Kryminał · 1 godz. 6 min czytania
Defibryparalizator
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Defibryparalizator”
Uprowadzenie.
„To ciekawe jak mało wspólnego mają ze sobą policyjna syrena i ryba o torsie kobiety.”
Muzeum było całkiem puste. Ciszę mąciła mucha, która niezadowolona z pobytu na czubku głowy Piłsudskiego latała tu i ówdzie w poszukiwaniu lepszego lądowiska. Miotała się po całej powietrznej przestrzeni tego pachnącego starością budynku, aż przycupnęła sobie na nadszarpniętej zębem czasu lufie Schmeissera MP-40. Twarz woskowego esesmana była smutna. Nie wiadomo czy z powodu muchy na pistolecie czy też przegranej wojny. Oczy germańskiego żołnierza skierowane były na ogromny plakat przedstawiający scenę z Powstania Warszawskiego. Muzeum było całkiem spore. Na tyle duże, by zmieścić w sobie naturalnych rozmiarów model pierwszego wagonu typu Wars. Mariusz wepchnął wiaderko z mopem do sali poświęconej rewolucji francuskiej. Rozejrzał się i powiesił ortalionową torbę z kanapkami na szyi Robespierre’a. - Ja wiem, że rewolucja pożera swoje dzieci, ale jak ty mi zeżresz kanapki to dostaniesz w swój woskowy tyłek. Potrzymaj jeszcze to, tylko nie dzwoń na miasto. Po tej krótkiej acz treściwej wypowiedzi Mariusz wsadził w rękę Francuza krótkofalówkę. Miała ona mu służyć do kontaktowania się z portierem, który jednocześnie był szefem ochrony (co czyniło go szefem samego siebie). Kontaktowanie to ograniczało się jednak jedynie do opowiadania dowcipów o Żydach. O szyby okien zaczął dudnić deszcz. Mariusz popatrzył przez chwilę na krople wody spływające po szkle. Poczuł, że o czymś zapomniał. Stał przez chwilę tępo wlepiając wzrok w poszarpaną francuską flagę. Czy zostawił w domu włączone żelazko? Nie, to odpadało, przecież nigdy nie prasował swoich ubrań, twierdząc całkiem słusznie, że samo się rozprostowuje na ciele. Szyby w oknie zadrżały od burzowego grzmotu i w tym momencie nadeszło olśnienie. Gdyby Mariusz żył w świecie kreskówek nad jego głową pojawiłaby się rozświetlona żarówka. - Świetlik! Rezolutny sprzątacz rzucił się kłusem w kierunku głównego hallu, gdzie przez otwarty w suficie świetlik, wpływał wodospad deszczu, który uderzając o podłogę tworzył coś w rodzaju odwróconej fontanny. W połowie drogi Mariusz przypomniał sobie o kanapkach które zostawił na szyi Robespierre’a. Francuz wprawdzie wykonany był z wosku, ale jakoś nie wzbudzał zaufania. Tymczasem hall był już całkiem zalany. Portierowi wcale to nie przeszkadzało w spaniu sobie smacznie we wnętrzu poniemieckiego wozu opancerzonego. Mariusz dopadł do maszyny i zaczął wrzeszczeć przez jej właz - Stefan! Stefan, wstawaj! Wiem, że tam jesteś opasły staruchu! Stefan nie słyszał wołania, gdyż na uszach miał słuchawki z nastawioną na pełen regulator składanką najlepszych hitów Abby. Mariusz wykorzystał do obudzenia kolegi znalezioną w kieszeni figurkę postaci z serialu telewizyjnego z lat osiemdziesiątych. Prawdopodobnie już nikt nie pamięta nawet jego tytułu. Stefan uderzony rzeczoną figurką przebudził się i zobaczył nad sobą pociągłą twarz Mariusza zwisającą z włazu opancerzonego wozu. - Gdzie jest drabina?! -Co? - Drabina! - Co? -Zdejmij słuchawki! Stefan naturalnie nie słyszał wydanego mu przez Mariusza polecenia, ale pomyślał, że zdjęcie słuchawek może dobrze wpłynąć na jakość konwersacji. - Co chciałeś? I co tak szumi do jasnej Anielki?! - Woda z dachu, drabinę! - Drabina jest w Warsie, jaka woda? Stefan już odpowiedzi nie usłyszał. Drabina zaiste była w Warsie. Sprzątacz wyjął ją i rozstawił pod otwartym oknem w dachu głównego hallu. Gdy był mniej więcej w połowie drogi ku sufitowi deszcz przestał padać. Profilaktycznie jednak okno zostało zamknięte. Hall wyglądał jak jezioro Michigan w skali trudnej do przybliżenia. Na szczęście