Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 24 min czytania

Danse Macabre (część 1)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Garret, ktoś śledzi cię już od dłuższej chwili – powiedział głos. - Chyba żartujesz, dawno bym zauważył – mruknął pod nosem Garret, zwalniając przy tym nieco kroku. Ponura alejka, którą właśnie maszerował, wydawała się być wyjątkowo brudna i odpychająca, nawet jak na standardy tego miasta. Rożnego rodzaju śmieci leżały luzem na starym, zniszczonym i dziurawym bruku, po którym płynęły strumienie ścieków, pomyj i deszczowej wody. Najgorszy z tego wszystkiego był jednak chyba wszechobecny, trudny do opisania, straszliwy smród, wdzierający się brutalnie do nozdrzy i przyprawiający o zawroty głowy swym wyjątkowo bogatym bukietem zapachów. - A jednak – westchnął wyraźnie znudzony głos. - Wygląda na to, że masz ogon. Lezie za tobą aż od placu wisielców. Czarny płaszcz, kapelusz z rondem. Dość postawny. Wysoki. - Nie mogłeś powiedzieć o tym wcześniej? - poirytował się Garret. - Nie przedzieram się przez cały ten syf tylko i wyłącznie dla zabawy. Skoro ktoś mnie śledzi, a ja tego nawet nie zauważyłem, to równie dobrze mogłem iść środkiem głównej ulicy. I tak na jedno by wyszło. Ale nie, ja brnę po kostki w gównie i odpadkach. - Dobra, dobra, nie marudź. Jak się będziesz tak stresował, to dostaniesz zmarszczek. Myślałem, że wiesz i dlatego z taką determinacją pchasz się w te plugawe, spływające gównem alejki. Najwidoczniej przeceniłem trochę twoje umiejętności obserwacji. No, ale sam muszę przyznać, trudno w ogóle go zauważyć. Wtapia się w otoczenie jak kameleon i stąpa tak cicho jak sam diabeł. Ciekawe, kto to może być? I czego może chcieć? Garret pokręcił głową z rezygnacją, zrobił jeszcze kilka powolnych kroków, po czym zatrzymał się w miejscu. Znajdował się pośrodku wąskiej i długiej alejki biegnącej na tyłach starych, zrujnowanych kamienic, które pamiętały jeszcze czasy dawno minionej świetności tego pogrążonego w chaosie i zepsuciu miasta. Był to odpychający i zarazem przykry widok, gdyż w tych ruinach, wśród stosów śmieci i w całym tym nieokiełznanym syfie, w dalszym ciągu gnieździli się ludzie i nieludzie, żyjący w straszliwych, urągających godności warunkach, każdego dnia walczący o przetrwanie i zabijający za najmniejszy nawet kawałek czegokolwiek, co tylko nadawało się do jedzenia. Nie zawsze jednak tak było. Miasto Zaragard można było nazwać kiedyś prawdziwym cudem świata. Było ono zaiste ogromnym tworem, które swoim zasięgiem obejmowało niemal całą powierzchnię znanego świata. Lądy, morza, oceany, a nawet niebiosa – miasto sięgało absolutnie wszędzie, a oprócz niego nie istniało nic innego. Funkcjonowało jak jeden organizm, jeden naród o wspólnym języku, kulturze, zwyczajach i tradycjach. Zaragard było cudem nie tylko pod względem niesamowitej architektury, niezliczonych ilości ogromnych wież, potężnych mostów spajających ze sobą poszczególne dzielnice, ale także pod względem społecznościowym, gdyż w niemal doskonały sposób scalało ze sobą przedstawicieli wszystkich możliwych ras świata, którzy żyli obok siebie, pracowali, odpoczywali i bawili się, tworząc jeden wspólny naród. Owszem, w tym wielomiliardowym, rasowym i kulturalnym tyglu zdarzały się wojny wszczynane przez grupy separatystów, powstania, mordy na tle rasowym, religijnym i kulturowym oraz bunty głodujących przedstawicieli niższych warstw społecznych, jednak Zaragard nigdy nie było utopią, a pewnych rzeczy nie można było uniknąć. W tak wielkim społeczeństwie i tak cudem było zachowanie stałej integralności miasta i kontroli jaką sprawowali rządzący miastem magowie. W historii świata nigdy wcześniej nie istniało miasto lub państwo, które nie miało by żadnych wewnętrznych problemów. Zaragard też je miało, tyle że na skalę globalną. To wszystko należało już jednak tylko do przeszłości. Po wielkiej wojnie magów i kataklizmie, jaki ta wojna sprowadziła na miasto, pozostały jedynie dymiące zgliszcza, ruiny i wyludnione dzielnice. Dziś w Zaragardzie mieszkał zaledwie niewielki ułamek tej populacji, która