Fantastyka · 20 min czytania
Diabli Chaos
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i} indekstre babilum. {/i} Ciemność. {i} ghazamati behemavc. {/i}Gehenna. {i} lucifara ingritis dnvub stmnoao stbmi et t dughz{/i}. Czerń, otchłań, śmierć, niewiadoma. Złe moce krążą. Poczucie grozy. Klątwa. {i} rbvnbuamby gk fg rga uidg h hdgadf. {/i} "Zagłada nadchodzi" - tak, tłumacząc z języka Czerni rozpoczyna się przeklęta księga "chaos behemo". Na temat jej powstania krąży wiele legend. Niektórzy powiadają, że była ona zawsze, jest i będzie. Jest wszystkim, heglowskim Absolutem. Inni twierdzą, że przed wiekami zrodziła się z ziemi. Sekta Umarłych uważa, iż oświecony Behemo napisał ją, będąc pod wpływem czarciej ekstazy. Wszystkie te mity są wielką bzdurą, żaden z nich nie zawiera chociażby połowy ziarna prawdy. {i} avmaggrm ekc,miemer behemo lmffnba. {/i} "chaos behemo", biblia Mocy Ciemności powstała w Bibliotece Babel. Ażeby to szatańskie miejsce zostało wyklęte na wieki! Ileż to książek, zawierających w sobie przepisy Ciemności, można tu znaleźć na nieszczęsnych półkach. Wyobraź sobie, jak ogromna jest liczba ksiąg, różniących się od "chaosu behemo" zaledwie jedną literą. Jedynie kilka z nich pochłonęły Płomienie Wieczności. Biada nam, nieszczęsnym. Zostaniemy na zawsze potępieni! Zguba jest blisko, Czerń zatacza nad nami coraz węższe kręgi. Wkrótce nie będzie już ucieczki. Chaos, Nicość i Niewiadoma…
{i} n xezludgj ui aoiur. {/i} Tajemnicza postać przekracza próg biblioteki. Zdecydowanym krokiem przemierza kolejne pokoje z regałami. Co jakiś czas podnosi głowę, nerwowo rozglądając się wokół. Nagle słyszy podejrzany szmer i już nie ma żadnych wątpliowści, że wszystkie jego próby poszły na marne - nadal jest śledzona przez jegomościa w kapturze. Chcąc zgubić pościg, rzuca się do ucieczki między półkami. Wszystko na próżno. Okazuje się, iż trafił na godnego siebie rywala. Odwraca się więc, mamrocząc pod nosem zaklęcie. Jegomość w kapturze nawet nie próbuje się osłonić. Strumień Ciemnego Światła trafia go prosto w brzuch. Zduszony krzyk bólu. Mężczyzna pada nieprzytomny. Nieznajomy wykorzystuje to w mgnieniu oka. Pędząc, ile sił w nogach, dociera do pokoju nr 666 w Bibliotece Babel. Ukrytą pod czarnym płaszczem księgę błyskawiczne wkłada na jedną z półek. Po spełnieniu obowiązku ni stąd, ni zowąd rozpływa się w powietrzu.
2003 rok po narodzeniu Chrystusa, 12 maja, Warszawa. Pan Tomasz Mikus po ciężkim dniu pracy wraca do domu. Jest wycieńczony. Trudno, by cały dzień użerania się ze studentami mógł sprawić jakąkolwiek przyjemność. Doprawdy dzisiejsza młodzież jest już na wszystko zobojętniała. Podczas gdy on trudzi się, by w jak najbardziej przystępny sposób przybliżyć zagadnienie mistrzowskiego heksametru Homera, ta hołota zajęta jest drugim śniadaniem, najnowszym numerem "Bravo", lub inną rozrywką, której poziom intelektualny nie przekracza magicznej liczby zero. A później będą się tacy pytać, czy Homer to ten, który właśnie opuścił dom Wielkiego Brata na jakimś podwarszawskim zadupiu. Na szczęście dziś najgorsze ma już za sobą. Nadszedł czas na cowieczorne chwile rozkoszy i relaksu. Punktualnie o godzienie 1845 pan Tomasz rozpoczyna lekturę któregoś z wielkich mistrzów starożytności (w oryginale, rzecz jasna). O godzinie 1930 następuje przerwa. Profesor Mikus przygotowuje dość skromną kolację. Uparcie twierdzi, iż prawdziwy geniusz jest geniuszem jedynie na czczo. Posiłek umila mu oglądanie "Wiadomości". Pan Tomasz jest człowiekiem niezwykle zorganizowanym, jak również precyzyjnym. Natychmiast po zakończeniu pracy zamyka się w swoim biurze, by przy filiżance kawy przygotować się do wykładów w dniu następnym. Jeśli starczy czasu, przejrzy jeszcze gazetę. Dokładnie o godzinie 2215 udaje się w objęcia Morfeusza. Prawdziwy humanista musi dużo sypiać - to ulubione powiedzonko pana Tomasza. (A, trzeba przyznać, jest ich wiele).