nie znajdowało się w nim nic, co mogłoby zostać zniszczone pod wpływem kwaśnego deszczu. A kwaśny z pewnością był. Stwierdził to Stefan, który z żalem zauważył, że bułka z serem twarogowym, którą zostawił na ławce w hallu smakuje teraz jak bułka z serem pleśniowym. Mariusz umył podłogę i spojrzał wymownie na zaspanego portiera żującego rozmiękniętą bułkę. Przypomniał sobie o swoich kanapkach, które zostawił na szyi rewolucjonisty. Poszedł więc po nie niespiesznie, nucąc pod nosem Marsyliankę. Gdy wszedł do sali od razu stwierdził, że coś jest nie tak. Podszedł do Robespierre’a i zamarł. Kanapki zniknęły. Francuz wydawał się szyderczo uśmiechać. -Nie wpieniaj mnie Bonbon. Mariusz wyciągnął z dłoni woskowej figury krótkofalówkę. - Stefan, słyszysz mnie? - No fo jeft Mariufku? - Znów coś żresz! I nawet chyba wiem co! Stefan przełknął. - No ja też wiem. Swoją bułkę z jakiegoś rodzaju serem. - Tak? Łżesz psie! Wiem, że zżerasz moje kanapki! W tym momencie portier wszedł do pomieszczenia z którego nadawał Mariusz. Ze zdziwieniem na twarzy podszedł dzierżąc w jednej dłoni krótkofalówkę, w drugiej zaś resztkę rozmiękniętej bułki. Jasnym się stało, że to nie on jest tym, który uprowadził kanapki. W sali zapadła krępująca cisza, którą znów przerwała mucha znudzona miejscem swojego bytowania. Tym razem za lądowisko obrała sobie woskowe ciało martwego francuza leżącego w sztucznym błocie, przypominającym konsystencją czekoladowy pudding. Przez mokre jeszcze okno zaczęły przebijać się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Wstawał nowy dzień. Stefan i Mariusz ledwo skończyli doprowadzanie hallu do porządku kiedy usłyszeli chrobot klucza w zamku. Szedł kierownik. Spojrzeli po sobie, następnie ogarnęli wzrokiem podłogę i meble. Wszystko suche, nie zorientuje się. Kierownik zwykle przychodził godzinę przed otwarciem, żeby zobaczyć czy wszystko jest porządku, podłogi czyste, a eksponaty w całkowitym porządku. Od dwóch lat, kiedy pracuje tu Mariusz zawsze wszystko było tip-top, co więcej, od piętnastu lat, kiedy pracuje tu Stefan wszystko było tip-top. Jakże wielkie było więc ich zdziwienie kiedy nagle z jednej z sal dobiegł ryk kierownika - Rogal! Rogal natychmiast do mnie! Portier – szef ochrony Stefan Rogal pobiegł w stronę, z której dobiegał owy kierowniczy ryk. Za nim poczłapał zmęczony nocną, mokrą robotą Mariusz. Miał nadzieję, że kierownik znalazł jego zaginione w nocy kanapki. - Rogal, ty stara kupo tłuszczu, wytłumacz mi gdzie do jasnej cholery jest Syrena! - Fłucham? Stefan jak zwykle coś przeżuwał. Tym razem była to czerwona papryka. - Syrena! Za wrzeszczącym i czerwieńszym od najjaskrawszego odcienia czerwieni kierownikiem widoczny był postument, na którym od piętnastu co najmniej lat stała oryginalnej wielkości makieta warszawskiej Syrenki. - Nie ma jej panie kierowniku. - To akurat widzę, gdzie jest?! - Powinna być tam, na podeście panie kierowniku - A widzisz ją na podeście? - Nie, panie kierowniku. - Co to ma znaczyć?! - Wydaje mnie się… panie kierowniku… - No… - Że ją kto pierd… - Co? To pytanie padło jednocześnie z ust kierownika i sprzątacza. - No… pierd, skroił, podharcerzył, ukradł. Zapadła cisza. Stefan chciał ją jakąś przerwać, ale udało mu się tylko wydusić nieśmiałe - Panie kierowniku. Kierownik coś wymamrotał pod nosem, po czym wyciągnął telefon i zadzwonił na policję. Po piętnastu minutach słychać było jęczenie radiowozu podjeżdżającego pod gmach muzeum. Mariusz usiadł na ławce pod ścianą i sam do siebie wymamrotał -To ciekawe, jak mało wspólnego mają ze sobą policyjna syrena i ryba o torsie kobiety. Spojrzał na ścianę i zgniótł krótkofalówką, zajętą poranną toaletą muchę.
Detektywi.
„Kanapka może powiedzieć o człowieku więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.”
