Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 43 min czytania

Dawno temu 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przekręć trzykrotnie medalion, a wróżki wolne się staną”, zabrzmiało zaklęcie. Szewc przekręcił wisior z rubinowym okiem i wróżki nareszcie wydostały się z więzienia. Od tamtej pory pomagały mu w warsztacie, a robione przez niego buty były tak piękne, że sam król chciał je nosić.” - Ciekawe, jaka była cena tej pomocy…- Baśka na chwilę przerwała czytanie bajki – Pamiętaj, Olka, jakby przyszły do ciebie takie wróżki, najpierw pytaj o cenę, i nie daj się zbyć byle metaforą, a najlepiej nic nie rób, tylko dzwoń do mnie. – Dziewczynka wytrzeszczyła swoje wielkie, niebieskie oczy, wpatrując się w ciotkę. - Ciocia, to tylko bajka. - Nie… no jasne. – Baśka zaśmiała się sztucznie. – Śpij już. Dziecięca opowiastka wyprowadziła ją z równowagi. Odkąd zorientowała się w istnieniu zjawisk, delikatnie rzecz ujmując, nie do końca dających się objąć rozumem, tego typu historie uznawała za wysoce niebezpieczne. Na własnej skórze odczuła dyskomfort myślenia o stworach z bajek jako przyjaznych. Wiedziona stereotypem, w pewną zimową noc chciała pomóc małej, bosej dziewczynce, której jedyną ochroną przed zimnem było pudełko zapałek. Podeszła do niej pełna współczucia i usiłowała okryć płaszczem. Nie zaniepokoił jej nawet dziwny błysk w oczach dziecka. Przecież tylekroć czytała bajkę o nieszczęśliwej sierocie. W najśmielszych fantazjach nie przypuszczałaby, że to upirzyca o silnych skłonnościach piromańskich. Zapałki z małymi ładunkami wybuchowo - zapalającymi błyskały jedna po drugiej. Dziecko wyciągnęło spod lichej wełnianej chusty niewielki flakonik i z satysfakcją rozpyliło napalm, zamykając dziewczynę w kręgu ognia. Baśka zdecydowała się na skok, równocześnie godząc przeciwnika, tym, co pierwsze wpadło jej w rękę. Okazało się, że celnie użyła osikowej, grubej gałęzi. Cudem wyszła z akcji w jednym kawałku, jedynie lekko poparzona. Tak wyglądała jej inicjacja łowcy. Jednak większość ludzi nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Ci, którzy pierwszego starcia nie przeszli pomyślnie, w najlepszym przypadku gryźli glebę. W najgorszym ich szczątki, jako efekt uboczny przemiany materii stworzeń, w które jeszcze dzień wcześniej nie wierzyli, deszcz rozmywał w głębi lasów. Niewielka garstka pozostałych, którym się udało, miała przykrą skłonność do nabierania wody w usta. Co prawda, powszechnie wierzono w demoniczne stwory. Stanowiły nieodłączny element religii. Obok bogów im również składano ofiary, ale był to raczej wymóg tradycji, niż rzeczywiste przekonanie o ich istnieniu. Gdyby spytać ludzi podążających do świętych gajów, lub rozpalających ofiarny ogień, czy rzeczywiście wierzą w strzygi, domowników i zmory, uśmiechnęliby się z pobłażliwością. W erze pary i elektryczności nikt nie dawał posłuchu historiom o zamęczonych we śnie lub wyssanych do sucha. Wszelkiej maści pomniejsze bóstwa i demony stały się jedynie folklorystycznym dodatkiem do kultu prawdziwych bogów. Wielki błąd cywilizacji. Jakoś utarło się, że inne profesje miały pierwszeństwo przed fachem łowcy demonów, a i sami przedstawiciele gildii nie palili się, by sytuację zmienić. Sztandarowym hasłem przeciw reklamowaniu się była historia szkół magicznych. Dwie dekady wstecz zapanowała moda na magię. Uniwersytety kształcące w tej profesji powstawały na potęgę. Te już istniejące przyjmowały więcej adeptów. Coraz częściej studenci uczyli się w trybie zaocznym lub wieczorowym, fundując akademiom nieprzyzwoity wręcz dochód. Rozpasani szkłem rektorzy przestali martwić