Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 25 min czytania

Deszczowy wiosenny dzień - Orędownik życia cz.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Białe obłoki prześlizgiwały się po szarej, metalicznej karoserii samochodu terenowego, Wojownik lekko znużonym wzrokiem śledził krajobraz za oknem, był spokojny, od pewnego czasu zawsze był spokojny. Samochód ledwo wyczuwalnie mknął po równej, czarnej asfaltowej nawierzchni. Przed nimi jeszcze jakieś osiem kilometrów przed granicą miasta a potem jeszcze około dwanaście do punktu zbiórki. Siedział na tylnim siedzeniu przy prawym oknie obok niego siedziało jeszcze dwóch ludzi. Nie było tłoczno samochód był duży i pojemny więc nie przeszkadzali sobie nawzajem podczas przygotowań. Za oknem widać było już pierwsze budynki to oznaczało, że zbliżają się miasta. Budynki jak roślinność miały swoją odpowiednią wysokość nie kłócącą się z ogółem zabudowań. Dzięki tym regularnością można było bezbłędnie ocenić gdzie się człowiek znajdował, przedmieścia, osiedla czy centrum. Jechali spokojnie żadnych gwałtownych manewrów, trzymali się potoku ruchu. Budynki za oknem miarowo rosły ku niebu. Wpatrując się w jakiś nieuchwytny cel za oknem zabijał czas. Ogarniało go uczucie, które czuł zawsze gdy występował publicznie – trema. Cały dygotał w środku, nie był pewien słuszności tego co robią, do tej pory ograniczali się do działań tylko i wyłącznie w Internecie. Wiedział, że wolność ma swoją cenę, jednak nie chciał jej płacić. - I jak się czujesz – Wojownik nie mógł dostrzec twarzy innego bojownika o wolność, który siedział przed nim, kominiarka zasłaniała twarz – Prawie jakbyś po raz kolejny tracił dziewictwo – nie podjął tematu, odstraszył go rechot autora pytania. Im byli bliżej, tym budynki były wyższe i jego obawy stawały się coraz większe. Ogarnął go lęk, że rozpoczynają coś nad czym nie będą umieli zapanować, chciał zaznać wolności tak samo jak inny rycerze, ale chyba tylko on tak głęboko liczył się z konsekwencjami. „Dojeżdżamy. Szykować się” założył pospiesznie na kominiarkę aparat modulujący głos, miało to im pomoc gdyby chciał ich ktoś rozpoznać. Gdy słyszał ten argument zastanawiał się kto będzie chciał ich w ogóle szukać, przecież od dawna są martwi – przynajmniej tak brzmią oficjalne komunikaty. Włożyli magazynki do karabinów, przeładowali, samochód z piskiem opon zakręcił się przed głównym wejściem ich celu stając tyłem do drzwi. Wyskoczyli bez komendy – nie była potrzebna, ćwiczyli ten manewr bardzo długo w obozie szkoleniowym. Gdy wyskoczyli wszyscy z samochodu kierowca odjechał. Strażnicy, którzy stali przy wejściu byli w zbyt wielkim szoku by podjąć jakiekolwiek działania, poza tym podejmowanie działań przeciwko ludziom z „automatami” nie było warte ich pensji. Mimo ich ostentacyjnie pokazywanej uległości i tak zostali potraktowani paralizatorami – na wszelki wypadek, nie można było sobie pozwolić by doszło do bezsensownych aktów bohaterstwa. W środku nie było innych ludzi, było na to zbyt wcześnie. Dwóch z ich czteroosobowej drużyny wciągnęło strażników do środka i sami obstawili drzwi, Wojownik i drugi kompan pobiegli do klatki schodowej. Po drodze spotkali innych, którzy podjechali i weszli innymi wejściami. Oni szli jedna z klatek schodowych, podobnie jak oni schodami szły podobne dwójki rycerzy – windy też były obstawione. „Jak na razie wszystko idzie po naszej myśli” myśląc to usiłował opanować mordercze tempo z jakim biło jego serce, gdyby mógł stanąć na chwile pewnie by widział jak jego klatka piersiowa tętni w ten rytm. Nie spotkali nikogo po drodze, ale wiedzieli ze przy drzwiach będzie stać jeden strażnik, niepostrzeżenie wyskoczyli drzwiami za jego plecami i sprawnym ruchem ogłuszyli go prądem. Gdy usłyszeli w słuchawkach, że wszyscy „ostańcy” zostali unieszkodliwieni skierowali się do celu. Przywitały ich stalowe drzwi z zamkiem magnetycznym. Jeden z kompanów wyjął puszkę ze sprayem i rozpylił coś na drzwiach. Na ich oczach stal czerwieniała w miejscach gdzie był płyn. Mieli wiele własnych wynalazków w tym specyfik przyspieszający naturalna korozję. Gdy ciężki wojskowy but kopnął w skorodowane miejsce przeszedł na drugą