Fantasy · 25 min czytania
Danina
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Damian Bartosik - Danina
Dzisiejszego ranka świt był osobliwie nieprzyjazny. Najpierw wstałem z łoża lewą nogą, potem nakrzyczałem na Dainę, a teraz do mojej komnaty wbiegł jeden z nadwornych sług.
- Mamy problem, panie. - rzekł. Miał stare i schorowane oczy, ale nosił ekstrawagancką szatę zdobioną cennymi klejnotami - Problem, problem... Wy bez przerwy macie problemy. Tylko czemu, do diabła, zawsze to ja muszę je rozwiązywać? Od czego mam sługi? - Z całym szacunkiem, wasza dostojność, ale proszę spojrzeć za okno, a wątpliwości powinny zniknąć.
Spojrzałem podejrzliwie na Cinussa. Stara była z niego pierdoła, o tak. Pamiętam, jak dekadę temu kończył sześćdziesiąt lat - to dopiero była uczta! Tak, doskonale to pamiętam... chyba za dużo mu płacę, skoro jego przyjęcia są milej i dłużej wspominane niż moje. Ale muszę przyznać, że jego uczty zawsze pełne były egzotycznych dań, egzotycznych prezentów, które dostawał od gości, oraz, co najważniejsze, pełne były egzotycznych kobiet sprowadzanych z najbardziej odległych zakątków Duaronu. Oderwałem się jednak od tych wspomnień i spojrzałem za okno, tak jak mi polecił. To, co ujrzałem, spowodowało u mnie skurcz w żołądku i niewiele brakowało, a zemdlałbym z wrażenia. Na placu, który odkąd pamiętałem, służył miastu za targowisko, siedział ogromny, czerwonołuski smok. Jeśli mnie wzrok nie mylił, to miał ponad dwadzieścia metrów długości, a jego wysokość w kłębie mogła wynosić około dwunastu, wnioskując z tego, że gdy stanął nieruchomo, jego głowa zawisła na wysokości miejskich wieży strażniczych. Oczy gada miały wielkość trzech moich głów. Zasłoniłem okno i ponownie spojrzałem na Cinussa.
- Co mam zrobić? - spytałem, nie oczekując, że usłyszę odpowiedź - Ten wyrm mówił, że chce się z Tobą widzieć. I groził, że zmieni nasze miasto w kupę gruzu, jeśli się nie pospieszysz. - A więc idź do niego i powiedz mu, że zjawię się, gdy tylko będę gotowy. - Gotowy do czego? - zapytał Cinuss - Nie możemy wykluczyć walki. - odpowiedziałem, a sługa skinął głową i żwawym krokiem opuścił moją komnatę
Smok, coś takiego! Od trzydziestu lat, jak żyję w tym cholernym Nanges, nie słyszałem, aby w okolicy żyły smoki! Ba, nawet elfowie zasiadający w radzie starszych nigdy o czymś takim nie opowiadali! Wiedziałem, że muszę się spieszyć. Smoki znane są w końcu z tego, że nie rzucają słów na wiatr. Szybko założyłem półpłytową zbroję i umieściłem w pochwie magiczny miecz, który przy każdym trafieniu w przeciwnika był ogarniany przez tańczące języki ognia. Założyłem też hełm - hełm infrawizji, dzięki któremu mogłem widzieć w każdej ciemności, nawet magicznego pochodzenia. Tylko, na Dziewięć Piekieł, do czego przyda mi się on w spotkaniu ze smokiem!? Nie, postanowiłem. To nie miało sensu. Zabrałem tylko najbardziej niezbędne przedmioty i wyszedłem na spotkanie z wyrmem. W drodze zastanawiałem się, co taka biedna człowieczyna jak ja może zdziałać w starciu z antycznym gadem. W okolicach placu znajdowała się tylko garstka ludzi. Byli wśród nich strażnicy miejscy, paladyni wynajęci do ochrony miasta oraz kilku mieszkańców. Kiedy szedłem w kierunku smoka, rzucali w moją stronę błagalne spojrzenia. Starałem się jednak na nich nie patrzeć. Chwilę później stałem już oko w oko z antycznym jaszczurem. Jego wielkość oraz duma onieśmielały mnie. Wyrm oddychał przez nos, ale i tak miałem kłopoty z utrzymaniem równowagi, gdy stałem naprzeciw niego. Cielsko pokryte było tysiącami łusek, z których każda miała wielkość mojej dłoni. Widziałem jego długie na niemal metr pazury. W końcu, widziałem jego ogromne kły i płomień tańczący na końcu jego języka, kiedy rozpostarł paszczę.