się o poziom prezentowany tak przez wykładowców, jak studentów. Rosła liczba absolwentów, ale ich umiejętności pozostawiały wiele do życzenia. Coraz częściej mury szacownych magicznych instytucji naukowych opuszczali nie magowie, a marglowie, jak nazwały ich później media, czyli niedokształceni ignoranci, zdobywający szkłem dyplomy. Ludzie bez prawdziwych magicznych predyspozycji, którzy pomimo lat nauki nie potrafili nawet tak prostej rzeczy, jak zamiana ołowiu w złoto, czy stworzenie metalu lżejszego od powietrza. Dopiero poważny kryzys, jaki wywołała magiczna ignorancja, spowodował zmiany statutowe. Kilku marglów zatrudniono w przemyśle lotniczym, kierując się uzyskanym przez nich dyplomem jednej z lepszych szkół magicznych. Posada maga w fabrykach maszyn latających nie wiązała się ze skomplikowaną pracą. Głównie dokonywali oni niewielkich zmian w strukturze metali, pozwalając im unosić się w powietrzu. Niestety, paru marglów wyprodukowało metal lotniczy, tracący swe właściwości pod wpływem powietrza i ciśnienia. Wielka liczba latających maszyn skończyła żywot w falach oceanów, zabierając też całą załogę i pasażerów. Ludzie przestali latać. Upadły prawie wszystkie porty lotnicze. Z kryzysem zmagały się biura podróży, a jeden z założycieli podniebnych tawern, pozwalających napić się piwa w chmurach, stał się zbieraczem kartonów na ulicach Wielkiego Miasta. Niespodziewanie przemysł lotniczy pozwał o niebotyczne odszkodowanie gildię, jako odpowiedzialną za pojawienie się na rynku zatrudnienia marglów. W pozwie uzasadniano, że skundlony cech magów nie był w stanie podołać nawet najprostszym ze swych statutowych zadań, poważnie zagrażając bezpieczeństwu. Winą za sytuację obciążono szkoły magiczne. Sąd przychylił się do wniosku. Gildia po dziś dzień spłaca w ratach odszkodowanie. Pragnąc uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości, zaczęto dobierać adeptów wyłącznie na zasadzie predyspozycji. Niestety poziom magicznego fachu ucierpiał poważnie. O potężnych czarownikach władających pogodą, czy zmieniających los, można było zapomnieć. Czasem jakiś posunięty w latach profesor potrafił jeszcze zakląć piorun, jeśli akurat nie ogarniała go demencja. Pomimo to, wszystkie inne istniejące cechy usiłowały zaznaczyć swoją pozycję na rynku, przyciągnąć młodzież. Otwierano szkoły, kształcono co zdolniejszych rzemieślników na magistrów. Tylko jeden cech łowców, o ile można go było tak nazwać, pozostawał w ukryciu. Nie bez znaczenia zapewne był fakt, że rzemieślników tych traktowano na równi z poszukiwaczami UFO, czy egzorcystami wyrzucającymi demony w imię ideologii niszowego o’sorryzmu. Sami łowcy też nie byli zbyt towarzyscy i raczej rzadko chwalili się swoim zajęciem. Dobór adeptów odbywał się tylko w jeden sposób. Jeśli człowiek starł się ze stworem, który powinien go zabić, a mimo to przeżył, stawał się członkiem cechu. Przybywał wówczas inny łowca i odczytywał mu zasady działania zgrupowania i krótki instruktaż zabijania potworów, ograniczający się do prostej zasady, „co, czym”. Cała pogadanka nie była dłuższa niż odczytanie instrukcji obsługi telewizora, a potem mentor odchodził, uczeń zaś stawał się szczęśliwym poborcą rocznego dochodu w wysokości dwóch marnych koszy szlifowanego szkła, w zamian za krwawe utarczki ze złośliwymi stworami, i to najczęściej na nocnej wachcie. Oczywiście odmowa była możliwa, problem polegał jednak na tym, że człowiek raz zaatakowany przez stwora przyciągał je silniej niż magnez żelazo, więc ostatecznie lepszym wyjściem było pobierać pensję za pracę, którą i tak się wykonywało. Baśka marzyła o zmianie sytuacji, o