Kierownik pobiegł w stronę głównych drzwi, żeby otworzyć czekającym policjantom. Gdy już weszli do środka zapytali czy nie mogliby dostać kawy. Z pomocą nadszedł Stefan, który w swojej kanciapie miał zapasy żywieniowe, którymi mógłby wykarmić czteroosobową rodzinę przez co najmniej miesiąc. W normalnej sytuacji zapewne nie byłby zadowolony z tego, że musi się z kimś tym dzielić, ale teraz czuł, że powinien być miły i uczynny. Pognał więc do kanciapy i zaczął parzyć najlepszą kawę jaką tylko umiał. Chwilę potem po muzeum roznosił się miły aromat. Policjanci niespiesznie zabrali się w końcu do swoich obowiązków. Zabezpieczali ślady i opowiadali dowcipy o pracownikach sieci sklepów z gadżetami erotycznymi. Po pół godziny pod schody muzeum podjechał z piskiem opon amerykański wóz barwy młodych ziemniaczków. Wysiadło z niej dwoje ludzi ubranych pod kolor karoserii. - No już przyjechał ten buraczany duet… Jeden z policjantów wyraźnie nie był zadowolony z wizyty tej dwójki. - Dzień dobry. Pierwszy zaczął mężczyzna. - Ja nazywam się Jarosław Jasnorzewski, a to moja partnerka, Maria Iwaszkiewicz, jesteśmy z wydziału dochodzeniowego. Kierownik patrzył na detektywów jak na obraz Matki Świętej na Jasnej Górze. - I państwo będą szukać naszej glinianej syrenki?! -No przecież nie kanapek Mariusza Stefan próbował być elokwentny. -Zamknij się gruby. Kierownik wyraźnie nadal był zły na portiera. Mariusz, który siedział do tej pory i przysłuchiwał się rozmowie podszedł nieśmiało i zagaił -Ej, wiecie, że jakbyście się zamienili nazwiskami to… -Wiemy! Detektywi przerwali mu jednocześnie widocznie zażenowani. Jasnorzewski postanowił zebrać zeznania. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni ziemniaczanego płaszcza notes i pióro. Razem z tym zestawem wydobył niechcący breloczek w kształcie owcy o diabelskiej głowie. Schował to pospiesznie unikając spojrzenia partnerki. - Panów godność? - Co? -No nazywacie się… -Aa, no tak. Mariusz Pszenny - Stefan Rogal - I jeszcze mają czelność mieć jakieś uwagi co do nazwisk… Stojąca tyłem i przyglądająca się miejscu po Syrence detektyw Iwaszkiewicz rzuciła przez ramię słuszną uwagę. Oboje byli dziwnie zainteresowani Syreną, która w zasadzie nie była jakoś specjalnie wartościowa czy też chociaż ładna. Ot, tania wersja Syrenki warszawskiej, zrobiona z gliny. Detektywi natomiast byli bardzo przejęci całym zajściem. Jasnorzewski kontynuował rozpytywanie - Czy w nocy wydarzyło się coś, co wzbudziło panów podejrzenie? Jakieś nietypowe odgłosy? Otwarte okno? Uchylone drzwi? Gdy policjant wspomniał o otwartym oknie, Mariusz nieco się zaczerwienił i spuścił wzrok na swoje stylowe sandały. Zauważył przy tym, że założył dwie różne skarpetki, z których jedna miała dziurę na dużym palcu. Pokiwał nim figlarnie całkowicie bez powodu. Tymczasem Stefan postanowił odpowiedzieć na pytanie - Nie, nic podejrzanego się nie działo, wszystkie drzwi i okna były pozamykane. - Tak całkiem nic? Nic, a nic? - Zginęły mi kanapki… Cicho wtrącił Mariusz - A więc jednak! Jakie to były kanapki? To ważne. - Kanapki jak kanapki. Dwie kromki chleba, a pomiędzy nimi masło, szynka, ser, ogórki, sałata, pomidor i kawałki fety. Sztuk sześć. Detektywi i przesłuchiwani jednocześnie przełknęli ślinę. Dochodziła 10 rano, czas najwyższy na śniadanie. Krótką chwilę milczenia przerwała Iwaszkiewicz - Kanapka może powiedzieć o człowieku więcej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. -Ale to moje kanapki to czy one nie powiedzą raczej czegoś o mnie? -Proszę się nie wymądrzać. Jesteście już wolni, możecie iść do domu, nie mamy więcej pytań Mężczyźni dygnęli i wycofali się do głównego wyjścia. Przy zaparkowanym przed muzeum wozem detektywów kręcił się osiedlowy złodziejaszek Murek. Wyraźnie zainteresowany był felgami, w których z łatwością można było się przejrzeć niczym w lustrze. Mariusz postanowił porozmawiać z odzianym w granatowy dres młodzieńcem. - Murek, powiedz mi, ale szczerze… -Fajne te kółka. O co chodzi panie majster? - Spałeś dziś w nocy? - Jak zabity. Usiadł na masce ziemniaczanego wozu, zapalił papierosa i kontynuował - Ale jak wam gwizdli rybę z cyckami to akurat widziałem. Z drzwi muzeum wyszedł kierownik i zaczął krzyczeć na dzieciaki, które