Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 56 min czytania

De profundis clamavi ad te, Domine

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}"I can't see you, I can't hear you Do you still exist? I can't feel you, I can't touch you, Do you exist? I can't taste you, I can't think of you, Do we exist at all?"{/i} (Epica, The Phantom Agony)

Chłód nad ranem, ciemność. Gwiazdy zniknęły, rozmyły w słabej poswiacie nadciągającego świtu. Las tonął w szarym, mglistym półmroku, sylwetki śpiących na siedząco ludzi odcinały się od popielatego nieba. Ognisko dawno już zgasło, tylko słaba, wąska strużka dymu wznosiła się do góry. W tym dziwnym, cichym czasie Thomas nareszcie mógł zapomnieć, że podróżuje z pospólstwem. Nie słyszał prostackich rozmów, śmiechów, charczenia, żucia i spluwania; nie musiał oglądać brudnych mord eskorty i kościstych, pokrytych liszajami twarzy kobiet. Nie chciano, by odpowiadał na głupie pytania, nie musiał udawać, że nie widzi ciekawych spojrzeń. Wreszcie mógł się pomodlić. Mógł porozmawiać z Bogiem, jedynym przyjacielem. A będziesz kochał bliźniego swego... Wiem, wiem, Panie. Oni też. Ale dlaczego? Dlaczego to ja muszę ich prowadzić? Ukląkł na czarnej, zabłoconej ziemi. Sutanna się wysmaruje, ale to nic. Jasny blask zalał ziemię, najpierw barwy odzyskało niebo, potem dopiero ludzie, zwierzęta, rośliny i rzeczy; pola, łąki, gaj i droga hen, aż po horyzont, gdzie czerniło się miasto - cel ich wędrówki. Zieleń, błękit, złoto, brąz, czerwień - myślałby kto, że to dworski malarz wypełnił kolorową farbą ukończony szkic, że to tylko bajkowy, fantastyczny landszaft, jakiego nigdy nie było i nie będzie, a który narodził się w wyobraźni artysty. Las napełnił się radosnym śpiewem, gdy Thomas Neuwald począł recytować modlitwę, wedle starodawnego kanonu: {i}"Ojcze nasz Któryś jest poza wszechświatem Święć się nieoznaczoność twoja Przyjdź informacja Twoja Bądź fizyka Twoja Jako w świecie materialnym, tak i duchowym Zrozumienia naszego powszedniego daj nam dzisiaj A odpuść nam naszych dziadów pychę Jako i my im odpuściliśmy Teraz i na zawsze I na eony eonów amen."{/i} Odmówiwszy zaś pacierze, ksiądz otrzepał z brudu kosztowną, oliwkową sutannę, zerknął na wciąż jeszcze śpiących podróżnych, na las splątany w granatowych żyłach, pulsujący w odwiecznym, powolnym rytmie; śpiewający tysiącem wrośniętych w mięsiste konary ptaszaków, strzelający w niebo milionem smukłych czułek i szumiący miliardem białych, ruchliwych, opadających ku ziemi wici, po których biegały już, jak co ranka, biliony zwinnych, siedmionogich pajęczarzy. Potem wzniósł wzrok ku górze- na niebie zaś gigantyczny, skryty w połowie za horyzontem szmaragdowozielony Eden odsłonił już w całości szkarłatne, gorące oblicze Inferna - i nastał dzień, dzień na Ziemi. Kapłan wciągnął w płuca świeże, poranne powietrze. Ach, przyroda jest piękna. Człowiek nawet nie domyśla się, jak szpeci dzieło Boga swą obecnością. Charknięcie i splunięcie, ordynarne przekleństwo... O wilku mowa, czymkolwiek jest wilk. Woźnica już się przebudził i musiał obwieścić to całemu światu. Pierwsze wrzaski niemowląt, gadanie bab, brzęk garnków i rzecz jasna, smród. Odór niemytych ciał, ostra woń gorzkiej strawy, zapach bimbru i czarnego prochu - to ostatnie, rzecz jasna, od eskorty. Ksiądz z westchnieniem wstał z klęczek, krajobraz stracił już swój urok, zbladł i zezwyczajniał w mdłym, zielonkawym świetle, zszedł na dalszy plan wobec rozgwaru obozowiska - i Thomas znowu został sam wśród ludzi. Woźnica spróbował zbudzić leniwe skanuki, zwierzęta jak zwykle buczały i ociągały się, kłapiąc bezzębnymi paszczami. Mężczyzna walił je wściekle ciężkim kijem po ślepych łbach, kopał po bokach, czułkach i grzebieniach - a aż w końcu stworzenia podniosły się z ziemi, stanęły pewnie na wszystkich trzech nogach, chwyciły łapami dyszle wozów i ruszyły przed siebie. -Jazda, baby, taka wasza mać, śniadanie bendzie później!- Woźnica, jak zwykle chamski, popędzał kobiety. -Niedługo bendzie szedł wicher od pustkowia, jak nie chcecie tu nocować, to do zaćmienia musim być w Hafenburgu! Bo w szczerym polu obedrze do kości! A ksiondz - chłop napotkał zimne spojrzenie Neuwalda, zmieszał się, spuścił wzrok - a wielmoźny ksiondz wybaczy, ale musim siem śpieszyć. Miasto widać w dali, ale...- -Rozumiem. Ruszamy-

