Fantasy · 32 min czytania
deren
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Proloque
Uciekał, nie oglądał się za siebie. Ostatnie godziny, może dni były tyleż dziwne co niezrozumiałe, choć niezupełnie. W myślach zaczął łączyć fakty nie cieszył się, przerażało go to. Bo czy można być aż tak nieczułym? Czy rozwój cywilizacyjny musi nieść za sobą upośledzenie człowieczeństwa?! Podążał za oznaczeniami kierującymi do wyjścia ewakuacyjnego. Biegł. Nie słyszał nic poza biciem własnego serca. Było to dla niego dziwne uczucie. Zupełnie jakby po raz pierwszy to odczuwał… zwykłe bicie. Jedyna rzecz która w obecnym położeniu szczerze mu się podobała. Dotarł do drzwi. Czy był wolny? Nie, to po prostu drzwi oddzielające jeden poziom od drugiego. Ile pięter ma ten cholerny budynek? I czym właściwie jest? Czy już zauważyli jego zniknięcie? Postanowił znaleźć jakieś pomieszczenie gdzie mógłby chwile odpocząć i uporządkować strzępki myśli porozrzucanych w głowie. Wbiegł do kolejnego poziomu i rozpoczął poszukiwania bezpiecznej kryjówki. Pomieszczenie w którym się znajdował było czymś w rodzaju korytarza. Po obu stronach znajdowały się drzwi. Przynajmniej po tuzin z każdej. Identyczne jak te zamykające laboratorium z którego uciekł. Czy za tymi drzwiami znajdowały się pomieszczenia podobne do tego w którym się obudził? Jakoś nie odczuwał potrzeby zaspokojenia tej niewiedzy. Ostatnie drzwi po prawej wydawały się jakieś inne. Zbliżając się zobaczył napis. „Woźny”. Zaryzykował. Pokój był pusty. Znajdowało się tam biurko, kanapa, kilka półek na ksiązki zapełnionymi pozycjami typu opowiadań o super żołnierzach i kilka starych komiksów. W rogu dostrzegł miotły i środki czystości. Na ścianach pomalowanych brązową farbą zobaczył kilka tandetnych obrazków w stylu pseudo kubistycznym. Zatrzasnął drzwi i zamknął zatrzask w drzwiach. Zyskał kilka minut. Nie mógł czekać tu wiecznie. Chwila, tylko chwila żeby uporządkować myśli. Co pamięta? Co jest faktycznym wspomnieniem a co zwykłym urojeniem? Nie był pewien. Przebłyski. Trzy kolory. Trzy światła? Tabletki?! Żółty, czerwony i niebieski. Tak chyba tak. Ale w jakiej kolejności zostały podane i jak działały? Czy miało to jakieś znaczenie? Był prawie pewny ze pierwsza została podana żółta. Wydawało mu się że była oznaczona jakimś symbolem. „I”? ale co to mogło znaczyć? Druga zaaplikowana mu tabletka miała chyba kolor niebieski. Zaaplikowana. Ale przez kogo. Ciągłe przebłyski. Nie pamiętał czy na tej był jakiś napis. O trzeciej nie był w stanie powiedzieć nic za wyjątkiem koloru. Krwista czerwień. Przebłyski. wyspa, tabletki, światła…
Wyspa
Krzyk ptaka… Najpierw pojedynczy, następnie wsparty przynajmniej połową stada. Skrzekliwy, irytujący hałas dobywał się z góry, i nie chciał ustąpić. Trwał natarczywie pomimo ułomnych nadziei o jego końcu. Że za chwile dźwięki zamilkną na zawsze. Ale tak się nie stało… Nie miał pojęcia dlaczego. Nadzieja przepadła bezpowrotnie. Otworzył oczy. To co zobaczył przekraczało granice jego wyobraźni. (Drzewa!) wielkie zielone, zupełnie niepodobne do tych jakie widział w życiu. -Gdzie ja do cholery jestem?