Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 52 min czytania

Czyżbym miał dziwnych znajomych??

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ja, czyli Oskar R., (ps. Joorkan, Ludwig von Mittels) ― od samego początku, gdy uzyskałem świadomość, wiedziałem, że nie jestem tylko zwykłym człowiekiem. Czułem w sobie jakąś siłę. Czułem ją, ale nie wiedziałem jak z niej korzystać. Zacząłem się interesować komputerami. To one, a dokładniej sieć Internet, pozwoliły mi się odnaleźć w tym dziwnym obcym świecie. Internet ma dwie strony. Jedną kolorową, ukazującą ludziom to, co chcieliby zobaczyć, i druga zakodowaną specjalnym unikalnym kodem, zawierającą wszystko, to co chcielibyśmy wiedzieć. Dla dużej większości ludzi owy kod jest tyko bezsensowną mieszaniną zielonych znaczków. Dla nielicznych komputerowców jest do drugi świat, sprawujący władzę nad naszym. Dlatego postanowiłem się nauczyć tego kodu, aby móc swobodnie wyciągać z niego potrzebne mi informacje. Nauczenie się kodu zajęło mi cztery lata, ale opłacało się. To właśnie z tego kodu dowiedziałem się tak wielu rzeczy o moich kumplach. Odkryłem też jedną wielce zaskakującą rzecz. Mianowicie, świat, który nas otacza jest olbrzymim interaktywnym i niezwykle skomplikowanym programem komputerowym. Okazało się, że tajny kod w Internecie, jest programem sterującym otaczającym nas światem, który nas otacza o nazwie Matrix. Dowiedziałem się też innej niezwykle interesującej rzecz o mnie samym. Jestem Wybrańcem. Antywirusowy system Matrixa stworzył mnie, aby chronić świat przed zbuntowanymi programami. Jestem ucieszony z powierzonej mi roli. Nareszcie moje życie ma jakiś sens.

Katarzyna S., (ps Kasia, Kasiorka, Kasika, Kasiusiak, Anorektyczka) ― 13 lat, duża twarz, wielkie gollumie oczy i koślawe nogi. Ogólnie z twarzy ładna, włosy ciemny blond, strasznie chuda, mała i płaska jak na swój wiek. Lubi się kłócić. Poznałem ją niedługo po wprowadzeniu się do Włocławka, dzięki Monice, ale już wcześniej parę razy jeździłem z nią windą (dziwnie się na mnie wtedy gapiła). Ogólnie się z nią zaprzyjaźniłem, można z nią pogadać, pożartować. Wkurza się, gdy ją pytam: Kochasz mnie? Odpowiada, żebym się odwalił. Gdy się wkurzy porządnie wrzeszczy: Odpierdol się, czubku! Lubi Sarę Connor i Emmę Watson. Robi głupie miny. Kiedyś chciała zostać sprzątaczką. Dobrze, że jej przeszło. W rzeczywistości Kaśka jest żeńską wersją Golluma, ciągle dążącą do swojego celu wyznaczonego jej/mu przez niejakiego R. R. Tolkiena. Tym celem jest ssssskarb, pierścień wykuty przez starożytnych królów, pierścień uzależniający od władzy, jak narkotyki od ćpania. Pierścień ten dający władzę nad wszelkim stworzeniem jest poszukiwany przez połowę Śródmieścia. Dlatego też Kasia, której poszukiwania dotarły już do Włocławka, musi zważać na śmiertelne niebezpieczeństwo. Jej śladami kroczą orkowie, Czarni Jeźdźcy oraz Sauron, najgroźniejszy demon Śródmieścia. Niestety mr. Katarzyna ma najmniejsze z naszej paczki szanse przeżycia jutra.