***

Umarli, nim nawet zdążyli się zdziwić. Jak zawsze. Pierwszy zginął stary woźnica, czarny kształt wyskoczył nań z gąszczu, zwalił go z kozła na piaszczysty gościniec, krwi nie sposób odróżnić od czerwonego kubraka. Potem pomocnik, gówniarz, nawet nie zdołał krzyknąć. Stara baba. Włóczęga. Kupiec w granatowym surducie. Najemnikowi z Urbi Draconis udało się jeszcze wyciągnąć pistolet. Bez znaczenia. Feliks nie widział już ostatniej śmierci - tylko wystrzał i przeraźliwy, nieludzki wrzask. To człowiek czy szponiacz? Przedzierał się rozpaczliwie przez gąszcz, rozgarniając mięsiste płaty żaglorostu, pajęczynowate witki czepiały się ego twarzy, leżące na leśnej podściółce błękitne, pulsujące tętnice przeszkadzały nogom -łatwo się potknąć i przewrócić, a wtedy koniec - Łowcy nie wybaczają takich błędów. Miał tylko jedną szansę. Usłyszał kwik zarzynanych skanuków. Dobrze, to im chwilę zajmie. Las skończył się niespodzianie - przed człowiekiem rozpostarło sie szerokie, nagle pole, pokryte sinymi wiechciami porośli. Nie odważą się wyjść z lasu, ale od zbawczej pustaci dzielił go szeroki, kamienisty wąwóz. Dołem płynął płytki strumień, ale jar był zbyt głęboki, brzeg po jego stronie zbyt stromy. Nie przeskoczę. Nie zejdę. Rozpaczliwe szukał wzrokiem jakiejś kładki, żyły - ale brzegi spinały tylko patykowate, oplatane naczynkami włosy, wyginające się w łuk nad przepaścią. Krzyki od gościńca ucichły, Feliks wyobrażał sobie, bo nie mógł słyszeć, jak zwinne drapieżniki pędzą w jego stronę, czepiając się konarów. Zginę? Tutaj? Teraz? Ruch za plecami, obrócił się, uniósł różdżkę, wypalił - czarny kształt skręcił się, zwinął w miejscu, spalony rubinowoczerownym promieniem, ale mag widział już następne. W całkowitej desperacji spróbował przeskoczyć nad przepaścią, chwytając się cienkiego włosa - oczywiście nic z tego nie wyszło, jednakże elastyczna gałązka nie złamała się, a wygięła w dół pod ciężarem. Człowiek zleciał na dno i tak za szybko, skąpał się w wodzie i poobijał o kamienie, ale przeżył. Boli. Złamałem coś? Chyba nie. Uciekać. Zerwał się zaraz, pobiegł korytem, nie oglądając się za siebie. Plusk za plecami. Sa w wąwozie, gonią. Czarownik mało nie wypluł płuc. Złamałem. Żebro. Szlag. Popędził szybciej. Zakręt. Dalej nie było strumienia. Do góry, zboczem. Szybciej. Chwycił się zbiegającej tętniczki, podciągnął do góry, wyszedł na drugim brzegu, opadł na sine, suche wiechcie. Nie zatrzymuj. Się. Biegnij. Wstał zaraz, dysząc i słaniając się ruszył do przodu. Nie biegł już, nie miał siły. Jeśli odważą się wyjść, to i tak po mnie. Wyczerpany stąpał po popielatej porośli, martwe łodyżki chrzęściły pod stopami. Przed sobą miał przestrzeń, puste pole, widział na niebie rajski, szmaragdowy ogród Edenu, jak zwykle upstrzony malowniczymi smugami, pełen wirów, ok i poskręcanych, białawych chmur. Na prawo zaś - ogniście czerwoną otchłań Inferna; piekielne protuberancje strzelały na boki, szkarłatna tarcza zdawała się, niczym oko demona, spoglądać drwiąco na przerażonego człowieka. Bzdura, bogów i demonów nie ma. Sa tylko Łowcy, prawdziwe potwory. I śmierć, którą przynoszą. Wyszły? Zabiją od tyłu? Nie obejrzał się, szedł ku światłu. Przed siebie. Nie zabiły go. Nie wyszły z wąwozu. Na horyzoncie Eden. Inferno. I miasto. Hafenburg. - Jeszcze raz udało się przeżyć. - rzekł Feliks Aureliusz Geta, centurion Czarnego Legionu, mag bojowy czwartego stopnia, trzykrotny kawaler Orderu Męstwa Imperium, weteran czterech wojen, w tym tylko dwóch z ludźmi, tudzież uczestnik dziesięciu ekspedycji badawczych do Dżungli. - Jeszcze raz, murwa mać.- Po czym przewiesił różdżkę przez plecy, zapiął przydziałową kurtę, obejrzał się raz za siebie - ściana lasu taka spokojna, błękitna i cicha jak zawsze - i pomaszerował do miasta.