- pomyślał. Chciał się poruszyć ale to przyniosło za sobą straszliwy ból. Zupełnie jakby każda część ciała była jednocześnie źródłem cierpienia. Zaprzestał prób. Skupił się na czynnościach które nie oddziaływały aż tak znacząco na jego układ nerwowy. Oddech. Szybki, płytki. Oraz powolne ruchy powiekami. To musiało mu wystarczyć. Przynajmniej narazie. Zamknął oczy i starał się skupić całą swoją uwagę na dźwiękach które docierały do jego mózgu. Oprócz ciągle drażniącego odgłosu ptaków był wstanie zarejestrować i rozpoznać inne dźwięki. Wiatr, a raczej liście które poruszał. Gdzieś w oddali coś szumiało. Regularnie, zbyt regularnie by było to pomrukiwanie jakiegoś zwierzęcia. Strumień? Nagle poczuł palące pragnienie i głód. Resztkami sił opanował się i przekierował myśli na inne tory. Nadal nie miał pojęcia co mogło się stać, gdzie był, jak się tam znalazł, po co, kiedy, czy jest tu sam? Najgorsza była świadomość tego że zupełnie nie wiedział co wydarzyło się wcześniej. Nic. Jakby dźwięk ptaków był początkiem jego życia. Był zmęczony. Zbyt zmęczony by myśleć jasno. By w ogóle myśleć. Skumulował wszystkie swoje siły w mięśniach rąk i podpełzł do najbliższego drzewa. Mech obrastający korę był nawet niezłą imitacją zasłanego łóżka. Jako że do najbliższego hotelu(jeśli jakiś w ogóle znajdował się gdzieś w okolicy(gdzie ja jestem?!)) zapewne było dużo dalej niż miał sił, posłanie matki natury musiało go zadowolić. Zamknął powieki, usłyszał jeszcze kilka skrzeknięć ptaków i zapadł w sen. Spał kilka godzin. Zaczęło się już ściemniać. Nie pamiętał czy cokolwiek mu się śniło. Spokojny niemowlęcy sen. Od razu poczuł się lepiej. Ból jakby mniej doskwierał. Czy to odpoczynek, czy po prostu czas sprawił że mógł wstać. Jeszcze z trudem ale i tak to był spory postęp. Spojrzał w górę. Niebo które wcześniej wydawało się bezchmurne teraz pokryte było ciemnoniebieskimi cumulusami. - Będzie padać jak nic- pomyślał, i zaczął rozglądać się za jakimś schronieniem, ale jak okiem sięgnąć widać było tylko dumnie stojące drzewa, które niewiele mogły mu pomóc. Powoli wysunął przed siebie prawą nogę i delikatnie począł przenosić na nią ciężar ciała. Jednak było jeszcze za wcześnie. Przebiegło po nim kolejne ukłucie bólu, równie mocne jak tamte przed orzeźwiającym snem. -Kurwa- zaklął w myślach, i powoli oswajał się z myślą, że przyjdzie mu spać pod gołym niebem. Nie napawało go to radością. Więcej: był wściekły. Nie na pogodę, nie dlatego że nie miał pojęcia gdzie jest, był rozdrażniony swoją bezsilnością. Beznadziejne uczucie. Być więźniem swego ciała. Wkładając wszystkie swoje siły podniósł się raz jeszcze. Tylko po co? Nie jestem w stanie dojść daleko a w koło same drzewa? Zrobił krok. Udało mu się nie przewrócić. Zrobił kolejny krok. To co się w następnej chwili zdarzyło nie tyle go zaskoczyło, co zdziwiło. Zupełnie jakby wiedział, że coś takiego może się stać, nie oczekiwał tylko iż stanie się to tak szybko. Postawiwszy stopę na wyściółce w ułamku sekundy zdał sobie sprawę ze zbyt wielkiej liczby upadłych liści, zwłaszcza ze większość otaczających go drzew nie posiadało liści a igliwie. Za dużo. W jednym miejscu?! Ale było już za późno. Ziemia dosłownie się rozstąpiła a on zaczął spadać w otchłań