Fantastyka · 29 min czytania
Deszczowy wiosenny dzień - Orędownik życia cz.3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Za zadanie mieli wysadzić cały skład pociągu, który wiózł broń, która miała być użyta przeciwko im. Dowiedzieli się o tym transporcie już dawno od swoich „wtyczek”, niestety duża część z nich spoczywa już kilka metrów pod ziemią, Tyrani szybko łatają przecieki. Jednakże ilość informacji jakie zdobyli była wystarczająco precyzyjna by zlokalizować pociąg. Postanowili uderzyć na rubieżach przed miastem – nie chcieli narażać cywili na skutki wybuchu. Zaczaili się w lesie przez który biegły tory towarowe. Wszystko miało pójść czysto i bez świadków. - Jedzie – usłyszeli w radiu sygnał od czujki na obrzeżach lasu. Machina ruszyła. Pokryli tory „klejem” na dość znacznej długości. Dawno temu ktoś wymyślił maź która praktycznie uniemożliwiała poruszanie się pojazdem skutecznie wiążąc ze sobą podłoże i koło. Tabor mijał ich z charakterystycznym szumem i świstem, który nie można pomylić z niczym innym. Kiedy najechał na maź do tego doszedł nieprzyjemny zgrzyt dochodzący z wózków wagonów. Najpierw powoli, prawie niezauważalnie a z czasem coraz szybciej pociąg zaczął zwalniać, gdy zatrzymał się już całkowicie wyskoczyli z krzaków i doskoczyli do wagonów. Ci co byli najbliżej lokomotywy wyprowadzili maszynistów by nic im się nie stało Wojownik z kompanami zajęli się wagonami. - Nasz szczęśliwy dzień co stary – Porkiego znał już dawno, poznał go jeszcze a liceum, nie przepadał w tedy za nim, docenił go i zapałał szczerą sympatia do niego gdy razem z kilkoma innymi manifestowali wolność kraju na ulicy miast – Dziś dokopiemy tym gnojkom! Porki rozsunął drzwi wagonu i ujawniła im się przestrzeń pełna skrzyń opatrzonych emblematami armii. Wśród skrzyń dało się dostrzec pewien obcy kształt, żołnierz wskoczył do środka by zobaczyć co to jest. Seria wystrzałów brzmiała jeszcze bardziej ogłuszająco gdy wypadała z otwartego wagony. Ciało Porkiego wypadło z niego przeszyte kulami. Odruchowo wymierzył przyszykowany karabin w kształt, który co jakiś czas rozjaśniały rozbłyski i nacisnął spust. „Zasadzka!” nie wiedział czy jego krzyk był w stanie przekrzyczeć grzmot karabinu, strzelał do póki miał kule w magazynku, gdy go oporóżnił wskoczył do rowu przy torach. Rycerze jeden za drugim wskakiwali do tego samego toru na całej długości pociągu a ze środka wagonów wylatywały kule świszcząc wkoło. Dopiero teraz Wojownik zauważył, że leży obok niego w kałuży krwi ciało jego kompana. Kominiarka skrywała twarz oszczędzając dodatkowych cierpień. Przez chwilę siedział tak otępiały patrząc w martwe oczy. Ocucił go pocisk muskający jego hełm, delikatnie odrzucając mu głowę. Wyjął granat przyczepiony do kurtki, odbezpieczył go i wrzucił do środka wagonu. Rozległ się echem po lesie przeraźliwy huk i odgłos tysięcy wystrzałów, ziemia zadrżała w posadach, uniósł się kórz i drobne liście z runa, najwidoczniej w tym wagonie była amunicja. Po chwili usłyszał kolejny tym razem głuchy łoskot, a nad głowa przetoczył się elementy wagonu, który właśnie spadł na ziemię poderwany wybuchem. Wiedząc, że strzelec został unieszkodliwiony wyskoczył z kilkoma innymi kryjącymi się w rowie obok niego, podbiegli pod inne wejście skąd były oddawane strzały. Tym razem odczekali chwilę by upewnić się orientacyjnie stąd dokładnie dochodzą strzały, gdy byli pewni ustawili się ciasno obok siebie i jednocześnie oddali długą serię z kilku karabinów w tamtą stronę. Ze środka przestały dochodzić ich odgłosy. Mieli już wołać towarzyszy z rowu gdy na plecy Wojownika zwaliła się nieznana masa z wagonu. Nie wiedząc co