Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 22 min czytania

Dialog filozofizny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Temat: Filozofia jako forma gry politycznej, walki o dominację nad językiem.

Jako temat mojej pracy wybrałem zjawisko bardzo złożone i niemożliwe, przynajmniej w moim przypadku, do szerszego omówienia. Uznając jednak swoje ograniczone kompetencje postaram się oddać jego charakter, wspomagając się przykładami z literatury filozoficznej, będą to przykłady absolutnie niereprezentatywne i dobrane tendencyjnie. Nie jest moim głównym celem pokazanie procesu w przekroju całej filozofii, ale w jej wycinku najnowszym, dokładniej w filozofii umysłu. Moją tezą roboczą uczynię stwierdzenie, że w filozofii od początku celem nie była prawda, ale pewien rodzaj dominacji nad dyskursem. Nie chcę używać słowa władza, które jak definiuje Kołakowski: „W najszerszym znaczeniu 'władzą' nazywamy wszystko, co pozwala nam wpływać na otoczenie- naturalne czy ludzkie- w pożądanym kierunku.”1 ponieważ moje rozumienie dominacji nad dyskursem nie zakłada celowości zjawiska, tzn. podmiot podejmujący działanie nie musi kierować się jakimś uświadomionym, czy nie, celem. Po prostu nie pozwala zbić swoich tez, bo taka jego natura. Tezy o początku nie można praktycznie obronić, gdyż nie wiadomo gdzie takowy miał miejsce, jednak na przestrzeni dziejów znaleźć można liczne przykłady nierzetelności.