Hadesu. Odruchowo wyciągnął ręce na boki, co prawdopodobnie uratowało mu życie, a przynajmniej oszczędziło kilku złamań. Ręce wyhamowały siłę upadku. Szczęście jednak tego dnia mu nie dopisywało. Upadł na kość ogonową. Stracił przytomność. Ocknął się z wielkim bólem pleców. Dotknął swej twarzy. Kurwa- wypowiedział jedno z ulubionych słów beznamiętnie, było to coś naturalnego, jak mrugnięcie okiem czy oddychanie- To już wolałem te ptaki. Doszedł do wniosku że „odpłynął” na co najmniej 12 godzin. Na jego policzkach pojawiał się już niewielki zarost. Podniósł głowę i zobaczył nad nią otwór przez który wpadł. Dół nie był Hadesem ale miał przynajmniej trzy metry głębokości. Światło. Spojrzał nad głowę jeszcze raz. Światełko w tunelu. Podświadomie on chciał iść w jego stronę. Wydostać się z tej czarnej dupy. Wstał. Na dole panował mrok. Dopiero rodzący się dzień oświetlał miejsce w którym był na tyle że mógł dostrzec swą dłoń znajdującą się w odległości około 30 centymetrów. Oparł się plecami o ścianę lochu i wyciągnął przed siebie ręce. Nie mógł jednak wyczuć przeciwległego krańca. ( jeśli mógł to w ogóle tak nazwać) Zrobił krok(nadal czując ból w nogach, nie tak silny jak wcześniej, ale zapewne powodem był przeszywający ból pleców, który i tak był kojony przez chłód piaskowej ściany), nie czuł nadal żadnej materii przed sobą. Dopiero po następnym kroku wyczuł koniuszkami palców sypki materiał, który formował się w dość spójną całość. Kto mógł wykopać coś takiego? I po co? Na pułapkę było to zbyt głębokie a na studnię zbyt płytkie. Tu na dole ściany były dość wilgotne co stwarzało pewne szanse na ucieczkę. Nie był jednak pewien czy starczy mu sił. Ale nie było czasu. Musiał się spieszyć bo ten kto zadał sobie trudu kopiąc dziurę mógł w każdej chwili wrócić. A ponieważ od momentu „przybycia” w to kurewsko dziwne miejsce przebył kilka metrów. Odwrócił się i wbił prawą stopę w ścianę, która okazała się na tyle miękka by go przesadnie nie zabolało a jednocześnie na tyle twarda by utrzymać jego ciężar. Zdał sobie sprawę z czegoś co wcześniej mu umknęło. Nie miał butów. Gorzej. Był całkiem nagi. Niczym jakiś pieprzony Adam czy inny tam z Biblii. Umarłem? czy to jest niebo? No pierwsze wrażenie dość słabe. Wyciągnął lewą rękę, która równie łatwo wpiła się w ścianę. Zaczął się wspinać. Na początku z trudem ale powoli wpadał w trans. Opanował go jakiś dziwny automatyzm. Jak gdyby był jakimś robotem. Jego mięśnie pracowały równo, ale stanowczo. Im bliżej był otworu, tym piasek w jego dłoniach i pod stopami stawał się coraz mniej wilgotny. Co sprawiało że osuwał się i zasypywał piaskiem twarz. Szczęście mu jednak w końcu dopisało. Okazało się iż ów dół tak szeroki na dnie zwężał się z każdym metrem wspinaczki. Pozostało mu jeszcze z pół metra ale był już w stanie rozstawić nogi tak żeby znajdowały się na przeciwległych ścianach. Sprawiło to że czuł się pewniej. Jeszcze tylko dwa ruchy. Jeden. Wypruty z sił powoli przedostał się nad krawędź swego więzienia. Uznał że odpocznie dopiero jak znajdzie się w bezpiecznej odległości od dołu. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś kija, którym mógłby sobie sprawdzać drogę . Zupełnie jak ślepiec. Przy odrobinie szczęścia zajdę psa przewodnika- pomyślał. Parę kroków na lewo leżał jakiś konar który mógł sprostać jego potrzebom. Nie był niestety biały, a w okolicy nie było śladu żadnego psa. Niefart- powiedział na głos i ruszył prosto przed siebie. Szedł kilka godzin przekonany o bezsensie tego procesu. Stwierdził że jednak nie jest w niebie. Mogło to być coś w rodzaju czyśćca. Przez godziny powolnego marszu krajobraz nie zmienił się praktycznie w ogóle. Gdzieniegdzie drzewa rosły gęściej w innych miejscach natomiast więcej krzewów. Nieistotne. Zastanawiający był brak zwierząt. Oprócz niesfornych ptaków nie słyszał ani nie widział żadnego przedstawiciela fauny. W oddali dostrzegł zarysowujący się kształt pagórka, może góry, nie był jeszcze w stanie dokładnie powiedzieć. Zaczął iść w tamtym kierunku. Znudziło go powolne tempo więc odrzucił konar służący mu za wykrywacz dziur w ziemi. Nie przydał się. Po godzinie szybkiego tym razem marszu zbliżył się do ów niewiadomego kształtu na tyle by móc stwierdzić. Góra. Niewielka ale góra. - Przydałaby się jakaś wygodną jaskinią- pomyślał i zaraz rozpoczął się rozglądać ale nigdzie nie było widać żadnego wyżłobienia- Sezamie otwórz się- nic się nie stało- echh. Ale warto było spróbować. Mimo iż górka nie miała więcej niż 500 metrów wysokości to ściany były dość strome. I sama chociażby próba wspinaczki bez zabezpieczeń mogłaby uchodzić za szaleństwo. Wybrał sobie wypukłość skalną mniej więcej 2,5 metra nad głową, podskoczył i uchwycił ją najpierw prawą, następnie lewą ręką. Czuł swoją siłę. Oparł się nogami na skale i kontynuował wejście. Było ciężko- ale nie niemożliwe do wykonania. Każda sekunda od momentu obudzenia się na polanie napełniała go siłą. Na początku nie był tego w ogóle świadom. Zupełnie jakby był jakąś czarą zapełniającą się kropla, po kropli. Pojedyncza kropla nie robi wielkiej różnicy, ale pozostaw czarę na jakiś czas i niespodzianka! Wyniki są dość wymierne. Po kilkudziesięciu metrach znalazł się na półce skalnej. Była na tyle szeroka że mógł na niej odpocząć. Usiadł. Zaczął się rozglądać po okolicy, wyszukując w przybliżeniu miejsca z którego przybył. Było to praktycznie niemożliwe, ze względu na morze drzew, które ukazało się jego oczom. Horyzont pokryty był zielonym posłaniem koron drzew. Widok tyleż majestatyczny co dość przerażający, zupełnie jakby tak miał wyglądać cały świat. Przebył dopiero jedną trzecią drogi więc to co znajdowało się po drugiej stronie było ciągle w sferze wyobrażeń. Miał tylko nadzieję, że nie był to las. Spojrzał na swoje dłonie. Pokryte były krwią. Dziwne, nawet nie czuł bólu przy rozrywaniu skóry. Podczas wejścia adrenalina szalała po jego ciele ale teraz? Słońce, które minęło już punkt górowania zdawało się powoli chylić ku upadkowi. Jeszcze ze cztery godziny i zapadnie zmrok- pomyślał-muszę się śpieszyć- to wypowiedział już na głos. Nie wiedział do końca dlaczego, może forma automotywacji? Wstał i podniósł głowę ku niebu próbując zwizualizować sobie przyszłe ruchy. Nie miał zbyt wielkiego wyboru co do drogi, po jego lewej stronie ściana była cholernie stroma i nadzwyczaj gładka z małą ilością uwypukleń, nawet