Igor R., (ps Iguś, Bachor, Czubek, Wariat) ― mój ogromnie rozpieszczony brat. Wkurza wszystkich, na wszystkie możliwe sposoby. Nie potrafi się zachować w starszym towarzystwie, a ciągle w nim przebywa, ze względu na starszego brata. Najgorsze, że nie da mu się wytłumaczyć, żeby sobie poszedł. Czasami, szczególnie, gdy czegoś chce, robi się milutki, jak koteczek, ale to tylko pozory. Tak naprawdę Igor jest rosyjskim cyborgiem zesłanym do Polski, aby wysondować naszych rodaków, wysłać drogą telepatyczną zakodowany raport do Cara Jego Królewskiej Mości (jest coś takiego?) kryjącego się gdzieś w górach północnego Uzbekistanu. Ja o tym wiem. Kiedyś na niego nakabluję Stefanowi albo KGB i będę miał za swoje! Da nam wreszcie spokój i się od nas odczepi. Na razie nie mam wystarczających dowodów.

Łukasz K., (ps Łukasz, Kurek, Wytrzeszcz) ― mega zwariowany gość, odwala wszędzie, gdzie się tylko da. Kocha klimaty typu jackass. Łukasz bardzo się zmienił przez ostatnie lata. Kiedyś był tylko małą, zastraszoną wiewiórką. Nie wierzycie? Łukasz sam mi się zwierzał. Ze łzami w oczach opowiadał mi (w tajemnicy, oczywiście), jak musiał walczyć o życie w mroźnych klimatach epoki lodowcowej. Walczył o każdy orzeszek, o każde miejsce do spania, o każdy dzień. Były dni lepsze i gorsze. Zdarzały się czasem nawet 3 orzeszki na dzień! Czasem musiał się zadowolić jednym na tydzień. Teraz nasuwa się pytanie skąd on się wziął w naszych czasach. Otóż jeden z orzeszków okazał się być wehikułem czasu przenoszącym żywe stworzenia z jednej epoki lodowcowej do drugiej. Orzeszek był jednak troszkę nadgryziony, więc jego przewody funkcyjne troszkę źle zadziałały i został przeniesiony troszkę wcześniej. Nie ma to właściwie znaczenia, bo Pojutrze ma być znowu epoka lodowcowa. Ale do rzeczy. Łukasz pojawiając się w naszych czasach od razu się zaaklimatyzował. Odkrył, że w Biedronce można dostać tropikalną wersję orzeszków za 2 złote i bardzo szybko pokochał nasze czasy. No bo gdzie można dostać orzeszki ziemne za dwa złote? I to całą puszkę? Gdy do nas przybył, był tylko mało, zmizerniałą, lecz niewierzącą we własne szczęście wiewiórką. Teraz zmężniał, wyrósł i dojrzał. Zamiast marnych orzeszków pożera orzechy kokosowe, a zamiast łazić po drzewach uprawia wspinaczkę wysokogórską. Na razie ćwiczy na ośmiometrowej górce w Sadzie, ale nie długo ma zamiar przerzucić się na Mount Everest. Poza tym założył z Bartkiem stowarzyszenie pod nazwą „Łowcy Miękkich Siusiaków”. Zajmuję się ono dręczeniem Pizdusia-Plastusia.

Bartek R., (ps Ryba) ― Lekko lalusiowaty gostek, wafel Łukasza, jego dobry kumpel jeszcze z czasów epoki lodowcowej. Jego prawdziwa twarz to leniwiec. Kochał wisieć na drzewie i wgapiać się w gwiazdy, nawet wtedy, gdy przykrywało je niebo. Gdy zaczęło robić się zimno, trzeci raz w życiu zszedł z drzewa (pierwszy był wtedy gdy chciało mu się siusiu, a drugi gdy chciało mu się to drugie), i dopiero skapował, że reszta gdzieś wsiąkła. Na szczęście wylukał szaloną wiewiórkę całkowicie zajętą swoim orzeszkiem a'la wehikułem czasu. Zabrał się z nią na stopa i odtąd zostali przyjaciółmi. W dzisiejszych czasach Ryba trochę się rozbrykał. Zaprzestał osiadłego trybu życiu i zaczął włóczyć się z Łukaszem po Włocławku szukając orzeszków. Wygląd też mu się zmienił - wyłysiał jakoś, schudł biedaczysko i jego gadka też nie taka jak kiedyś. Nie ma już ciętych gadek typu Cezary Pazura. Teraz coś kręci, nie umie sklecić słów i śmieje się sam jeden ze swoich głupich kawałów.

