Filozofia · 24 min czytania
dialog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Od czasu kiedy zostałem arcykapłanem boga prawdziwego świat się zmienił całkowicie. Nie czułem już strachu, mimo, iż strach czaił się dokoła mnie. Pożerał wszystko i wszystkich, był nie nasycony. Lecz ja się go nie musiałem bać. W końcu byłem jego Panem. Światła miasta budziły się każdego wieczoru, a potem umierały, by potem pokryć wszystko mrokiem, który umierał po wschodzie słońca. I tak każdego dnia zamykał się kolejny cykl koła życia. Człowiek, który stał obok niego zmieniał swój wygląd, raz był młody, raz stary; czasem zachwycał swoim wewnętrznym i zewnętrzny pięknem, czasem przerażał brzydotą i pogardą dla wszystkiego. Jon chwilami nawet zaczynał wątpić czy to naprawdę on jest mężczyzną. Ale przede wszystkim wśród tych wszystkich nieustannych przemian ciągle mówił. - Widzisz, kiedy patrzysz swoimi oczyma, możesz zobaczyć jedynie iluzję. Iluzję tę, albo tkasz ty, albo powstaje w rękach wprawnych tkaczy. Ja jestem ich Panem. To pozwala władać wszystkimi i wszystkim. Jego głos zmieniał się nieustannie, raz był głosem starej kobiety, potem niskim głosem męskim, szczebiotem dzierlatki, a potem śpiewem kastrata. Jon już przestał to rozróżniać. Mimo nieustannych zmian jego tonu, brzmienia i modulacji stał się dla niego ochrypłym głosem starego zmęczonego człowieka. -Obserwowałem cię Jonie od wielu lat. Widziałem jak piąłeś się w hierarchii. Wydawało mi się, że widzę siebie samego. Miałem takie same pragnienia jak ty, takie same ideały. Potem zostałem arcykapłanem. Jonie, czy chciałeś kiedykolwiek zostać arcykapłanem? -Nawet nie marzyłem Ekscelencjo. Zlał się potem. Nie rozumiał pytania. Nie wiedział do czego stary Arhor dąży. –Kłamiesz. Każdy z nas tego pragnie. Ale większość nie chce się do tego przyznać. Widzisz jako młody człowiek miałem głowę pełną ideałów. Potem zostałem arcykapłanem. Zauważyłem, że mogę wszystko. To co było niedostępne dla innych stało się moim udziałem. Mogłem tworzyć świat, zmieniać urzędników a nawet władców, wznosić wielkie budowle, budować i doprowadzać do upadku wielkie imperia. Mogłem zabijać i tworzyć religie. A przede wszystkim dostałem wgląd do ludzkich serc. Wgłębiając się w nie mogłem czuć ich pragnienia, instynkty. Czuć ich strach i radość, pokorę i pychę, lęk i poczucie bezpieczeństwa a nawet miłość i nienawiść. Nie tylko mogłem to czuć, ale także mogłem to tworzyć. Tkać iluzję w ich umysłach nieświadomych mojej ukrytej potęgi. I robiłem to. Robiłem to z rozkoszą tak dziką, jak dzikie są bezludne stepy, za którymi żyją już tylko smoki. Robiłem to jak każdy z arcykapłanów przede mną. Byłem nimi, a oni byli mną. Niektórzy cisi, pokorni, inni owładnięci szałem władzy. Znałem ich historię, znałem ich myśli, patrzyłem ich oczyma. Niektórzy z nich byli wyjątkowo podli, ludzka podłość nie ma granic. Ja byłem najgorszy. Czy potrafisz to zrozumieć Jonie? Jon był zaskoczony. Ze zdziwieniem przyjął propozycję spaceru ze starym Arhorem, najwyższym kapłanem Boga Jedynego. Jeszcze bardziej był zdumiony słowami, które padały z ust tego dostojnego męża. - Nie rozumiem dostojny Arhorze. - Czuje twoje wątpliwości. Poznanie myśli ludzi, jeśli tego pragniesz, to największy przywilej władzy arcykapłana. Dziwisz się, jak tak pobożny człowiek, może mówić tak o sobie. Znałeś tylko ostatnie kilka lat mojego istnienia, Ja widzę całe, każdego dnia przeżywam słabości, których nie umiem sobie wybaczyć. Nawet nie mam z kim o tym porozmawiać. Każdego z was kapłanów, nauczono nie mówić ze mną. Reguły świątyni mówią: Odpowiadaj, gdy arcykapłan pyta; słuchaj, gdy mówi; gdy milczy, słuchaj jego medytacji. O ile w przypadku młodych adeptów są słuszne, to nic nie zmieniają u starych kapłanów. Oni wiedzą co jest słuszne, a co nie, ale mimo to nie mówią. To skazuje mnie na wieczne milczenie. Oczywiście można też rozmawiać ze zwykłymi