Psychologia · 15 min czytania
dekada
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Dorota. Trzydzieści lat. Od dziesięciu lat zamężna. Cholernie nieszczęśliwa.
Piotr. Mąż Doroty. Trzydzieści pięć lat. Cholernie bogaty. Kiedyś był malarzem, teraz handluje cudzymi obrazami. Zapracowany. Dorota jechała pociągiem do Pragi. Kiedyś była montażystką, w Pradze miała poprowadzić szkolenie.
Na dworcu czekał na nią Robert. Pracowali kiedyś razem. Dziesięć lat temu. Ona właśnie wróciła z podróży poślubnej. On dziesięć lat starszy, nie miał czasu żeby znaleźć sobie żonę, zajęty otwieraniem coraz to nowych telewizji. Wtedy zaprzyjaźnili się. Teraz Robert zadzwonił z propozycją pracy. - Cześć. Świetnie wyglądasz! Nic się nie zmieniłaś! Co słychać? - Mam ci opowiedzieć dziesięć lat w drodze do samochodu, czy dasz mi jeszcze na to popołudnie? - Gdzie teraz montujesz? - Nigdzie. Jestem ozdobą mojego męża. - Żartujesz? - Nie. Nie pozwala mi pracować. Mam dobrze wyglądać i pilnować służby. - Jedziemy do hotelu, czy chcesz zobaczyć miejsce pracy? - Jezu! Ile lat nie byłam w telewizji!
Budynek był nieduży, ale zaprojektowany z gustem i bardzo funkcjonalny. Montażownie mieściły się na parterze, oddzielone od newsroom'u dźwiękoszczelnymi szybami. Był jeszcze prawie pusty. Gdzie niegdzie kręciło się parę osób. Głównie budowlańcy. - Mogę zobaczyć maszyny? - Oczywiście. Jutro zobaczysz montażystów.
Dorota spędziła na różnych montażach całą dekadę. Tutaj były oczywiście nowsze modele, ale zapoznała się już wcześniej z dokumentacją. Kiedyś praca była jej całym życiem, a ona nie zmontowała niczego od trzech lat. Patrzyła w swoje odbicie w monitorze i próbowała odnaleźć tamtą dziewczynę, która potrafiła przesiedzieć całą noc nie czując odrobiny znużenia. Czy teraz jeszcze by jej się chciało? To była ciężka praca. Jednak, gdy poczuła pod palcami klawisze, wróciły wspomnienia. Chwile, gdy poziom adrenaliny osiągał maksimum. Byle zdążyć na czas. - Już starczy. Masz przed sobą całe trzy dni pracy. Jeszcze się nimi nacieszysz. - Jak długo tu siedzę? - Od godziny.
Mały, przytulny hotelik w centrum Pragi. Na dole pizzeria i pub z czeskim piwem. Idealne miejsce, do prowadzenia rozmów do białego rana. - Co słuchać u Piotrka? - Nie wiem. Od miesiąca siedzi w Nowym Jorku. Robi podobno interes życia. A co u ciebie? Ożeniłeś się? - Nie. Ciągle robię interesy życia i nie mam czasu pomiędzy jednym a drugim. Piotrek już nie maluje? - Nie wiem, czy w domu jest jeszcze jakiś pędzel. Może gdzieś na strychu... - Przyniosę jeszcze jeden dzbanek piwa
Poniedziałkowe poranki nie są przyjemne. Zwłaszcza po trzech godzinach snu poprzedzonych całonocną balangą. Ten jednak niósł ze sobą jeszcze niepokój. Czy sobie poradzę? Jacy są teraz młodzi montażyści. Co ich skłoniło do wybrania takiej drogi? Oto oni. Pięcioro młodych ludzi. Każdy z nich inny. Jedni z małym doświadczeniem, inni kompletnie zieloni. Za miesiąc to od nich będzie zależało, czy informacja dotrze do ludzi i w jakiej formie. A ona ma tylko trzy dni. - Mam na imię Dorota. Mogę mówić po polsku czy wolicie po angielsku? - English! - O.K. everybody! Zanim siądziecie do maszyn, trochę sobie poopowiadamy OK.? Stawiam kawę i papierosy!
Część 22 / 2
Usiedli na podłodze w przyszłej sali konferencyjnej. Przypominali raczej grupę terapeutyczną, lecz Dorota czuła, że jej rola nie ograniczy się do wyjaśnienia instrukcji obsługi. - Słuchajcie, montaż informacji to nie jest tworzenie sztuki. To rzemiosło, w którym nie robi się kariery. Nikt nie pozna waszych nazwisk i będą was traktowali gorzej niż tych, którzy montują coś innego. Ale nic nie przynosi takiej satysfakcji, jak to, ze zdążyło się na czas, chociaż nikt nie dawał na to szans. Będziecie harowali na nazwisko prezentera. I nie liczcie na to , że wam za to podziękuje. Dalej chcecie tu pracować? No to opowiedzcie mi co jedliście wczoraj na obiad.