***

- A ja, myśle se, prosze ksiendza, że Boga to nie ma.- - Co proszę? - spytał wyrwany z drzemki kapłan - Nie usłyszałem.- - Boga nie ma.- Duszpasterz dopiero po chwili otrząsnął się ze zdumienia. No tak, woźnica jest z Hafenburga. Tu nie karze się za ateizm. Betonowe bastiony wznosiły się po obu stronach szerokiego, asfaltowego gościńca. Potężne, wysokie na setkę łokci, obsadzone ciężkimi armatami strzegły drogi do Artanatów. Strzegły niezależności portowego miasta. Kiedy to Hafenburg ogłosił niepodległość od Szafirowego Artanatu? Trzy, cztery światła temu? Jeszcze mnie na świecie nie było. Wojna była okrutna, jak zawsze wojny o pieniądze. I oczywiście, wojny o pieniądze wygrywają kupcy. Mroczny Władca proponował im ochronę i przyłączenie do Imperium, ale nie zgodzili się. Lepszy na wolności kęsek lada jaki... Kto to powiedział? Nieważne. - Dlaczegóż to? - - Bo widzi ksiondz, to jest tak.- blisko miasta woźnica zhardział, już nie spuszczał wzroku i nie mówił tak uniżenie. Teraz stał się mieszczaninem, wolnym człowiekiem w swoim kraju. Nawet brudnym plebejuszem, ale jednak. - Ksienża mówiom, żeby się modlić, tego, "pukajcie, a będzie wam otworzone". Że jak człek pobożny, to Bóg go wysłucha. I wie co ksiondz? Ja siem modliłem. Prosiłem go, coby mi się w interesach wiodło - nici. Prosiłem, coby mi poborca warsztatu nie skonsi...fis... nie zabrał za podatki- zrobił to. Błagałem, coby syn mój gupi nie poszedł do wojska - poszedł, zginął. Modlitwy nic nie dają, ksienża kłamiom, a Boga nie ma.- - A nie pomyślałeś, człowieku, że Bóg musi słuchać modlitw wszystkich? Nie tylko twoich? Że być może wysłuchał modlitwy twoich konkurentów, którzy prosili o to samo? Tego poborcy, który czynił tylko swoją powinność? Twego syna, który marzył o wojnie i sławie? Że być może to wcale nie ty jesteś na świecie najważniejszy? - Woźnica nie odpowiedział, a Neuwald zadumał się. Przejechali przez warowną, mającą po bokach ośmioboczne artyleryjskie wieże, bramę. Tacy jak on to przyszłość? Tacy jak ci? - spojrzał na odzianych w stalowoszare kurty, obsadzających wały muszkieterów, wyprężonych dumnie pod hafenburskim sztandarem. To nie była ostania wojna, jeszcze za czasu mojej nauki w seminarium artani Szafirowego i Białego urządzili regularną krucjatę. Dzielnych wojaków, a wraz nimi pewnie syna woźnicy, szlag trafił; kupcy odlali armaty z żelaza i wynajęli kompanię imperialnych magów bojowych, ponoć całe to pole było zasłane trupami aż po horyzont. Ale trzeba było spróbować, bo Hafenburg jest takim samym zagrożeniem, jak Imperium, choć niby niepomiernie mniejszy, słabszy, bez wasali, skoligaconych czy szanowanych władców. Ale ta republika daje wzór, wzór złego. W artańskich miastach rzemieślnicy i kupcy już się buntują, żądają przywilejów podatkowych, likwidacji sądów kościelnych, wypędzenia Defensorium, tak, jak zrobili to tutaj. Nic nie pamiętają. To już kiedyś było.