ludźmi. Oni nie przestrzegają reguł świątyni. Ale zwykle są głupi i ograniczeni. Nawet władcy. Chodź, pokażę ci wszystko, zanim podejdziesz do próby, wszystko zobaczysz. Szli powoli w milczeniu. Oddalali się od miasta. Przechodzili obok żyznych pól pokrytych ciężkimi od dojrzałego ziarna kłosami pszenicy. W ich złocie igrały, niczym dobre, wesołe duszki, promienie zachodzącego słońca. Czerwień stopniowo nasycająca błękitne, bezchmurne niebo wraz z księżycem w pełni starały się zwiastować coś niezwykłego. Pod ich stopami, włożonymi tylko w proste sznurowane sandały, unosił się pył z ubitego duktu królestwa. Potem skręcili w boczną drogę ciągnącą się zagonami, pokrytą miękką trawą. Potem gdy skończyły się pola zaczęły się pastwiska. Stada czerwonego bydła chodziły to tu, to tam, z rzadka tylko odganiane od pól pszenicy przez brudnych, obdartych pastuchów. Na widok arcykapłana padali na twarz jak nakazywał obyczaj. Jeszcze przed zalegnięciem całkowitych ciemności weszli do lasu. Tutaj panował już mrok. Gość naszych nocnych koszmarów, brat strachu. Czaił się za konarami starych drzew, jakby wołał leśne licha i zmory. - Nie bój się Jonie- powiedział Arhor- znam tu każdy krzaczek, każde zwierze i każdy cień. Dotknij mojego płaszcza i idź za mną. - A brzeg płaskowyżu? Czy nie spadniemy w mroku? - Nie bój się, zaufaj mi, znam drogę. Wąski leśny dukt skończył się. Szli dość szybko przedzierając się przez krzaki. Oczy stopniowo przyzwyczajały się do ciemności lasu. Gdy doszli do skraju arcykapłan wskazał na wąską ścieżkę wiodącą ostro w dół przy urwistej ścianie. - Więc to jest ta legendarna droga przemytników, której od lat szukają królewscy strażnicy.- pomyślał. - Tak Jonie- rozległo się w jego umyśle. - Nie musisz się tego bać. To telepatia. Może się jej nauczyć każdy. Ale jedynie niewielu wie jak. - Skoro Ekscelencjo znałeś drogę, dlaczego jej nie wskazałeś? - Zawsze ktoś musi być wrogiem. Wczoraj byli nim Babilończycy, dzisiaj przemytnicy opium, a jutro... Jutro może być nim nasza świątynia. Nie ujawnia się wszystkiego nawet przyjaciołom.
Schodzili w dół po wąskiej skalnej półce w całkowitym milczeniu. Z nieukrywanym strachem Jon spoglądał na dżunglę rozciągającą się tam w dole. Tyle słyszał strasznych opowieści o tym dzikim świecie poniżej królestwa. Nie wiedział, czy w nie wierzyć, czy nie. Ale mimo wszystko, nigdy by nie zapuścił się w tą niezrozumiałą dla niego zieloną nawet w środku dnia. A teraz miał tam wejść w środku nocy, gdyby nie stary Arhor, nigdy by nawet o tym nie pomyślał. Bał się bardziej niż kiedykolwiek w swoim życiu, lecz musiał zawierzyć temu starcowi. Delikatnie stawiał swoje stopy na tej niemal niewidocznej ścieżce nad brzegiem niezmierzonej przepaści. Schodzili coraz niżej. Miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał, lecz miał także świadomość, że choć powoli to jednak nieubłaganie, zbliżają się do koron najwyższych drzew. Wyobraźnia rodziła mu najróżniejsze skojarzenia. Arhor widział je, lecz mimo wszystko nie wtrącał się. Miał w tym swój ukryty cel. Ten cel powodował, że z zadowoleniem witał nowe obawy Jona. Jon nagle poczuł coś co przypominało przebudzenie się ze snu. Zrozumiał, że zagłębia się nie w sen, nie w jawę, a inną nie dostępną innym śmiertelnikom przestrzeń . Czuł rodzenie się nowego, zasypianie starych mar. Wiedział, że nie jest już Jonem, młodszym, nic nie znaczącym kapłanem w Świątyni Boga Prawdziwego. Ale dalej nie rozumiał kim jest, dokąd idzie i dlaczego? Przez jego ciało przebiegały dziwne strumienie, jakby światło. Wypływające z głębi niebios, albo piekieł. Dotykał jego mistycznej pulsacji, tej dziwnej, potężniej i nie pojmowanej jeszcze siły, której dotychczas nie mógł poczuć. Jeżeli jeszcze przed chwilą jego wątpliwości rodziły się coraz nowe bestie, czatujące wśród mroku właśnie na niego, to teraz , z każdym krokiem na tej przepaści zaczynał się czuć ich