Psychologia · 17 min czytania
DAJ SIEBIE INNYM
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Daj siebie innym..."
"Przyjacielu mój, Daj mi trochę siebie, siłę, odwagę, zaufanie do ludzi... Chcę żyć inaczej. ... Daj mi więcej Przyjacielu mój daj mi trochę siebie, Bym i ja mógł dać siebie innym"
Już chyba po raz setny przeczytałam ten wiersz... już nie znaczył dla mnie tyle co dawniej, ale nadal był moim "credo". Moje życie nadal jest zagadką... nigdy nie wiem co będzie jutro. Czy się nie złamię i czy cała ta praca nie pójdzie na marne. Zawiodłabym siebie, Kotana również. On jest jedyną osobą, która nigdy mnie nie opuściła... Marek zawsze we mnie wierzył, mimo tego, że ciągle niszczyłam to co on usiłował budować... Nigdy tego nie wymażę z mego życiorysu. Nad moim życiem zawsze będzie wisiało widmo igły i strzykawki, czy tego chcę - czy nie. "To" zaczęło się dawno... nawet dokładnie nie wiem kiedy. Kilka lat temu - ale jakich długich. Dziewięć, tak dziewięć. Pamiętam świeczki na urodzinowym torcie... wtedy było ich piętnaście. Piętnaście płomyków, które zdmuchnęłam za jednym zamachem. Siostra kazała mi pomyśleć życzenie. Pomyślałam - teraz żałuję. Życzenie automatycznie wpadło mi do głowy: "Chcę zmienić moje życie". Gdybym wiedziała, że ono się spełni... tak się spełni to wolałabym nie myśleć nic. Zdmuchnąć świeczki, zjeść tort, poprzyjmować życzenia i prezenty... potem się nimi nacieszyć, a pod koniec dnia zasnąć i w poniedziałek wrócić o monotonnej rzeczywistości. Kiedy skończyła się "uroczystość" siostra zabrała mnie do restauracyjki "Amber". Zawsze chciałam tam pójść, ale Agata obiecała mi, że zabierze mnie tam w piętnaste urodziny. No i poszłam... miejsce było... normalne. Zwykła restauracyjka - taka jak inne, tyle że z prawdziwą sceną, na której stale ktoś grał, lub śpiewał. Podobało mi się tam. Ta kameralność miała coś przyciągającego. Ściany były pomalowane na blado-zielono, a na stołach spoczywały ciężkie granatowe obrusy. -Dekoratorzy tego miejsca mają chyba spaczony gust- powiedziałam do Agaty, kiedy usiadłyśmy przy stoliku obok drzwi. -A coś Ty taka drobiazgowa... może to nie wygląda imponująco, ale atmosfera jest tutaj fajna. Szczególnie we wtorki - organizowane jest tutaj coś w stylu karaoke - nieźle się można uśmiać. -Może, ocenię jak we wtorek tu przyjdę- odparłam. -Poczekaj chwilę, zamówię colę- powiedziała siostra i podeszła do lady. Ja podparłam dłońmi głowę i rozglądałam się po pomieszczeniu. Przy stolikach siedzieli szarzy ludzie. Mimo tych "zachwalań Agaty" czułam się tutaj obco - ale podobało mi się. Moją uwagę przykuła grupka ludzi siedząca na schodach na zewnątrz. Miałam dobry widok na nich gdyż siedziałam tuż przy drzwiach i przez okno widziałam ich praktycznie przed sobą. Byli dziwnie ubrani - i tym właśnie odstawali od tych szarych ludzi siedzących w kawiarni. Powyciągane dżinsy i kolorowe koszule. -No to proszę, podano do stołu- powiedziała Agata wyrywając mnie tym samym z rozmyślań. -Dzięki- odpowiedziałam biorąc od niej butelkę coca-coli. Moja siostra usiadła naprzeciwko mnie i wzięła duży łyk napoju. -Co to za ludzie?- zapytałam. -Moi kumple- odpowiedziała i ponownie napiła się coli. -Hmm, jak na moje oko to raczej do nich nie pasujesz... -Bo po prostu nasze światopoglądy trochę się różnią... ale fajnie się z nimi gada... może Cię z nimi zapoznać? Przytaknęłam. Agata bez słowa wzięła mnie za rękę i wyprowadziła na zewnątrz. -Witam ponownie, przedstawię wam moją siostrę... Dorota- mówiła Agata. -Witamy- odpowiedzieli chórem. "Witamy", co za powitanie na czasie - pomyślałam. -Dora, to jest Czarny- powiedziała i wskazała na wysokiego chłopaka o czarnych kręconych włosach. Chłopak skinął głową. -A to jest Marie- tym razem wskazała na wysoką blondynkę z ustami wymalowanymi na fioletowo. Marie szeroko się uśmiechnęła. -To jest Amar- rzekła i pokazała ręką na chłopaka o czarnych długich włosach. Wyglądał na najstarszego ze wszystkich. Jego policzki były zapadnięte, a wyraz twarzy bardzo smutny. Ten nawet nie pofatygował się o skinięcie głową. -Dorota, miło mi- odpowiedziałam zgodnie z etykietą. Moje słowa wzbudziły uśmiech szyderstwa na twarzy najstarszego chłopaka. Nie rozumiałam dlaczego on się śmieje, to że mówi witam to chyba nie wyklucza tego że nie można mówić "miło mi". -Nasza paczka często tu przesiaduje- powiedziała Marie. Usłyszawszy słowo "paczka" przez myśl przeleciało mi sprostowanie "klika"... zobaczymy, które będzie trafne. Miałam nadzieję, że to nie będzie "klika" i że z czasem jakoś się do nich wtopię. Nie myliłam się zresztą... -Idziemy?