Fantasy · 25 min czytania
Delikatna Sprawa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}’’Delikatna sprawa’’{/b}
{b}I{/b}
W karczmie było cicho i pusto. A raczej było by cicho, gdyby nie chrapanie łysawego, odzianego w obłocony brązowy płaszcz starca, siedzącego na środku karczmy i mamroczącego coś od czasu do czasu przez sen. W karczmie byłoby również pusto, gdyby nie karczmarz czyszczący brudną szmatką, nie wiele czystszy kufel, i dziewka służebna nucąca jakąś pieśń, spoglądając przez okno w ciemną, bezksiężycową noc. No i jeszcze on. Ubrany w zielony podróżny płaszcz, szarawą skórzaną kurtkę i brązowe spodnie. Po jego lewej stronie, leżała pochwa z mieczem w środku, a po prawej, plecak. Włosy jego były krótkie i ciemno – brązowe, a oczy zielone. Miał kilkudniowy zarost i zmęczony wyraz twarzy. Był zmęczony, to prawda. Podróżował już parę dobrych dni, a była jesień. Było zimno i deszczowo. Nieprzyjemnie. Na dodatek, musiał się przebić przez ten gęsty las, w którym nie było nawet jednej malutkiej ścieżki. Zresztą czemu się dziwić. Wieś ta – o niewiadomej mu nazwie – była kompletnym odludziem. Trzy domki i jedna karczma. Karczma ‘’Pod Sosnową Igłą’’ która zapewne nie była zbyt popularna.. Cudem było, że jeszcze się trzyma z dziesięcioma klientami rocznie, bo zapewne więcej osób nie wybierało drogi przez las. Drogi na skróty. I zapewne te dziesięć osób, które zdecydowało się na to, gubiło się w tym przeklętym – na szczęście nie wielkim – lesie, i w końcu trafiało do tej zapomnianej przez większość ludzi i bogów miejscowości. Wchodzili do oberży ‘’Pod Sosnową Igłą’’ i wydali tam parę miedziaków na jedzenie, nocleg i informacje od karczmarza, jak wrócić na główny trakt. Tak było i z nim. Właśnie skończył coś, co było zapewne zupą warzywną. Zawołał dziewkę by podeszła. - Proszę przygotować jeden pokój i doliczyć to do mojego rachunku. Dziewczyna kiwnęło twierdzącą i udała się po schodach na górę. Karczmarz – z zachłannym uśmieszkiem – począł dopisywać do rachunku kolejne cyferki. Po chwili do karczmy, wpadł z dyszały, niewysoki i ciepło ubrany człowiek. - Czy… czy jest tu – wypowiedział to drżącym głosem – niejaki Irtan Bennet? Człowiek w zielonym płaszczu odwrócił się w jego stronę. - Tak – zawołał – To ja. Mężczyzna podszedł do niego. - Mam dla Pana list od… khe khe… od szanownego maga Aldanona De Milet. Kazał mi jeno na jednej nodze do wsi tej lecieć – otworzył torbę i zaczął w niej grzebać w poszukiwaniu listu – To żem przyleciałem, tylko że nie na kulasach, a na koniu moim. O jest! Proszę to ten list. Wręczył list Irtanowi, po czym usiadł przy najbliższym stole i zamówił kufel piwa. Irt usiadł z powrotem do stołu i otworzył kopertę. Rozwinął list i począł czytać w myślach.
{i}Drogi Przyjacielu
Mam nadzieje że wszystko u ciebie dobrze i znajdziesz trochę wolnego czasu by odwiedzić swojego starego znajomego. Oprócz samych odwiedziny – jak już się zapewne domyśliłeś – mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Potrzebuje twojej pomocy w pewnej delikatnej sprawie. Szczegóły opowiem ci w mojej posiadłości w miasteczku Virden. Będę na ciebie czekał w karczmie ‘’Pod Wiszącym Chłopem’’. Przybądź jak najwcześniej to możliwe.
Twój stary przyjaciel
Aldanon{/i}
Część 22 / 2
Aldanon. Dawno się nie widzieliśmy. Warto było by mu złożyć wizytę, szczególnie że Virden, jest jakieś trzy dni drogi stąd. No cóż, wyśpię się i jutro rano ruszam w drogę. Dopił resztkę herbaty, po czym poszedł na górne piętro do swojego pokoju. Pomieszczenie to nie było zbyt urokliwe. Nie było tu nic po za łóżkiem i rozpadającą się komodą. Ale było gdzie spać i to było najważniejsze. Zrzucił plecak na podłogę, położył pochwę z mieczem obok łóżka, zdjął płaszcz wraz z częścią ubrania i położył się na łóżku. I Zasnął. Szybko.