stronę jakby to była kartka papieru. Rozbrzmiał ostry dźwięk alarmu. - 3 minuty panowie – krzyczał ktoś z tyłu. Wyłamali resztę z utlenianej stali i weszli do środka. Weszło ich tylko kilku reszta pilnowała wejścia. Wszędzie wkoło nich migotały różnokolorowe diody i szumiał wiatraki chłodzące serwery. Szybkim rzutem oka dostrzegli terminal gdzie mogli się podłączyć. Ręce wytrenowane trafiały bezbłędnie zaciskami i wtyczkami w miejsca im przeznaczone. Gdy już wszystko było gotowe wybiegli z sali. Schodząc klatką schodową usłyszeli strzały i meldunki o wycofaniu się na wyższe piętra. Podczas szaleńczego biegu na odpowiedni poziom usłyszeli jak wysadzane są zaczepy wind i jak potem z wielkim hukiem uderzają o grunt. „30 sekund do końca!” Krzyczał do towarzyszy którzy czekali skuleni przy ścianach – przeciągnął seria po oknie. Szybu rozprysły się spadając, cześć zaspą na podłogę a cześć lecąc gdzieś na spotkanie z chodnikiem. Wyskakiwali pojedynczo przez okno wystrzeliwując, będąc już w powietrzu hamulce magnetyczne, które wbijały się w asfalt ulicy. Choć przeprowadzono wiele testów i prób nim podjęto decyzję o użyciu hamulca to spadając z wysoka można nabrać wątpliwości czy wszystko pójdzie po myśli – czy uprząż będzie współgrać z mechanizmem na dole, czy siła hamująca będzie wystarczająca, czy nie zostaną odrzuceni przez błąd pola...musieli zaufać technice. Piętnaście metrów przed uderzeniem w ziemie każdy z nich odczuł decelerację, która skutecznie opóźniała szybkość ich spadania aż do całkowitego wyhamowania metr nad hamulcem wbitym w ziemię. Naciskając guzik przy pasie ześlizgnęli się jak po powierzchni szkła na ziemię. Wyjęli urządzenie z nawierzchni jezdni i wsiedli do samochodów, które to dopiero podjechał. Wsiedli do środka w mgnieniu oka. Rozpoczął się pościg. Silnik wył przymuszany do ciężkiej pracy. Niebezpiecznie manewrowali pomiędzy samochodami porannego miejskiego ruchu. Siedzieli spokojnie nie oglądali się nerwowo, nie krzyczeli ani nic nie mówili. Trasę mieli ustaloną z góry, wszystko mieli opracowane w najmniejszym szczególe – od tych szczegółów zależało ich życie. Wpatrzeni w drogę przed nimi usłyszeli jak coś uderzył głucho w karoserie z tyłu, potem znowu i znowu. Wyjechali na teren podlegający silnej modernizacji, wszędzie toczyły się budowy. Ruch był tutaj mniejszy, pościg mógł sobie pozwolić na użycie broni ostrej. Przed nim zamajaczyła czarna czeluść tunelu a przed nim były ustawione barierki z wielkim napisem „Przebudowa. Tunel zamknięty”. Jechali tak szybko, że nawet nie usłyszeli trzasku łamanej drewnianej zapory. W środku jedynym źródłem światła były małe sygnalizacyjne żółte lampki. Rajdowymi slalomami mijali maszyn budowlane ustawione w środku, które ujawniały im się w jasnym świetle reflektorów. Policja nie dawała za wygraną mimo zagrożenia kolizji z nieznanym w słabo oświetlonym tunelu - gonili uciekinierów. Dojechali do miejsca gdzie delikatnym łukiem tunel skręcał w prawo, stracili pościg z pola widzenia – o to chodziło. Nagle obok nich wyjechał gdzieś z boku samochód taki sam jak ich, wybawiciel. Zgaśli światła i skręcili w ślepą odnogę pozostawiając bliźniaczy samochód samemu sobie, oni się zatrzymali i czekali na „ogon”. Wedle oczekiwań radiowozy ze znaną zmienną częstotliwością przybliżających i oddalających się syren minęły wóz. Siedzieli jeszcze przez chwilę by obserwować na monitorze gdzie znajduje się samochód który posłużył za przynętę. Jeszcze nim uciekinier opuścił tunel jeden z rycerzy siedzących w środku nacisnął guzik na panelu przy wyświetlaczu i samochód znikł z mapy. Oni sami pojechali jeszcze trochę odnogą gdzie po chwili zatrzymali się by zjechać do kanałów specjalnie przygotowaną windą. W kanałach nikt oprócz szczurów nie zwracał na nich uwagi. Jechali głównymi „arteriami” które były w stanie sprostać wyzwaniu jakie stawiał przed nimi samochód. Za zakrętem, był następny zakręt, za łukiem następny za zjazdem inny, przemierzali tą plątaninę tuneli, którą Wojownik dość trafnie nazwał „Labiryntem Minotaura”. Ukryci w trzewiach miasta byli całkowicie bezpieczni, nikt by tu ich nie szukał. Schodząc coraz niżej powietrze było się coraz cięższe a odór