to było w przypływie furii uderzeniami łokcia zwalił z ciebie ciężar i oddał serie w miejscu gdzie grzmotnął on o ziemię. Gdy nie widział już żadnego ruchu palec przestał ściskać kurczowo spust. Przyjrzał się dokładnie temu co przed chwila miał na plecach. Był to człowiek w egzoszkielecie, który technologicznie był na znacznie wyższym stadium zaawansowania niż ich prototypy. Na napierśniku pancerzu widniał obrazek - czaszki w konkwistadorskim hełmie i szablami skrzyżowanymi na wzór pirackich flag. Rozejrzał się po chaosie jaki panował, po nadal licznych ogniskach ognia obrońców taboru. - Na dach wagonów, weźcie ładunki wybuchowe – rozkazał swoim ludziom. Po kolei wchodzili na dach wagonu. Przez właz na górze wrzucił do środka ładunek, teraz dla wszystkich było już jasne co maja zrobić. Obrońcy byli zbyt zajęcie ludźmi w rowie by usłyszeć kroki tętniące o płytę dachu czy zauważyć, że otwiera się właz w wyładowanym towarem pomieszczeniu. Kiedy ostatni ładunek został wrzucony do środka zeskoczyli karkołomnym skokiem do rowu gdzie siedzieli ich towarzysze. Naraz odpowiedzią na niewidzialny znak część taboru wybuchła prawie jednocześnie spowijając teren strugami gęstego dymu i ognia. Duża część żołnierzy została wolna od ostrzału co pozwoliło pomoc ich druhom, którzy nadal kulili się w rowie. Obrońcy przewidując co ich czeka wyskakiwali z wagonów – nie mieli szans, momentalnie dosięgały ich serię rycerzy biegnących na pomoc braciom. Ostatni z przeciwników padł martwy niedługo po częściowym wysadzeniu składu. Rycerze Równowagi dokończyli wysadzanie pociągu i biorąc ze sobą zmarłych i rannych uciekli w las. - Skład był obstawiony – grzmiał przed Radą Wojownik – Musieli wiedzieć o nas. Bronili go żołnierze w jakiś nowych ekzoszkieletach. - Uspokój się! – przewodnicząca wiedziała, że tylko podniesionym głosem będzie w stanie go opanować – My także cierpimy z powodu tej straty. Dziś całe bractwo pogrążyło się w żałobie, na wieść o śmierci tylu synów Równowagi. - Cześć z tych ludzi się wykrwawiła – nie spuszczał z tonu – gdybyście wdrożyli projekt o zwiększeniu regeneracji ludzkiej to by nadal żyli. - System pomocy doraźnej... - Nikt nie mógł im pomóc – Warknął – gdyby ktoś się wychylił by udzielić tej Waszej pomocy doraźnej też by był martwy! - Rada rozumie... - Gówno rozumiecie – nie wiedział czy było to spowodowane strata przyjaciela, czy tym, że czuł się taki bezsilny ale czara goryczy się przelała – My tam przelewamy krew za równowagę a wy tu siedzicie i tylko radzicie. Rycerze Równowagi potrzebują działań! Oni wszyscy zginęli przez was! - Dość- Przewodnicząca wstała, ona tez miała tego dość – Straże wyprowadźcie go niech ochłonie! Ze wściekłością odtrącił ręce strażników które chciały go wziąć pod ramie, szybkim stanowczym krokiem wyszedł z sali obrad. Poszedł do swojej kwatery gdzie w kolejnym przypływie gniewu z całych sił uderzył pięścią w ścianę. Skóra na knykciach pękła i szkarłatny płyn wyciekła z rany, patrzył przez chwile jak czerwony strumień toruje sobie drogę przez skórę, następnie poszedł do łazienki gdzie opatrzył bandażem ranę. Wszedł do sypialni. Słońce jeszcze górowało nad drzewami a wiatr delikatnie unosił w powietrze drobiny piasku. Na komodzie pod ekranem stała butelka z lazurowym płynem, kuszącym swoja barwą. „Wystarczyło by serce żołnierzy biło wolniej jak u tego szczura w laboratorium. Mieli szanse przeżyć. Gdyby nie ignorancja i strach przed nieznanym ci ludzie mieliby szanse. Potrzeba przeprowadzić próbę na ludziach.” Myśli jego koncentrowały się na małym flakoniku położonym na drewnianej powierzchni. Popatrzył na ekran - słońce zaczęło się chylić do