Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 24 min czytania

Dekatalog

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

RAZ!

Wśród licznych wschodzących gwiazd Bastion wyróżniał się tym, że specjalnie nie posiadał żadnych talentów, był raczej brzydki i niezbyt rozgarnięty. Poza tym nie miał aspiracji w kierunku gwiazdorstwa. Prawdę mówiąc w ogóle nie miał żadnych aspiracji.

Urodzony w Brzegu Germańskim, połowę życia spędził na zbijaniu bąków i zapuszczaniu brody. Był milczkiem, wiele zwierząt sądziło nawet, że nie potrafi mówić. Potrafił, ale nie odzywał się, gdyż nie miał nic do powiedzenia. Nie umiał za to czytać ani pisać. Tak się złożyło, że rodzice nie posłali go do szkoły, a to z tego prostego względu, że oboje zmarli przy porodzie, natomiast Bastion sam z siebie wcale się do nauki nie rwał i już jako siedmiolatek postanowił zostać obibokiem. W tym celu uciekł z sierocińca dla ubogich sierot i opuścił Brzeg Germański, ukryty w worku z paszą dla świń na pace pewnej rozklekotanej ciężarówki.

W wieku siedmiu lat Bastion znalazł się w lesie, do którego zawitał wyskoczywszy uprzednio z worka z paszą dla świń i paki pewnej rozklekotanej ciężarówki.

W lesie niełatwo być obibokiem, uwierzcie mi. W końcu trzeba coś jeść, mieć gdzie spać i tak dalej. Bastionowi zupełnie nie podobało się, że musi zbierać grzyby i jagody, żeby móc zaspokoić apetyt. Nawet do głowy mu też nie przyszło, żeby postarać się coś upolować - w tym celu musiałby przecież wykonać szereg czynności, które złożyłyby się na powstanie procy, łuku, karabinu maszynowego MG 34, czy czegoś w tym stylu. A poza tym, do kurwy nędzy! - chłopak miał dopiero siedem lat!

Mimo tego potrafił sprytnie rozwiązać swój problem. Pewnego dnia natknął się na spiżarnię dzikich wiewiórek, którą zaanektował bez pardonu i problemu. Gdy skończyły się piaskowe orzechy, poszukał innej spiżarni. I znalazł - roczne zapasy stada dzikich wieprzy, które jednakże nie oddały swych zbiorów bez mrugnięcia okiem. Rozgorzała walka, wieprze były wściekłe. Zresztą, kto by nie był. Summa summarum Bastionowi w końcu udało się zająć spiżarnię, co przypłacił jednak utratą oka, ucha, ręki i nogi; zyskał za to bezcenne doświadczenie i postanowił nigdy więcej nie wdawać się w walkę z czymś większym od szarawego zajęca.

Mijały lata, a Bastion byczył się - tak jak chciał. Jadał zajęte zwierzęce zapasy, pijał wodę ze źródła i całymi dniami lenił się, nie obciążając nawet specjalnie mózgu jakimś nadmiernym myśleniem, czy czymś w tym rodzaju.

Zapytacie pewnie jakim cudem nie zamarzł na śmierć podczas mroźnych zimowych nocy? Nie wiem, jak Boga kocham, nie wiem.

Pewnego dnia, gdy Bastion leżał jak zwykle pod drzewem, przeżuwając leśną sałatkę, którą zrabował pewnemu lisowi palczastozębnemu, z błogiego stanu otępienia wyrwały go ludzkie głosy.

- No i gdzie te grzyby? - mówił głos cienki, piskliwy, trudny do zniesienia - Mówiłeś, że tu będą. Że całe masy prawdziwek; że trzeba będzie ciężarówkę pożyczyć od Kosmowskiego. - Nie prawdziwek - odparł głos niski, basowy, zupełnie odmienny od poprzedniego - tylko borowników. I mów ciszej, proszę, bo je przepłoszysz. - Grzyby mu przepłoszę! - piszczał dalej pierwszy głos, tylko głośniej - Nie ma ani prawdziwek, ani borowników, ani nawet kurki podwórkowej. Jedyne, co znaleźliśmy, to jeden marny rudy rydz! Sam będziesz świecił oczami przed sąsiadami, ja wyjeżdżam do matki co najmniej na miesiąc. - I bardzo dobrze - odparł drugi głos. - Tak? Tak? - rozwrzeszczał się pierwszy głos, już na dobre - Ja wyjadę, a ty się będziesz łajdaczył z tymi swoimi kurwiszonami! Niedoczekanie twoje - nigdzie nie wyjeżdżam! - Jak uważasz... - Tak właśnie uważam! Nigdzie nie pojadę, ale do domu też nie wrócę, żeby świecić oczami przed sąsiadami! Pojechali na grzyby, jak głupcy w środku wiosny i wracają z niczym! Będziemy pośmiewiskiem dla całego bloku. I okolic!