ujawnieniu cechu, dzieleniu się doświadczeniami. Ba może nawet o otwarciu uniwersytetu łowiectwa, kiedyś, w przyszłości. Zanim ostatecznie zapadła w sen rozmyślała ileż to bajek należałoby zmienić, by naiwni ludzie nie wierzyli w zapewnienia słodkich elfów i wróżek, równocześnie przysparzając pracy łowcom. Rozmarzyła się na koniec, tworząc w głowie utopijny świat, w którym tacy jak ona są szanowani. Mogą kształcić się w zawodzie. Nikt nie uważa ich za świrów biegających po ulicach z urojonym pojemnikiem ektoplazmy. Może ona, Baśka, kiedyś założy taką szkołę. Będzie uczyć dzieciaki, jak nie dać się pokąsać, omotać, czy zabić, równocześnie skutecznie unieszkodliwiając wroga. Może wszystko się zmieni, nawet bajki. Może…

* Stary złotnik zamknął drzwi warsztatu. Kolejny dzień bez jednego klienta. Spojrzał na swoje wyroby. Były, jego zdaniem, doskonałe. To nic, że obrączki miały krzywe brzegi, a kolczyki różniły się rozmiarem. Za to pewna subtelność wzoru, czyniła z nich arcydzieła. Tylko ludzie, ograniczeni w pojmowaniu prawdziwej sztuki, omijali jego zakład szerokim łukiem. Gdyby miał kogoś do tych wszystkich nudnych robót. Można by to wygładzić, nadać błysk, dodać szlifu. Jemu, mistrzowi, nie wypadało przecież zajmować się tak błahymi sprawami. Niestety interes upadał, nie stać go było nawet na najlichszego terminatora. Pociągnął sążnisty łyk podłej gorzały. Jej palący smak nie zabił goryczy, jaka wyciekała z duszy. Talent powinien być doceniony, niezależnie, co tworzy. Ludzie się nie znają! Nigdy nie dostrzegali subtelności, majstersztyku zdobień, interesowała ich tylko pospolita symetria! Gdyby wiedzieli, jak w głębi duszy jest uzdolniony, kupowaliby jego wyroby, od razu deponując w sejfach, jako lokatę w sztuce! Zabrakło tylko narzędzi, możliwości no i rąk do pracy! „Ech, gdyby tak mieć kogoś do pomocy”, pomyślał pociągając kolejny łyk. Szedł ciemną ulicą. Choć alkohol stępił zmysły, czuł, że ktoś podąża za nim. Zataczając się zaczął biec. Nierówny rytm jego kroków niósł się w nocnej ciszy małego miasteczka. W księżycowej poświacie dostrzegł zbliżający się cień. Butelka z resztką alkoholu wypadła ze spoconej dłoni rozbijając się. Złotnik poczuł, że siły go opuszczają i za chwilę zostanie wielkim przegranym wyścigu, który prawdopodobnie będzie kosztował go życie. Prześladowca dogonił go, chwycił za ramię. - Spokojnie staruszku, chcę pomóc. Podobno potrzebujesz czeladnika. Stary potrząsnął głową. Mimo woli odsunął się pół kroku od potencjalnego napastnika. - Przychodzisz pytać mnie o to w nocy jak złodziej? Czemuś nie zaszedł do warsztatu za dnia? - Co i kiedy robię, moja rzecz. Dość, że proponuję ci terminujących. Zważ, nie jednego, lecz kilku. Złotnik potrząsnął głową. Wykonał ręką ruch, jakby chciał pociągnąć z butelki, ale w tym momencie zdał sobie sprawę, że upuścił trunek. Przerwał gest w połowie, strzepując dłonią. - Nie stać mnie. - Nam nie musisz płacić. Uwolnij nas - będziemy ci służyć. - A gdzie haczyk? - Nie ma. Raz do roku nasze panny pobawią się z waszymi pierworodnymi. Takie niewinne zabawy elfów.- Przybysz mrugnął porozumiewawczo. - Jakich znowu elfów? - Pięknych panien, jakie widujesz tylko na rycinach, starcze – Mężczyzna wyszczerzył się w uśmiechu – Mają dziwne upodobanie do ludzkich pierworodnych. Za choćby jednego, zrobią wszystko. Stary zaśmiał się lubieżnie na myśl o pannach i zabawach z nimi czekających mężczyzn z miasteczka. Sam był pierworodny i pomyślał z przyjemnością, że może i jego te harce nie ominą. - Co mam zrobić? Tajemniczy przechodzień wręczył mu maleńki medalion z rubinowym okiem. Złotnik ocenił robotę, była doskonała. W każdym calu dziełko było kompletne. - Przekręć trzykrotnie medalion, a wróżki wolne się staną. - Tak po prostu mam tym zakręcić? - Nie, głupcze!