zachodowi. Wojownika od zachodu słońca dzieliło 200 mililitrów. „Czy będzie dla mnie świt? Czy będzie świt dla nas?” nikt mu nie odpowiedział, tylko butelka wdzięczyła się dalej. „Próby na ludziach...” Szybkim ruchem wyjął zatyczkę z pojemniczka wyjął strzykawkę i wciągnął tłokiem odpowiednią ilość. Nim wbił igłę zawahał się , zapytał się jeszcze raz „Czy to na pewno jest odpowiednie rozwiązanie?” przypomniał sobie oczy martwego Porkiego – wstrzyknął cała zawartość w żyłę. Świat zawirował, ogarnęła go dziwna słabość zdołał tylko dojść do łóżka na które upadł i zapadł w głęboki sen. Otworzył oczy, jego ciało przeszywał ból wydobywający się z każdego sensora jego ciała. Oczy nie widziały wyraźnie jakby zasnuła je mgła wszystko było zamazane i niewyraźne. Kolory się zlewały w jedno a światło tworzyło tylko jeden wielki refleks. Wstał z łóżka, musiał iść do skrzydła lekarskiego możliwe, że oni będą w stanie usunąć toksynę z jego organizmu bo to zapewne dzięki niej tak się czół. Korytarz spowijał dziwny zielony blask, którego nie identyfikował. Pomyślał, że to miła odmiana dla oślepiającego białego światła. Toksyna musiała już oddziaływać na jego mózg wszystko zwolniło tak samo jak można zwolnić odtwarzanie filmu. Dostrzegał szczegółu których nigdy wcześniej nie dostrzegał – rysę na ścianie, wgniecenie w suficie, plamę na lampie. Nagle ukazała się przed nim postać małej dziewczynki. Miała długie, lśniące blond włosy, ubrana była w czerwony kubraczek i czarne lakierki. - Nie uratowałeś mnie – powiedziała cieniutkim ledwo słyszalnym głosem. Starał się jej odpowiedzieć ale nie mógł otworzyć ust. Jego starania nie przynosiły żadnego efektu – dotknął dłonią ust. Ręka bezbłędnie powędrowała w odpowiednie miejsce ale zamiast dotknąć ust dotknęła oczy. Pośpiesznie pomacał twarz. Przeraził się, ale musiał się upewnić przejrzał się w odbiciu lśniących ścian korytarza. Przeraził się widząc, że porządek geometryczny jego twarzy był pomieszany – zamiast ust miał oczy zamiast nosa usta a nos był wstawiony na wysokości oczu. Przeszył go ból, czuł się jakby zaraz miał się wywinąć na druga stronę rażony jakimś starożytnym zaklęciem. To nieprawdopodobne ale gdy ponownie spojrzał w odbicie w ścianie widział jak jego serce, wątroba pracują wolne od okowy kości, mięśni i skóry które teraz znajdowały się pod organami. Światła zgasły okalając go ciemnością. Ogarnął go przeraźliwy lęk i przykładem lat dziecięcych zamknął oczy. Czerń pod powiekami zastąpiła czerwień – otworzył oczy. Olśniewające białe światło przenikało go na wskroś. Zadrżał, odczuwał głęboki chłód wiatr ciał jego odsłonięta twarz. Był ubrany, miał spodnie, zimowe buty, czapkę i swoją ulubioną kurtkę jeszcze sprzed czasów gdy zszedł pod ziemie. Wzrok dość szybko przyzwyczaił się do blasku, który nie był silniejszy od tego co panował we schronie. Rozpościerało się przed nim śnieżne pustkowie, zalegający śnieg doskonale odbijał promienie nisko położonego, dziwnie dalekiego słońca. Utwierdził się w fakcie, że źle zrobił zażywając Wodę życia i, że omamy to będą ostatnia rzeczą jakie zobaczy przed zgonem. Był bliski użalaniu się nad sobą i ostatniemu wyznaniu grzechów gdy usłyszał odgłosy niesione przez wiatr. Zaintrygowany odgłosami i brakiem lepszego zajęcie poszedł w stronę skąd dochodziły go dźwięki. Dostrzega w oddali urwisko – podszedł do jego krawędzi. W dole, pod nim kotłowały się tysiące ciał rozdzielone na dwie części pasmem przelatujących pocisków. Bitwa rozgrywała się w błocie najwyraźniej ciepło roztopiło śnieg ujawniając czarny grunt z wystającymi co rusz skałami. Zadziwił go to, że choć miał już pewne doświadczenie wojenne