niegdyś w nim żyła. Wielkie, onegdaj wspaniałe dzielnice stały się odizolowanymi od siebie małymi państwami, w których kruchą władzę sprawowali potomkowie dawnych, szlacheckich rodzin. Rasy nieludzi zostały natomiast doprowadzone na skraj wyginięcia na skutek nieustannych wojen i prześladowań, którym nie było końca w ogarniętym pożogą i bezprawiem mieście. W wyniku tych trwających wiele lat zamieszek krasnoludy zostały zmuszone do zejścia do podziemi, a elfów wybito niemal do nogi. Najliczniejszą ze wszystkich ras żyjących pośród ruin miasta pozostali ludzie, których zapał do walki i wolę przetrwania można było porównać do mrówek - zawsze odbudowujących swoje mrowiska, bez względu na to, ile razy zostały one zniszczone. Samo miasto jednak, po latach niekończących się wojen stało się nawet mniej niż widmem swojej dawnej świetności. Zaragard było miastem cieni, pogrążonym we wiecznej nocy i nieprzeniknionej ciemności spowodowanej magicznym kataklizmem; było ruiną na skalę globalną, w której każdy codziennie musiał walczyć o przetrwanie. Nikt nie miał tu lekkiego życia, jednak zdecydowanie najgorzej mieli magowie, czarodzieje i czarnoksiężnicy, gdyż w oczach pozostałych przy życiu mieszkańców to oni byli odpowiedzialni w całości za nieszczęście, które dotknęło miasta. W Zaragardzie od czasów wielkiej wojny niemal codziennie płonęły stosy, na których palono schwytanych czarodziejów. Nie było dla nich żadnych sądów, nie było litości. Magia została uznana za największe zło istniejące na świecie oraz za przyczynę wszelkich nieszczęść, jakie spadły na mieszkańców. W związku z tym, na mocy dekretu ostatniego pozostałego przy życiu Lorda Zarządcy, magia została po wsze czasy zakazana, a każdy jej użytkownik, bez względu na status społeczny, miał być skazany na śmierć. Wiązało się to z koniecznością uśmiercenia ogromnej liczby osób, niektórych nawet całkiem potężnych, lecz z tym problemem świetnie poradziła sobie Inkwizycja, utworzona po wielkiej wojnie z resztek aparatu sprawującego władzę, jako organizacja mająca zaprowadzić porządek w mieście. Zaciekłość, z jaką tropiono i mordowano czarodziejów była tak wielka, że w dzisiejszych czasach magowie praktycznie już nie istnieli, a czarodziejstwo stało się rzeczą należącą jedynie do legend, opowieści, oraz do strasznych historii opowiadanych dzieciom przed snem przez matki. Inkwizycja, którą tworzyli potomkowie pierwotnych lordów Zaragardu, wciąż sprawowała w wielu dzielnicach wszechmiasta niepodzielną władzę, starając się utrzymywać porządek taki, jaki istniał przed wielkim kataklizmem, dbając o przestrzeganie i egzekwowanie prawa, a także kultywując dawne tradycje, obyczaje i hierarchie. Garret obrócił się powoli w miejscu i spojrzał w głąb tonącej w ciemnościach uliczki. Nie było sensu dalej kluczyć. Ten ktoś, kto za nim szedł, był na tyle dobry, że jeśli nie udało się go do tej pory zgubić w labiryncie ulic, alejek i spływających gównem zaułków, to raczej nie było to w ogóle możliwe. - Domyślam się, kto to może być i wcale mi się to nie podoba – pokręcił głową Garret. - Ach tak? - zainteresował się głos. - To może być ciekawe. Nareszcie zacznie się coś dziać. Dosyć już miałem tej bezczynności i siedzenia w twojej głowie. Ciasno tu, duszno, ciemno, pusto, bez przewiewu, można się zakisić jak ogórek w słoiku. - Jak ci się nie podoba, to zawsze możesz się wynieść, droga wolna. Szukaj sobie innego medium. - Eee, przecież wiesz, że to nie takie proste. Poza tym, jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. - To siedź cicho, bo mamy towarzystwo – warknął pod nosem Garret. Wśród wypełniających alejkę cieni zamajaczył jakiś ledwo wyraźny kształt, z grubsza przypominający sylwetkę dosyć masywnego i wysokiego człowieka. - Daruj sobie te gierki i wyłaź, bo wiem, że tam jesteś – zawołał Garret w kierunku cienistego końca alejki. - Nie mam czasu na zabawy, więc jeśli czegoś ode mnie chcesz, to lepiej szybko to załatw. - Zabawne – ukryta w głębokim cieniu postać odezwała się po dłuższej chwili ciężkim, chropowatym głosem, który rozległ się dudniącym echem wśród kamiennych