- Cz..czego chcesz? - zapytałem donośnym głosem. Nie myślałem jednak, że tak szybko przekonam się, że popełniłem błąd. - Czyż nie zasługuję na nazywanie mnie imieniem? Czy skoro takie małe, parszywe i głupie, tak, przede wszystkim GŁUPIE istoty, jak wy, ludzie, noszą imiona, to stworzenia mojego pokroju na nie nie zasługują? Czy z takiego założenia wychodzisz, głupcze? - N...n...nie, oczywiście, że nie. - wyjąkałem. Bałem się jak nigdy dotąd. - Jestem Narlatorthep, wyrm Niziołczych Równin. - M... miło mi. - przez chwilę sądziłem, że smok rzucił na mnie jakiś urok. Nigdy nie wypowiadałbym tak pustych i bezsensownych słów, a już na pewno nie wtedy, gdy miałbym do czynienia ze smokiem! - Zapewne nie jest Ci miło. - rzekł smok, a jego ogromne ślepia płonęły podejrzliwością. - Czego chcesz? - zdołałem wybełkotać, tym razem nie jąkając się. - Tuzin dziewic. - rzekł smok, a jego ton wdarł się do najgłębszych zakamarków moich uszu, powodując niewyobrażalny ból. Następnie wyrm zwrócił się do mieszkańców obserwujących zajście. - Dwanaście nietkniętych dziewczyn! - Co masz zamiar z nimi zrobić? - spytałem. Odniosłem wrażenie, że teraz rozmawiam ze smokiem jak z równym sobie. Smok warknął. Rozsiadł się wygodnie i czekał na daninę. ***
Część 22 / 4
Nie mogłem nic zrobić. Wydałem mu ten cholerny tuzin dziewic, o które prosił. Przysięgłem też na Aviatora, że nie zostawię tak tej sprawy. W mieście aż huczało od plotek. Mówiono, że jestem tchórzem. Mówiono, że mam zamiar wysłać grupę ratunkową. Mówiono w końcu, że zamierzam opuścić Nanges i nigdy nie wrócić. Ze względu na obawę, że zostanę zasztyletowany przez ojców wydanych dziewic, założyłem na siebie czarną szatę z szarym kapturem, po czym opuściłem zarząd miejski. Ruszyłem ulicą Szeroką, przemykając wśród cieni i bacząc, czy nikt mnie nie obserwuje. Byłem w tym szkolony przez kilka lat. Nie żebym się chwalił, ale trudno o lepszego szpiega ode mnie. Latarnie, zgodnie z moim życzeniem, były już pogaszone. Rzadko które okna w mieście mieniły się jasną poświatą, zdecydowana większość mieszkańców pogrążyła się już we śnie. W końcu znalazłem się przy niskiej furtce. Gdyby próbował ją otworzyć zwykły śmiertelnik, skończyłby ogarnięty płomieniami i zostałaby z niego garstka prochu. Zwykły śmiertelnik. Ale nie ja. "Izyym'hur. Sharessnaa." - powiedziałem, a furtka otworzyła się na oścież, tylko po to by zamknąć się ponownie w chwili, gdy byłem już kilka metrów za nią. Stałem teraz przed wysoką na sto jardów wieżą, zbudowaną z ciemnej cegły, i zdobioną szatańskimi symbolami. Wrota stanęły otworem. Po chwili znajdowałem się wewnątrz wieży. Na ścianach wisiały dziesiątki obrazów przedstawiających odziane na czarno postacie. Łatwo więc się domyśliłem, że większość z nich przedstawia Czarnego Pana. Pobiegłem na górę. Tam, w głębi pomieszczenia rozświetlanego przez blask pochodni, stał mężczyzna. Był odwrócony do mnie plecami.