Monika R., (ps Sraczka-Pierdaczka, WielorybZPalcamiJakFrytki) ― rodzice od urodzenia próbowali wcisnąć mi kit, że ona jest moją siostrą. Wiedziałem, że coś tu śmierdzi. Ona moją siostrą? Niemożliwe, tyle nas dzieli. Ja jestem na wyższym stadium rozwoju ewolucji, ona jest na poziomie australopiteka (ewentualnie wyjątkowo głupiego neandertalczyka), ona brzydka (kiedyś, gdy sobie wybrudziła twarz błotem byłem pewien, że to jakaś laska z Hollywood do mnie wpadła), ja przystojny, piękny, urodziwy, bez żadnych skaz, no i dużo od niej skromniejszy. Zacząłem się zastanawiać czy czasem ona nie jest interaktywnym programem komputerowym tak jak moi rodzice. Gdyby to okazało się prawdą chyba bym skoczył z dziesiątego piętra. Dla odparcia moich obaw zacząłem grzebać w jej rzeczach, no i znalazłem! Pamiętnik z opisaną w niej prawdą jej życia. Ulżyło mi. Okazało się, że Monika w latach 1919-1929 była sławną amerykańską aktorką. Zagrała w wielu filmach, m. in. W „Latrix”, „King Kong Forever”, „Strzyżenie owiec” i „Władca Kamieni: Drużyna Kamienia”. Pod koniec swojej kariery poznała niejakiego Kevina Kostera. Zakochała się w nim bezgranicznie. Naśladowała go we wszystkim, co robił. Jak szedł na imprezę, ona też szła, jak się uchlał na imprezie, ona też się uchlała, jak przypadkiem zgwałcił jakąś kobietę, ona też kogoś przypadkiem zgwałciła, a gdy on skapował, co narobił i podciął sobie żyły ona też skapowała i też se je podcięła. Jednak Monika w swoim niegdyś była równie sprytna jaj teraz. Przed śmiercią naładowała sobie kieszenie dziesięcioma dwustudolarowymi banknotami. Po śmierci, przed bramą Nieba, gdy spotkała się z św. Piotrem, dała mu dwa tysiaki w łapę i poprosiła o reinkarnacje do lat dziewięćdziesiątych. Piotr wziął, a co miał nie wziąć, 2000 $ ulicą nie chodzi, Pan Bóg też mu płaci marne pieniądze, więc teraz będzie mógł przynajmniej w barze na piwo jakąś laskę wyrwać. Wysłał duszę Moniki spowrotem do roku 1990. No i ta się urodziła dokładnie o 6:31 pierwszego grudnia. Św. Piotr poszedł sobie do baru na popijawę. Zażyczył sobie czegoś mocniejszego od piwa, a mianowicie wódkę. Schlał się tak bardzo, że nie mógł następnego dnia przyjść do pracy. Pan Bóg się z łatwością domyślił, co się stało i wyrzucił Piotra z pracy. Musiał kogoś przyjąć na jego miejsce, a że w Niebie bezrobocie jest bardzo małe, Bóg wyciągnął Judasza z Piekła. Co do Piotra, biedaczek wkurwiony na maksa, że mu Monika taki numer odwaliła, z czystej złośliwości zabrał jej talent, inteligencje i urodę. I tak oto Monika włóczy się po świecie, rozmyślając o dawny zajefajnych czasach, w których była fajna, ładna i mądra.