panem. Zaczynał pojmować, swym niedoskonałym, ograniczonym umysłem, to co się dzieje dokoła. Potem doszli na wysokości szczytów najwyższych mirtali, najwyższych drzew dżungli, wystających wysoko ponad to piekło zieleni na dole, teraz rozsiewających właśnie porywane przez wiatr nasiona. Wąska ścieżka wtedy rozszerzać się. - Przystaniemy tu na chwilę. To miejsce nazywają rodzeniem się lęków. Tutaj przemytnicy, krzyżują tych, którzy byli wobec nich nie lojalni. Obcinają języki tym, którzy nie dotrzymali tajemnic. I to miejsce rodzi w nich strach. Strach, który wymusza posłuszeństwo. Kiedyś to miejsce było miejscem rytuału. Wstępując na nie rodziłeś się na nowo, odbierałeś dary. Kiedy będziesz wchodził to samo stanie się z tobą Jonie. Czuję, że zaczynasz poznawać potęgę tej świętej drogi, zapewniam cię, że twoje doznania są jedynie namiastką w porównaniu z tym co stanie się twoim udziałem, gdy będziesz wchodził do góry. Wzięli kilka łyków wody by iść dalej. Znów ta sama wąska półka skalna z trudem mieszcząca człowieka. Mógłbyś powiedzieć, że jest niczym granica między życiem i śmiercią, pogrążona teraz w mroku nie przeniknionej ciemności, gdzie jedynie w wąskich szczelinach wpadały pojedyncze promienie księżyca. Siostry, jak ją zwali starożytni i w swej naiwności czcili jako największą boginię. Dla Arhora było to nie dawno, widział to własnymi oczyma; ale Jon urodzony już w czasach Boga Jedynego, nie mógł tego pojąć. Już wkrótce, i on będzie mógł to zobaczyć, stać się dziwnym świadkiem tej dawno umarłej przeszłości. Arhor to wiedział. Ale wiedział też, że Jon może nie podjąć próby. Nie będzie mógł rozumowo, jak to dotychczas robił, rozstrzygnąć dylematów, które się przed nim pojawią. Będzie musiał się zaufać swojej intuicji, odwiecznemu darowi zajrzenia w to, co dotąd nie poznane, by przez chwilę stać się ręką Najwyższego. Tak samo było i z Arhorem. Tak samo, gdyż i on był poddany kiedyś tej próbie. Chociaż, jeśli pomyśleć tak naprawdę szczerze, to i teraz też w pewnym sensie stanie się niemym statystom, bezwolnym uczestnikiem tej gry. Razem będą igrzyskiem, igraszką w ręku wielkiego przedwiecznego umysłu, który stworzył wszystko co żyje, którego dzieło nigdy się nie kończy. A ta gra będzie jedynie ziarnkiem piasku w wielkiej klepsydrze wieczności. Czy dobrze wybrał? Myśli Arhora były nie dostępne innym. Jon nie mógł ich znać. To dobrze. Gdyby Jon o nich wiedział, nigdy by nie przeszedł próby.
Jon nie był w stanie się zorientować jak wiele czasu zajęło im zejście. Miał wrażenie, że każdy kolejny krok stawał się jakby litanią, lirycznym śpiewem pośród tego mroku. Każdy krok był jakby zwrotką dobrze znanego mu hymnu, którego choć nigdy nie słyszał, miał mocno wyryty we wnętrzu serca. Ile godzin minęło? Ile godzin było przed nim? Nie wiedział. Mrok zawsze pozostanie mrokiem, czas czasem, a podróż podróżą. Gdy dotknęli twardego gruntu zeszedł ze ścieżki z wielką ulgą. Mimo, że przerażał go ten las, to jednak ten lęk jakby zostawił na ścieżce. Mimo, że głęboko wpisany w jego wspomnienia w głębi duszy, był nieważny. Odleciał w trakcie przejścia wąskiej skalnej półki, wąskiego paska wstążki wetkniętego pomiędzy życie a śmierć, między jawę a sen, między twoim a moje ja. Nie mógł pojąć dlaczego tak to widział, ale wiedział dlaczego Arhor nie zdradził tej świętej drogi, ani strażnikom królewskim, ani nawet dostojnym władcom. Teraz szli lasem. Mijali dzikie liany, zawijające się powoli wokół smukłych, drzew, powoli je dusząc i wypijając ich soki. Słyszeli przemykające w lesie stwory, widzieli cienie tańczące na małych polankach, niczym leśne demony, którymi w dzieciństwie Jona straszyła go opiekunka. Potrzebował wielu kroków by zorientować się, że idą twardym bitym traktem. Mimo, iż zniszczony przez wszędzie wdzierającą się dżunglę, był on bardziej imponujący niż najpiękniejsze ulice miasta. -Gdzie jest? Gdzie prowadzi go ten obłąkany