jeździły na deskorolkach po schodach budynku. Murek korzystając z chwili nieuwagi zniknął gdzieś między śmietnikami zostawiając niedopałek na masce samochodu. Buick LeSabre, bo taka była nazwa wozu prezentował się już nieco mniej dumnie. Zniżony do poziomu popielniczki wydawał się nawet nieco śmieszny. Jeśli w ogóle samochód może być śmieszny. W zasadzie w sytuacji w jakiej znaleźli się pracownicy muzeum nic już nie wydawało się śmieszne. Dochodzenie w tej sprawie nie było zbyt długie. Właściwie niewiadomo czemu skazani zostali właśnie oni. Być może dlatego, że jedyne ślady jakie znaleziono w muzeum były ich śladami, a być może dlatego, że sędzina była matką pierwszej żony Stefana. Tak czy owak, wyrok zapadł. Dwa lata w zawieszeniu, rok nadzoru kuratorskiego oraz dyscyplinarne zwolnienie z pracy w muzeum. Ten okres pozwolił Mariuszowi na zajęcie się sprawami, na które do tej pory nie miał zwyczajnie czasu. Jak wiadomo praca nocnego sprzątacza jest dosyć absorbująca. Właściwie chodzi o to, że po przepracowanej całej nocy, wraca się do domu i kładzie spać, następnie wstaje i ogląda Teleexpres, zjada na kolację obiad i zabiera się do pracy. I tak w koło Macieju. Na pozostałe sprawy brakuje czasu. A przecież Mariusz miał zawsze swoje pasje. Jedną z nich było strzyżenie żywopłotów w konkretne kształty. Kiedyś nawet wygrał konkurs na najciekawszą żywopłotową fryzurę. Jego praca to oryginalnej wielkości żywy pomnik Hannibala na słoniu. Nagrodą była wycieczka do zakładu w którym powstają nożyce ogrodowe. Korzystając z chwili przestoju w akcji należałoby nieco bliżej opisać postać Mariusza. Urodził się on jako jedynak już ponad 30 lat temu. Był wyjątkowo mało urodziwym dzieckiem, głównie ze względu na odstające uszy i kolana, które zdawały się zginać w obie strony. Z wiekiem jednak cechy te znacznie zanikły i dzisiaj jest to mężczyzna może nie do końca przystojny, ale też nie brzydki. Nie wyróżnia się niczym szczególnym poza blizną na czole, którą posiada jeszcze od dzieciństwa. Jest to pamiątka po tym jak zbiegając ze stromej góry osiągnął prędkość tak wielką, że nie mógł już się zatrzymać i uderzył czołem w zaparkowanego na dole skarpy Żuka. Natomiast dzieciństwo Stefana było o wiele spokojniejsze. Wychowywany był przez babkę, która żyła w przeświadczeniu, że nie ma nic gorszego dla dziecka niż świeże powietrze i brud. Nie wypuszczała więc małego Stefanka na dwór na więcej niż pół godziny dziennie, a po jego przyjściu sprawdzała czy przypadkiem się biedaczyna nie spocił. Dbała o to tak bardzo, że w pewnym momencie zakazała dziecku chodzić do szkoły. Przecież naukę można pobierać w domu. W ten sposób, pozbawiony odporności Stefanek był najbardziej chorowitym dzieckiem w sąsiedztwie. Babka musiała dbać o to, by wychudzony po chorobie, wracał do swojej pierwotnej wagi. Futrowała więc dzieciaka niczym tuczne zwierzę, do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczął przypominać kulę z krótkimi kończynami ledwo wystającymi z tułowia. Inne dzieci twierdziły, że Stefanka jest łatwiej przeskoczyć niż obejść. W zasadzie miały rację. Był spaślakiem.
Część 22 / 2
Powrót.
„Nie należy ufać każdemu szpiegowi spotkanemu na ulicy.”
Od incydentu z Syreną minęło już sporo ponad rok. Stefan właśnie szedł po zakupy dla swojej babci, która mimo słusznego wieku nadal miała się dobrze. Stała się tylko nieco bardziej zrzędliwa i upierdliwa niż kiedyś. Półki samoobsługowego sklepu Stonka uginały się od towarów. Rzędy regałów i lodówek, a w nich produkty niezliczonej ilości producentów. Dział z pielucho majtkami znajdował się bezpośrednio za tym, ze zdrową żywnością. Bóg raczy wiedzieć dlaczego akurat w ten sposób człowiek, odpowiedzialny za rozmieszczenie działów ustalił ich kolejność. Tak czy inaczej pielucho majtki znajdowały się tam, gdzie się znajdowały. Ozdobą każdego działu była urocza hostessa. O ile w dziale z bielizną wyglądało to całkiem nieźle, tak przy stoiskach z pampersami dla dorosłych nie robiło to na nikim dobrego wrażenia. Stefan zastanawiał się właśnie nad tym, które opakowanie wybrać (wszak jedno oferowało gratis krem na odciski, natomiast drugie tylko sojowe płatki do mleka), gdy nagle ktoś z impetem wjechał wózkiem z zakupami w jego wypięty