Militaria · 5 min czytania
Dezerter
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był naprawdę piękny poniedziałek. Pensjonariusze pewnego, dobrze strzeżonego ośrodka, szykowali się do wyjścia do cywila. Powietrze rozprowadzało w nozdrzach intensywną woń firmowej kawy, przemyconej ze stołówki. Za oknami świeciło słońce. Plutonowy Bok, zanurzony w lekturę popularnego czasopisma lewicowego, którego redaktor naczelny, rozpoznawany był z uwagi na niepospolity cynizm i osobliwe cechy anatomiczne, ziewał przeciągle. Co jakiś czas przerywał czytanie, przecierał oczy, obiegał wzrokiem najbliższą okolicę - na tym w końcu polegała jego niewdzięczna robota. Potem, zatrzymywał się nad wybranym fragmentem tekstu, jak nad wersetem pisma świętego, i długo, długo rozmyślał. Rozgrywając w wyobraźni przeróżne scenariusze, wprowadzał znaczące korekty. Rzeczywistość, której Bok był wiernym wyznawcą dawno umarła, stając się tylko, religią? Tak, pogańską religią! A według Kapelana Jeziorskiego - blednącym czerwonym karłem z pięcioramiennej gwiazdy. Jego zdeformowane refleksy mieszkały w mózgu Boka, od czasu do czasu, wydostając się za pomocą alkoholu, przeistaczały się w niesamowite wizje. Wtedy to, starszy plutonowy Janusz Bok, Bok od Boga - jak zwykł mawiać żartobliwie, nie przyjmował żadnej krytyki dotyczącej swoich poglądów, i każdemu kto by się zdobył na cywilną odwagę, oficjalnie negować, ów absolutnie prawdziwy nurt myślowy, każdemu gotów był dać w ryj. Zazwyczaj, kiedy na zakrapianych imprezach, rozmowa zbaczała na newralgiczny tor, doświadczeni współtowarzysze Boka, starali się jak najszybciej zmienić jej bieg, albo przynajmniej zneutralizować ciągłym przytakiwaniem, lub prawieniem niewyszukanych komplementów. To ostatnie działało prawie zawsze, ponieważ Bok uwielbiał komplementy, to był jego punkt „G”. Praawie zawsze. Zdarzenie miało miejsce w kancelarii nowego szefa kompanii, porucznika Pawła Jagody, któremu nikt nie zdążył wytłumaczyć, panujących tu, specyficznych konwenansów. Na jego, ma się rozumieć, nieoficjalnym powitaniu. Zresztą, uroczystości zdecydowanie kameralnej, odbywającej się przy uczestnictwie ledwie kilkuosobowej grupy kadry WP, przy siedmiu flaszkach wódki i jednym słoiku ogórków kiszonych. Uroczystości zakończonej nagle, trzaskiem wyłamujących się drzwi wielkiej szafy. Bezwiedne ciało Jagody przysypane zwałem sortów mundurowych, wglądało komicznie. Ktoś wezwał żandarmerię, ale jak to bywa sprawie szybko ukręcono łeb. Niestety jakimś cudem wieść o incydencie wydostała się za mury jednostki,…