***

Uratował go defensor. Feliks na poważnie zaczął się już martwić, że nie dotrze do miasta przed burzą pyłową. Wicher dął coraz mocniejszy, tumany kurzu przesłaniały niebo, a do miejskich murów pozostał spory kawał... kolejny już raz w ciągu tego dnia żegnał się z życiem, gdy ujrzał w oddali sylwetkę jeźdźca. Początkowa radość ustąpiła jednak zdumieniu, gdy rozpoznał krwistoczerwony, kościelny uniform. Zakonnik zatrzymał skanuka tuż przed celującym w niego z różdżki centurionem. Nie siegnął po swoją. - Pokój z tobą człowieku. - Żołnierz nadal milczał. - Nie jesteśmy na wojnie. Wsiadaj, nie godzi mi się zostawić człowieka na pewną śmierć. - Prędzej od diabła by się spodziewał pomocy. Choć był ateistą. Śpieszyć się musieli i tak, bo burza nie zamierzała dawać im fory - huk wichru ogłuszał, ostre ziarenka drapały skórę, zostawiając blizny, kurz wciskał się wszędzie - ale Feliks doskonale wiedział, że najgorsze dopiero przyjdzie. Chwilami zdawało się, że nie zdążą, że złowroga przyroda ich zatrzyma, wywróci skanuka, że wszystko na marne, i tak umrą w tej zawiei. Ale dojechali. Strażnicy wpuścili defensora. Gdy wieje od pustkowi, nikomu nie odmawia się schronienia, nawet najgorszemu wrogowi. Ziarnisty, bury półmrok zapadł nad światem, rozbijające się o wały i przelatujące nad miastem tumany pyłu przesłoniły niebo; w popielatym świetle nieliczni przechodnie wyglądali niczym zabłąkane duchy, przemykające wśród szarych kamienic. - Skąd żeś tu się wziął? - spytał towarzysza zdumiony centurion. - Dziękuję za ratunek - przypomniał sobie po chwili. Dopiero teraz mógł dokładnie przyjrzeć się swemu wybawcy. Defensor liczył sobie może trzy światła, łatwo jednak stwierdzić, że nie spędził tego czasu za biurkiem - zaczerwieniona od słońca, poznaczona kreskowatymi bliznami twarz, wiechciowate, siwe wąsy - magowie żyjący w miastach pielęgnują śnieżnobiały, starannie utrzymany zarost, by odróżnić się od czarnowłosego plebsu. Ale na pustkowiu szybko wszystko szarzeje od pyłu, włosy, skóra, całe ubranie... po kilku dniach nie sposób odróżnić maga od niemaga. Natomiast do tej powierzchowności pustynnego weterana nijak nie pasował strój zakonnika - nowa, szkarłatna szata ze złotym krzyżem, przepasana ozdobną, seledynową bandolierą - od kontrastu mało czy nie wyszły centurionowi z orbit. Tylko różdżka tamtego potwierdzała przypuszczenia - porysowana, obtłuczona, pewnie niejedną walkę już widziała, w niejednej potrzebie pomogła swemu panu. - Nie potrzebuję pańskich podziękowań. Zrobiłem to, bo moja wiara nakazuje pomagać bliźnim w potrzebie.- Centurion skrzywił się. - A teraz może pan mnie zabić?- - Nie jesteśmy na wojnie.- - Powtarzam pytanie - skąd defensor w Hafenburgu?! - - A skąd imperialny czarnoksiężnik? To miasto tolerancji.- ostatnie słowo niemal wypluł, aż dziw, że ust nie otarł. - Was nie tolerują. - odrzekł poważnie Feliks. - Co tylko pokazuje ich hipokryzję.- - Może dlatego, że wy nie tolerujecie nikogo?- - Nie, my kochamy wszystkich.- - Gorącą, ognistą miłością.- - Jeśli trzeba.- - Taak, zawsze, gdy to niezbędne. Mogę się pana o coś zapytać?- - Oczywiście.- - Bóg nas kocha, prawda?- - Oczywiście.- - I tak umiłował świat, że zesłał na Ziemię swego syna, by zbawić ludzi?- - Oczywiście.- - Ale Bóg jest jeden, w trzech osobach?- - Nie ma pojęcia, do czego pan zmierza, ale owszem, tak uczy Pismo..