podroze · 15 min czytania
Dach Afryki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy masz już szósty krzyżyk solidnie przylegający do pleców, gdy coraz mniej możesz i coraz mniej ci się chce, to czasem przychodzi do głowy myśl, żeby tak jeszcze z raz podskoczyć. Żeby urwać się na chwilę z życiowego postronka i zrealizować jakieś dziecinne marzenie. Moim marzeniem zawsze były wysokie góry. Nie Tatry, ani nawet Alpy, tylko takie fest – co najmniej sześciotysięczniki. Pomarzyć dobra rzecz, ale wiedziałem, że takie góry to za wysokie progi na moje nogi. Zadowalałem się więc dużo niższymi, aż przyszedł ten dzień, gdy powiedziałem sobie: „Teraz albo nigdy”. A na jaką fajną i wysoką górę może wleźć dziadek? Co prawda, jeszcze dobrze zakonserwowany i sprawny, ale jednak dziadek i bez umiejętności posługiwania się linami, hakami i podobnymi zabawkami. Są tylko dwie takie góry: Aconcagua i Kilimandżaro. Aconcagua wydawała mi się mało sympatyczna, ale Kilimandżaro było w porządku. Przecież to Dach Afryki, tajemnicza Góra Światłości, siedziba złych duchów, no i do tego jeszcze ta dzika kraina, z półnagimi Murzynami, lwami i słoniami. Czegóż chcieć więcej? Klamka zapadła. Zapłaciłem, komu trzeba, ile trzeba i w wyznaczonym terminie stawiłem się na lotnisku. Od razu zauważyłem grupkę facetów w górskich butach i z wypchanymi plecakami. To byli moi współtowarzysze wyprawy. Jeden senior był starszy ode mnie, a trzech dziadków było w moim wieku. Grupę dopełniał jeden trochę młodszy średniak, dwóch młodziaków koło trzydziestki i pilot wyprawy – też młodziak. Pomyślałem, że nie jest źle. Młodziaki byli w mniejszości, a z pozostałymi spokojnie powinienem dać sobie radę na trasie. Po odprawie, w strefie odlotów senior grupy zaprosił mnie na piwo. – Dziękuję. A na Heathrow ja stawiam – powiedziałem i zaraz tego pożałowałem. Przecież tam piwo będzie kosztowało majątek. Okazało się, że żywiec w Warszawie i guinness w Londynie kosztowały prawie tyle samo i gdyby te miasta mierzyć ceną piwa, to byłyby prawie sobie równe. W Dar es Salaam piwo było dużo tańsze, czyli gdzie tam tanzańskiej stolicy do naszej metropolii. Jadąc autobusem do Moshi, wypatrywałem lwów, słoni, no i tych półnagich Murzynów. Niestety, dzikie zwierzęta nie wyległy mi na powitanie, natomiast Murzyni nie zawiedli. Co prawda, w większości ubrani byli w dżinsy i koszule, ale trafiło się też kilku półnagich Masajów. Ledwie okryci kolorowymi tkaninami, z dzidą w jednej i… telefonem komórkowym w drugiej ręce, łazili przy przystankach lub stacjach benzynowych, oferując jakieś pamiątki. Aż w końcu ukazała się ona – moja góra. Szeroka na pół horyzontu, przepasana wieńcem z chmur, zwieńczona kopułą sięgającą nieba. Niestety, szczytu jej nie pokrywały hemingwayowskie „śniegi Kilimandżaro”, a tylko nieregularne plamy zanikającego już od lat lodowca. Mimo to była piękna. Jechaliśmy w jej kierunku, a ona nie zbliżała się ani nie rosła. Była tak wielka, że wymykała się wszelkim zasadom perspektywy. Takiej góry jeszcze nigdy nie widziałem. – O kurwa! Ale wielka! I ja mam na nią wleźć? – powiedział siedzący obok mnie średniak. Powiedział to, co ja pomyślałem. Faktycznie, góra była olbrzymia, a ja – stary dziadek – za kilka dni miałem stanąć na jej szczycie. Na przedmieściach Moshi nasz autobus nawalił. Nie pomogły wysiłki kierowcy ani rady gapiów, którzy zaraz się zgromadzili – maszyna nie chciała ruszyć. Kierowca zadzwonił więc do kogoś i poinformował nas, że musimy czekać na nowy autobus, który wkrótce nadjedzie. – Hakuna matata – dodał na zakończenie. Było to takie suahilijskie „spoko” i należało rozumieć, że autobus przyjedzie, ale nie wiadomo kiedy. Tak uspokojeni usiedliśmy na przydrożnym murku, nie wiedząc, co