{b}II{/b}
Podróż zajęła mu trochę dłużej niż przypuszczał. Winnym tego, był oczywiście Pegaz. Raczej nie był to ten mityczny koń. Po pierwsze, był to koń brązowej maści a nie białej. Po drugie, to do szybkich koni on nie należał nie mówiąc tu już o lataniu. Pegaz raczej nie lubił się śpieszyć. Raz zdobył się na kłus, tylko dlatego ze przestraszył się wycia wilków. Mimo wszystko Irtan zdążył się już przywiązać do tego konia i nie miał zamiaru wymienić go na innego. Miasteczko, wyglądało na w miarę porządne. Była tu stajnia, zwykłe chaty jak i kamieniczki, parę sklepów, warsztaty rzemieślnicze. Ba! Był tu nawet zamtuz. Innymi słowy wszystko co porządnej mieścinie jest potrzebne. No i oczywiście była karczma. Karczma ‘’Pod Wiszącym Chłopem’’. Urocza nazwa. Najpierw udał się do stajni by zostawić tam Pegaza. Pospacerował po okolicy w poszukiwaniu owej oberży. Znalazł ja przy wyjeździe z Virden, lub wjeździe do niego. Zależy skąd kto przybył. Wszedł do środka. Karczma ta, była zdecydowanie lepiej wyposażona i częściej odwiedzana aniżeli poprzednia, którą miał okazje jeszcze parę dni temu odwiedzić. Panowała tu wesoła atmosfera. Na środku sali, lało się po pyskach 2 krasnoludów. Widownia, zebrana dookoła nich, wrzeszczała, ‘’motywowała’’ i popychała tego, który na nich wpadł. Po za tym tłumem, można było jeszcze dojrzeć czwórkę ludzi siedzących przy okrągłym stole i grających w kości, jakiegoś chłopa zalecającego się do dziewki służebnej. Widać że ze skutkiem negatywnym. Byli też niczym nie wyróżniający się ludzie, siedzący przy stołach i - w spokoju lub rozmawiając – spożywający swoje posiłki. Zobaczył go po krótszej chwili. Siedział w rogu karczmy i rozkoszował się smakiem jakiegoś wina. Mężczyzna ten miał długie związane włosy i krótką brodę. Ubrany był w błękitną płócienną koszulę, zielone zamszowe spodnie, a na to wszystko zarzucona czerwona szata. Podszedł i usiadł przy stole naprzeciw niego. - Witaj Irt – uśmiechnął się lekko - Zaiste dawnośmy się nie widzieli. - Witaj Aldanonie. Prawda. Trochę czasu minęło. - No więc opowiadaj. Aldanon podniósł kielich i wziął ostatni łyk, rozkoszując się jego smakiem. - Nic nowego. Nadal podróżuje po świecie. Ostatnio zatrzymałem się na miesiąc w jednym mieście portowym. Zebrałem trochę materiałów do książki. Po za tym, nic konkretnego. A co u Ciebie? Mag wpatrywał się w niego przez chwile, po czym odpowiedział. - Każdy ma swój cel. Każdemu jest coś przeznaczone… - Ald, proszę Cię. Nie zaczynaj znowu tych gadek o tym wyższym celu – przerwał mu – Wiesz dobrze, że nie lubię o tym rozmawiać. - Pamiętam. No dobrze. Zostawmy to na razie. Pytałeś się co u mnie? - Tak. - Monotonia Irt. Jedynym ciekawym wydarzeniem było wybudowanie mojej nowej siedziby, tu, w tym mieście. Żyje tu już chyba od roku – westchnął głośno - Jeśli natomiast chodzi o zarobki, to ważę trochę eliksirów dla miejscowych, dbam by nic im nie zagroziło, przewiduje pogodę i to tyle. No ale czas nagli. Pora pokazać Ci w końcu moja posiadłość i omówić powód dla którego prosiłem Cię abyś tu przybył. - Chodźmy więc. - Irt. - Tak? - A co z… No wiesz z kim. - To już przeszłość – westchnął – To już przeszłość.
