Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

zbrodnia · 10 min czytania

Demoralizacja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział pierwszy

Witek

Wewnętrznie był kimś. Kimś wrażliwym, delikatnym, subtelnym. Lubił tak o sobie myśleć. Matka – piła i pragnęła już tylko butelczyny i świętego spokoju. Nie interesował ją on ani skąd, w jaki sposób, zdobywał dla niej alkohol. Miała w nosie co je, czy chodzi do szkoły, w jakim przebywa towarzystwie? Liczyła się tylko „czarodziejka gorzałka…”. W gruncie rzeczy wierzyła, że kocha swego syna miłością wszechogarniającą. I pewnie by tak było gdyby nie chemia krążąca w jej głowie, zamiast krwi. On zaś miał duszę... Kiedy samotnie przemykał ciemnymi uliczkami Jakiegoś Miasta czuł jak dusza ta przeciwstawia się mu, zabrania, jest sędzią w konfrontacji z tymi, których walił na odlew w pysk, stosował terror a potem zabierał to, co wydawało się być nagrodą za dobrze wykonaną pracę. Czasami tępo patrzył w brudne, wychodzące na zdewastowane podwórko okno i marzył… O kobietach, z pierwszych stron gazet… Głównie o kobietach… Lubił myśleć o sobie jako o samotnym wilku, który czai się w mroku, żeby dopaść ofiarę. Gdy potrzeba krwi była zbyt wielka, wychodził na ulicę, wciągał, zwykle bezbronnego bezdomnego, w jakąś bramę i walił bez opamiętania. Adrenalina buzowała w zaciśniętych pięściach. Miał 17 lat, na imię – Witek. Był bandytą.

Od ojca dostał garb. Nienawiść aż po grób Dlatego kiedy pił - bił nie pamiętał win Znieważyć trzeba by, coś poczuć, nie ten splin Nieważne żywy był, czy też już zimny trup.

Od matki dostał złość, do picia mocną głowę I życie; no i to co daje barwę mu Królową jak ze snu... Butelkę wyborowej.

Od ojca dostał garb. Nienawiść aż po grób Dlatego kiedy pił - bił nie pamiętał win Znieważyć trzeba by, coś poczuć, nie ten splin Nieważne żywy był czy też już zimny trup.

Kobiety pragnął też, chciał by się stała wszystkim Lecz miłość – zbyt brutalny to dla bandyty deal Więc nazbyt mocno bił i jeszcze więcej pił Z butelki... – Czarną whisky.

A potem spotkał Tę, co krew przykryła plastrem W aptece ciemna noc a Ona niby sen I szare oczy Jej I noc… Po jedenastej.

Lecz ciążył dar dziedzictwa i życie bez pardonu I tylko machnął ręką, kiedy dawała mu Swój numer telefonu...

Od ojca dostał garb. Nienawiść aż po grób Od matki, w darze - złość, do picia - mocną głowę Nieważne, żywy był, czy też już zimny trup. Z butelką wyborowej.

A potem, na przekór swej bandyckiej naturze – napisał list...

Rozdział drugi

Listy

Droga…

Wędruję po zakamarkach mej bandyckiej duszy szukając dawnego siebie. Panikuję, bo nie mogę odnaleźć spokoju płynącego z obojętności. Dezorganizuje mnie, rozstraja, czyni zbyt „odkrytym”, podatnym na zranienie – uczucie czające się jak dziecko gotowe wybiec i poderwać do lotu gromady motyli. Kiedy wychodzę na ulicę – szukam Ciebie. Zamykając oczy wracam do chwili, w której delikatne Twe palce dotykały mej zakrwawionej dłoni. Czy możliwe, że cerowały też moją podłą duszę..?

Piękna Szarooka...

Ciągle przed oczami – Ty. Cały świat to Twoje oczy. To nie Bóg patrzy na mnie z Nieba. Niebem jest Twoja piękna twarz. Wczoraj spotkałem człowieka. Szedł ze spuszczoną głową a w postawie tej widziałem kraniec jego życia. Nie miał nic, z czego mógłbym go okraść. Warknąłem...– Jestem bandytą, muszę cię ograbić; co mi dasz!? Odpowiedział – zabierz z mojej głowy tęsknotę która mnie trawi. Weź pamięć o Tej, która przywłaszczyła sobie każdą moją myśl. Skradnij moje uzależnienie, ono pcha mnie w czarną czeluść Szeolu. Tylko Jej pragnę i przestrzeń wokół mnie jest pusta…

Już nie wychodzę na ulicę. Za to On przychodzi do mnie.

I smętnie wpatrzeni w irracjonalne marzenia, Do granic wiekuistego snu, Sączymy czarną truciznę zapomnienia.

Jedyna...

Przypadkowe spotkanie dotknęło mnie do granic obszarów dotąd niezbadanych. Twoje oczy rozdarły na strzępy mój spokój a słowa spaliły resztki zdrowego rozsądku. Jestem bytem tylko wtedy, kiedy wpatruję się w Ciebie. Talenty, inteligencja, bandyckie zdolności istnieją na tyle, na ile mogę dzięki nim wędrować w głąb Twojego serca. Dajesz mi życie kiedy jesteś ale, w gruncie rzeczy, i tak bezustannie trwasz we mnie. Płonę, wyrzucając z siebie snopy iskier niepohamowanego pragnienia i żar temperaturą dorównujący tej wewnątrz ewoluujących gwiazd. Nocami wyobraźnia tuli Cię w moich ramionach a ja nucę bandycką pieśń…

Bandycka pieśń

Kim jesteś, Ty, o moja duszo? Jak cię rozpoznam, w swoim ciele? Czy czuć to znaczy Ciebie mieć? A nie czuć - nie mieć Cię zbyt dużo? Lub też Cię raczej– mieć niewiele?

Czy z Nieba jesteś we mnie Ty? Lub piekło w Tobie zło wymusza? Istniejesz kiedy jestem zły. I wtedy w złość tę wkraczasz Ty. Czy raczej jesteś – Dobra Dusza?

Ciągle Cię w sobie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%