zrobić z czasem. Taka grupa białych zwróciła uwagę gromadki dzieci po drugiej stronie drogi. Zbiły się w kupkę, naradziły się i po chwili jeden chłopiec podszedł nieśmiało do mnie, bo siedziałem najbliżej. – Dziambo mzungu – powiedział i wyciągnął rączkę do powitania. W wolnym tłumaczeniu znaczyło to: „Cześć białasie”. – Cześć mały – odpowiedziałem i przybiłem mu piątkę. – Cieśmały – powtórzył i roześmiał się na całą szerokość pyzatej twarzy. – Cieśmały – powiedział jeszcze raz jakby dla utrwalenia i pobiegł do kolegów. Pewnie przekazał im to nowe słowo, bo w gromadce wybuchnął śmiech. Teraz, już bez obawy, dzieci podchodziły kolejno i mówiły „dziambo mzungu”. Ja przybijałem z każdym piątkę i odpowiadałem „cześć mały”, czym wzbudzałem kolejne wybuchy śmiechu. Nasz średniak zaczął fotografować tę roześmianą gromadkę. Dzieci z radością zaraz zaczęły pozować do zdjęć, robiąc różne miny. Tymczasem czas płynął, nowego autobusu nie było, dzień się już nachylał, a kierowca spał. Obudziliśmy go, pytając jeszcze raz, kiedy będzie nowy autobus. – Hakuna matata. Przyjedzie – odpowiedział i zamknął oczy. Jakoż nowy autobus w końcu przyjechał i na noc dotarliśmy do hotelu. Nazajutrz rano spotkaliśmy się z miejscowym przewodnikiem i tragarzami, którzy mieli nieść nasze rzeczy, namioty i jedzenie na czas wspinaczki. My mieliśmy iść tylko z małymi plecakami z jedzeniem, piciem, ciuchami na jeden dzień i osobistymi rzeczami. Są dwie najpopularniejsze drogi na Kilimandżaro: Marangu Route i Machame Route. Na Marangu, zwanej też Coca Cola Route, noclegi są w domkach i jest ona łatwiejsza. Machame, zwana Whiskey Route, jest trudniejsza i śpi się w namiotach. My, podstarzali twardziele, wybraliśmy tę alkoholową drogę i naszą przygodę z wielką górą rozpoczynaliśmy przy tzw. Machame Gate, gdzie każda grupa musiała zostać przeliczona, zarejestrowana i opatrzona numerem. Tymi formalnościami załatwiał pilot z przewodnikiem, a my, usiadłszy na ziemi, czekaliśmy. Razem z nami czekały też jakieś krukopodobne ptaszyska. Poobsiadały gałęzie pobliskich drzew i patrzyły na nas, jakby wybierając sobie ofiarę. Po załatwieniu formalności ruszyliśmy. Ptaki zostały na drzewach, bo pewnie nikt z nas nie wyglądał na łatwy kąsek i wolały poczekać na coś pewniejszego. Szliśmy szeroką, powoli wznoszącą się ścieżką przez dżunglę. Przed nami szli Chińczycy ze swoimi tragarzami, za nami jacyś Skandynawowie ze swoimi, a dalej kolejne grupy i kolejne. Ludzie rozmawiali i nawoływali się, a zielona dżungla dokoła stała cicho, bo wszystkie zwierzęta uciekły chyba na drugą stronę góry ze strachu przed taką głośną czeredą. Po kilku godzinach weszliśmy na około trzy tysiące metrów. Tu dżungla przerzedziła się, pojawiły się zarośla wysokości naszej kosodrzewiny i w tych to zaroślach przyszło nam zanocować. Tragarze rozbili namioty i przygotowali jedzenie. Dzień i noc na równiku trwają tyle samo, więc już koło dziewiętnastej zrobiło się ciemno i pełni wrażeń mzungu posnęli jak dzieci. Na drugi dzień o poranku pobiegliśmy wysikać się w krzaki, a w tym czasie tragarze przygotowywali śniadanie i zwijali obozowisko. Po posiłku wzięliśmy swoje lekkie plecaki, tragarze swoje wielkie ładunki i ruszyliśmy w drogę. My w górskich butach, polarach i goreteksach, a oni w trampkach lub sandałach, byle jakich spodniach i podszytych wiatrem kurtkach. Nieśli namioty i sprzęt obozowy, butle z wodą, skrzynki i worki z jedzeniem, a wszystko to byle jak spakowane i zarzucone na plecy, postawione na ramionach lub na głowach. Jeden z nich niósł jakąś drewnianą skrzynię na plecach, a na głowie ze trzysta jajek w sklepowym opakowaniu z tektury przewiązanym tylko sznurkiem. Obserwowałem go, czekając, kiedy te jaja spadną. W…