Fantastyka · 8 min czytania
Deszczowy Ptak
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Burza. Ogromne krople deszczu lały się jak z cebra z brudnoszarego nieba, gęsto oblepionego kłębiastymi chmurami. Padało tak od trzech dni i dwóch nocy. W ciągu tych dni i nocy ani razu nie powiał wiatr. Nikt nie usłyszał grzmotu ani nie zobaczył błyskawicy. Po prostu z nieba lała się woda. Trzeciej nocy niebo przecięła błyskawica. Ognistoczerwona. I z poteżnym hukiem uderzyła w małe wiśniowe drzewko w parku. W samym środku miasta. Nikt się nie pojawił by gasić płomienie. Bo też i nie było co gasić. A gdyby ktoś się pojawił ujrzałby unoszącą się nad maleńkim wiśniowym drzewkiem przejrzystą sferę i skuloną w niej postać. Lewitowała w niej, naga, kolana podciągnąwszy pod brodę i splótłszy pod nimi dłonie. Jej zwinięte luźno, cynobroworude wlosy, powiewały jak na wietrze. Powiewały też końce tasiemki, obwiązanej fantazyjnie wokół prawej stopy i kostki. Otworzyła oczy. Wąskie i czarnozielone. I usmiechneła się. Tej nocy deszcz przestał padać.
***
Szła szybko przez park. Było parno. Gorący wiatr oblepiał jej ciało czarnym atłasem sukienki, targał luźno zebrane na karku włosy. Zaczęło padać. Przyspieszyła kroku. Wysokie obcasy sandałów postukiwały miarowo i cichutko. Fantazyjnie owinięta wokół prawej stopy i kostki tasiemka nawet się nie zmoczyła, choć jej końce wystawały poza but.
***
Szkarłatne oczy postaci siedzącej wysoko na gałęzi olbrzymiego dębu, zweżyły się. Wiatr targał jasne włosy. Wąskie wargi szeptały: Jej wargi płoną, włos rozwiany Cynobrowym kolorem łudzi; Biel skóry jakby trądem chora: Córą mroku się zwie ta zmora, Która krew pije ludzi...
Zeskoczył z iście kocią gracją na ziemię. Postronnemu obserwatorowi wydawałoby się, że niemożliwością jest tak zwyczajnie spłynąć z tak ogromnej wysokości. Tylko, że nie było postronnych obserwatorów.
Część 22 / 2
***
Przestał na nią padać deszcz. W pierwszej chwili pomyślała, że przestało padać, ale potem dojrzała smukłą sylwetkę przystojnego męźczyzny i wpatrujące się w nią szkarłatne oczy. Mężczyzna trzymał wielki parasol. Szli wolno, w przerażającej swym spokojem muzyce deszczu, nie zakłócanej żadnymi odgłosami życia. Nagle przeraźliwie zaskrzeczał mały ptak o śnieżnobiałych piórkach, siedzący dotąd spokojnie na wiśniowym drzewku. Spojrzała w szkaratne oczy meężczyzny. Jej własne błysnęły krótko. Uciekła. Cichy szept: Baw się maleńka, baw, słońce zaszło, nadszedł czas. Nowinę taką mam, Że wszystko czas swój ma. Śpij maleńka, śpij, noc minęła, nadszedł czas. Niebo zapaliło się purpurą.
***
Biegła. Nogi unosiły ją lekko. Dotarła do domu, przebiegła przez rozłożone na schodach czarne orchidee niemalże ich nie zauważając, rejestrując wyłącznie drobną cząstką świadomości. Zatrzasnęła drzwi do pokoju. Strach. Ptak ją ostrzegł. Przed czym? A może raczej powinna zapytać siebie: „kim”? Kiedy tylko zamknęła oczy widziała pod powiekami szkarłat. Szkarłat pięknych oczu. Ból ścisnął jej pierś. Rozpaczliwy ból głodu. Od tak dawna pościła. Przez jej krtań nie przepływał nektar życia. Mimo paraliżującego strachu wiedziała, że musi dzis zapolować. Nie mogła na niego zwracac uwagi, choc wiedział kim ona jest. Bała się go. Nie wiedziała dlaczego. Ale ten strach przed nim kazał jej teraz wyjść. Był taki piękny. Męski. Przerażający. Musiała go ujrzeć ponownie. Za wszelką cenę.
***
Para kłóciła się zawzięcie. On krzyczał, że ona jest jego własnością, że nie może nic zrobić bez jego wiedzy i zgody. Ona się sprzeciwiła. Dostała w twarz z taką siłą, że upadła na aleję parkową i uderzyła głową w ziemię. Zemdlała. Koło chłopaka opadł czarny całun otulający czerwonowłosą dziewczynę o szmaragdowych oczach. Przytuliła się do niego, uniosła na lewej nodze, prawą – oplecioną karminową tasiemką – zginając…