ze specjalistycznym sprzętem byłoby to niemożliwe. Ściana po prawej rokowała pewne nadzieje. Stanął na palcach i zaczął szukać uchwytu ręką. Znalazł go po chwili i rozpoczął kolejną żmudną wspinaczkę. Nie planował kolejnego postoju do momentu osiągnięcia grani. Po kilku godzinach słońce chowając się za widnokręgiem pozostawiło jedynie szarugę, która utrudniała wypatrzenie kolejnych miejsc oparcia kończyn. Ta wspinaczka w niczym nie przypominała tej sprzed wielu(wydawałoby się) godzin, wilgotna piaskowa ściana była miłym wspomnieniem. Zostało mu około trzech metrów ale zmęczenie brało górę nad jego organizmem. Mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Ostatkiem sił pokonał finiszowe metry i znalazł się na czymś w rodzaju polany skalnej. Leżał na brzuchu kilka minut, kiedy oddech zaczął mu się wyrównywać postanowił obejść polanę w poszukiwaniu dziury, która mogłaby być wejściem do jaskini. Nie zajęło mu to dużo czasu. Nic tylko skała. Powierzchnią równa boisku do koszykówki. Point guard rusza, przedziera się przez szwadrony wroga, jest już pod koszem i… kosz, piłka boisko wszystko znika. Przed nim krawędź. Przepaść. Widok ucieszył go bardzo. Nie było już lasu. Jego oczom ukazał się ciemnoniebieski pas wody, która oddzielona była od skał wąskim kreskiem plaży. Zejście wydawało się mniej strome, ale postanowił poczekać do rana, żeby przy słabym świetle nie popełnić jakiegoś błędu, który mógłby się zakończyć upadkiem na piach, zapewne nie należącym do najprzyjemniejszych. Na niebie zaczęły się pojawiać pierwsze gwiazdy. Położył się na plecach i zaczął wpatrywać się w nieboskłon. Czuł się trochę jak Robinson Crusoe, który też miał swoją wyspę(bo był prawie pewien ze właśnie na wyspie się znajduje), ‘na własność’, trochę jak Roland- kingowski rewolwerowiec szukający sensu w tym co robi i stara się go pojąć, a trochę jak sierotka Marysia, która nie do końca ogarnia co się wokół niej dzieje. Zasnął. - Biegiem kurwa!- krzyk dobiegł do jego uszu jakby z oddali- Wstawać i biegiem! Otworzył oczy i dostrzegł wokół siebie strasznie podniszczone ściany i wielu ludzi. Wszyscy byli ubrani w mundury, niektórzy trzymali w rękach czarne karabiny maszynowe. Leżał. Nad jego głową pojawiła się twarz. Ubrudzona krwią, potem i kurzem zmęczona twarz. Można było na niej dostrzec wielkie napięcie. -Żyjesz Simmons?!- mimo iż słowa wydobyły się z ust oddalonych o kilkanaście centymetrów od jego ucha, nie mógł pozbyć się wrażenia że znajdowały się za grubą szybą- nie ruszaj się sierżancie, musze cię opatrzyć, dostaliście odłamkowym, Jones nie żyje. (kto to kurwa był Jones?) -Nie masz złamań, ani większych ran, dobrze się czujesz?- usta tego człowieka były jak wredna mucha kiedy chce się zasnąć, nie chciały się odpieprzyć, a głowa pękała mu z bólu, huczało mu w niej jak gdyby znajdował się nieopodal silnika startującego samolotu- opatrzę ci głowę, staraj się nie zasnąć. Twarz zniknęła, zastąpiły ją ręce, które uwijały się dość szybko, stanowczo przez co niezbyt delikatnie. Sanitariusz skończył owijać jego głowę. - Postawimy cię na nogi, postaraj się nie przewrócić i osłaniaj tyły- rzekł. I w tej chwili dwie pary rąk złapały go i