Filozofia · 2 min czytania
Degeneracje Panny J.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak ja kocham to swoje szaleństwo Wolę spadania z klifów równowagi Niemal nieprzytomna od trujących woni Spadam, ze związanymi nocą łokciami
Jak ja miłuję swą nieludzką wścibskość Wolę docierania w sedna dogmatyki Bez prawego wstydu, z dziką arogancją Czytam cudze lęki, miny, pamiętniki.
Jak ja czczę to okno w poszarpanej ścianie Gdy po zmierzchu gładzę rzęsami szkło w ramach Jak ćma bawię się po cichu światełkami W sąsiednich framugach, zawieszona w gamach
Kiedyś się tym znudzę, może mnie opuści Muzyka co taktem prowadziła kroki Gdy włączę żarówkę równowaga wróci Niedoszły przyjaciel, racjonalizm wrogi.
Może kiedyś światło