- Dotąd miła twarz przybysza zmieniła się w jednej sekundzie w drapieżną maskę – Nawet nie próbuj! – Na nowo zaczął nad sobą panować. Ton na powrót stał się aksamitny, mentorski. - Jeśli przekręcisz byle gdzie, zablokujesz czar i nici z czeladników i panien. Trzeba to zrobić według rytuału, przy pełni, na rozdrożu. Tuż przed wiosennym przesileniem. Pod starym dębem, gdzie słychać rzekę. * Baśka szła ścieżką w kierunku, wydawałoby się, urokliwego, górskiego miasteczka. Przycupnięte w kotlinie, w większości ceglane domki, zwróciły się oknami w stronę krętej uliczki, od której nieśmiało odbiegało zaledwie kilka węższych arterii. Słońce znalazło się akurat między szczytami. Snop światła padł na osadę, rozgrzewając czerwień murów, dodając soczystości zieleni młodych, wiosennych pędów. Prawie u wejścia do miasta, w niewielkim zagajniku swój obrzęd odprawiali wyznawcy niszowego o’sorryzmu. Baśka przyjrzała im się sceptycznie. Dziwna to była religia. Zapoczątkował ją siedem wieków wcześniej prorok O’Sorry. Chadzał wówczas ulicami najsuchszej części planety, opowiadając tamtejszym, i tak ciężko doświadczonym życiem w niesprzyjającym klimacie, ludziom, że celem i sensem ich bytu powinno być przepraszanie za własną egzystencję, by ostatecznie osiągnąć bliżej nieokreślony wieczny dobrobyt. Jak można się domyślić, teorie O’Sorrego nie spotkały się z ciepłym przyjęciem. Może gdyby wyszedł z nimi do ludu w porze deszczowej, kiedy wszystkim wystarczało pożywienia, zostałby zwyczajnie zignorowany. Jednak do zapoczątkowania swej działalności nieszczęśliwie wybrał porę suchą, gdy ludzie pełni głodnej frustracji nie mieli ochoty przepraszać za nic, a zwłaszcza już za fakt własnego istnienia. Prorokowi zamknięto usta raz na zawsze i to w majestacie prawa. Jego nauki jednak nie zginęły. Dość szybko znaleźli się naśladowcy, dostrzegający w pokutnej idei wygodną formę manipulacji. O’Sorrego okrzyknięto nawet bogiem. Dołożono kilka prawd nowej wiary. Na potrzeby propagandowe stworzono miejsca wiecznego bytowania duszy, przeznaczone dla przepraszających dostatecznie i tych, których żal za życie nie był wystarczająco szczery. O’sorryzm rozrósł się poważnie, w kilku krajach stając się nawet religią wiodącą. Patriarchowie nowej wiary mieli jednak przykry zwyczaj rozwodzenia się nad tym, co stanowiło kij ideologiczny, zupełnie pomijając marchewkę. Czy to prawdziwi bogowie pomieszali im zmysły, by głosili swe prawdy w ten, a nie inny sposób, czy zadziałała zwykła psychologia władzy, nie wiadomo. Dość, że religia stała się na tyle radykalna, że zaczęła uwierać zwykłych zjadaczy chleba. O’sorryzm upadł ostatecznie, wraz z turlającymi się po ulicach miast głowami jego ojców. Siedem wieków później wyznawcami byli wyłącznie ludzie powszechnie uznawani za dziwaków. Baśka zastanowiła się, co by też było, gdyby O’Sorry wyszedł ze swoją ideą w porze deszczowej. Popatrzyła na biczujących swe plecy i posypujących głowy popiołem pokutników. Nie, to nie mogło się przyjąć, nigdy. Wędrowała sama od rana i cały prowiant stał się wyłącznie wspomnieniem, a i ze szkłem i nie było najlepiej. Nigdy nie miała go w nadmiarze, choć cech płacił tak zwaną średnią krajową. Jednak piesze wędrówki rządziły się własnymi prawami, jeśli chodzi o środek płatniczy. Należało zabierać tylko niezbędną, żelazną rezerwę, żeby nie obciążać kieszeni. Co prawda w niektórych miastach stały maszyny wysypujące szkło, po przeskanowaniu tęczówki oka, ale Baśka nie