Drugi głos nic nie odpowiedział i zapanowała cisza. Bastion w tym czasie zakopał się pod liśćmi z poprzedniej jesieni, które trzymał na podobną ewentualność (nie był całkiem głupi - po prostu był mało rozgarnięty, ot co).

Cisza panowała nadal. I znowu.

I jeszcze trochę.

Bastion wygrzebał się w końcu z liści i wychynął zza drzewa, by stwierdzić, że intruzi już się oddalili. Mógł to jednak stwierdzić jedynie połowicznie. Jednego intruza już co prawda nie było, ale drugi pozostał i w ciszy coś zakopywał podręczną łopatą. Bastion ucieszył się, sądząc, że może być to coś dobrego do jedzenia. Od dwunastu lat, czyli od momentu przybycia do lasu, nie miał w ustach niczego innego niż piaskowe orzechy, szyszkowe marchewki, jagódki niewygódki, leśne sałatki i inne dodatki.

Intruz, ogromny człowiek z wielkim brzuchem i kędzierzawą czupryną skończył w końcu zakopywać to, co zakopywał. Z zadowoleniem pokiwał głową i pisnął pod nosem:

- Przynajmniej będę mogła teraz powiedzieć, że nazbieraliśmy całe mnóstwo prawdziwek, borowników, muchogrzybków i gąsieniczków, ale pechowo męża porwali kosmonauci z Marsa razem z tysiącami skrzynek grzybów, które nazbieraliśmy.

A potem intruz wrzucił łopatę do dziupli w drzewie, zabijając tym samym niechcący puchnacza i jego kochanka - sowizdrzała, i w końcu sobie poszedł.

Bastion odczekał jeszcze dla bezpieczeństwa kilkanaście lat, a potem w radosnym podnieceniu odkopał to, co intruz zakopał. Jakież było jego rozczarowanie, gdy zamiast czegoś dobrego do jedzenia, znalazł kupę kości i zegarek.

Mijały kolejne lata, które upływały Bastionowi na zbijaniu bąków i zapuszczaniu brody. Trzeba przyznać, że i w jednym, i w drugim Bastion osiągnął mistrzostwo Europy. Potrafił zbić bąka jednym celnym rzutem szyszką, rzecz jasna jeśli akurat miał ją pod ręką, z odległości czterystu metrów, przy przeciwnym wietrze, zawierusze, trzęsieniu ziemi i nasileniu grawitacji ziemskiej. Co do brody Bastiona, to osiągnęła ona rekordową w Europie długość - dwudziestu czterech i pół metra.

Był tylko jeden człowiek na świecie, który miał lepsze osiągi w obu konkurencjach. Mowa o niejakim Plastronie, mieszkańcu amazońskiej dżungli, który zbijał bąka z odległości blisko pięciuset metrów, a jego broda mierzyła dwadzieścia sześć metrów.

Swoją droga to dość interesujące, że rekordy świata i Europy we wspomnianych dziedzinach należą do mężczyzn o imionach Bastion i Plastron.

Z tym, że z brodą mogłoby się jeszcze wszystko zmienić. Plastron bowiem miał wkrótce umrzeć, zabity przez szalonego pumoskoczka i jego zarost miał zaraz potem przestać rosnąć. Bastion miał za to żyć jeszcze dosyć długo.

Ale zanim pobił rekord świata - zgolił brodę.

Bastion i Plastron nigdy się nie spotkali. Między nami mówiąc, nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu.

Ani o konkurencjach, w których uczestniczyli, zdobywając mistrzostwa kontynentu i globu.

Pewnego, krytycznego dnia Bastiona obudziło szczekanie psa. Od razu poznał, ze nie miał do czynienia z odgłosem jaki wydaje zwykły leśny pies, ani tym bardziej wilkołak ściółkowy. Nie, było to zupełnie inne szczekanie - pewne siebie, głupkowate, miejskie, bezcelowe i zupełnie nie na miejscu. Bastion natychmiast zakopał się w liściach z przyszłej jesieni. Niewiele to jednak pomogło, gdyż szczekanie zbliżało się i zbliżało, a potem jeszcze bardziej i bardziej. W końcu zbliżyło się na tyle, że Bastion musiał zasłonić sobie jedyne ucho jedyną ręką, w przeciwnym wypadku niechybnie by ogłuchł od tego szczekania. Na domiar złego pies zaczął kopać w liściach i wkrótce na twarzy Bastiona znalazł się język dość przyjaźnie nastawionego do obcych ludzi psa imieniem Proboszcz.

Bastion próbował z powrotem się zakopać, ale Proboszcz zupełnie nie rozumiał jego zamiarów i bardzo mu ich realizację utrudniał, drapiąc go przyjaźnie pazurami i wesoło wgryzając się w twarz. W końcu Bastion dał za wygraną i przestał się zakopywać. W tym samym momencie Proboszcz dał sobie spokój z drapaniem i gryzieniem. Trwali nieruchomo blisko pięć godzin. W końcu psu się znudziło i już zamierzał odejść, a Bastion ucieszył się bardzo z tego powodu, gdyż mógłby wrócić do swej bezpiecznej wegetacji, gdy obaj usłyszeli głos:

- Proboszcz! Proboszcz, skurwysynie, gdzie żeś się podział?