Kondrad B., (ps Kondzio, Pizduś-Plastuś) ― Gościu uważany powszechnie za pedała. Ma delikatne babskie ruchy, kobiecą twarz i anielskie oczka. Po krótkich poszukiwaniach odkryłem, że Konrad nie jest pedałem, tylko zoofilem maltretującym kiedyś zwierzątka w Stumilowym Lesie na północ od Kansas City. Według moich prywatnych danych, Konrad tak naprawdę nazywa się Krzysztof i kochał przebywać wśród misiów, prosiaczków, tygrysków, króliczków i osiołków. Do czasu, gdy ci skapowali, że Krzysztof jest zboczony i że wykorzystuje ich seksualnie. Zwierzątka nasłali na niego nieustraszonych pogromców zboczeńców, czyli „Łowców Pip”. Krzysztof w obawie przed oprawcami wywiał z USA do Polski do Włocławka i wierząc, że inmunited Busha go uratuje, zaszył się pośród niezliczonych labiryntów korytarzy, schodów i mieszkań (ewentualnych Łowców Pip proszę o kontakt ze mną pod adresem [e-mail]). Teraz zamiast przez Łowców Pip, jest gnębiony przez Łukasza i Bartka, ale jeszcze jakoś wytrzymuje.

Sandra B., (ps Sandra, Świnia) ― Przybrana młodsza siostra Konrada. Jest mocno psychicznie chora. Łatwo ją rozpoznać. Małpia twarz, głupkowaty uśmiech i ciuchy ujebane jak ze śmietniska, to jej znaki rozpoznawcze. A jeśli jeszcze w dodatku nasra przy was na środku chodnika, to na bank ona. Sandra powstała całkowicie przypadkiem. U jej rodziców nie było nawet wiadomego zbliżenia, więc rodzice myśleli, że to tragiczna pomyłka. W rzeczywistości Sandra powstała w skutek przepalenia jednej z wielu sieci obwodowych Matrixa, a że tacy ludzie nie mogą być doskonali, zwarcie skasowało jej część mózgu. W trakcie jej dojrzewania, Sandra została porzucona przez jej prawowitych rodziców na śmietnisku. W tym właśnie okresie (dokładnie 2 godz. 35 min.) podczas samotnego pobytu na śmietnisku, mózg Sandry usilnie starający się zrozumieć, co się stało spowodował drugi błąd Matrixa, przez który skasowane zostały kolejne obszary mózgu Sandry. Obecnie, po dwóch kasacjach, mózg Sandry wynosi zaledwie 2% poprzedniej objętości i 1,5% poprzedniej wydajności. Sandrę ze śmietniska zabrała policja (nic to nie dało, i tak pozostał jej śmietnikowy styl) i oddała do domu dziecka. Pewnego razu rodzina B. zaproszona na festiwal zorganizowany przez Czerwony Krzyż, a sponsorowany przez niejakiego Ben Ladena, postanowiła zaadoptować jedną dziewczynkę. Los chciał, aby to była Sandra. I tak oto Sandra jest wychowywana przez rodzinę B., która nawet nie zdaje sobie sprawy, że z ich córką jest nie coś tak.

Natalia S., (ps. Natala) ― Mega laska o ciekawej przeszłości, blondyna, o superowych kształtach, jak u jej dawnej mega przyjaciółki Świnki Pigi (ŚP®™). Z przyjaciółką poznali się w rzeźni. Natala pracowała wtedy w Kolumbii, jako rzecznik do praw obrony zwierząt. Weszła z inspekcją do miejscowej rzeźni i pokazywała ludziom, jak się zabija poprawnie świnie. Wyglądało to mniej więcej tak: Natala brała tasak i napierdzielała ile wlezie świni po łbie. Gdy świnia jeszcze żyła Natala powalała ją supermocnym kopniakiem w ryj. Jeżeli świnia była twardą sztuką i przeżyła nawet to, Natala Croft (jej panieńskie nazwisko) szła do wioski pożyczała od miejscowych ludzi kałasznikow i puszczała serie prosto w brzuch biednej świnki. Jednak z świnką Pigi było inaczej. Gdy Lara (właściwie Natala była kiedyś nazywana Lara) spojrzała w jej małe, wytrzeszczone, wodniste oczka