Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 15 min czytania

Daniselle 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Daniselle upiła kolejny łyk zimnego piwa z sokiem malinowym, lustrując wzrokiem całkiem przystojnego barmana za ladą. Mężczyzna krzątał się za barem obsługując klientów. Miał jasne, dłuższe włosy, szczupłą, ogolą twarz i zielono piwne oczy. Nalewając sprawnie piwa jednemu z pijanych już klientów, przeczesał dłonią włosy i podwinął rękawy szarej, rozpiętej koszuli, która ukazywała wyraźny, nie za mocno aczkolwiek w sam raz umięśniony tors. Ręce też były niczego sobie, silne i mocne, naprężając się unosiły pokaźne mięśnie. Barman zacisnął wargi, gdy kilkoro następnych klientów zaczęło go pośpieszać i rzucać kolejne, nowe zamówienia. Daniselle stwierdziła, ze jeden barman na taki lokal to stanowczo za mało. Widziała jak na jego twarzy wystąpiły kropelki potu, a jego tęczówki rozszerzyły się ze zmęczenia. Dan westchnęła i wypiła do końca swoje piwo. Miała czarne, kręcone, lśniące włosy, które sięgały jej nieco poza ramiona. Oczy podkreślone ciemną kredką dobrze komponowały się z czerwoną szminką na ustach. Tęczówki miała tak brązowe, że prawie zlewały się ze źrenicami. Jej długie, pomalowane na czarno paznokcie przejechały z charakterystycznym wywołującym gęsią skórkę ślizgiem po ladzie, kiedy zapłaciła za piwo. Przystojny barman nawet nie zwrócił na nią uwagi. Nie przejęła się tym za bardzo. Nie na tym jej zależało. Wstała z krzesła i stukając długimi szpilkami wyszła z baru. Większość par pijanych, błogich i rozmytych już oczu odprowadziło ją wzrokiem, ktoś krzyknął seksitowskim tekstem, ale nawet się nie odwróciła. Prostaki. W dzień udają, że pracują, a nocą albo idą się upić, albo zabawiają się z kochankami. Ewentualnie z żonami, które żyją w swojej głupiej nieświadomości. Daniselle złożyła usta w ciup i cmoknęła z zażenowania. Na szczęście ją to nie dotyczyło. Ona żyła inaczej. Dużo inaczej.

