Fantastyka · 11 min czytania
Dawno, dawno temu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Przekręć trzykrotnie medalion, a wróżki wolne się staną”, zabrzmiało zaklęcie. Szewc przekręcił wisior z rubinowym okiem i wróżki nareszcie wydostały się. Od tamtej pory pomagały mu w warsztacie, a robione przez niego buty były tak piękne, że sam król chciał je nosić” - Ciekawe, jaka była cena tej pomocy…- Baśka na chwilę przerwała czytanie bajki – Pamiętaj, Olka, jakby przyszły do ciebie takie wróżki, najpierw pytaj o cenę i nie daj się zbyć byle metaforą, a najlepiej nic nie rób, tylko dzwoń do mnie. – Dziewczynka wytrzeszczyła swoje wielkie, niebieskie oczy. - Ciocia, to tylko bajka. - Nie… no jasne – Baśka zaśmiała się sztucznie. – Śpij już.
Stary złotnik zamknął drzwi warsztatu. Kolejny dzień bez jednego klienta. Spojrzał na swoje wyroby. Nawet przez pryzmat wchłoniętego alkoholu widział, jak wiele brakuje im do doskonałości. Nierówne brzegi obrączek, krzywe oczka pierścionków i różne rozmiary kolczyków, skutecznie odstraszały kupujących. Trzeba by to wygładzić, nadać błysk, dodać szlifu, tylko, po co tracić czas? Jego talent powinien być doceniony, niezależnie, co tworzy. Ludzie się nie znają! Gdyby wiedzieli, jak w głębi duszy jest uzdolniony, kupowaliby jego wyroby, od razu deponując w sejfach, jako lokatę w sztuce! Tylko brakuje narzędzi, możliwości no i rąk do pracy! „Eh, gdyby tak mieć kogoś do pomocy”, pomyślał pociągając kolejny łyk. Szedł ciemną ulicą, choć alkohol stępił zmysły, czuł, że ktoś podąża za nim. Zataczając się, zaczął biec. Prześladowca dogonił go, chwycił za ramię. - Spokojnie staruszku, chcę pomóc. Podobno potrzebujesz czeladnika. Stary potrząsnął głową. - Nie stać mnie. - Nam nie musisz płacić. Uwolnij nas, będziemy ci służyć. - A gdzie haczyk? - Nie ma. Raz do roku nasze panny pobawią się z waszymi pierworodnymi. Takie niewinne zabawy elfów.- Przybysz mrugnął porozumiewawczo. Stary zaśmiał się lubieżnie na myśl o tych zabawach. Sam był pierworodny i pomyślał z przyjemnością, że może i jego te harce nie ominą. - Co mam zrobić? Tajemniczy przechodzień wręczył mu maleńki medalion z rubinowym okiem. Złotnik ocenił robotę, była doskonała. W każdym calu dzięłko było kompletne. - Przekręć trzykrotnie medalion, a wróżki wolne się staną. - Tak po prostu mam tym zakręcić. - Nie, głupcze! Przy pełni, na rozdrożu. Tuż przed wiosennym przesileniem. Pod starym dębem, gdzie słychać rzekę.
Baśka szła ścieżką w kierunku, wydawałoby się, urokliwego miasteczka. Przycupnięte w kotlinie w większości ceglane, domki, zwróciły się oknami w stronę krętej uliczki, od której nieśmiało odbiegało kilka zaledwie węższych arterii. Słońce znalazło się akurat między szczytami. Snop światła padł na osadę, rozgrzewając czerwień murów i dodając soczystości zieleni młodych, wiosennych pędów. Wędrowała sama od rana i cały prowiant był wyłącznie wspomnieniem a i z pieniędzmi nie było najlepiej. Dlatego miasteczko wydało jej się rajem. Zwykle w takich miejscach ludzie nie szczędzili zdrożonym wędrowcom pomocy. Do tego, jeśli przybysz był rozmowny i zdobył serce gospodarza, można było liczyć na nocleg, a nawet coś mocniejszego do wieczornej historii. Baśka z przyjemnością pomyślała o ciepłych pieleszach i rozgrzewającym trunku, zamiast zimnej wody z butelki. Żywszym krokiem ruszyła między pierwsze zabudowania. Zamiast oczekiwanej gościnności, zobaczyła pustą ulicę. W kilku domach dyskretnie odsłoniły się firanki, aby gwałtownie wrócić do pierwotniej pozycji, gdy zwróciła na nie wzrok. Raz jej słuch wychwycił zgrzyt przekręcanego klucza. Mały chłopiec wypadł z wrzaskiem na ulicę, gdzie stał jego plastikowy rowerek. Matka zjawiła się natychmiast za nim, niemal zakrywając go własną piersią. Chwyciła dziecko, tak, żeby Baśka nie miała możliwości go zobaczyć i spoglądając na nią wzrokiem z mieszanką przerażenia i nienawiści, zabrała malca do domu. „Coś tu jest cholernie nie tak.”, Baśka baczniej przyjrzała się okolicy. Dopiero teraz zauważyła, że domy były ładne, ale podwórka zaniedbane, z nieskoszoną trawą i zwiędłymi na klombach kwiatami. W płotach świeciły rozliczne dziury, a dojazdy do posesji zdobiły gnijące, nieuprzątnięte po jesieni, liście. Zupełnie jakby mieszkańcom przestało zależeć na własnym dobytku. Był tylko jeden wyjątek. Nienagannie utrzymany sklep jubilerski. Na witrynie pyszniły się takie cudeńka rzemiosła, że Baśce na chwilę zaparło dech w piersiach. Jej kobieca natura zakrzyknęła radośnie na widok tak kunsztownych świecidełek i wbrew rozsądkowi zaczęła przeliczać ile, z pozostałego budżetu, mogłaby wydać na choćby najmniejszy z prezentowanych drobiazgów. Szybko się ocknęła. Zapukała do drzwi domu, znajdującego się w najbliższym sąsiedztwie sklepu. Wiedziała, że gospodarze są w wewnątrz, mimo to dopiero donośne walenie pięścią zmusiło ich do odryglowania zamka. Stanął w nich zrezygnowany człowiek. Zmartwienie dodało mu lat, których jeszcze nie przeżył. - Nie zabieraj nam syna, mamy już tylko jego. - Zwariowałeś chłopie, po co mi dzieciak?! - Więc, przyszłaś po mnie? – Coś, jakby nadzieja, odbiło się w jego wzroku. - Nie! Zgubiłam się w górach może pomożecie. – W jednej sekundzie zrozumiała, że w tym przypadku owijanie w bawełnę jest zupełnie zbędne. – A tak właściwie to ja pomogę wam. Zanim dostała się do domu mężczyzna i jego żona, niemal posunęli się do rękoczynów, powodowani strachem. Wreszcie gwałtowny unik pod ręką gospodarza, otworzył jej podwoje domostwa. Prowadzona pomrukami dezaprobaty…