zadek. - Orientuj się! Za „sterami” wózka stał uśmiechnięty od ucha do ucha Mariusz. Wyglądał prawie tak samo jak tej przeklętej nocy kiedy ostatni raz ze sobą pracowali. Ta sama czapka, te same sprane dżinsy i flanelowa, kraciasta koszula. Prawie, bo tym razem dziury miał już w obu skarpetkach wystających spod zużytych sandałów. Zdecydowanie nie wyglądał wyjściowo. - O cześć. Nie wiedziałem, że tu kupujesz. Myślałem, że mieszkasz po drugiej stronie miasta. - Dobrze myślałeś. Nie jestem tu przez przypadek. Musiałem się z Tobą skontaktować. I to pilnie. Sprawa jest poważna. Ale nie rób takiej miny. Uśmiechaj się i udawaj, że mówimy o przyjemnych rzeczach. Szajba. Zdecydowanie szajba. To były dwie pierwsze myśli Stefana, który nie bardzo wiedział o co właściwie chodzi jego byłemu koledze z pracy. Kolejna myśl przywiodła stefanowemu umysłowi obraz Mariusza palącego jakiegoś rodzaju skręconego papierosa. Postanowił jednak na wszelki wypadek zastosować się do jego zaleceń i uśmiechnął się nieco sztucznie, pokazując zżółknięte od kawy zęby. - Lepiej. A teraz chodźmy do kawiarni. Tam Ci wszystko wytłumaczę. Ruszyli więc w stronę kas, gawędząc przy tym o tak zwanej dupie Maryni, robiąc dobrą minę do złej gry. W kawiarni usiedli przy zaciemnionym stoliku w kącie. - Słuchaj mnie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał - Co? Stefan wodził wzrokiem po kształtach kelnerki obsługującej przy stoliku obok. - Obserwują mnie. Ciebie zresztą też. Podejrzewam, że mają nasze telefony na podsłuchu. Tylko czekać, aż nas zgarną w jakimś ciemnym kącie i wezmą, to co im potrzebne. - A co jest im potrzebne? I jacy oni? Mariusz nachylił się nad stołem mocząc koszulę w serniku na zimno, przed chwilą przyniesionym przez kelnerkę. Nie zwrócił jednak na to większej uwagi i patrząc Stefanowi prosto w oczy kontynuował - Nie wiem kim są. Nie wiem też czego chcą. Wiem natomiast jedno. - Co wiesz? - Muszę uprać tę koszulę. Mężczyźni ustalili, że spotkają się w samo południe i postarają się jakoś dowiedzieć kto ich obserwuje. Nie wiedzieli jeszcze jak to zrobią, ale musieli odkryć tożsamość szpiegów. Szpiegów, trzeba przyznać, dość amatorskich. Mariusz zdołał się zorientować o ich pracy już pierwszego dnia, kiedy to idąc chodnikiem zauważył czarnego Mustanga sunącego powolutku za nim w odległości około dwóch metrów. Nie mógł jednak rozpoznać kto siedział w środku, gdyż nie pozwalały mu na to przyciemniane szyby auta. Musieli wymyślić jakiś sposób dowiedzenia się kto za tym wszystkim stoi. Po trwającej dobre parę godzin burzy mózgów stwierdzili, że pójdą po najmniejszej linii oporu. Podeszli do stojącego niedaleko czarnego jak noc samochodu i zapukali w szybę kierowcy. - No otwórz -Nie, nie otworzę -Otwieraj, Ci mówię… Ze środka usłyszeć można było teatralne szepty dwóch mężczyzn. Okno jednak cały czas pozostawało zamknięte. W końcu opuściło się nieco, tak, że widać było tylko oczy kierowcy. A właściwie jego przyciemniane okulary. - O co chodzi? - To nie przesada z tą czernią trochę? - O co chodzi? - Dlaczego nas śledzicie. Już sami doszliśmy do wniosku, że nie chcecie nam zrobić krzywdy. Zapewne mamy was gdzieś zaprowadzić. Nie wiemy jednak o co wam chodzi. - Wsiadajcie do tyłu. Okno zamknęło się, a kierowca odpalił silnik. Mariusz i Stefan spojrzeli na siebie z pewną dozą niepewności. Samochód był dwudrzwiowy. Po chwili szyba znów się uchyliła i pojawiły się okulary kierowcy. - Dobra, mój błąd. Mężczyźni umówili się na wieczór tego samego dnia w opuszczonej fabryce opon na końcu miasta, gdzie wg opowiadań żyją psy, które potrafią zjeść własny ogon i nie zadławić się kłakami. Wieczór nadszedł niespodziewanie szybko i były sprzątacz wyczekiwał swojego kompana pod oknami mieszkania jego babki. Długo nie wychodził. W końcu zza drzwi dobiegł głos seniorki. - Gdzie ty idziesz Stefciu, wieczór taki zimny, przeziębisz się jeszcze i umrzesz. - Wezmę czapkę babciu. Tak, kanapki też wezmę. W końcu w drzwiach pojawił się Stefan. Zbiegł po schodkach i klepnął Mariusza w ramię. - Idziemy. - Myślałem, że pojedziemy autobusem. - To tylko trzy przystanki, a musimy obmyślić przebieg ewentualnego planu B, który będzie różnił się od planu A tym, że będzie istniał. - To ciekawe. Ale nie