Przesiedzieli tak kilka godzin. Powoli znajdowała do nich drogę, a oni pojmowali dlaczego są tutaj, a nie w montażowniach. Dorota przekazywała im całą swoją wiedzę jak dzieciom. Dopiero późnym popołudniem usiedli przed monitorami i przeszli do części praktycznej. - Biedaki, nie wiedzą w co się pakują. - A ty nie chciałabyś do tego wrócić? - Skąd. Piotrek mi nie pozwoli. - Ja nie pytam o Piotrka tylko o ciebie. - A co ja mam do powiedzenia? - To dlaczego tu przyjechałaś? - Nigdy nie byłam w Pradze. Poza tym Piotrek nie wie, ze tu jestem. - Nie byłaś w Pradze ?! Idziemy na spacer!
Spacerowali wąskimi uliczkami do rana. Puszczali kaczki na Wełtawie i rzucali monety z Mostu Karola. Dorota czuła się jakby nagle ktoś zabrał ją do innego świata. Jakby wróciły stare czasy. Kolejny poranek przywrócił rzeczywistość. Młodzi montażyści okazali się być jednak bardziej żądni wiedzy technicznej niż przemyśleń doświadczonej koleżanki. Musiała im się wydawać strasznie stara. Wieczorem czuła się zmęczona psychicznie aż do bólu. Wszystko, co tak niespodziewanie i tak intensywnie pojawiło się w jej życiu, przerastało ją. Czuła, że poukładany, stateczny świat, jaki sobie stworzyła, zaczyna przegrywać z nowym. - Posłuchaj, rzuć to wszystko i wróć do pracy. - A niby gdzie? I jak? Widzisz, że nadaję się już tylko do muzeum! - Przestań. Będziesz pracować dla mnie. - Jak to sobie wyobrażasz? - Zamieszkasz ze mną. Też mam duży dom i całkiem miłą gosposię. - A Piotrek? - Odejdziesz od niego. - Lepiej chodźmy już spać. Jutro czeka mnie jeszcze długa podróż.
Tego było już za wiele. Zdruzgotana, przez cały dzień chodziła od montażowni do montażowni, przyglądając się jak sobie radzą jej uczniowie. Robiła notatki, czasem coś podpowiedziała, ale nie odzywała się zbyt często. Próbowała opanować myśli, które kotłowały się w jej głowie. Popołudniu ostatni raz usiadła z podopiecznymi. Wręczyła im kartki z uwagami, nad czym powinni jeszcze popracować. Pożegnała się bardzo oficjalnie. Nie skorzystała z propozycji Roberta, by została na jeszcze jedną noc. Wróciła nocnym pociągiem do Warszawy.
Minął miesiąc. Piotr ciągle był w Nowym Jorku, a Robert dzwonił co wieczór. Opowiadał jej jak się rodzi nowa telewizja, jak sobie radzą młodzi montażyści. Rozmawiali o kinie i literaturze. Ani słowa o jej małżeństwie. Pewnego dnia telefon zadzwonił rano. - Wracam do domu. Może przyjedziesz do mnie?
Właściwie nie zastanawiała się wcale. Czekała na taką propozycję. Decyzję podjęła już dawno. Była w tak dobrym humorze, że po drodze do Gdańska zabierała wszystkich autostopowiczów. Rozmawiała z nimi chętnie i nie chciała żadnych pieniędzy. Czuła, że nowe życie właśnie do niej przyszło. Dom Roberta, był rzeczywiście duży, ale jakiś bardziej przytulny. Pomyślała, ze mogła by w nim zamieszkać. Poszli na spacer wzdłuż morza. Na pustym o tej porze roku deptaku karmili rozwrzeszczane mewy. Na kolację jedli ryby popijając ogromną ilością drogiego szampana. Spali na werandzie i oglądali wschody słońca. Bawili się jak para nastolatków na pierwszych wakacjach bez rodziców. Dziesiątego dnia sielanki zadzwonił telefon. - Piotr wraca. Musze go odebrać pojutrze z Okęcia. Objął jej twarz rękami i pocałował. Zapomniała już jakie to uczucie, kiedy dreszcz przebiega po plecach. Było jej tak dobrze. - Nie róbmy tego. Proszę. - Kocham cię. - Wiem. Wrócę niedługo.
Wstała wcześnie rano. Tuż za miastem zatrzymała się na stacji benzynowej. Podszedł do niej chłopak. Ubrany w potargane dżinsy i spraną…