- A więc przyszedłeś. - rzekł i odwrócił się. Odsłonił pomalowane na czarno usta, wymalowaną na biało twarz i podkreślone ciemnym kolorem oczy. - Jak widzisz, Nefariusie. - Czego ode mnie chcesz? Czyż nie umawialiśmy się, że nie będziesz mnie więcej niepokoił? - Owszem. Ale sprawa jest poważna. - Pieprzę twoje poważne sprawy. Umowa to umowa.
Nefarius zaczynał mnie irytować. Podszedłem do niego, a ostrze mojego sztyletu niebezpiecznie błysnęło w świetle pochodni. Odczepiłem niewielki, skórzany mieszek, który miałem przypięty do spodni, i rzuciłem go na stół obok nekromanty.
- Dwieście sztuk platyny. Mogę ci dać wiele więcej, jeśli zgodzisz się mi pomóc. - Wrzuć je tam. - wskazał wysoką na dwa metry rzeźbę, przedstawiającą zmutowanego człowieka, z czerwonymi oczyma, zakręconymi rogami i nienaturalnie zniekształconą twarzą.
Podszedłem do rzeźby i upuściłem pod nią mieszek. Sakiewka jak zaczarowana uniosła się do góry. Błękitny strumień energii uderzył w nią i zniknęła.
- Ku czci Czarnego Pana. - mruknął Nefarius, a ja zorientowałem się, że właśnie złożyłem ofiarę samemu Szatanowi. Przez mój umysł przepłynęła fala obrzydzenia dla samego siebie. - Nefariusie, wiesz, że gdybym wiedział, to... - Oczywiście że wiem, miłujący Aviatora świętoszku. - powiedział nekromanta. - a teraz mów wreszcie, po co przyszedłeś. - Widziałeś tego smoka, dzisiaj w południe na rynku? - spytałem
Część 33 / 4
Nekromanta parsknął śmiechem.
- Mówisz o tej przerośniętej czerwonej jaszczurce, która siedziała sobie spokojnie na rynku? Owszem, widziałem. I co z tego? - Wziął tuzin dziewic. - Należały mu się. Potęga smoków i wyższość nad ludźmi daje im wszelkie prawa. - Wypatrz go. Powiedz mi, gdzie mogę go znaleźć. - Nie jestem wieszczem. Ale mogę spróbować. - Będę ci wdzięczny, jeśli to dla mnie zrobisz. Nie chce się skompromitować przed mieszkańcami. - Ależ już się przed nimi skompromitowałeś. Jaki ty jesteś naiwny! - Sprawdź, gdzie się podziewa. - zignorowałem jego słowa
Nefarius usiadł na środku komnaty. Podłoga była czysta, a ja wiedziałem, że była taka tylko dzięki magii Nefariusa. Przyjrzałem się baczniej podłożu i zauważyłem, że nekromanta siadł w samym środku wymalowanego na ziemi pentagramu. Złożył ręce i pogrążył się w mistycznym zaśpiewie, który dotarł na dno moich uszu. Zaczęły one nagle pulsować. W pewnej chwili straciłem pewność, czy to nie mnie próbuje zaczarować. Ale skąd mogłem to wiedzieć - wszak znałem się na magii tak, jak Nefarius na władaniu mieczem. Czyli wcale. Pieśń Nefariusa opętała mnie, to fakt, lecz opuściła mój umysł tak samo szybko, jak go usidliła. W tym samym momencie zauważyłem, że krwawią mi dłonie. Z moich ust sączyła się jaskrawoczerwona, spieniona posoka. Co jest, do cholery? - pomyślałem, nie będąc pewnym, czy najodpowiedniejszą rzeczą jaką mógłbym teraz zrobić, było rzucenie się na Nefariusa z mieczem w ręku. - Przełęcz Gigantów. - rzekł w końcu Nefarius. - smok kieruje się na Przełęcz Gigantów. - Co ze mną zrobiłeś? - zapytałem - Płaciłeś tylko za informację, prawda? A nie za moją moc, którą musiałem włożyć w rzucenie zaklęcia. Moc, która była mi potrzebna do rzucenia czaru wysiąkła z ciebie. No, nie rób takiej miny. Stopniowo będziesz czuł się lepiej. Krwotok już chyba minął.