nie umiał rozpoznać rodzaju pocisków jakimi są prowadzone walki, mieniły się różnymi kolorami nim dosięgły celu. Karabiny tez nie brzmiały zwyczajnie, były dziwnie „piszczące”. Niebo przysłonił jakiś czarny kształt, rzucając cień na pole bitwy i na Wojownika. Koncentrując wzrok na czarnej masie dostrzegł regularność kształtów geometrycznych, krągłość dysz silników, stanowiska działek. Obiekt był jednak zbyt duży by mógł racjonalnie powiedzieć, że to był samolot. Powątpiewał już w to co widzi, choć zatrucie toksynami było oczywiste to chłód i podmuch wiatru były tak rzeczywiste. Działa czarnego obiektu zawieszonego w powietrzu przemówiły zalewając ogniem jedna z linii walczących. Patrzył na tą rzeź gdy nagle jeden świetlisty punkt zaczął się zbliżać do niego. Nie zdążył się uchylić gdy pocisk uderzył go w ramie przeszywając go bólem i zapachem spalenizny. Upadł na ziemie zamykając oczy w cierpieniu. Wciągając powietrze – było strasznie duszne i ciężkie. Dokładnie takie samo powietrze było w różnego rodzaju barach na ziemi, gdzie dym papierosowy, pot, zapach alkoholu zlewał się w jeden niezidentyfikowany gaz. Otworzył oczy. Siedział na drewnianym krześle, które zaskrzypiało nieprzyjemnie gdy się poruszył. Odgłos nikł gdzieś w pustce ciemnego pomieszczenia. Przed nim stał stolik obity zielonym materiałem. Nad stolikiem wisiała podwieszona w ciemności lampa z zielonym, plastikowym abażurem – dawała jasne czyste światło, dobrze oświetlając stolik. Z drugiej strony stolika dobiegła go charakterystyczny szum tasowanych kart. Z cienia wysunął się mężczyzna. Miał długie, ciemne włosy starannie związane w kucyk. Na twarzy miał wytatuowane trzecie oko na czole pomiędzy dwoma naturalnymi, a w ustach trzymał wielkie tlące się cygaro. Zarost kontrastował z bielą karnacji i koszuli w która był ubrany. - Zagramy – zapytał chrapliwym głosem. Nie czekając na odpowiedź wprawnym ruchem krupiera rozdał po dwie karty na stół dla siebie i Wojownika. Nieznajomy pewnie odsłonił swoje – miał króla i asa. - Oczko – powiedział bez patrzenia na kartoniki – A co ty masz ptaszku? Powoli uniósł swoje karty nie będąc pewny co zostało mu dane. Pierwszą kartą jaka zobaczył była as karo. Odsłonił ja w pełni i położył na stole. Potem zerknął na druga, był nią tez as. - Przegrałeś – zanim zdążył się kłócić o dobieranie kolejnej karty, spadał wraz z krzesłem w duł w odmęty czerni. Spadając swobodnie zgubił gdzieś krzesło. Nie wiedział jak szybko spada, czuł tylko jak powietrze targa jego ubraniem furkocząc. Nagle minął go jeden świetlisty punkt odniesienia, potem kolejny i następne, aż zaroiło się ich w koło niego bez liku. Niektóre z tych świecących źródeł były większe inne mniejsze, jedne były bliżej inne dalej. Dopiero gdy ujrzał w oddali znajomy kształt domyślił się czym są „świetliste punkty”. Mijał gwiazdy z wielką prędkością spadał do centrum galaktyki zwanej drogą mleczną. Prędkość jego lotu wzrastała z sekundy na sekundę, gwiazdy mijały go coraz szybciej. Po chwili wszystkie punkty zlały się w jedną wielka jasność poprzecinaną nielicznymi czarnymi smugami. Potem ukazał mu się mały ciemny punkt który rozrósł się i otoczył go. Tak jak po śmierci ludzie wędrują tunelem w stronę światła tak i on leciał tunelem wypełnionym barwami tęczy ku światłu. Niczym dotknięte ręką surrealisty kolory mieszały się tworząc nieznane mu wzory i kształty. Część z tych barw wyrywała się ze ścian ulatując kroplami w przestrzeń tunelu, przez chwile lecąc równo z Wojownikiem, ale potem, jakby tracąc siły nikły gdzieś w tyle wraz z innymi barwami tunelu. Spojrzał ku końcowi. Nagle go osiągnął. - Panie i Panowie, a teraz...…