od razu się zakochała w tym małym tłustym zwierzątku. Specjalnie dla niej kupiła farmę w Chile na górzystym wzgórzu, z którego rozciągał się romantyczny widok na demolowaną przez liczne walki partyzanckie ziemię. Żyły tak w spokoju na odludziu przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy. W pobliżu liczne zamieszki doszczętnie rozwaliły nieliczne miasta, tak, że nawet jedzenia nie mogła nigdzie znaleźć. Była skazana na głodówkę. Jadła korzonki, na spółę ze świnią, które udało się jej jakimś cudem wygrzebać z zamrożonej ziemi (mieszkała na wysokości 3451 m n.p.m.). Nie było tego wiele, więc po tych czterdziestu dobach Lara nie wytrzymała. Wzięła tasak, zarżnęła swoją wierną przyjaciółkę starym sposobem (napierdzielać w łeb) i… najadła się wreszcie do syta. Schabowe, polędwica, salceson, szynka, boczek. Takiej wyżerki nie miała od dzieciństwa. W ciągu dwóch godzin obżarstwa przytyła całe 20 kilo. Przed jedzeniem ważyła 37, po zjedzeniu 57. Dopiero zaspokoiwszy głód skapowała, że popełniła GRZECH!!! Trzeba napomknąć, że Lara była praktykującą chrześcijanką. Z nieczystym sumieniem biedna, ale wreszcie najedzona dziewczyna, stwierdziła, iż jest niebezpieczna dla otoczenia i postanowiła zaszyć się w dżungli Amazońskiej. Przedtem, na wszelki wypadek, aby znów nie musiała zjadać bliźnich, zaszła do oddalonego o 546 km sklepu i kupiła sobie 200 sztuk Snicersów i 2021 sztuk Marsów, oraz 2000 litrów Coca-coli. Obładowana ponad dwutonowym ładunkiem pojechał w stronę Brazylii. Podróż trwała 17 dni. Pech chciał, że Lara ciągle nienajedzona zjadła wszystko po tych 17 dniach. Nie mając znowu jedzenia, a ważąc 132 kg, Lara wkurwiona na świat i na Boga, że ją zostawił, poszła do pierwszego baru na drodze. Barem okazał się Carpieu Diem w Brazylii. Lara popijają jakąś tanią brazylijską wódkę, piła tak długo, aż zaczęła widzieć podwójnie. Jakby tylko czekając, aż Lara się upije, podeszło do niej dwóch gości. Byli strasznie śmiesznie. Lara myślała, że są to może bliźniacy, bo wyglądali tak samo, tak samo byli ubrani i tak samo wszystko robi. Przedstawili się też równocześnie i okazało się, że mają na imię Alberto. Postawili Larze jeszcze jedną kolejkę. Po chwili Lara zaczęła widzieć potrójnie i w tej samej chwili przeszedł jeszcze jeden Alberto. „A więc trojaczki!” – pomyślała Lara. Trzech Alberto równocześnie zaczęło ją zapraszać na jakiś koncert czy bal. Lara za bardzo nie zrozumiała, bo oprócz tego, że widziała potrójnie zaczynała też słyszeć potrójnie. W każdym razie nazajutrz, gdy wytrzeźwiała, stawiła się w umówione spotkanie. Być może Lara już wtedy podejrzewała, że coś jest nie tak. Dyskoteka na cmentarzu o dwunastej w nocy? Trochę dziwna miejscówa. Ale to nic. Lara przejęta perspektywą ponownego spotkania trzech Albertów, kompletnie się tym nie przejęła. Wkrótce zjawił się jeden Alberto (reszta gdzieś się podziała) i poprowadził ją na dyske. Była to trochę dyska, ale co się dziwić, przecież była u cudzoziemców. Inny kraj, inni ludzie, inne dyskoteki. Na dysce zamiast techno leciały jakieś powolne gotyckie dźwięki. Ludzie tańczyli powoli sunąc jak duchy w czarnych płaszczach. Na środku, na podwyższeniu stał niski i chudy facet. Gdy się spytała, kto to jest, Alberto odpowiedział jej z bogobojnym wyrazem twarzy, że facet nazywa się Pinokio i jest bossem pobliskiej mafii oraz szefem ich