rozumiem. Jadłem dziś suszone śliwki i chyba gazy mi uciskają mózg. - No w razie jakbyśmy musieli uciekać. - Uciekać? - Nie należy ufać każdemu szpiegowi spotkanemu na ulicy. Tak więc ruszyli marszem ku tej strasznej dzielnicy obmyślając plan B. Gdy doszli na miejsce ich oczom ukazała się ogromna hala fabryczna z powybijanymi szybami i ceglanymi kominami pamiętającymi czasy wojny. Nie było to urocze miejsce. Ruszyli w stronę budynku nieopodal którego zaparkowany był samochód. Nie był to jednak kruczoczarny Mustang, który ich śledził. Auto stojące za fabryką było jakiegoś jaśniejszego koloru. Niestety szarówka i delikatna mgła nie pozwalała na rozpoznanie jego marki. Weszli do środka. Panował tu półmrok. Szli w milczeniu. Nagle Stefan na coś nadepnął. Podniósł przedmiot, którym okazał się breloczek przedstawiający owcę o głowie diabła. - Już gdzieś to widziałem… Schował brelok do kieszeni i przeszli do następnego pomieszczenia. To co tu zobaczyli przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Nie. To było takie samo pomieszczenie jak poprzednie. Błądzili jak w labiryncie. W końcu wyszli na zewnątrz z drugiej strony budynku. - Może to nie tutaj. - Samochód stoi. - Ale to nie ten samochód. Tamten był nowy i czarny, a ten jest stary i…. - Ziemniaczany! Zorientowali się, że stoją przed maską samochodu o którym mówią. Postanowili, że należy zajrzeć do środka. Niestety żaden z nich nigdy nie kradł samochodów i nie bardzo wiedzieli jak się za to zabrać. Najpierw próbowali ze spinką do włosów, która znaleźli w kieszeni Mariusza. Kolejną próbą było wsadzanie w zamek pilnika do paznokci. W końcu postanowili wybić szybę. - Dobra Stefan, rozbijaj. - Ja? Dlaczego ja? - Masz tłuste ręce, nie połamiesz sobie kości. Dla pewności zawiń na pięści koszulę. Stefan postanowił pójść za radą kolegi. Zdjął koszule i zaczął owijać nią dłoń. W pewnym momencie z jej kieszeni wypadła diabelska owieczka, z której przy uderzeniu o betonowy podjazd wysunął się kluczyk od wozu. - Pomysłowa rzecz… Otworzyli samochód i zaczęli w nim grzebać. W schowku znaleźli trzy pary kajdanek. Na jednych było różowe futerko. Także w schowku znajdowała się mapa Wałbrzycha i odznaka detektyw Iwaszkiewicz. Ciekawsze rzeczy natomiast znajdowały się w bagażniku Buicka. Otóż znaleźli tam łopatę i dwa czarne worki. Zdecydowanie nie był to sprzęt jakiego używają zwykli detektywi. Coś ewidentnie śmierdziało. W końcu Mariusz przyznał się, że to on i jego suszone śliwki. Zdecydowali, że muszą dowiedzieć się co mają wspólnego szpiedzy w czerni z detektywami w brązie. Na początek należało opuścić tę depresyjną okolicę. Już mieli się zbierać, kiedy usłyszeli znajome głosy Jasnorzewskiego i Iwaszkiewicz. Niewiele myśląc schowali się pod kocem na tylnym siedzeniu wozu. Na ich nieszczęście ziemniaczany duet także wsiadł do auta. Wyjechali z terenu fabryki. Podczas podróży Jasnorzewski klął o zgubionym kluczu i o tym, jaka jego partnerka jest wspaniałomyślna, że zawsze ma zapasowy, natomiast Iwaszkiewicz uczyła się z kasety magnetofonowej jakiegoś języka. Mariusz w myślach stwierdził, że to na pewno czeski, natomiast Stefan obstawiał któryś z afrykańskich języków z rodziny bantu. Podróż trwała niespodziewanie długo. W końcu zajechali na miejsce i detektywi wysiedli. Przymusowi gapowicze odczekali chwilę i postanowili zrobić to samo. Niestety niewygodna pozycja sprawiła, że stracili nieco czucie w nogach. Zamiast wysiąść wypadli z wozu, uderzając twarzami w asfaltowe podłoże. - I co teraz? - Nie wiem. To mnie boli. I twarz. Twarz też mnie boli. Wszystko mnie boli. Życie mnie boli. - Mówiłeś coś? Mariusz dopiero pozbierał się z asfaltu i otrzepywał zamaszyście spodnie, oglądając przy tym nową dziurę w skarpecie. - Że twarz mnie boli. - Nic dziwnego, masz kamień w czole. Rozejrzeli się po okolicy i zorientowali się, że stoją na środku ogromnego parkingu. Jedynym budynkiem w zasięgu ich wzroku była stróżówka i szlaban, co stanowiło wyjazd z całego kompleksu. Przed stróżówką, na rozkładanym krześle turystycznym siedział cieć i mył w misce stopy. Dosyć ogromne, trzeba przyznać. Z pewnością około numeru 50. Do barierki schodków prowadzących do środka budki przywiązany był owczarek niemiecki. Owczarek zdawał się