{b}III{/b}
Posiadłość ta, jak się okazało, była wieżą. Zbudowana ze zwykłego kamienia ze sporą liczbą okien. Drzwi były sporych rozmiarów. Nie dość że były solidnie zbudowane - co uniemożliwiało wyważenie ich potencjalnym włamywaczom – to jeszcze chronione magicznymi pułapkami. Bardzo nieprzyjemnymi zresztą dla tego kto ‘’przypadkowo’’ się na nie nadział. Wieża była oddalona jakieś pięć minut drogi od miasta. - Ciekawe – przerwał cisze Irtan – Czy wszyscy magowie muszą mieszkać w wieżach, naszpikowanych magicznymi pułapkami? Zawsze myślałem że to tylko taki stereotyp. - Słusznie, bo to jest stereotyp. Znam sześciu innych magów i czarodziejek i żaden z nich nie mieszka w wieży. Ja po prostu lubię takie proste budowle. Po za tym, do wieży ciężej jest się włamać aniżeli do, dajmy na to, jakiegoś wiejskiej posiadłości. Podróżnik wzruszył ramionami i rzucił jeszcze raz okiem na wielkie, mosiężne drzwi do których właśnie już doszli. Po dezaktywacji paru zabezpieczeń, mag otworzył drzwi i mogli już bez problemu wejść do środka. Wieża od wewnątrz była zdecydowanie bardziej szczegółowa niż z zewnątrz. Parter, który był przeznaczony dla gości, był wystrojony w wiele różnorakich dzieł sztuki. Począwszy na zwykłych obrazach malowanych farbami olejnymi, przez rzeźby popiersi sławnych postaci idąc, a na wazach i dywanach kończąc. Znajdował się tu też mały regał z książkami, stół, a raczej stolik do herbaty, parę foteli i sporawych rozmiarów kominek. - Witaj w moich skromnych progach! Co sądzisz? Nieźle się urządziłem? Trochę czasu mi to zajęło – rozejrzał się dookoła – No, ale chodźmy dalej. Pokaże Ci pozostałe piętra. Weszli po zawiłych schodach na pierwsze piętro. Od razu zobaczyć można było, całą masę książek, ksiąg i pergaminów, poukładanych na pułkach, stołach lub po prostu leżących na stosie, na podłodze. Było tu też sporych rozmiarów biurko, kredens i parę szafek. Jednakże większość przestrzeni, pokrywały właśnie książki. - Niestety, panuję tu „lekki” bałagan. Ksiąg ciągle mi przybywa, a miejsca niestety nie. Siadaj. Wina? Herbaty? - Herbatę jeśli można – usiadł na sporych rozmiarów kanapie. Mag zniknął za drewnianymi drzwiami stojącymi naprzeciw kanapy. Irtan zerknął ma książki leżące na stoliku przed kanapą. Pośród takich tytułów jak Arkanum magii, Krainy północne i Magia biała a czarna, wybrał Inni pióra Hana Ochadi. Księga ta była oprawiona w grubą, twardą skórzaną okładkę. Na środku okładki wypisany był złoty znak w kształcie trójkąta z czymś przypominającym młot i lagę. W środku znaku znajdowało się również jakieś zwierze. Podróżnik otworzył książkę na pierwszej stronie. I zamknął ją, bo do biblioteki wrócił mag z herbatą. - Herbatę podano! – czarodziej uśmiechnął się kładąc tacę na stoliku – No! Wreszcie możemy przejść do spraw ważnych. - No więc owa sprawa, jest nad wyraz… delikatna. – wziął mały łyk herbaty - Chodzi konkretnie o odebranie pewnej przesyłki. - A czy do odbierania przesyłek, nie lepiej zatrudnić jakiś kurierów? Najemników choćby? - Trochę pacjencji Irt. Przesyłka ta jest na tyle ważna, że nie mógł bym powierzyć jej komuś, kto by ją odsprzedał pierwszemu lepszemu napotkanemu bandziorowi, który by mu zapłacił więcej. - Więc zapłać mu tyle, by nie zwracał uwagi na innych. - Może bym i zapłacił, gdybym nie wydał tyle na samą przesyłkę. - A czym, jeśli można wiedzieć, jest owa przesyłka? - Jest to pewien bardzo rzadki minerał. – mag wpatrywał się przez chwilę w sporych rozmiarów obraz przedstawiający jakąś morską bitwę – Minerał o, rzecz jasna, zdolnościach magicznych. - Bardzo rzadki. I bardzo drogi. Więc pewnie i bardzo pożądany? – odpowiedział sam sobie – Pożądany. Jak niebezpieczna może być ta transakcja? - Przyjemna lub zabójcza. Zależy czy sprzedający będą skorzy do współpracy, czy nie. - A kim są sprzedawcy? - Czarni Alchemicy. - Pięknie kurwa. Pięknie. - Zrobisz to? - Jasne, że tak. - Mimo tej sprawy sprzed roku? - Mimo tego. - Ha! I to Irtan którego kocham! Wiedziałem, że można a ciebie liczyć. – Aldanon podszedł do małej skrzynki stojącej przy ścianie, niedaleko schodów na górę. Wyjął stamtąd sporych rozmiarów sakwę. – Tu masz pieniądze. Równe dwadzieścia tysięcy rhivonów. Na tyle się z nimi umawiałem. Nie daj się naciągnąć na więcej. - O to się już nie martw. - Nie martwię. Spotkanie odbędzie się za pięć dni w Dartung. Po zmroku. W uliczce między kuźnią kowala, a bankiem. - A! Byłbym zapomniał. Hasło to: adamit. - Adamit. Jasne. Do zobaczenia. - Miej broń w pogotowiu. - Zawsze mam. – uśmiechnął się paskudnie i zszedł po schodach na dół, w kierunku wyjścia.
{b}IV{/b}
To już dziś. Pomyślał, spoglądając w kierunku wysokiej wieży stojące w centrum Dartung. Wieży która była tu jeszcze przed założeniem wsi, z której potem powstało miasto. Robiło się coraz ciemniej. Słońce było coraz mniej widoczne. Znikało powoli za ratuszem miejskim. Skręcił w niewielką uliczkę za ratuszem. Uliczkę niezwykle ruchliwą. Ktoś o niego zawadził, ktoś na kogoś wpadł, ktoś kogoś popchnął. Wybuchła gdzieś jakaś awantura. Uliczka naglę się powiększyła. Wypchana była straganami, wozami i całą masą kupców, krzyczących coś o „Świerzych towarach” i „Najtańszych produktach”. Ludzi przybywało. Skręcił w ciemną uliczkę za