- - To może mi pan, szlachetny defensorze, wytłumaczyć, dlaczego Wszechmocny Bóg stał się ciałem, w celu złożenia w ofierze samego siebie samemu sobie, tak by jego stworzenie mogło uciec przed Jego własnym gniewem? Czy w swej nieskończonej mądrości nie mógł wymyślić czegoś choć trochę sensowniejszego? - - No... my nie rozumiemy planów boskich... i z pewnością rozumiemy... znaczy...- zaplątał się zakonnik - Cóż, nieważne. - drwiący uśmiech czarownika - Skoro niczego się już nie dowiem... Jestem panu wdzięczny, panie...- - Jens Schwarzdorf. Licencjonowany defensor okręgu Błękitnego Artanatu, radca stanu Magistratu i chorąży Regimentu Św. Dominika w Armii Krzyżowej.- - Feliks Geta. Po prostu. Jak już mówiłem, jestem wdzięczny, ale... czekają mnie tu pewne nie cierpiące zwłoki sprawy.- centurion nawet nie silił się na uprzejmość. Wybawiciel, czy nie, defensor zawsze twój wróg. - Rozumiem. - odrzekł chłodno zakonnik. - Do zobaczenia.- Dopiero, gdy tamten się oddalił, legionista powtórzył w myślach ostatnie jego słowa. - Zaraz! Dlaczego, murwa twoja mać, on powiedział "do zobaczenia"?!-

***

- W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Pierwsze zaćmienie, Czyściec Wątpiących przesłania Inferno, Eden blednie na tle czarnego nieba. Przez dwa wizgi rozważamy grzech zwątpienia, któren jest pierwszym stopniem ku apostazji. - Kościół pusty, nie licząc wiekowego już staruszka, proboszcza, który pośród ciemności, przy blasku jedynej świecy, odprawia na głuszy Nabożeństwo Pierwszego Zaćmienia. Neuwald nie przerywa, przechodzi niewidoczny wzdłuż bocznej nawy, mijając puste rzędy ławek, starając się nie budzić echa. Mija boczny ołtarzyk z figurą Św. Johna Bez Oczu, po czym wchodzi do wnętrza staroświeckiego, murowanego konfesjonału. Nie po to jednak, by spowiadać skruszonych grzeszników, choćby nawet jacyś się zjawili. Siada na krzesełku, zasłania kratkę, wystukuje kod - i oto zjeżdża w dól z zawrotną szybkością, zapadnia zamyka się nad głową, ogarnia go atramentowa czerń. Ano, przygotuj się, niedługo spotkasz się z prawdziwym Mrokiem... Wtem - oślepiający blask, białe, sztuczne światło. Betonowa podłoga, takie same ściany, zimno i wilgotno. - Chrystus Zmartwychwstał. - - Prawdziwie powstał. - odpowiada odruchowo ksiądz, choć nie widzi jeszcze komu. Oczy wolno przyzwyczajają się do światła, magiczne węże na ścianach świecą zbyt jasno - po co tak marnować moc? Ale skoro Kościół płaci, to co im tam. - Wszystko w porządku, proszę księdza? - pyta ten pierwszy, rozmazana sylwetka w czerwonym stroju wyciąga ku niemu rękę. - Jens Schwarzdorf, oficer bezpieczeństwa ekspedycji. - - Tomas Neuwald, kapelan, pierwszy oficer. - ksiądz z trudem wstaje, jeszcze kręci mu się w głowie po zawrotnym zjeździe. Teraz dopiero rozpoznaje w swoim rozmówcy defensora. No tak, strażnicy wiary, jak zawsze, musieli wcisnąć swojego agenta. - Gdzie kapitan? - - Nie znam jeszcze nazwiska dowódcy wyprawy, to ściśle tajne. - - Jak to? Przecież wchodzimy w portal za... ile? - - Jeden wizg, dwa pacierze, zdrowaśkę i sześć sekund. - informuje dokładnie techniczny. - Reszta załogi już czeka w żaglowcu. - - Prowadź, bracie. - Ruszają długim, jaskrawo oświetlonym korytarzem. Defensor milczy, na jego twarzy maluje się ogromne napięcie. - Jak ksiądz myśli, co tam spotkamy? - - Gdzie? - - Jak to - gdzie? Czy ja pytam o kawiarnię na Placu Wolności? - - Bracie, w środku, czy na zewnątrz? Najpierw trzeba tam dotrzeć, a to już samo w sobie jest diabelnie niebezpieczne. A co nas czeka w środku... Bóg jeden wiedzieć raczy. - - Myśli ksiądz, że coś przetrwało? Przez tyle tysiącleci? - - Modlę się, żeby tak nie było. Ale pamiętaj, jak skończyli inni.