sekty i prawdopodobnie niedługo ją zgwałci. Lara przestraszyła się. Sekta? Nie znała tego słowa, ale brzmiało tak jakoś strasznie. Lara była osobą praktyczną, więc wyjęła z kieszeni Podręczny Kieszonkowy Słownik Języków Obcych i zaczęła szukać słowa „sekta”. Okazało się jednak, że słownik jest napisany w języku suahili, a że Lara nie uważała na lekcjach języka niemieckiego, języka suahili nie rozumiała ani w ząb. Chciała schować słownik do kieszeni, ale nie zdążyła, go ktoś zakosił. Chuj mu w dupę – pomyślała Lara i zaraz przestała się przejmować sektami i językiem suahili. Impreza zaczęła się rozkręcać. Goście w kapturach zaczęli pić coś czerwonego białych czarach. „Zupełnie jak krew” – pomyślała Lara i zaczęła się śmiać ze swego jakże udanego kawału. Za chwilę jednak przypomniało jej się, że pomyślała i ta perspektywa tak ją rozśmieszyła, że aż posikała się w gacie jak mała dziewczynka. Alberto zapytał ją, z czego się tak śmieje, a Lara znowu dostała ataku śmiechu i jej zwieracze nie wytrzymały i popuściła jeszcze trochę czegoś innego. Alfredo, poczuwszy smród, oddalił się w głąb cmentarza. Lara, całkowicie już rozluźniona, zaczęła podrygiwać w rytm dosyć smętnej melodii. „To pewnie dla zakochanych” – udała, że myśli Lara. Ludzie w kapturach zaczęli śpiewać jakąś piosenkę. Lara nie bardzo rozumiała słowa, ale po pewnym czasie, gdy śpiew przeszedł w chórowe dukanie jednego słowa brzmiącego dla Lary jakoś znajomo, ale nie zrozumiale: „Mefisto”, czy jakoś tak, Lara udała, że myśli, iż to refren. „Ale fajnie!” – udała, że myśli Lara. Po około dziesięciu minutach śpiewania refrenu. Na środek wystąpił Pinokio. I zaczął przemowę niestety w obcym, nie zrozumiałym dla Lary języku. Alfredo był niedaleko, więc Lara podeszła do niego i zapytała, o czym Pinokio mówi. Alfredo odpowiedział: „Weź odejdź dziewczyno, bo smrodem od ciebie wali. Pan Pinokio mówi, że zaraz zgwałci jakąś dziewczynę, o imieniu Lara. Masz szczęście, że Pan Pinokio jest z drewna to nie poczuje twojego zapaszku.” Lara ucieszona, że będzie zajmowała główne miejsce w tej części imprezki, podeszła do Pinokia i oddała mu się świadoma uciech i przyjemności wynikających z bycia gwałconym przez nos i małego, twardego fiutka Pinokia. Gdy imprezka się skończyła, Pinokio powiedział, że oddała duszę szatanowi. Lara ucieszona, że mogła kogoś obdarzyć prezentem bez żadnych strat materialnych, zrezygnowała z pustelnictwa w dżungli i pojechała na karnawał do Rio de Janeiro. Dotarłszy do tego jakże ekscytującego miasta zameldowała się w jakimś obskurnym hotelu. Przespała się i następnego dnia wyruszyła do Śródmieścia na balangę. Lara podejrzewała, że imprezka nie będzie tak udana jak z Pinokiem, Alfredem i resztą i miała rację. Co było ciekawego w nago chodzących babkach, które pół swego życia spędziły w solariach? Oczywiście wiele rzeczy, choćby nagie piersi sterczące na wierzchu, ale Lara, po pierwsze była dziewczyną, po drugie była blondynką, po trzecie została zgwałcona przez Pinokia. Tak więc Lara zanudzona na śmierć wracała na piechte krętymi uliczkami nieznanego miasta, w kierunku slumsów. Gdy mijała bank zza drzwi nagle wyszli jacyś ludzie ubrani na czarno. Lara, która miała w sobie coś z indiańskich szczepów przemierzających niegdyś ziemię północnej strony parku Yellowstone (Lara urodziła się w Hiszpanii, jej ojciec był Portugalczykiem, a