Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

western · 13 min czytania

Depresja Rewolwerowca-Trzy opowieści jednej histor

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Trzy opowieści jednej historii (część1)

Arnold Fischer siedział w swoim namiocie i po raz setny czytał pewien bardzo interesujący raport młodego żołnierza, niejakiego Denisa Johnsona. Cały czas uważnie wczytywał się w każde słowo tego pisma i analizował je po kolei. To co właśnie trzymał w ręku, mówiło o tym w jak ciężkiej sytuacji się znalazł. Kątem oka spostrzegł że ktoś po cichu wszedł do środka. Był to doświadczony w boju kapral Michael Hargrove, który od wielu lat służył w 4 konnej kompanii im. Kazimierza Pułaskiego. Razem z Arnoldem spotkali się na początku wojny secesyjnej podczas jednej z bitem. W tedy właśnie Fischer uratował mu życie, przez co zostali bardzo dobrymi przyjaciółmi mimo dziesięcioletniej różnicy wieku. Kapral na którego większość ludzi mówiło żyrafa ze względu na bardzo wysoki wzrost(liczył prawie dwa metry) posiadał orli wzrok a także doskonały refleks dzięki czemu był świetnym sprzymierzeńcem w czasie jakichkolwiek walk. Jego najważniejszą cechą była jednak dyskrecja za pomocą której zyskał sobie zaufanie dowódty oddziału. - Jakieś wieści o naszym celu?- zapytał Arnold. - Właśnie wjechał na teren pustyni. Za jakąś godzinę powinien przejeżdżać obok obozu. - Rozstawiłeś ludzi tak jak kazałem? -Tak. Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Fischer gestem dłoni pozwolił usiąść mu na przeciwko. -Trzymaj- podał mu pismo- Przeczytaj to sobie bardzo uważnie a potem powiedz mi o tym jakie masz zdanie na ten temat. Hargrove zmarszczył brwi i zaczął czytać. Raport z dnia 14.07.1871r. O godzinie 1.00 rozpocząłem nocny obchód obozu kompanii. Zgłaszam że stan żołnierskich namiotów jest na najwyższym poziomie. Powoli kończą się zapasy w naszej spiżarni, przez co zalecam by jak najszybciej wysłać konwój do pobliskiego miasta po prowiant. Po dokładnym sprawdzeniu stajni, stwierdzam że wszystkie konie, o łącznej liczbie 152 są wymyte, wypoczęte i zdrowe. Prowizoryczny budynek, w którym mieszkają owe zwierzęta, trzeba jak już wspomniałem w moim poprzednim piśmie przebudować ponieważ jest duże prawdopodobieństwo zawalenia się dachu. Posiadam wielkie zastrzeżenia co do dwójki żołnierzy codziennie sprawujących nocną wartę całego obozu. Podchodząc do drewnianych belek, wbitych pionowo w ziemie, ustawionych wokół naszej placówki, usłyszałem przez przypadek rozmowę strażników. Zdaję sobie sprawę że takich rzeczy nie pisze się w oficjalnych pismach, ale myślę że to co teraz napiszę może być bardzo ważne dla całej kompanii. Żołnierz numer1 - Trzeba się go pozbyć dopóki mamy taką możliwość. Żołnierz numer2- Musimy czekać na rozkaz od centrali. Wiesz przecież co się dzieje z tymi, którzy zlekceważą szefostwo. Żołnierz numer1- Nie mieliśmy od nich żadnych wieści od jakiś czterech miesięcy, a czas całkowitego rozwiązania dochodzi wielkimi krokami. Żołnierz numer2- A więc co proponujesz? Żołnierz numer1- Za parę dni przyczaimy się na Austriaka. Szybko i po cichu go zlikwidujemy, a potem wrócimy do Kolorado. Na tym skończyła się ta rozmowa. Obawiam się że mówiąc Austriak, mają na myśli pana pułkownika. Proszę o to by jak najszybciej przekazał mi pan rozkazy dotyczące tej sprawy. Żołnierz numer1 to Robert Mallory a drugi to Brendan Jackson.