- - Przecież nie wiadomo, jak. - - No właśnie. - Ciężkie, ołowiane drzwi. Defensor wprowadza kod, zgrzytają koła zębate, grube na dłoń wrota wsuwaja się w ścianę. Od wewnątrz nie ma zamka. Świetnie, jak coś pójdzie nie tak, to nie mamy nawet drogi ucieczki. Komnata, do którego wchodzą, przytłacza ogromem, przywodzi na myśl główną nawę Wielkiej Katedry. Thomas tylko raz w życiu widział tak wielkie pomieszczenie. W panującym półmroku wrażenie potęgują betonowe ściany, pochylające się łukowato ku owalnemu otworowi w sklepieniu. Kłęby magicznych węży, leżące splątane na podłodze, trzeba uważać, stąpając, bo potrafią boleśnie ukąsić. Centralne miejsce zajmuje sama wyrzutnia, na niej zaś pokryta złotawą farbą, wysmukły statek celuje szpicą ku sufitowi. Żagli nie widać, są schowane pod pokrywami pancerza. Technomag w jaskrawej, pomarańczowej szacie, stojąc na ażurowym rusztowaniu, białym płomieniem z różdżki spawa blachy powłoki, iskry sypią się wokół. Święty Johnie Bez Oczu, patronie inżynierów, dlaczego oni zawsze muszą wszystko robić na ostatnią chwilę?! Właz wejściowy otwarty, ale w środku pusto - ksiądz szuka wzrokiem współtowarzyszy podróży, ale poza obsługą i defensorem w hali nie ma nikogo. Już chce spytać swojego towarzysza o pozostałych, gdy z głośnym zgrzytem po drugiej stronie komnaty rozwierają się identyczne wrota. Stojący w nich, odziany w szamerowaną srebrem, czarną kurtę miast zwyczajowej szaty, niewysoki człowiek na pierwszy rzut wydaje się niemagiem - siwe włosy, brak zarostu, absurdalnie krótko ścięte włosy. Trzyma niby różdżkę, ale czarną, krótszą od tych, które dotąd widywał kapłan. - Na wszystkie otchłanie Hadesu, zemstę Furii i gniew Jowisza! Wiedziałem, psiachyl, że nie bez powodu rzuciłeś pan to "do zobaczenia!". Nie mógł pan od razu powiedzieć?! - krzyczy od progu nieznajomy przybysz, wprawiając Neuwalda w coraz większe zdumienie. Defensor chyba jednak wie, o co chodzi, bo odrzeka spokojnie furiatowi: - Misję objęto klauzulą tajności, choć oczywiście mogłem się domyślać prawdopodobnego celu pobytu imperialnego czarnoksiężnika w Hafenburgu, to nie było sensu się dekonspirować.- - Artańscy, suka ich rwań zachlebiona. Formaliści, urzędasy i szpiedzy.- - Proszę księdza, to jest Feliks Geta, kapitan wyprawy. Panie Geta, oto Thomas Neuwald, kapelan i pierwszy oficer. - dokonuje przedstawienia defensor. - Panie kapitanie, powinien być jeszcze jeden Imperialny? Pilot? - - Nie wiem, przyjechałem sam. - - Nie mamy cza...- zaczyna Schwarzdorf, gdy przerywa mu głos z, wydawałoby się, pustego wnętrza żaglowca. - I nic dziwnego, skoro zasuwałeś waść prawie setkę mil na północ od Wrót Świata, zamiast, jak trzeba, wsiąść na wodolot w Urbi Mare. - w otworze wejściowym pojawia się najpierw nieforemny łeb jakiegoś monstrum, potem wynurza się cała istota, niby humanoidalna, ale biała, błyszcząca, z jednym, za to ogromnym, szklistym, czarnym okiem z przodu. Dopiero gdy bierze w ręce głowę i zdejmuje ją z korpusu, Thomas orientuje się, że to zbroja przestrzenna. - Dekurion Leon Oktawiusz Salwator, mag szturmowy drugiego stopnia. - ostrzyżony identycznie jak kapitan, białowłosy mężczyzna nie liczy sobie chyba nawet dwóch świateł, co czyni go młodszym od