matka Rosjanką, ale to szczegół), wyjęła kałacha, którego zawsze nosiła przy sobie na wszelki wypadek, i wystrzeliła dokładnie czterdzieści siedem pocisków kaliber trzynaście milimetrów prosto w idących sobie spokojnie, podejrzanie wyglądających ludzi. Zabiła ich na miejscu. Jednemu seria z karabinu prawie odcięła rękę, a drugiemu rozsmarowała mózg na chodniku. Za chwilę przyjechała policja. Okazało się, że Lara zabiła niewinnych ludzi, którzy byli w banku zapłacić zaległą ratę za kilkanaście działek marychy, ale psy niezwrócili na to uwagi. Wzięli Larę na stronę i zaczęli rozprawiać nad jej urodą, celnością oraz zimną krwią, jaką się wykazała. Lara dumna ze swego bohaterskiego zachowania, dała nawet obejrzeć policji swój narząd zbrodni. Sprawę zaretuszowano (wcisnęli rodzinie, że ci dwaj chłopacy zostali przypadkowo zastrzeleni przez czteroletnich chłopców, którzy bawili się pistoletami na kulki. Rodzina uwierzyła (Brazylijczycy inteligencją nie grzeszą), sprawa ucichła, a Lara zamieszkała na stałe w Rio de Janeiro. Stały pobyt w mieście trwał tylko trzy dni. Nie wiadomo, jakim cudem amerykańskie instytucje FBI, CIA, KGB i NASA, dowiedziały się o niezwykle rzadkich umiejętnościach Lary. Lara przeniosła się do USA. Zamieszkała w Beverly Hills w stu czterdziestoośmiopokojowej willi z basenem olimpijskim. Aby wybudować tą willę, w całym kraju podwyższono podatki o trzy procent. Akcja nazywała się: „Pomóżmy nadziei naszego kraju!” i obejmowała też zbieranie pieniędzy po kościołami, żebranie na ulicach i zapierdalanie starszym panią torebek z kasą w środku. Ameryka, pobudzona takim laroszeleństwem, wypchała Larę na sam szczyt sławy. Nasza dzielna kobietka swoim rozgłosem przyćmiła nawet takie amerykańskie gwiazdeczki jak Britney Spears czy Eminem. Wkrótce jednak laba Lary przeplatana z ostro zakrapianymi imprezkami, się skończyła. Dostała pierwsze, z pozoru dziecinnie proste zadanie. Wystartować odrzutowcem, przelecieć nad Pacyfikiem do Rosji, postarać się nie zostać rozpierdolonym przez rosyjskie działa przeciwlotnicze, dolecieć bezpiecznie do Moskwy, skoczyć na spadochronie w sam środek miasta, schować gdzieś czaszę spadochronu, aby nie zostać wykrytym, włamać się do Kremlu omijając dwustu osobową ochronę i zabić Putina. Później miała jeszcze rozbroić rosyjskie bomby atomowe i głowice nuklearne, ale to było właściwie nie ważne i miało najmniejsze znaczenie w całej akcji, która nosiła dumną nazwę Russian Rider. Naszej Larze spodobało się tak w nowym domku, że za nic na świecie nie chciała go opuścić. Dopiero, gdy przeszli inni agenci i zagrozili wysadzeniem w powietrze jej majątku, Lara się zgodziła. Wszystko poszło zgodnie z planem, oprócz tego, że pilot dostał ataku gwałtownej i niezwykle rzadkiej biegunki i musiał na chwilę pójść do kibelka. Samolot przez nikogo niepilotowany zaczął spadać prosto w budynki na obrzeżach Moskwy. Lara chcąc nie chcąc musiała się ewakuować i wyskoczyła trochę za szybko. Oczywiście zapomniała spadochronu i w połowie drogi między samolotem i ziemia musiała się wrócić (przypominam, że Lara była blondynką). Później poszła do pierwszego lepszego sklepu z ciuchami i próbowała opchnąć spadochron, wmawiając sprzedawczyni, że jest to bardzo dobry materiał na ciuchy. Sprzedawczyni kupiła (Rosjanie byli bardzo podobni pod względem inteligencji do Brazylijczyków) i