Raport sporządzony przez Denisa Johnsona Gdy skończył na jego twarzy pojawiły się liczne zmarszczki. Spojrzał na przyjaciela który właśnie zapalał cygaro. - Rozmawiałeś już z nim?- Jeszcze nie miałem okazji. Ty się tym zajmij. Szczegółowo go wypytaj. - A co z pozostałą dwójką? - Pogadam z nimi w odpowiednim momencie. Niech ktoś przygotuje mi konia. Zaraz wyruszam. Hargrove wstał, zasalutował i szybko wyszedł na dwór. Pułkownik wziął pismo i schował je do kieszeni płaszcza. Założył na głowę kapelusz, i minutę później jechał już kłusem przez góry pustyni. Odkąd tylko pamiętał jazda konno pozwalała mu uporządkować myśli, których w tym momencie miał nadmiar. Po jakimś czasie był już na miejscu. Góra czerwonego żuka była jedną z najmniejszych wśród wzgórz pustynnych. Posiadała jednak najwięcej krzewów dzięki czemu stanowiło idealne miejsce do ukrycia się. Arnold położył się wśród krzewów i wyciągnął z torby długą, złotą lunetę. Przyłożył ją do oka i zaczął obserwować. Wiedział że już za piętnaście minut cel przejedzie przez to wielkie pustkowie. Teraz pozostawało tylko czekać.

Samuel Goldberg właśnie kończył opróżniać szóstą już szklankę tequili kiedy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Dwa stoliki dalej wywiązała się właśnie bójka między dwoma mężczyznami. Zaczęli się okładać pięściami, w całym pomieszczeniu ludzie zaczęli dopingować to jednego, to drugiego. Barman powoli, ze spokojną, pokerową twarzą wziął w ręce strzelbę. Stary, brodaty Zachary już dwadzieścia lat prowadził ten lokal. Tyle razy był już świadkiem bójek, zabójstw a nawet gwałtów w tym miejscu, że nic go nie ruszało. Sam nigdy nie uczestniczył w żadnej walce. Zawsze wolał trzymać się z dala od jakichkolwiek problemów przez co wyrobił sobie opinię nieudacznika. Nikt w całym Springfield nie szanował go. Nawet dzieciaki na widok jego niezbyt pięknej twarzy wykrzywiały usta. Po części była to wina zawodu jakim się zajmował. Przyjechał do tego miejsca od razu po zakończeniu studiów w Yale. Otworzył zakład dentystyczny. Początkowo nikt nie chciał tam przychodzić ponieważ tutejsza ludność, dotąd nie widziała na oczy prawdziwego dentysty. Dopiero po roku działalności ludzie przekonali się co do jego działalności. Mimo iż robił wszystko by ratować ich spróchniałe uzębienie, to i tak każdy nim gardził. Nauczył się lekceważyć wszystkie obelgi które płynęły w jego stronę, ponieważ wiedział że są to nie okrzesani ludzie. Nie minęły nawet trzy minuty a już dwójka bijących się leżało na ziemi przed barem. Wszyscy wrócili na swoje miejsca a Zachary schował strzelbę za ladę. - Jeszcze jeden zapytał. - Nie, dzięki. Na dzisiaj mi wystarczy- odpowiedział jednocześnie podając mu dziesięć dolarów. Na dworze panował lekki chłodek, w sam raz dla mocno podpitego człowieka. Zaczął powoli iść w stronę swojego dość dużego domu, zbudowanego w południowej części tego dość zacofanego miasta. Ludzie w tym miejscu o tej porze chodzili tylko do trzech miejsc. Do burdelu ``Rudy John``, salonu Zacharego i kościoła. Już dawno dentysta wybrał to drugie. Był zbyt nieśmiały by odwiedzać domy publiczne, a przez to że jest Żydem nie miał wstępu do chrześcijańskiej świątyni. Przechodząc obok, jakże pełnego o tak późnej porze, burdelu zauważył jak ze środka z wielkim…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%