do końca ufała tym ustrojstwom. Po pierwsze automaty często tłukły szklane koraliki, a jak wiadomo siekańce automatycznie traciły na wartości. Dwie połówki niebieskiego koralika nigdy nie były wartościowo równe całemu koralikowi, a najwyżej jego czterem piątym, i to tylko w tej niesamowicie rzadkiej sytuacji, jeśli przy pęknięciu nie poodkruszały się na brzegach. Poza tym szkłomaty nie stały w każdym mieście, a skanowanie tęczówki po ostro zakrapianej imprezie było wyjątkowo nieprzyjemne, i co istotniejsze, często dawało efekt odwrotny do oczekiwanego, gdyż skaner niespodziewanie znajdował wcześniej nieznany, niespecyficzny układ naczyń krwionośnych oka. Dlatego większość ludzi wierzyła starej zasadzie napełniania szkłem kieszeni. Baśka pomyślała z rezygnacją, że ktoś mógłby wynaleźć jakiś bardziej poręczny środek płatniczy. Tylko jaki? Papier? Zaśmiała się z niedorzeczności własnych fantazji. Miasteczko wydało jej się rajem. Zwykle w takich miejscach ludzie nie szczędzili zdrożonym wędrowcom pomocy. Do tego, jeśli przybysz był rozmowny i zdobył serce gospodarza, można było liczyć na coś mocniejszego do wieczornej historii, a nawet darmowy nocleg. Baśka z przyjemnością pomyślała o ciepłych pieleszach i rozgrzewającym trunku, zamiast zimnej wody z butelki. Żywszym krokiem ruszyła między pierwsze zabudowania. Ulica tchnęła pustką. Był piękny, wiosenny dzień, a w takie dni dzieciaki i psy powinny ganiać po ogródkach. Ludzie powinni wylec na świeże powietrze, sprzątać obejścia pokrzykując przy tym i złorzecząc na sąsiadów, pogodę, podagrę i samych bogów. Ot, zwykła małomiasteczkowa sielanka. Tymczasem na ulicach nie było żywego ducha. Nawet okna, zwykle przy takiej pogodzie pootwierane z nadzieją ugoszczenia wiosennego wietrzyka, zostały zatrzaśnięte na głucho. W kilku domach dyskretnie odsłoniły się firanki, aby gwałtownie wrócić do pierwotnej pozycji, gdy Baśka zwróciła na nie wzrok. Raz jej słuch wychwycił zgrzyt przekręcanego klucza. Mały chłopiec wypadł z wrzaskiem na ulicę, gdzie stał niewielki, trójkołowy rowerek. Matka zjawiła się natychmiast za nim, niemal zakrywając go własną piersią. Chwyciła dziecko tak, żeby Baśka nie miała możliwości go zobaczyć i spoglądając na nią z mieszanką przerażenia i nienawiści, zabrała malca do domu. Baśka baczniej przyjrzała się okolicy. Dopiero teraz zauważyła, że domy były ładne, ale podwórka zaniedbane, z nieskoszoną trawą i zwiędłymi na klombach kwiatami, których nikt nie uprzątnął od jesieni. W płotach świeciły rozliczne dziury, a dojazdy do posesji zdobiły gnijące, niezagrabione liście. Zupełnie jakby mieszkańcom przestało zależeć na własnym dobytku. Jakby ich tu i teraz przestało mieć znaczenie, a jego brak pozostawił w duszach ziejącą pustkę. Każdy szczegół mówił, że to miejsce, gdzie nadzieja nie bywa już nawet gościem. Był tylko jeden wyjątek. Nienagannie utrzymany sklep jubilerski. Na witrynie pyszniły się takie cudeńka rzemiosła, że Baśce na chwilę zaparło dech w piersiach. Jej kobieca natura zakrzyknęła radośnie na widok kunsztownych świecidełek i wbrew rozsądkowi zaczęła przeliczać ile, z pozostałego budżetu, mogłaby wydać na choćby najmniejszy z prezentowanych drobiazgów. Przypomniała sobie prasowe zdjęcie tej witryny. Miasteczko było sławne, mieszkał w nim najlepszy złotnik od tysiącleci, jak pisano w gazetach. Jego wyroby nosili nie tylko lokalni nuworysze, ale i zagraniczna elita. Nawet koronowane głowy sięgały z ochotą po cudeńka z Dębowa Mrocznego, małej mieściny usytuowanej w dolinie między szczytami Gór Sarmackich. Szybko się ocknęła. Miasteczko, mimo, że niechętne przybyszom, zawsze