W istocie, krew przestała płynąć z moich ust. Jednak żyły na dłoniach cały czas były otwarte. - Potentes helfen. - mruknął Nefarius, i żyły zaczęły się wić jak grube, niebieskie glisty. Krew zaczęła płynąć szybciej, jednak rany zasklepiły się po chwili. - Zadowolony? - spytał - Owszem, jeśli tylko to, co powiedziałeś okaże się prawdą. - odpowiedziałem, po czym rzuciłem na niego ostatnie spojrzenie i wyszedłem za wieży.
Wróciłem do domu, gdzie czekała już na mnie gorąca kąpiel i obfita kolacja. Poleciłem jednej z niewolnic przygotować łóżko do spania. Łóżko było gotowe po kilku minutach, ale ja musiałem spotkać się jeszcze z Jungerem.
***
Część 44 / 4
- Tak, chcę, abyście ze mną poszli. - powtórzyłem chyba po raz trzeci.
Junger, dowódca paladynów Aviatora miał wyłupiaste, piwne oczy i kruczoczarne, rozczochrane włosy. Miał na sobie płytową zbroję charakterystyczną dla zakonu, oraz długi miecz, nazywany przez osoby nie będące paladynami "szpikulcem". Patrzył na mnie jak na idiotę.
- Ilu chcesz? - zapytał - Trzy tuziny powinny wystarczyć. Trzy tuziny rosłych mężczyzn. - TRZY TUZINY!? Człowieku, to niemal połowa zakonu! - Daj mi ich. Nie gwarantuję, że wszyscy wrócą cali i zdrowi. Mimo to chyba nie muszę Ci przypominać, jaki był warunek sprowadzenia paladynów do Nanges. Wy macie twierdzę, a my was, w przypadku gdybyśmy potrzebowali waszych usług. - Tak, wiem. - mężczyzna podrapał się po czole. - Najwyraźniej nie mam wyboru. Ale zastanów się, czym byłaby strata trzydziestu sześciu ludzi? - Nie bądź takim pesymistą, Junger. Nie gwarantuję ci, że wszyscy wrócą cali i zdrowi, ale o tym już mówiłem. Nie sądzę też, abyśmy wszyscy skończyli w paszczy smoka. Podejrzewam, że pożarcie nas zajęłoby mu bardzo dużo czasu, a twoi ludzie potrafią się przecież teleportować. - Daję ci trzydziestu paladynów i zamykam dyskusję.
Wkułem spojrzenie w podłogę. Pomyślmy - trzydziestu chłopa, przeciwko wielkiemu jaszczurowi. Do tego ja, z moimi skromnymi umiejętnościami. Najwyżej zaciągnę kilku strażników miejskich, pomyślałem. - Zgoda. - powiedziałem, po czym wstałem z fotela. - Mają być przed moim domem jutro rano. Trzydziestu i ani jednego mniej. - Dotrzymuję obietnic. - Wiem. Ale i tak nie próbuj mnie oszukać.
***
Kiedy opuszczałem siedzibę Nefariusa i szedłem w stronę mojej rezydencji, nie musiałem się obawiać, że ktoś mnie śledzi. Światła w domach były pogaszone, latarnie o dziwo również. Mój skrytobójczy zmysł, którego nabyłem będąc nastolatkiem, zdążył się już przytępić, jednak nadal bezbłędnie wyczuwałem, czy ktoś za mną nie idzie. Lata treningu u najlepszego…