Neuwalda. - Będę robił, proszę waszmościów, za pilota. - - No proszę, prawdziwy szturmowiec Imperium. - komentuje Schwarzdorf. - Ciekawe, dlaczego to ja ma nadstawiać karku w pierwszej linii, podczas gdy z tyłu będzie marnować swe umiejętności wyszkolony mag bojowy? - - Cóż, zapewne Komisja wie lepiej, kto się nadaje do skomplikowanych zadań, a kto tylko jako mięso armatnie. - odparowuje tamten bez namysłu, defensor zaciska zęby i milczy. Ośmielony pilot zwraca się do księdza: - To jak, panie kapelanie? Zobaczymy z bliska Pana Boga? - - Że jak? - - No, przecież mieszka w Ogrodzie Edenu, spoglądając na swe dzieci, notując złe i dobre uczynki, kto będzie zapisany w Bazie Danych Życia, ten dostąpi zbawienia, a kto nie, ten spłonie w czeluściach Inferna - przemawia drwiąco młody, ze sztucznym patosem. - Zawsze mnie ciekawiło, gdzie dokładnie na Edenie przebywa Wszechwiedzący? Unosi się w chmurach nitrogenium? Wiruje w kółko w którejś z Trzech Wielkich Plam? A może krąży razem z pierścieniem skał i lodu? - - To tylko alegoria...- ksiądz patrzy błagalnie na kapitana, ale ten udaje, że nie słyszy impertynencji swojego rodaka. - Z wami, teistami, tak zawsze - co my zrobimy lepsze teleskopy, to u was coraz więcej alegorii. Ciekaw jestem, jak mi waszmość wytłumaczy coś takiego - Bóg jest ojcem Jezusa, nieprawdaż? - - Tyle was chyba nauczyli o mitach i zabobonach wroga. - odgryza się kapłan. - Czyli tak. I to on zapłodnił Maryję, że zaszła w ciążę? - - To potężny skrót myślowy, ale...- - Ale tak. W takim razie - czy Bóg ma spermę? - Neuwald tylko westchnął. - Jeśli Bóg zechce, może mieć spermę, nogi, rogi, kopyta, smocze skrzydła i Cesarską Orkiestrę Symfoniczną za uchem. Może również stworzyć kamień, którego nie będzie w stanie podnieść, a potem go podniesie; potrafi sam się zabić, a potem stworzyć na nowo, mimo, iż wtedy nie istnieje. Jak wszystko, to wszystko. To nie musi być logiczne, bo przecież to On stworzył logikę i ustalił jej prawa. Jeszcze jakieś pytania? - Szturmowiec milknie, chwilowo spacyfikowany, jednocześnie księdzu przychodzi w sukurs Schwarzdorf, cięty jeszcze za nazwanie go mięsem armatnim. - Wszystko pięknie i logicznie, panie Salwator - wy, apostaci, możecie jeden po drugim obalać te sprzeczne dogmaty, forsować racjonalny obraz świata, śmiać się z żałosnych zabobonów - powiedzcie mi tylko jedno - gdy już wszystko obalicie i wyszydzicie - dlaczego zawsze jestescie tacy smutni? - Tym razem głos zabiera milczący dotąd Feliks Geta: - Bo mamy odwagę myśleć samodzielnie. I widzimy świat takim, jakim jest naprawdę .- - A jakiż to świat widzicie, kapitanie? - - Niewesoły, panie Schwarzdorf. Niewesoły.- Przerywa im schodzący z rusztowania technomag. - Hej, panowie dyskutanci! Portal otwiera się za cztery pacierze, więc jeśli chcecie za tego światła gdziekolwiek się wyprawiać, to czas ubrać się i zająć stanowiska!-

***

- W tym czymś mam spędzić dwa dni? - zdegustowany ksiądz ogląda zbroję przestrzenną. - Nie jestem golemem! Przecież jak się nie zagotuję, to na pewno uduszę! - podnosi do oczu czarny, błyszczący hełm ze złotawą przyłbica. Ma trochę racji- przyznaje w myślach kapitan, zapinając szczelnie płyty napierśnika. - artańskie pancerze to archaiczny złom. - Trzeba było wziąć własną, hehe. - szczerzy zęby młody dekurion. - imperialne chociaż nie dekompresują się przy byle uderzeniu... No, i butlę mają poręczniejszą. - przypina do biodra