ścian okolicznych budynków. - Myślałem, że będziesz raczej uciekać, próbować desperacko mnie zgubić lub ukrywać się w jakiejś norze wśród szczurów, śmieci i brudu, a tu proszę. Stajesz ze mną twarzą w twarzą. Głupota, czy odwaga? A może i jedno i drugie? - Ani jedno, ani drugie – odparł lekceważącym tonem Garret. - Wybacz, że cię zawiodę. - Nic się nie stało, to i tak nieistotne. Powód nie jest ważny, ważny jest skutek twojej decyzji, a w tej sytuacji może być on tylko jeden, i na dokładkę będzie dla ciebie śmiertelny. - Doprawdy? W ciemnościach rozległ się ledwie słyszalny szelest rozwijanego zwoju. - Garret z Caer Dunn, pochodzący z Dystryktu XIII? - We własnej osobie – odparł zagadnięty. - Staram się być tak bardzo niepopularny jak to tylko możliwe, ale dobre chęci jak widać czasem nie wystarczają. - Oznajmiam – kontynuował dobiegający z ciemności głos – że na mocy decyzji jego ekscelencji, Najwyższego Lorda Inkwizytora Loredasa VI, Światła w Ciemności, Ostatniego Słońca, Zguby Heretyków, Jaśniejącego Miecza, pełniącego funkcję jedynego regenta i interrexa wszechmiasta Zaragard, niepodzielnie sprawującego władzę nad dystryktami III, IV, VII, IX, XII i XV, zostajesz uznany winnym uprawiania plugawego i przeklętego czarnoksięstwa. Wśród twoich win znajdują się takie przewinienia jak manipulowanie energią osnowy, materializacja i dematerializacja przedmiotów, ludzi i zwierząt, telepatia, telekineza, piromancja, zaklinanie, rzucanie klątw, destabilizowanie swobodnego przepływu sił witalnych w istotach ludzkich oraz, co najgorsze, demonomancja, która jest najbardziej plugawą i najbardziej przeklętą ze wszystkich zakazanych dziedzin magii i czarodziejstwa. Twe przewinienia są niezaprzeczalne i w związku z panującym we wszechmieście prawem, zarówno pisanym jak i niepisanym, oficjalnym i nieoficjalnym, zostajesz niniejszym skazany na śmierć. Ja, egzekutor Mordred z Kraggnoor, będę twoim katem. - No i masz babo placek – westchnął Garret i zsunął z głowy kaptur. Długie włosy, niemal tak ciemne jak otaczająca go noc, opadły mu faliście na ramiona, a spod nich błysnęły na uszach liczne, drobne kolczyki, połyskujące słabo w bladym świetle gwiazd. Pokaźnych rozmiarów pionowa szrama biegnąca przez jego lewe oko jaśniała w mroku słabą, ledwie zauważalną, czerwonawą poświatą. - Domyślam się, że nie uda nam się rozwiązać tego problemu bez użycia przemocy. - Tak, to bardzo słuszne i trafne przypuszczenie – odparł z mroku egzekutor. Garret wzruszył ramionami w geście obojętności i sięgnął do niewielkiej, zawieszonej przez ramię skórzanej torby. Pogrzebawszy w niej chwilę, wydobył z niej mocno zużyte, mechaniczne gogle, które następnie założył sobie na głowę i nasunął powoli na oczy. Okrągłe, jasnożółte szkła zajaśniały w ciemności, kiedy Garret pstryknięciem przełącznika uaktywnił tryb noktowizyjny. - Sugeruję poddać się bez walki i nie stawiać niepotrzebnego oporu, a w zamian obiecuję zadać ci szybką i w miarę bezbolesną śmierć – powiedział egzekutor, dobywając jedną ręką pistoletu z kabury, a drugą ręką niewielkiego, srebrzyście połyskującego, smukłego miecza. - Słyszałem tę sugestię już niezliczoną ilość razy i na szczęście jak do tej pory nie postanowiłem z niej skorzystać. Nie pozostawiacie człowiekowi zbyt wiele możliwości. Powietrze w alejce zafalowało lekko i niemal niezauważalnie, kiedy Garret wykonał kilka gestów dłonią schowaną w długim rękawie swojego płaszcza. - W takim razie dokonałeś wyboru, czarnoksiężniku. W imieniu Najwyższego Lorda Inkwizytora stanę się tym, który zakończy twój plugawy żywot, będący bluźnierstwem i obelgą dla wszystkich istot zamieszkujących ten umęczony świat. Szykuj się na rychłą śmierć, Garrecie z Caer Dunn. - To powiedziawszy, egzekutor płynnym ruchem uniósł trzymany w dłoni pistolet do góry, odciągnął kurek, wycelował, i pociągnął za spust. Nic się jednak nie wydarzyło. Nie było huku wystrzału, ani kłębów dymu wydobywających się z zamka i lufy. Na moment w alejce zapadła głucha i niczym nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Danse Macabre (część 1) — czytnik · opowiadania