było ludzkim siedliskiem, a to oznaczało ciepły kąt i coś do jedzenia. Żołądek tymczasem natarczywie domagał się uwagi. Odeszła od witryny i poszła poszukać karczmy, w której mogłaby coś zjeść i może znaleźć tani nocleg. Niestety, jedyny tego rodzaju przybytek miał okna pozabijane deskami, a na drzwiach wisiała olbrzymia żelazna sztaba z kłódką, co oznaczało, że raczej nie świadczy normalnych dla takich lokali usług. Powoli zapadał zmierzch. Noce były jeszcze niesamowicie ziemne, a wizja spędzenia jednej z nich pod gołym niebem i z pustym żołądkiem wywołała w Baśce ponurą determinację. Zapukała do drzwi najbliższej posesji. Wiedziała, że gospodarze są w wewnątrz, mimo to dopiero donośne walenie pięścią zmusiło ich do odryglowania zamka. Stanął w nich zrezygnowany człowiek. Zmartwienie dodało mu lat, których jeszcze nie przeżył. Baśka już otworzyła usta by prosić o gościnę, kiedy mężczyzna odezwał się z rezygnacją: - Nie zabieraj nam syna, mamy już tylko jego. - Co takiego? Czemu miałabym wam wziąć dziecko? - Czyli przyszłaś po mnie? – Coś, jakby nadzieja, odbiło się w jego wzroku. - Nie! Zgubiłam się w górach, robi się ciemno, zimno... Od kilku godzin nie miałam nic w ustach. Może pomożecie? – Lekko minęła się z prawdą, bo doskonale zdawała sobie sprawę gdzie jest, ale dramatyczna wersja wydała jej się lepsza. Poza tym właśnie świadomość swojego położenia, a zwłaszcza położenia najbliższej ludzkiej osady, pozwalała z desperacją przedsiębrać wszelkie środki, by znaleźć ciepły kąt. Zdezorientowany gospodarz przyglądał jej się dłuższą chwilę. Tuż za jego ramieniem pojawiła się kobieca twarz. - Chyba nie chcesz jej wpuścić? - To zwykła zagubiona dziewczyna. – W głosie mężczyzny nie było jednak pewności. - Akurat, bo niby nie wiesz, jakie są podstępne?!- Kobieta już prawie zatrzasnęła Baśce drzwi przed nosem, kiedy między nogami rodziców przebiegł może trzyletni chłopiec - Bzydka pani, bludna. Beee. – Wykrzywił się groteskowo wystawiając język. Rodzice odetchnęli z ulgą, kobieta uśmiechnęła się przepraszająco. - Wejdź, wejdź, zrobię ci gorące zioła. Wojnar, co tak stoisz, przepuść dziewczynę! - ofuknęła męża - Mam trochę zupy z obiadu, może być? Odgrzeję. - Popychała zdezorientowaną Baśkę w stronę kuchni. – Przecież nie możemy pozwolić, żebyś zamarzła w nocy na dworze. Biedactwo, przemarzłaś, kąpiel ci naszykuję. Wiadomo, w górach bywa różnie, my, ludzie, musimy sobie pomagać. Prowadzona monologiem gospodyni Baśka, doszła do kuchennego stołu. Od dłuższej chwili chciało jej się pić, nie wspominając już, że zziębła w wątłych promieniach wiosennego słońca. Dlatego pstryknięcie włącznika elektrycznego czajnika przyjęła z wdzięcznością. Kilka sekund później, gorący, ziołowy napar stał na blacie. Pachniał przyjemnie lipą z delikatną domieszką rumianku. W smaku dało się wyczuć odrobinę suszonych malin, łamiących mdlącą gorycz mieszanki. Bez wątpienia gospodyni umiała komponować napitki. - Jestem Bogusława. Bogusia. Mój mąż to Wojnar, a to jest mały Oleg. – Gospodyni już krzątała się przy posiłku dla gościa. - Baśka – odpowiedziała Baśka. Malec biegał po kuchni. Krzyczał, wydawał nieartykułowane dźwięki, jednak głównie skupiał swą uwagę na Baśce, jako środku wyładowywania frustracji. Co chwilę miała okazję podziwiać jego migdałki, lub wywrócone białka oczu. Eskalacja nastąpiła w chwili, gdy chłopiec zwinnie dopadł do jej ramienia, zatapiając w nim zęby. Baśka jęknęła, a potem chwyciła go za czuprynę i udając czułość potarła włosy. Doskonale wiedziała, że skóra będzie go…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dawno temu 2 — czytnik · opowiadania