Martin mocował się z wiecznie zacinającymi się drzwiami do starej, wielorodzinnej kamienicy mieszczącej się na Green Street w hrabstwie Manhattan pod numerem 24. Kamienica już od dawna wymagała gruntownego remontu, ale mieszkańcy, którzy byli głównie po 70 – siątce niechętnie przyjmowali propozycje jakichkolwiek zmian. Martin wielokrotnie ich zaklinał. Należał do tych młodszych lokatorów, którzy często wracali z pracy późnym wieczorem i akurat zdecydowanie nie na rękę było mu mocowanie się ze starymi, wyjątkowo opornymi drzwiami. Noc była wyjątkowo zimna i wizja ciepłego lóżka wraz z myślą o nadchodzącym weekendzie jeszcze bardziej potęgowała siłę ciągnącą do wnętrza kamienicy. Martin odsunął się od drzwi, popatrzył w górę na brudny, odpadający tynk, który odrywał się od ładnego, starego okna jego mieszkania, mieszczącego się na pierwszym piętrze. W pomieszczeniu od tego właśnie okna świeciło się światło. To był niepodważalny dowód, że w mieszkaniu razem z ciepłym łóżkiem i wizją weekendu czeka na niego jeszcze narzeczona. Te trzy rzeczy wystarczyły, żeby Mart wybrał ostatnią z opcji. Podszedł do drzwi i z całych sił je kopnął. Przestarzałe, pamiętające jeszcze prawdopodobnie czasy wojny secesyjnej zawiasy pękły i drzwi wywaliło do środka. Jedyna myśl, która przeszła Martinowi przez umysł to, to że wreszcie pozostali lokatorzy będą zmuszeni do wymiany drzwi, albo nawet zdecydują się na remont. Akurat kiedy miał zadzwonić do swoich drzwi, żeby Susan mu otworzyła z sąsiedniego mieszkania wyjrzała Michaela Doyle. Westchnął. Jednak oporne drzwi nie były jedyną atrakcją tego wieczoru. Drugą będzie równie oporna sąsiadka. Michaela. Odkąd tylko sięgał pamięcią była ona postrachem kamienicy numer 24, ba! - również całej Green Street. Zza solidnych drzwi ukazał się najpierw niebiesko różowawy czepek do spania, później jasne, siwiejące, napuszone do granic, osłaniające całą twarz włosy. Martin zawsze odnosił dziwne wrażenie, że Michaela musi codziennie wycinać sobie w nich dziury na oczy, nos i usta, bo w przeciwnym wypadku niechybnie by się w nich udusiła. Po czepku i głowie, ukazała się reszta. Czerwony szlafrok i zielone papcie. - Witam Pani Doyle. – mruknął Mart, jednocześnie naciskając dzwonek i modląc się, żeby Susan sprężyła się i szybko go wpuściła. - Co tu… - Michaela nie dokończyła, bo jej wzrok przykuły wyrwane z zawiasów drzwi wejściowe. Wzrok Pani Doyle od dziury na dwór powędrował ku Martinowi. - Ślicznie Pani dziś wygląda, Pani Michaelo. – Mart próbował złagodzić sytuację wykorzystując swój nadzwyczaj uwodzicielski trik, przeczesując palcami blond włosy z miną cwaniaka. Na Michael jednak to nie poskutkowało. Martin wyobraził już sobie jak wisi przywiązany na drewnianym drążku, głową i tułowiem w dół nad ogniskiem w mieszkaniu Doyle, a jego urocza sąsiadka biega wokoło niego, wyśpiewując pieśni Hunów, kiedy ci podbijali Europę. Wtedy drzwi do jego mieszkania się otworzyły i stanęła w nich Sus ze swoim cudownym, powitalnym uśmiechem, który zniknął natychmiast po tym, gdy wzrok napotkał sytuację na korytarzu. Martin nie czekał na zaproszenie, tylko wparował do mieszkania i zamknął drzwi na klucz, słysząc na koniec morderczy głos Michaeli Doyle, wołający: - Chwileczkę! Zamknął oczy i zaczął dziękować Bogu, że udało mu się ujść z życiem, opierając się ciężko o drzwi. - Mart… ? Nie przesadzaj. – rozbawiony głos Susan wyrwał go z wewnętrznego spokoju. - Nie przesadzam. Mogłem zginąć! - Nie wątpię. – Sus ledwo powstrzymywała się żeby nie wybuchnąć. - Mówiłem im tyle razy, żeby zmienili te drzwi. Nie moja wina, że były niestabilne. - Jutro i tak cię dorwie. – stwierdziła dziewczyna, wskazując na drzwi. - Jutro. Jutro jest weekend i nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. – mruknął z rozmarzeniem Martin i natychmiast się poprawił: - chyba, że od łóżka do lodówki i z powrotem. Susan zaśmiała się i cmoknęła go w policzek. Uśmiechnął się i zaczął zdejmować buty.

Pukanie. Nie… to zdecydowanie nie zaliczało się do pukania w drzwi. Łomotanie. Tak. To było dobre określenie. Ronald otworzył oczy, zdjął niechętnie nogi ze szklanego stołu i podniósł się z miękkiej, skórzanej, czarno brązowej kanapy. Jego wypastowane, męskie, wizytowe buty zastukały cicho na czystych panelach. Skierował kroki ku drzwiom wejściowym. Przeszedł koło nowoczesnej, aluminiowej półki na książki i nastrojowo oświetlonego barku. Barowe lampki były jedynym włączonym oświetleniem w pomieszczeniu, poza telewizorem. Na ladzie stało czerwone, do połowy wypite, wytrawne wino z kieliszkiem obok. Ron stanął na ułamek sekundy przy szklanej ścianie i zatrzymał wzrok na rozciągającej się w dole nocnej, kolorowej i żywej od świateł panoramie Manhattanu. Oświetlony labirynt ulic i ciąg wieżowców. Takie codzienne. Łomotanie do drzwi nasiliło się i Ron przyspieszył kroku. Lubił bawić się w cierpliwość. Teraz jednak wiedział kto stoi po drugiej stronie drzwi, a osobie tej zdecydowanie nie spodobała się zabawa. Również codzienne. Delikatnie, powoli przekręcił klucz i otworzył drzwi. Daniselle wparowała do środka i na pięcie odwróciła się do Ronalda. Przejechała go wściekłym wzrokiem od góry do dołu. Szczupły, młody, wysoki brunet o piwnych oczach. Ubrany w czarną marynarkę i koszulę z popielatym, odwiązanym krawatem. Czarne spodnie i czarne buty. - Nic nie mów. – powiedział, zanim otworzyła usta. – Spieszyłem się, żeby otworzyć. - Tak. Zauważyłam. - Trafnie. - Usiądź. Jesteś pijany. – Daniselle odwróciła się od niego i zaczęła…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Daniselle 1 — czytnik · opowiadania