Komedia · 8 min czytania
Diabli nadali
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Diabli nadali
Rzeka mi za oknem zamarzła. Niech by to szlag! Słuchajcie – ósma rano, środek nocy, a tu jak nie posłyszę: „szuuu, szuuu, szum – szum, szum – szum”! Naciągam kołdrę na głowę, trochę lepiej, ale ze spania nici. Przewracam się na drugi bok, przyciskam twarz do poduszki, a tu ciągle „szuuu, szuuu”. Myślę sobie, że może to porządki przed Wielkim (Tak Jakby Normalnie Spuchło) Świętem Miasta. Ale wnet uświadamiam sobie, że to zupełnie coś innego. Ha! Numer jak co roku! Zerwałem się natychmiast i dopadłem do okna – tak! Jak każdego roku o tej porze – jeżdżą gadziny – całymi rodzinami. Ja nie wiem, czy to jakaś epidemia – masowa głupawka. Czy zamarznięcie rzeki oznacza, że wraz wszyscy odczuwają nieodpartą potrzebę wsadzenia łyżew na łapska i pognania na ślizgawkę? Pieski Pawłowa, słowo daję! Ale ja już się z nimi rozprawię starą metodą, której jeszcze nieodżałowanej pamięci mój dziadek, Alglat, nauczył mnie, gdy poraz pierwszy w moim życiu wyrwany zostałem przez tych nicponi ze snu, a byłem wtedy bezradny i zagubiony wobec tej napaści. Jak lacia nie wezmę, jak nie przymierzę, jak nie wypłacę pierwszemu delikwentowi w łeb! I tutaj mały zonk: otóż pojechał dalej, nieporuszony i radosny, choć dostał celnie i solidnie. Hm, mutant jakiś. Nic to. Mam jeszcze drugiego lacia. Szusowała akurat zaraz pod moim oknem większa gromadka – o, jakem im zasadził uczciwie! Ale – konsternacja: oto śmieją się dalej, osły, i suną płynnie do przodu, choć nie chybiłem wcale – jestem pewien! Wtem, choć było może wpół do dziewiątej, zegar mój wybił dwunastą. Niemało się zdziwiłem i już chciałem iść wyregulować mechanizm, kiedy widziadło niestworzone stanęło przede mną dumnie i w bezruchu. Dziadek Alglat we własnej osobie, jak go pamiętam! -Oj... – przywitałem się drżącym głosem. -Ładnie się z dziadkiem witasz, hultaju! Wyprostuj się! Ściągnij szlafmycę! – przerwał na moment, a potem już łagodniejszym tonem spytał: - No, i jak tam ci się wiedzie? -Dziadku, oni – ci, co się ślizgają – znów wrócili i ja właśnie... -Ja wiem, ja wiem – laciem ich potraktowałeś – dlatego jestem. Posłuchaj, synu, to było dobre, to się sprawdzało. Ja to wielce chwalę, że tradycja... że mój wnuk tak jak ja... tak, tak... – zadumał się. – Ale: to już przeżytek. Owszem – symbolicznie oberwali – och, to wspaniale, że o tym pamiętałeś. Jednak tak ich nie pogonisz. Nawet giwera nic ci tu nie da. A pamiętasz, jak miałeś dziesięć lat i był ten taki w czerwonej czapce i on ciągle wracał – to my w tedy z twoim ojcem – myk po giwerę do składziku i... ach, ja tu gadu, gadu, tymczasem działać trzeba. Więc o co chodzi: ano metody, synu, uległy zmianie. Teraz się nie rzuca laciem, teraz się sporządza notatki. -Notatki? -Tak, notatki. -Notatki? -Tak, notatki. Notatki. Rozumiesz, sporządzasz na delikwenta taką notatkę i jest udupiony. Teraz tylko notatki się liczą. A wiesz czemu? -Eee, no nie... -Bo taka notatka to może trafić do teki! A jak już trafi do teki to uuuuuu! No albo ją kto przeczyta, co to umie się zakręcić tu i tam i wtedy też jest dobrze. Rozumiesz? -Ehe... -Sporządź na tę kompaniję notatkę – mówię ci! Ha! To się zdziwią! Zegar ponownie zaczął bić. Twierdził, że jest pierwsza, choć ja wiedziałem, że to nieprawda. Widziadło jednak odeszło w niebyt. Dziadek zawsze wszystko wiedział. Wiedział, jak siodłać konia, jak czyścić giwerę, jak leczyć biegunkę, jak usuwać brodawki. Wiedział, jak walczyć z natrętami. I teraz musiał mieć rację. Nie wiedziałem, jak sporządzać notatki. Wziąłem zatem pierwszą lepszą fiszkę i nakreśliłem wielkimi literami na górze: „NOTATKA”. Podkreśliłem dwiema kreskami i dalej już mniejszymi literami zapisałem co następuje: Niniejszym notuję, że te, co to się ślizgają pod moim domem, to są gnoje i parszywe świnie i to się nie godzi, żeby oni się ślizgali pod moim domem. Tak chyba będzie dobrze... Co teraz? Mam notatkę i...?…