przyglądać stopom ciecia w sposób, w jaki zazwyczaj zwierzęta patrzą na swą ofiarę, nim ta stanie się ich obiadem. Stróżówka wydawała się jedynym wyjściem, więc ruszyli w jej stronę. Zajęty toaletą mężczyzna nie zwracał na nich uwagi, dopóki nie zbliżyli się do szlabanu. - Gdzie!? Cieć zerwał się na równe nogi. Stał w misce i zamaszystymi ruchami ramion łapał jeszcze równowagę. Pies wydawał się być rozbawiony tym widokiem, zaraz jednak spuścił wzrok na stopy tańczącego w wodzie stróża. - Wychodzimy szefie, już nas nie ma i wszyscy zadowoleni. - Jakie wychodzimy? Jakie wychodzimy się pytam! Tu nie ma przejścia. Ruch tylko dla pojazdów mechanicznych, nie ma żadnego wychodzenia ani wchodzenia, ja nie mogę doprowadzić do tego żeby jakieś łachmany mnie tu po parkingu, w jedną i w drugą, łaziły jak po deptaku jakim. Co to? Molo w Sopocie? Tak? Co tak gały wywalacie!? Nie, to nie molo w Sopocie! Ani Krupówki w Zakopanem! Nie ma łażenia tutaj! - No ale… To jak wychodzą stąd ci wszyscy ludzie, których samochody tu stoją? - A normalnie, przez stróżówkę. -Acha, no to trzeba było od razu, to my już idziemy, tak? - Odznaka. - Słucham? - Muszę zobaczyć odznakę któregoś z was. Inaczej nie wpuszczę. W tym momencie Mariusz dostrzegł, że ponad oknem stróżówki widnieje oblepiony kurzem i wszelkiej maści brudem napis, z którego można było się dowiedzieć, że znajdują się na parkingu policyjnym. W międzyczasie Stefan zaczął opowiadać facetowi historię o zgubionej odznace i brawurowej akcji oddziału AT, którego rzekomo miał być dowódcą. Wsadził ręce do kieszeni i zmyślał na bieżąco, kiedy poczuł w dłoni zimny przedmiot. Była to owca z głową diabła, do której przyczepiony był kluczyk do Buicka detektywów. - Chyba wiem gdzie zostawiłem odznakę. Odwrócił się na pięcie i ciągnąc Mariusza za koszulę pomaszerował w kierunku wozu. Chwilę później sunęli już ku otwartemu szlabanowi. Przejeżdżając obok ciecia, Stefan rzucił psu kanapkę, w którą przed wyjściem zaopatrzyła go babcia. Niefortunnie spadła ona na świeżo umytą stopę kłótliwego mężczyzny, czego skutkiem było dotkliwe ugryzienie jej przez wygłodniałego owczarka.
Detektywi cz. 2
„Lingua Latina facilis est…”
Tego samego dnia rano. Przed komisariatem policji wstawał właśnie z chodnika długowłosy młodzieniec. Jeszcze parę minut temu pędził co sił w nogach przez miasto, nie zważając na potrącanych ludzi i samochody, przed których maskami cudem uchodził bez szwanku. W końcu przed samym komisariatem zderzył się czołowo z wózkiem wypełnionym hot – dogami. Wstał i wystrzelił na schody prowadzący do gmachu, przeskakując po trzy stopnie wpadł do poczekalni. Karcący wzrok ogromnej, czarnoskórej policjantki za ladą nakazał mu wyjaśnienie powodu, dla którego wpadł z impetem w niosącą właśnie akta młodą posterunkową. - Iwaszkiewicz wiadomość mam szukam są Jasnorzewskiego ważną detektyw nich i dla! - Co?! Wszyscy policjanci, zatrzymani i petenci znajdujący się w poczekalni ryknęli jednocześnie to krótkie pytanie. - Szukam detektyw Iwaszkiewicz i Jasnorzewskiego, mam dla nich ważna wiadomość! Ubrany w podarte dżinsy, spraną koszulkę i zniszczone trampki młodzieniec nie wyglądał na kogoś, kto może mieć do przekazania coś ważnego. - Sprecyzuj się synu, bo zaraz opuścisz lokal Otyła policjantka mówiła dosyć niskim jak na kobietę głosem. - Mam takiego newsa, że jak go im powiem to Jasnorzewskiemu spadnie tupecik! Poczekalnia ucichła -Nosi tupecik? Pewna młoda dama była wyraźnie zawiedziona - Nie no… tak mi się powiedziało. Ciszę zmącił głos z windy, która właśnie zjechała z góry. - Ground floor, main entrance – parter, wyjście z budynku. W jej drzwiach ukazały się sylwetki detektywów. Iwaszkiewicz ujrzawszy uradowanego jak małe dziecko obdartusa, robiącego aktualnie za główną rozrywkę skinęła na niego znacząco uzbrojonym w srebrny pierścionek palcem. Cała trójka wyszła z budynku i usiadła w samochodzie zaparkowanym przy schodach. - Zaczęło się coś dziać. Siedzący na tylnym siedzeniu chłopak wypowiedział pierwsze zdanie i z uśmieszkiem wychylił się ku przodowi, wciskając głowę miedzy przednie siedzenia. - Mów dalej. - Zaczęli ludzie w obserwować czerni ich. Przełknął. - Zaczęli ich obserwować ludzie w czerni. A ja tych ludzi. W czerni. I wiem coś