{i} Wielmożny Henryku, 15 maja 2003, Warszawa Mój przyjacielu! Na początku mego listu pragnę przesłać Ci serdeczne pozdrowienia. Sprawia mi niezmierną radość, tudzież przyjemność fakt, iż zawsze mogę liczyć na dobrą radę, sugestię, czy też pomoc tak wspaniałej osoby, jaką niewątpliwie jesteś Ty. Serce me raduje się, gdy mogę pisać pod Twym adresem te oto komplementy. Atoli tym razem sytuacja zmusiła mnie do wymiany korespondencji z Tobą w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Pozwól, że w wielkim streszczeniu przedstawię Ci przygodę, która to niedawno mnie spotkała. Wobraź sobie, dwa dni temu zakończywszy wykłady nieco przed czasem, postanowiłem spędzić kilka jakże przyjemnych memu sercu chwil w królowej stolicy - Bibliotece. Rzecz jasna, przesiedziałem tam kilka godzin. Niestety o 1845 musiałem znaleźć się przy domowym ognisku Hesti. Podczas powrotu ogarnęło mnie wielkie zdziwienie. Idąc ulicą, natknąłem się na antykwariat, którego progu nie było mi jeszcze nigdy dane przekroczyć. Mimo późnej pory postanowiłem natychmiast tę zaległość nadrobić. Otworzyłem drzwi i mym oczom ukazał się widok wręcz imponujący… {/i}
Antykwariusz spojrzał złowrogo na wchodzącego klienta. - Za pięć minut zamykam - oświadczył zdecydowanym tonem. Facet, który przyszedł, wyglądał na niezłego świra.Wielkie binokle, krzywy kinol, do tego elegancki frak, a na głowie kapelusz z obszernym rondem. Boki zrywać! Koleś musiał być nieźle szurnięty. - Streszczaj się, pan. Ja już chcę do domu iść! - burknął antykwariusz i poirytowany opieszałością przybyłego osobnika, zapalił cygaro. W tym momencie profesor Tomasz Mikus nie wytrzymał: - Na Boga, co pan wyprawia najlepszego?! Tu nie można palić, przecież tu są książki! Sprzedawca skrzywił się. Akurat na sam koniec dnia musiał mu się trafić taki zjeb… - Koleś, tobie coś się pomyliło. Ja tu jestem szefem, chce mi się palić, to będę. Proste, co nie? Jaki się co nie podoba, to wynocha! Ja tu nikomu nie kazałem przychodzić. Intruz był nie do spławienia. Choć antykwariusz dawał wyraźnie do zrozumienia, iż wejście klienta jest mu stanowczo nie na rękę, pan Tomasz cierpliwie szperał między regałami. Co jakiś czas zdejmował książkę i dokładnie oglądał. Czynność ta była dlań prawdziwym rytuałem. Najpierw z ogromnym szacunkiem patrzył na dzieło, potem delikatnie gładził okładkę, następnie zaś z prawdziwą nabożnościa przekładał kolejne kartki. Cholerny natręt znów coś wyciągnął. Ależ bajzel tu zrobił! - Przepraszam najmocniej, ile kosztuje to wielkie dzieło? - spytał, pokazując jakieś badziewie z wypadającymi kartkami. - Co ja, panie, informacja kolejowa jestem? Cena naklejona jest z tyłu, proszę se zobaczyć. Zdecyduj się wreszcie - chcesz, to kupuj i do widzenia! Panie, ja dziś ciężki dzień miałem, zmęczony jestem, kobieta na mnie czeka!