- zapytał Czarny. Reszta skinęła głową. Szturchnęłam Agatę w ramie i teatralnym szeptem zapytałam "Gdzie?". Nic nie odpowiedziała tylko również skinęła głową. Powoli już to wszystko zaczęło mnie denerwować. Najpierw mnie tu przyprowadziła a teraz sobie idzie. Wszyscy poszli przed siebie - tylko ja zostałam. Już miałam iść do domu, kiedy Amar się odwrócił i zapytał: -A Ty? Czemu z Nami nie idziesz?- udałam zdziwienie, ale tak naprawdę czekałam na takie pytanie. Wywnioskowałam, że oni mnie "chcą" w tej grupie, więc szybko podbiegłam do reszty. Po chwili marszu doszliśmy do jakiegoś domu. A raczej domku. Marie wyjęła z kieszeni klucze i otwarła drzwi. Wszyscy weszliśmy do środka. W środku nie było aż tak krytycznie. Jakby normalny domek tylko nie było w nim sprzętu elektrycznego, tylko jedno małe radio, z którego leciała jakaś piosenka ABBY. W domku atmosfera była bardzo miła... Śpiewaliśmy piosenki, a Czarny grał na gitarze. Ten domek to było mieszkanie Marie. Była pełnoletnia - rodzice zostawili jej je, żeby miała gdzie mieszkać, bo sami wyjechali do USA. W pewnym momencie Amar wstał i podszedł do bukowej szafki. Wyjął z kieszeni kurtki klucz i ją otworzył. Wyjął z niej mały pakuneczek i postawił go na stole, a sam usiadł na kanapie. Po chwili wszyscy siedzieliśmy wokół stołu. Wszyscy wiedzieli po co... tylko nie ja. Amar zaczął rozpakowywać pakunek. Wszystko to wyglądało jak jakiś ceremoniał. On otwierał, a wszyscy czekali. W paczuszce znajdowało się kilka rzeczy, a mianowicie: scyzoryk, strzykawka i kilka torebeczek z białym proszkiem. Kiedy to zobaczyłam ciarki przebiegły mi po plecach... Już wiedziałam co się święci... Znów szturchnęłam Agatę, a ona popatrzyła na mnie wzrokiem mówiącym "nie przeszkadzaj". Więc siedziałam cicho, nadal nie mogło mi się pomieścić w głowie, że Agata... Moja siostra... Wzór... że ona ćpa! -Przynieś cytrynę i łyżkę- powiedział Amar do Marie, a dziewczyna posłusznie zniknęła w pomieszczeniu obok... zapewne w kuchni. Po chwili wróciła z łyżeczką do herbaty, nożem i cytryną. Usiadła obok Amara i przepołowiła cytrynę. Chłopak wziął łyżkę, wsypał do niej trochę białego proszku, a na dodatek wycisnął kilka kropel cytryny. Następnie wyjął z kieszeni dżinsów zapalniczkę i zaczął podgrzewać łyżkę od dołu. -Co on robi?- zapytałam Agaty. -Oczyszcza towar- odpowiedziała nie odrywając wzroku z Amara. Autentycznie poraziło mnie to, że moja siostra tak zna się "na rzeczy". Mimo wszystko ciekawe co robił ten chłopak... narkotyki... on za chwilę sobie to wstrzyknie - panikowałam w duchu, ale bałam się poruszyć, żeby nie narazić się na śmieszność. Jak już mnie zaakceptowali to nie mogłam tego zaprzepaścić... oni mi zaufali, że ich nie wydam. Nie wydam - postanowiłam, choćby nie wiem co. Amar postawił na stole łyżkę i odpakował strzykawkę. Następnie odpakował igłę i ją przyczepił do strzykawki. Potem wziął do ręki strzykawkę i wciągnął do niej zawartość łyżki. Gwałtownie odwróciłam głowę w drugą stronę. Nie chciałam widzieć "jak on się kłuje". Zawsze mdlałam na widok krwi... Po jakimś czasie znów odwróciłam głowę w stronę kanapy. Tym razem strzykawkę w dłoni miała Marie... Ciekawe czy dojdzie do Agaty - pomyślałam i znów odwróciłam twarz. Całe zdarzenie odbywało się w całkowitym milczeniu... tylko gdzieś w tle leciała jakaś nieznana mi piosenka "Omegi". Ciszę przerwał szorstki głos Czarnego: -Chcesz "niucha"? Odwróciłam twarz. Amar i Marie siedzieli na kanapie z zamkniętymi oczami opierając się o oparcie sfatygowanej kanapy. Przestraszyłam się nie na żarty. Czarny wziął scyzoryk, rozłożył go i nabrał na…