stawał się nie do zniesienia. Od Hadesu dzieliło ich jeszcze tylko kilka metrów gdy zamiast obślizgłych ścian pokrytych ekskrementami ukazywały się śnieżne mury oświetlone jasnym światłem z podwieszonych pod sufitem lamp. Koła przestały rozbryzgiwać maź płynącą kanałem, którą zastąpiła gładka jak szklanka betonowa nawierzchnia. W suficie co jakiś czas wżynały się otwory których zadaniem było wypompowywanie świeżego powietrza i wprowadzanie starego, dzięki temu można było tu oddychać bez problemów. W końcu dojechali do potężnych wrót grodzi opatrzonych oznaczeniem 9A, ze ścian wysunęły się działka automatyczne z czerwonymi punktami pilnie śledzącymi ich ruch. „Grupa Wilk melduje się przy zaporze 9A” kierowca mówił do mikrofonu przymocowanego przy jego ustach. „Witamy. Dobrze się sprawiliście. Dezaktywuje systemu obronne”. Działka schowały się a drzwi rozwarły się wypuszczając strugi światła ze środka. Silnik zamruczał gdy powoli wjechali do środka. Hala, która była zaraz za grodzią w rzeczywistości była wielkim parkingiem gdzie zaparkowali swój samochód, obok wielu innych znajdujących się tam. Szli powoli, cała piątka, stawiali ostrożnie kroki najwyraźniej nie czuła się pewnie po szaleńczej jeździe. Wyszli tunelem z hali. Wszędzie mijało ich wielu ludzie w białych strojach klepiąc ich po ramieniu mówiąc „Dobrze się spisaliście.”, „Jesteśmy z was dumni” , „Chwała równowadze.”. Chwała równowadze...tak, równowaga wymaga chwały i ofiar. Wojownik był szczerze przeciw aktom zbrojnym, mówił, ze sprowadzą na nas konsekwencje, które będą nie współmierne do sukcesów. Wyznawał politykę walki propagandowej – informacją i uświadomieniem. Niestety on sam nie mógł decydować, była Rada, która koordynowała poczynania Rycerzy Równowagi. Zaznali spokoju dopiero gdy weszli do kwater żołnierskich gdzie mogli zdjąć z siebie uciążliwy sprzęt do własnych szafek. Byli tam inny, którzy tego dnia byli w tym samym budynku, część już była przebrana w normalne dzienne czarne uniformu z wyszytym na piersi czerwonym smokiem, inny w częściowo rozebrani siedzieli na ławkach przy szafkach. Widocznie byli czymś przybici. - Czarny co jest – Wojownik spytał się jednego z tych co siedzieli osowiali. - Kosmos i Pośpiech dostali kulkę – wyjęczał, najwyraźniej powstrzymywał bardziej emocjonalną reakcję. - Żyją – zapytał zaszokowany. - Tak, ale... – zawahał się przez chwilę – Kosmos jest w śpiączce a Pośpiech najprawdopodobniej nie będzie już chodził. Po co nam ta wojna... Już mu nie odpowiedział ,sam nie umiał na nie odpowiedzieć, miał przed sobą jeszcze spotkanie z Radą, gdzie pewnie zostaną poruszone jeszcze tematy strat potencjału ludzkiego – chciał uniknąć rozmowy, sam był w szoku. Niestety musiał tam iść. Radę uważał za bandę ludzi, których oświecenie ominęło dość szerokim łukiem, brakowało im polotu. Czasami dochodził do wniosku, że demokracja jest tak na prawdę społecznym przekleństwem, wystarczy by zebrało się kilku demagogów i przepis na władze gotowy. W tym tyrania była lepsza, nie było bałaganu w podjęciu decyzji kto ma rządzić i jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Wszedł do sali obrad, która podobnie jak reszta kompleksu była cała rozświetlona białym światłem. Niczym na rzymskiej arenie usiadł na środku pomieszczenie na krześle a w koło na trybunach siedziało czterdziestu czterech radnych mających wiele pytań. - Witam szanowną Radę Równowagi – nawet bojownicy o wolność mieli swoją etykietę – Zgłaszam się na wezwanie. - Widzimy – głos Przewodniczącej Rady dochodził zewsząd, odpowiednia akustyka i rozmieszczeniu głośników miało poprawić relację między słuchaczem a Radą, tak naprawdę tylko go przytłaczały – słyszeliśmy o sukcesie jaki odniosła akcja w sektorze 12. - Powiedzmy – burknął, nie lubił tu przychodzić – nie licząc dwóch rannych po naszej stronie to tak, odnieśliśmy sukces. - Dobrze, że wspomniałeś o tej sprawie – głos był najprawdopodobniej modulowany by brzmiał jeszcze bardziej nieswojo – Co się tam stało? Gdzie leżał błąd? Czy można było tego uniknąć? - Nie – mówił bez namysłu, miał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Deszczowy wiosenny dzień - Orędownik życia cz.2 — czytnik · opowiadania