Po tych słowach oczom Bastiona i Proboszcza ukazała się postać w przebraniu leśniczego, na widok której pies poderwał się i usłużnie zasalutował.

- A coś ty tam wygrzebał, stary skurwysynie? - zwrócił się do Proboszcza mężczyzna, patrząc jednak na Bastiona. - Hau, hau - zaszczekał w odpowiedzi pies, co prawdopodobnie miało oznaczać „to leśny człowiek, znalazłem go i odkopałem!”, ale zabrzmiało jak zwykłe, bezsensowne psie szczeknięcie, tyle że tzw. zdublowane. - O, leśny człowiek - zdziwił się mężczyzna - To świetnie, że go znalazłem! - Hau, hau - wtrącił Proboszcz, co miało zapewne oznaczać sarkastyczne „tak, ty go kurwa znalazłeś!”, ale zabrzmiało bardzo podobnie do poprzedniego zdublowanego szczeknięcia.

A potem, wbrew protestom Bastiona, które wyraził poprzez przyspieszone mruganie jedynym okiem, mężczyzna związał go, wsadził do worka, przerzucił sobie przez ramię i wyniósł z lasu.

I tak skończyła się leśna przygoda Bastiona.

Jego życie miało się jednak toczyć dalej.

Z tym, że po innej pochylni.

Bardziej stromej, powiedziałbym.

Ale też bardziej najeżonej kolcami.

Czy coś w tym stylu.

DWA

Pierwszy telewizyjny wywiad, jakiego udzielił Bastion był bardzo krótki. Prowadzący zdążył zadać tylko jedno pytanie, gdy Bastion siedział już zakopany pod kupką liści, które zawsze nosił na wszelki wypadek w kieszeni. Był bardzo płochliwy.

A szkoda, bo wyglądał całkiem nieźle. Już dawno go ostrzyżono, ogolono, doszyto mu nową rękę, nową nogę i nowe ucho, przeszczepiono mu z centralnej powierzchni między pośladkami nowe oko i tak dalej. Ubrano go również elegancko i poproszono o ładne wysławianie się, gdy okazało się, że potrafi mówić.

Cóż z tego jednak, skoro Bastion, zanim zakopał się w liściach, powiedział tylko jedno słowo:

- Ugh.

Mimo tego otrzymał gromkie brawa i stało się dla wszystkich jasne, że Bastion jest postacią niezwykle medialną. Istnym zwierzęciem telewizyjnym.

Podczas kolejnych wywiadów, udzielanych mass mediom, Bastion powoli rozkręcał się, mówiąc kolokwialnie. Mówiąc mniej kolokwialnie - oswajał się z nową rzeczywistością, nabierał odwagi i równocześnie zaczynał powoli tęsknić za spokojnym, leśnym życiem.

W jednym z wywiadów Bastion opowiedział historię, która przed laty wydarzyła się w lesie, a dotyczyła pary, która zakłóciła jego spokój, poszukując grzybów. Jakież było zdumienie prowadzącego, zgromadzonej w studiu publiczności i milionów telewidzów, gdy okazało się, że bohater programu opisuje ,ni mniej ni więcej, morderstwo dokonane z zimną krwią.

Tuż po zakończeniu talk-show organa ścigania uruchomiły odpowiednie procedury, sprawdziły wiarygodność słów Bastiona, odkopując w lesie szczątki pechowego grzybiarza i aresztując domniemaną sprawczynię przestępstwa. Wkrótce odbył się proces, w wyniku którego oskarżona została skazana na powieszenie przez rozstrzelanie, a Bastion został okrzyknięty Leśnym Detektywem.

Jego kariera nabierała rozpędu. Jego gwiazda świeciła coraz jaśniej. Był zapraszany do najbardziej prestiżowych klubów, bywał na najważniejszych galach i koncertach, gościły go największe sławy polityki, szołbiznesu, sportu i rekreacji.

Bastion na tyle oswoił się z nowym życiem, że zaprzestał nawet noszenia ze sobą liści, pod którymi mógłby się w razie czego zakopać.

Coraz bardziej też pragnął wrócić do lasu.

TRZY

I wrócił.

Ale co z tego, skoro sztab dziennikarzy, policji i amatorskich poszukiwaczy odnalazł go zanim ten zdążył ściągnąć spodnie od garnituru, aby czuć się w lesie swobodnie, i sprowadził z powrotem do, hę, normalnego życia.

CZTERY

Mijały lata, a popularność Bastiona nie malała. Trudno to sensownie wytłumaczyć, niemniej jest to niezaprzeczalny fakt. Ludzie uwielbiali swojego Leśnego Człowieka, Leśnego Detektywa, Leśnego Śpiewaka (Bastion za namową wytwórni płytowej Warner Sisters nagrał kilka rekordowo sprzedających się singli), Leśnego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dekatalog — czytnik · opowiadania