ważnego. Zaraz się zsikam. Mają się spotkać dzisiaj i na pewno ma to związek z… no wiadomo czym. Wiecie jak ciężko podsłuchiwać przy pomocy takiego sprzętu?! Podsunął detektywowi pod nos telefon komórkowy ze zwisającymi z niego kabelkami i pulsującą diodą. - Do spotkania dojdzie dziś wieczorem w starej fabryce opon. -Spisałeś się Iks. Twoja dola. Iwaszkiewicz sięgnęła do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnęła z niej mocno nadszarpniętą zębem czasu talię kart tarota. - Przelicz. - No co też pani detektyw. Przecież pani ufam. - Iks, ale powiedz nam tak szczerze, po co ci te karty? Naprawdę warte były biegania przez ponad rok za tymi półgłówkami? - No jasne! Przecież to są karty, które były użyte przez Ronni’ego James’a Dio na okładce jego pierwszej płyty. To znaczy, mały być, ale jednak koncepcja się zmieniła. Ale faktem jest, że ich dotykał! Musiałem je mieć! - Tak… Dobra Iks, my nie mamy czasu, wiesz? Tak więc wysiadka. - Podwieziecie mnie pod dworzec? - Wysiadka. Chłopak wysiadł i pobiegł chodnikiem z uniesionymi w górze kartami, po czym zderzył się z wychodzącymi ze sklepu mężczyznami niosącymi kanapę. Sofę właściwie. Detektywi siedzieli w samochodzie i obmyślali plan. W końcu uradzili, że najlepiej będzie pojechać na miejsce spotkania jeszcze zanim pojawią się tam ludzie w czerni i mało rozgarnięci, byli pracownicy muzeum. Jasnorzewski wjechał z impetem na teren fabryki wzbudzając przy tym tumany kurzu. Okrążył cały teren i zaparkował za głównym budynkiem. Postanowili się rozejrzeć. Wysiadająca z wozu Iwaszkiewicz wdepnęła w psie odchody. - Już mi się tu nie podoba. - Przejdźmy się i poszukajmy jakiegoś dobrego miejsca na przyczajkę. - Na co? - No… punkt obserwacyjny Kobieta wcierała w trawę to, co miała akurat na podeszwie swojego stylowego pantofla. Trzeba przyznać, że jak na detektyw, była przystojną kobieta. Zadbane, kręcone włosy do ramion i błękitne oczy, od których spojrzenia stopniałby, tragiczny dla Titanica lodowiec. Pasowali do siebie z Jasnorzewskim – wysokim, postawnym brunetem o granatowym spojrzeniu i zawadiackim uśmiechu, który sprawiał, że na jego widok nastolatki zdejmowały majtki przez głowy. Ruszyli przez główny budynek i wyszli na dziedziniec przed fabryką. Przeczesali teren i znaleźli punkt obserwacyjny w postaci kabiny starego, przeżartego rdzą wozu strażackiego. Mężczyzna pomyślał, że należy schować samochód w krzakach za ogrodzeniem fabryki. Powiedział o tym partnerce i ruszył przez plac w stronę auta. W połowie drogi zaczął się klepać, macać i wkładać ręce w kieszenie. Nie mógł znaleźć kluczyka. Trwał w tym dziwacznym tańcu jeszcze kilkanaście sekund, aż usłyszał warkot nadjeżdżającego samochodu. Pobiegł z powrotem do strażackiej ciężarówki, w której Iwaszkiewicz zajęta była szorowaniem pantofla. Siedzieli jak myszy pod miotłą. Tymczasem czarny Mustang zajechał z impetem pod główny budynek fabryki. Drzwi otworzyły się i wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Wyglądali jak bracia bliźniacy i prawdopodobnie w rzeczywistości nimi byli. Różniło ich jedynie to, że pierwszy był ubrany całkowicie na czarno – nazwijmy go Czarnym, drugi natomiast (Biały) miał na sobie białą koszulę niedbale wpuszczoną w oliwkowe spodnie. Mężczyźni rozejrzeli się niepewnie i wyciągnęli z auta ortalionową torbę z nabazgrolonymi na niej inicjałami MP. Jeden z nich otworzył bagażnik i wydobył z niego kij do golfa oraz piłkę. Ustawił ją na kępce trawy, wymierzył i gruchnął z całej siły wprost w kabinę, w której siedzieli, skuleni do granic możliwości, detektywi Iwaszkiewicz i Jasnorzewski. Kobieta dostała rykoszetem w głowę. Gdyby nie dłoń partnera, zakrywająca jej usta, z pewnością zdradziłaby krzykiem miejsce ich kryjówki. Biały, bo to on zabawiał się w golfistę, ruszył na poszukiwania piłki. Był już w pół drogi, gdy zza pleców usłyszał krzyk kompana. - Hej, ktoś tu jest! Za budynkiem stoi jakiś samochód. Wygląda mi na gliny. - Gliny? Po czym wnosisz? - W środku jest kogut i CB radio. Biały zawrócił. Obaj pospiesznie wsiedli do wozu i odjechali. Jasnorzewski zdjął dłoń z ust Iwaszkiewicz. -Ałaa! -Uroczo wyglądasz, wiesz? Kobieta spojrzała we wsteczne lusterko i ujrzała swoje oblicze z podbitym okiem. - Dobrze, że