dwa owalne, aluminiowe zbiorniki, mniejsze i lżejsze od kwadratowych, stalowych pojemników przytroczonych na stałe do grzbietów artańskich zbroic. - starczy na tyle samo, a wygodniej się chodzi. - - To znaczy na ile? - dopytuje się zdenerwowany ksiądz, odpowiada mu Geta: - Dwa wizgi, zakładając średnio intensywny wysiłek. - - Trochę krótko. - - Eksplorację wewnątrz obiektu będziemy prowadzić uwiązani na tchawicy, dopiero w razie potrzeby skorzystamy z zasobów autonomicznych. Wychodzenia do Wysokiego Mroku nie przewidujemy. - - Czyli będą na pewno. - złośliwie stwierdza szturmowiec. - I wyślą na nie, rzecz jasna, jedynego doświadczonego Wędrowca w załodze. Hej, panie Neuwald! Przecież Artan Alexander ma swoich Strażników Mroku, dlaczego lecą z nami ksiądz i defensor, którzy boja się nawet założyć zbroi? - - Niczego się nie boję. - kapłan w końcu, przy pomocy defensora, wcisnął się w czarny pancerz. Najpierw kaftan pod zbroję - miękki w dotyku, z wszytą magiczną grzałką - w Mroku potrafi być tak zimno, że nie wytrzyma tego nawet najbardziej zahartowany człowiek. Potem wsuwa na nogi ciężkie, stalowe trzewiki, wyłożone grubą błoną nagolenniki, nakolanniki, hartowany fartuch z przytroczonymi zapasowymi kryształami mocy i sygnalizatorem błyskowym, napierśnik z herbem Alexandra i naplecznik, kolczaste, podbite ludzką skórą naramienniki, nałokcice, zarękawice, same rękawice w końcu - lepsze niż model, na którym ćwiczył, nie obciążające palców i dające pewną swobodę manewru. W końcu ozdobny, skrzydlaty hełm - świat przybrał złotą barwę od szklanej przyłbicy, dopiero po chwili Neuwald się przyzwyczaił. - Wchodzimy. - nadaje komendę kapitan. Teraz nie można już mówić, tylko błyskać Morsem. Wnętrze wehikułu zdaje się bardzo ciasne w porównaniu z jego zewnętrznymi rozmiarami. No cóż, większośc masy zajmują żagle, teraz zwinięte pod wierzchnimi blachami. Kapitan sadowi się w środkowym sarkofagu, po jego prawej kładzie się Neuwald, po lewej Schwarzdorf, dekurion w poprzek kabiny, w miejscu pilota. - Gotowość? - - Melduję. Posłusznie. Pełna. Gotowość. - po wejściu na pokład zniknął gdzieś ten bezczelny, nonszalancki młodzieniaszek, który dopiero co pouczał Feliksa o prawidłowej trasie z Imperium do Hafenburga. Leon Oktawiusz Salwator przemienił się teraz w profesjonalistę, pilota Żaglowca Mroku, człowieka, który nie skończywszy nawet dwóch świateł, dorobił się drugiej rangi maga szturmowego, co jego kolegom zajmowało pół życia. - Na. Tym. Etapie. Nasza. Interwencja. Niepotrzebna. Panie. Kapitanie. To. Oni. Wyrzucają. Machinę. W. Portal. - - Pytam. O. Was. Mogę. Zamykać? - - Tak. - Geta przekręca niklowany zawór, raz, drugi. Złoty właz z głuchym brzękiem wskakuje na swoje miejsce. - Teraz. Ani. Drgnąć! Jeden. Poważny. Wstrząs. I. Naprawdę. Popędzimy. Do. Edenu. Oglądać. Pana. Boga. - - Dwie. Zdrowaśki. Szesnaście. Sekund.- ożył naścienny glif nadawczy. - Jedna. Zdrowaśka. Dziewiętnaście. Osiemnaście...- na zewnątrz wył alarm, głos syreny przebijał się zza ściany zgłuszony, jakby z innego świata. Zaraz rzeczywiście będziemy w innym świecie. Co tam spotkamy? - Piętnaście. Szesnaście...- Ksiądz zacisnął kurczowo palce na krawędzi sarkofagu. - Dziesięć. Dziewięć... - Towarzysze w zbrojach i sarkofagach wyglądali jak nieruchome, spoczywające od lat golemy, czekające na rozkaz czarownika. Nie widać twarzy. - Pięć.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%