dzięki temu Lara miał kasę na jakiś orzeźwiający napój. Poszła do jakiegoś sklepu i powiedziała: „Orangeade, please!” W Rosji, jak to w Rosji, angielskiego nie znają, bo to zabronione, ale sprzedawczyni widząc, że klientka jest porządnie zmęczona i prawdopodobnie chce się jej pić, wyjęła spod lady narodowy trunek rosyjski, czyli pięciolitrowy baniak napełniony czystym, samorobnym, dziewięćdziesięciopięcioprocentowym spirytusem. Lara, jak to blondynka, do tego zmęczona blondynka, pomyślała tylko, że to trochę dziwne opakowanie jak na oranżadę, ale kupiła napój, zapłaciła rublami i wychlała całe pięć litrów w pięć minut. Później lekko się kołując, ruszyła w stronę Kremlu, by wykonać swoją bohaterską i jakże bardzo patriotyczną misję. Dotarła do Kremla, rozpierdoliła z karabinów maszynowych pół ochrony, drugą połowę powaliła używając sztuk walki a la Matrix. Po czternastu godzinach błądzenia w licznych korytarzach budynków Kremlu dotarła do pokoju 303, gdzie, według jej tajnych informacji miał przebywać Putin. Otworzyła drzwi, a tam agent Stefan i palnął jej kulę w łeb. Agent się od razu zmył, a biedna Lara padła z bardzo ciężkimi obrażeniami na podłogę. FBI dostało od razu wiadomość, że akcja zgładzenia Putina wypadła niepomyślnie, jednak, aby Ruski nie wzięli w niewolę ich najlepszą agentkę, przysłano natychmiast do Moskwy pięćset dwunastu agentów z FBI, plus trzy Odlotowe Agentki, które jednak zostały zestrzelone nad Kazachstanem, i po ciężkich walkach odbito mocną pijaną Larę. Okazało się też, że Putin siedział w pokoju 101, a nie 303, tylko spirytus coś poprzestawiał w głowie Lary i jej się pomieszało. W tajnej klinice w USA, Lara przeszła dwanaście i pół operacji (trzynastą operację lekarze bali się przeprowadzić cało, bo to pechowa liczba) i leżała dwa miesiące na Oddziale Dla Osób Ciężko Zranionych Przez Rusków, w Filii nr 6, w Amerykańskiej Bazie Wojskowej, w Braniewie, w Polsce, bo blisko do Rosji. Pewnego dnia Lara nagle się ocknęła. Zapachniało jej medykamentami. Jakże ona nienawidziła tego raniącego nos zapachu. Zerwała się z łóżka, wyrwała sobie z żyły kroplówkę, zerwała z głowy bandaże, ubrała się i przekupując po drodze trzech lekarzy wywiała czym prędzej na dwór. Nie znała Polski, ale język polski znała nawet nieźle. Złapała stopa i poprosiła o zawiezienie jej w bezpieczne miejsce. Kierowca, człowiek prosty, nie wiedział o żadnych bezpiecznych miejscach, a że jechał do Włocławka zawiózł Larę właśnie tam.. Lara chcąc się ukryć przed Rosyjskim wywiadem badającym tajemniczą sprawę rozwalenia połowy Moskwy i przed agentami amerykańskiego wywiadu badającymi sprawę tajemniczego zniknięcia Lary (widocznie lekarze, którzy dostali w łapę, nie wykablowali), znalazła pierwszą lepszą rodzinę z dzieckiem w jej wieku i zaczęła wciskać im głupoty, że ich córka została podmieniona w szpitalu, że jest ich prawdziwą córka, i że ma na to dowody w formie wykazów porównawczych DNA. Rodzice uwierzyli. Wykopali prawdziwą córkę na bruk, a przyjęli Larę pod swoje skrzydła (Polacy też nie są inteligentniejsi od Rusków i Brazylijczyków). I tak odtąd Lara żyje względnie spokojnie we Włocławku, nie wiedząc nawet, że agent Stefan jest już na jej tropie. Z moich danych wynika, że agent jest…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Czyżbym miał dziwnych znajomych?? — czytnik · opowiadania