Inne · 9 min czytania
Dar niebios
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na początku byli tylko Adam, Ewa i Bóg. I to było dobre. Bóg pozwolił ludziom rozmnażać się do woli i to również było dobre. Jednak z czasem ludzi było coraz więcej. Zbyt wiele by Bóg sam mógł się nimi opiekować tak by każdemu poświęcić jednakową uwagę. Dlatego tez podzielił swą moc miedzy swych podwładnych tworząc Szczęście i Smutek, Miłość i Zdradę, Zdrowie i Chorobę. A także Życie i Śmierć. Oto historia o nich.
- Panie doktorze już od pięciu lat staramy się o dziecko – ciągnęła kobieta imieniem Ewelina. – Przeszliśmy z mężem wszystkie operacje na bezpłodność. Jesteśmy zdrowi, a mimo to… - kobieta nie wiedząc co robić z rękoma co chwila wygładzała fałdy na kwiecistej spódnicy. - Tak. Oboje jesteśmy zdrowi – zaczął mąż, Andrzej. – Dlaczego wciąż nie możemy mieć dzieci? Nikt nie potrafi nam tego wyjaśnić. Stary lekarz w ciszy wysłuchiwał pacjentów czasem kiwając tylko inteligentnie głową. Co dzień miał po kilka takich par i ta kolejna zaczynała go już nudzić. Kiedy więc para skończyła mówić, wygłosił standardową mowę na temat bezpłodności, używając przy tym, dla zilustrowania swojej wypowiedzi, stojących na biurku plastikowych modeli narządów płciowych. Kiedy Andrzej i Ewelina wracali do domu słońce świeciło radośnie na niebie, a towarzyszące mu obłoki sunęły leniwie po błękitnej tafli. Zielone drzewa szeleściły roztańczonymi liśćmi. Długi i zagmatwany wywód lekarza, który słyszeli już wiele razy z ust innych doktorów, wcale nie podniósł ich na duchu. Mieli duże mieszkanie. W sam raz na przyjęcie nowego życia, małego człowieczka. To z myślą o nim kupili je przed pięcioma laty. Teraz brak dziecięcego płaczu czy śmiechu w tych wielkich pokojach, napawał tylko smutkiem tą cichą oazę samotności we dwoje. Przed snem kochali się jak zwykle. Było już późno więc robili to spokojnie i w milczeniu, bez nadziei na zmianę. A gdy nadzieja zapomina o człowieku, przypomina sobie o nim ktoś zupełnie inny…
Frank tylko na chwilę opuścił swoje stanowisko pracy. Wszak nigdy nie było tu wiele do roboty. Zawsze naciskał tylko ten zielony guzik. Nic więcej. Wybrał się do swojego przyjaciela, pracującego zaledwie piętro niżej gdzie zajmowano się Innymi Sprawami. Kiedy wrócił od razu je zobaczył. - Do licha, co tu robi ten nienarodzony? – zapytał sam siebie. – Spływaj stąd – i nacisnął wieczny zielony guzik. Świetlista blado zielonkawa postać niemowlęcia rozpłynęła się jak zdmuchnięty płomień świeczki by trafić do ciała kobiety. Frank, gdy zaczynał ta pracę lubił oglądać te mgliste postaci. Wydawały mu się wtedy takie piękne. Lecz gdy ktoś zbyt długo zajmuje się tym samym, przestaje dostrzegać w tym piękno, a zaczyna widzieć jedynie monotonnie. Dlatego też nie zauważył czegoś dziwnego w tym nienarodzonym. Czegoś co świadczyło o tym, że dusza którą Frank właśnie wysłał na ziemię, nie należała wcale do człowieka.
W wielkiej pustej sali znajdował się jedynie ogromny tron na którym leżała wielka postać młodego mężczyzny i drugi mężczyzna, klęczący przed tronem z nisko spuszczoną głową. Białe skrzydła na jego plecach były rozłożone w geście składającym hołd. - Panie, Twój syn trafił na Ziemię jak rozkazałeś – powiedział klęczący anioł, którego urodzie mógł dorównać jedynie anioł Gabriel. - Dobrze – odezwała się postać leżąca na tronie. – Mam nadzieję, że będzie miał dobrych rodziców – w jego głosie można było wyczuć troskę. - Tak, jestem pewien, że to dobrzy ludzie. Mężczyzna na tronie skinął do anioła by ten wstał. Zapanowała chwila ciszy, którą postacie wykorzystały na wymianę spojrzeń. - Nie zorientują się? - Nie sądzę. Ten stary Frank w ogóle nie zwraca uwagi na to co robi – anioł złożył skrzydła tracąc przy tym kilka śnieżnobiałych piór. - Yhm… Jak się nazywają jego rodzice? - Andrzej i Ewelina *****. Od kilku lat bezskutecznie starają się o dziecko. Zadbają o niego najlepiej jak się da. - Tak – głos mężczyzny drżał. – Najlepiej jak się da.
- Ale jak to możliwe? – Ewelina była szczęśliwa jak nigdy przedtem. Mimo mijających dni wciąż nie potrafiła uwierzyć w to co się stało. Lekarze, których odwiedzała uśmiechali się tylko i wzruszali ramionami. Dopiero gdy ciąża zaczęła być już widoczna, uwierzyła, że będzie miała