Część 22 / 2
{i} ... Sprzedawca był okropnie nieuprzejmy, posługiwał się ohydnym slangiem, rzekłbym wręcz mową rynsztokową. Mimo to przełamałem obrzydzenie i zdecydowałem się na zakup dzieła, które wywołało mą ogromną fascynację. Księga ta była doprawdy niezwykła. Niestety, nie miałem możliwości odczytania tytułu, gdyż ten na skutek upływu czasu zatarł się. Mnóstwo książek w tym antykwariacie liczyło, mówiąc nadzwyczaj dokładnie, czterysta dziesięć stron. Na każdej ze stron znajdowało się czterdzieści wierszy, a w każdym wierszu około osiemdziesiąt liter. Szczególne zjawisko, nieprawdaż? Po powrocie do domu postanowiłem natychmiast oddać się rozkoszy lektury. I tu, z przykrością stwierdzam, natrafiłem na irytujący mnie po dziś dzień problem. Z pewnością wyda ci się to zupełnie irracjonalne, lecz nie byłem w stanie otworzyć tej księgi! Jakby w drodze do domu jakiś nieznany mi bliżej czynnik spowodował sklejenie wszystkich kartek! Użyłem tysięcy sposobów, lecz za każdym razem wracałem na tarczy, niczym wojska napoleońskie spod Moskwy. Nie wiem cóż teraz robić, w głowie mam pustkę i czuję się bezradny niczym niewinne dziecię. Może i tym razem wyciągniesz pomocną dłoń, którą będę mógł chwycić zamiast przysłowiowej brzytwy? Odpisz proszę, najszybciej jak tylko pozwolą Ci na to moce boskie, których wyroków nigdy nie poznamy. Z przyjacielskim pozdrowieniem Tomasz Mikus{/i}
Antykwariusz zaciągnął się dymem. Sprawdził, czy kłódka trzyma - wszystko w porządku, nareszcie ma trochę świętego spokoju. Podczas powrotu do domu drogę niespodziewanie zajechała mu limuzyna. Wysiadł z niej wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, ubrany w czarny smoking. Sprzedawca już kiedyś widział tę twarz. - Idioto! - kierowca limuzyny wymierzył policzek. - Dupku! - na twarz biednego antykwariusza spadł kolejny potężny cios. - Pierwszy, za zachowanie wobec klienta. Hańbisz nasz ród, łapserdaku, kto cię kultury uczył, ścierwo? Wstyd! Drugi za to, co przed momentem zrobiłeś. - Jak to? - Jeszcze się, kurwa, pytasz? O ty łajdaku! No więc, wyobraź sobie, że przed chwilą opyliłeś za jakieś grosze "chaos behemo"! Młody jesteś, dam ci więc przyjacielską radę: spieprzaj stąd, i to natychmiast! Jak się Behemot dowie, to cię zajebie, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu. Nieszczęsny antykwariusz z przerażeniem popatrzył na stojącego przed nim osiłka. Strasznie paliła go twarz po dwóch uderzeniach. Czuł, że za chwilę zemdleje. Ostatkiem sił odwrócił się i pobiegł przed siebie.
{i} Wielce szanowny Henryku, 19 maja 2003, Warszawa Okoliczności sprawiły, iż znów trzymam w ręce pióro, pisząc do Ciebie. Doprawdy, dziwne zdarzenia, mają miejsca w związku z księgą, którą ostatnim razem zakupiłem. Dotychczas, ośmieliłbym się twierdzić, są one wręcz niepojęte. Atoli żywię wielką nadzieję, że posługując się umiejętnością słynnej dedukcji Sherlocka Holmes'a dojdę do rozwiązania również i tej zagadki. Wciąż nie udało mi się otworzyć wrót tajemniczego dzieła. A, co jeszcze bardziej rozbudziłą mą ciekawość, wczoraj pewien jegomość złożył mi wizytę… {/i}
Ktoś zastukał do drzwi pana Tomasza. Profesor niechętnie wstał od biurka. Choć "Eneidę" znał już niemal na pamięć, czytanie jej wciąż sprawiało mu wielką przyjemność. Któż taki śmiał odrywać go od