Stelli. Wracałyśmy dróżką do domu. – Wybrałam już wiązankę. Pomogła mi w tym Stella. – Wyjęłam zwitek papieru z kieszeni, wyprostowałam i podałam Ampelii. - Hm, rzeczywiście, bardzo gustowny. Poślę służącą do Uppingham z samego rana. - Wydaje mi się – zaczęłam znowu – że Stella już nie może doczekać się własnego ślubu. Ciotka rzuciła mi krótkie spojrzenie, po czym zaśmiała się głośno. - Ach, teraz zaczekajmy tylko na księcia na białym koniu! Gdyż wydaje mi się, że do małżeństwa potrzebny jest wpierw narzeczony. Powiedziała to wręcz z goryczą. Żadna z nas nie odezwała się już do domu. Weszłam i od razu skierowałam swoje kroki do sypialni, gdzie czekało na mnie podłużne pudło. Nie mogąc się powstrzymać, przyskoczyłam do niego i podniosłam wieko. Moim oczom ukazała się kunsztownie wyszyta koronka, mieniąca się w odcieniach złota i bieli. Delikatnie uniosłam tkaninę, która spłynęła lekko na podłogę ukazując się w całej swojej doskonałości. Półprzezroczysta krynolina opadała warstwami, których doliczyłam się aż trzech. Były lekkie, cienkie i niezwykle delikatne. Przyłożyłam suknię do ciała i okręciłam się wokół. Do pokoju cichaczem wemknęły się dwie służące, w których rozpoznałam Glendę poznaną w buduarze ciotki. - Pomóc, panienko? Pani Hidden kazała przekazać, że przydałoby się przymierzyć suknię, aby w razie problemów zdążyć z poprawkami. Kiwnęłam głową i ułożyłam suknię na łóżku, obok pudła, które okazało się nie być puste. Na dnie leżała para kremowych rękawiczek z niewielkim różowym akcentem. Idealne dopełnienie będzie współgrać z kwiatami. Odłożyłam je tuż przy sukni. Na samym dnie spoczywał nowy, przystrojony wstążkami kapelusz z wiązaniami pod brodą. Mały liścik brzmiał:

Z najlepszymi życzeniami szczęścia na nowej drodze życia Baldwin Hidden wraz z żoną Ampelią

Zachwycona uniosłam owe cudo, które było tak delikatne, jakby miało się rozpaść w moich dłoniach. Kapelusz był niezwykle elegancki, idealny na ślub jak i przyszłe przyjęcia, na których będziemy musieli się pokazać jako małżeństwo. Przymierzyłam go, planując już jak przyozdobię go frezjami. Służki pomogły mi włożyć suknię i zapiąć małe guziki na plecach. Na moich dłoniach znalazły się rękawiczki, a na skroni kapelusz. - Och, panienko, wygląda panienka zjawiskowo! – zawołała nieznana mi służąca, którą jednak skądś kojarzyłam. Dygnęłam z uśmiechem, przeglądając się w lustrze. - Wszystko leży idealnie? Nic panienki nie pije? – Glenda chciała się upewnić. - Jest doskonale. Drzwi skrzypnęły i pojawiła się w nich Mirabell. Zauważywszy mnie stojącą na taborecie pośrodku pokoju w spływającej sukni, oniemiała i zapomniała naszą małą sprzeczkę. - Och, Violett! – zakrzyknęła i już była przy mnie, dotykając materiał i podziwiając fakturę koronek. – Prześliczna! Przy tobie po prostu zginę w tłumie. A gdzie moja kreacja? Jest już? Dopiero teraz dostrzegłam okrągłe pudło leżące na łóżku siostry. Podbiegła i otworzyła je. - Ach! – Z jej ust wyrwał się okrzyk zachwytu i prędko wyjęła suknię. Rzeczywiście, była w kolorze burgundu, jednak nie był to stonowany odcień. Bufkowate, prześwitujące rękawki ozdobione zostały małymi jaśniejszymi różyczkami, które kończyły także róg sukni. Muślinowa wstążka przyszyta pod biustem, nieco ocieplała ciemną kreację, jednak widać było, iż to suknia dla kobiety zdecydowanie dojrzałej, a nie dla szesnastoletniej panny, która nie rozpoczęła jeszcze swojego sezonu. Mirabell nie powinna jej wkładać, to byłoby nie na miejscu, ale widząc w jej oczach uniesienie, nie skomentowałam tego. - Moja pierwsza balowa suknia! Całkowicie przysłoni mi pantofle, widzisz? Jest cudowna! – wykrzykiwała, wirując po sypialni niczym dmuchawiec na wietrze. – Muszę ją przymierzyć! – Zniknęła za parawanem, a wraz z nią służąca. Rozległo się pukanie i przez szparę w drzwiach dojrzałam Wiktora. - Ach nie, paniczu! – Glenda podbiegła do drzwi. – Nie może pan teraz zobaczyć panienki Violett. Przymierza suknię ślubną, a zobaczenie w niej panny młodej przed uroczystością, przynosi pecha! Usłyszałam śmiech Wiktora, ale po chwili drzwi się zamknęły. - W takim razie pomóż mi przebrać się w normalną sukienkę – uśmiechnęłam się. Wiktor czekał na mnie przy schodach, oparłszy się o barierkę. Nie zauważył mnie od razu, dlatego chwilę mogłam podziwiać jego smukłą, wysoką sylwetkę i brązowe włosy kręcące się tuż nad karkiem. Spojrzenie granatowych oczu wyrwało mnie z zamyślenia i zeszłam po schodach. - Witaj. - Właśnie dostałem korespondencje – wziąwszy mnie pod rękę, od razu przeszedł do sedna sprawy. – Ojciec napisał, że postarają się przybyć na popołudnie, gdyż nie potrafi obejść się bez wieczornego polowania. Serce na chwilę we mnie zamarło, by zaraz bić szybciej niż normalnie. - Będą wcześniej? – wyjąkałam. - Nie cieszysz się. – Stwierdził posępnie. – Violett, nie zadręczaj się tak. Z pewnością cię pokochają. - Ale nie zdążę się przygotować! - Jak chcesz się przygotowywać do przyjazdu moich rodziców? - Muszę upiec ciasto do herbaty, to dobrze świadczy o mojej gospodarności, co przecież jest bardzo ważne w zarządzaniu domem. Ponadto musimy przygotować wykwintną kolację, nie przywitamy twoich rodziców czymkolwiek. A jutro z rana mają przybyć kwiaty, którymi trzeba udekorować dom wewnątrz i altanę na zewnątrz. - Widzę, że za bardzo się chcesz we wszystko zaangażować. Violett, od tego mamy zastępy służby, ty sama tego wszystkiego nie zrobisz. - Masz jakieś wieści od Roberta? – Zmieniłam temat. Westchnął. - Tak. Napisał, iż Blodwen jest w bardzo złym stanie. Zerwanie zaręczyn, najwyraźniej bardzo ją przybiło. Wcale się temu nie dziwię. I jej reputacja… Robert postanowił się z nią spotkać. Zobaczymy, co z tego wyniknie. - Ale przybędzie na ślub? - Oczywiście – posłał mi uśmiech. – Jest moim drużbą. - A propos, ostatnio rzadko widuję w domu Nestora. Czy wiesz, gdzie tak znika? - Taak… Nie do końca radzi…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Czysta krew — czytnik · opowiadania