Polemiki filozoficzne w gruncie rzeczy, poza hermetycznym charakterem swojego języka, niczym specjalnym nie różnią się od dialogów z jakimi mamy styczność na co dzień. Ewentualne dąsy specjalistów na tego typu zarzuty, tylko potwierdzają ten fakt. Mechanizm obalania tez adwersarza w skrócie można by opisać w ten sposób: wybrać jakąś część teorii, zinterpretować pozornie poprawnie, i wyciągać absurdalne wnioski z tejże z interpretacji: „Locke polemizuje przy tym oczywiście przeciwko wręcz naiwnemu pojmowaniu nazw wrodzonych czy przyrodzonych idei lub zasad, które nie było nigdy w taki sposób reprezentowane przez Kartezjusza i nie pojawia się u żadnego znaczącego filozofa.”2 Mimo tego faktu powszechnie się uważa, że natywizm Kartezjusza upadł pod ciosami Locke'a, co jest prawdą. Jednak prawdą nie jest, że ta krytyka była miażdżąca, nie była, bo do końca nie trafiała celu. W filozofii rzadko dochodzi do rozwiązania jakiegoś konkretnego problemu, czy zagadnienia. W rzeczywistości każdy filozof przędzie swoją nić, która w sieci historii filozofii da się jakoś uplasować i wyważyć innymi poglądami, ale przy zajęciu dobrej perspektywy. Najczęściej im większy dystans pokoleń, tym ta perspektywa lepsza. Jednostka jako tak jest niereformowalna. Leibniz ujął proces ten nazwą philosophia perennis, zaznaczał, że błąd każdego filozofa wyraża się w zbytnim akcentowaniu swoich twierdzeń, całość, o którą filozofii chodzi, wyraża się w różnych aspektach u różnych ludzi, którzy są zbyt jednostronni w swej metodzie. Leibniz cały spór sprowadza do tego przeakcentowania, dzieje filozofii wtedy same stają się filozofią, w interpretacji której należy znaleźć zawsze coś pośredniego, drogę pomiędzy sporami. Leibniz jednak odszedł w zapomnienie i jego nauki również, dziś ponownie wielu rości sobie prawo do posiadania prawdy na wyłączność. Ciekawym i nierzadkim przypadkiem jest również gdy sprzeczność istnieje już w samej argumentacji. Czego przykładem może być inny filozof brytyjskiego empiryzmu George Berkeley swoją solipsystyczną teorię opierał na badaniach ludzkiego aparatu wzrokowego. Pozornie wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic dziwnego. Sądzę jednak, że podpieranie solipsyzmu (teorii głoszącej istnienie tylko jednego umysłu, reszta świata jest tylko jego wizją) analizą czegoś spoza ja, jest jawnie sprzeczne, na gruncie tej teorii, nieuprawnione. Bo oczywiście jeżeli istnieje mój umysł i jego wizję, to nie mogę tego dowieść tym, co mi się jawi, poza tym komu mam dowodzić? Popper w swoich wykładach naigrywał się z pewnej kobiety, która z żalem pisała do Russella, aby wstawił się za nią u wydawcy, który nie chce wydać jej książki dowodzącej solipsyzmu. Tkwi w tym jawna sprzeczność, jeżeli ktoś pisze z żalem do wytworów swojego umysłu, że innego jego wytwory nie robią tego co czego się od nich się oczekuje. Również platoński Sokrates w czasie swoich rozmów wyciągał tylko jedne z możliwych wniosków jako absolutnie i koniecznie z nich wypływające, niektóre dialogi (Gorgiasz) były pełne naciąganych wniosków, na co silny nacisk kładł tłumacz w przypisach. Nie jest to oczywiście domeną tylko i wyłącznie zepsutych i nie uznających żadnych świętości filozofów, również Karol Wojtyła w swoim elementarzu etycznym polemizując z materializmem, stwierdza coś w rodzaju(przytaczam z pamięci), że materializm „uznaje wyższość materii”. O ile się dobrze orientuję, żaden materializm nie stwierdza czegoś podobnego, uznaje tylko pochodność ducha od materii, pierwszeństwo ontologiczne, ale na pewno nie aksjologiczne! Inną nierzetelnością jest wzdraganie się przed czytaniem niektórych myślicieli, z powodu złej krążącej o nich opinii. Nie będę przytaczał nazwisk, ani cytatów, ale jest to również praktyka popularna. Napiszę tylko, że nurt filozofii analitycznej boi się jak ognia na przykład Rortyego, który podważa absolutny sens tego co robią, sprowadza go do zwykłej praktyki życiowej. Ktoś mógłby stwierdzić, że filozofia coraz bardziej zbliża się do nauki i już prawdopodobnie od dłuższego czasu takie zdarzenia nie mają miejsce. Temu stwierdzeniu przeczy chociażby taka książka jak „Wiedza obiektywna” Karla Poppera,dokładniej nie cała książka, która jest jednym z ważniejszych dzieł filozofii dwudziestego wieku, ale fragment w którym krytykuje subiektywistyczną teorie wiedzy. Jest to wytwór tylko i wyłącznie Poppera, nad wyraz uproszczony i naszpikowany wręcz „na oko” błędnymi hipotezami, w ten sposób określił zbitkę błędnych koncepcji brytyjskich empirystów(Locke, Hume, Berkeley), która przez żadnego z nich nie była reprezentowana. 3 Wyrywkowo i pobieżnie zarysowałem problem, przytaczając przykłady z początku, mniej więcej środka i końca historycznie rzecz biorąc. Chciałbym jednak przejść do jądra tej pracy, mianowicie do filozofii umysłu, w której jak by się mogło wydawać nie ma miejsca na różnego rodzaju nadużycia. Najważniejszym powodem tego mniemania jest niesamodzielność filozofii umysłu, która jest częścią składową nauki empirycznej- kognitywistyki. Wielu orędowników naukowości wieściło już koniec mędrkowaniom, czczym dywagacjom i jałowym sporom, przy okazji sami, tego typu wystąpieniami, wzniecali takowe spory.4 Niemal jak modlitwa jest powtarzane dziś, że filozofia umysłu nie może być uprawiana poza kontekstem nauki, ma służyć jako narzędzie heurystyczne przy wszelkich nowych programach badawczych, oraz zajmować się analizą metody badawczej, wyłuskiwać błędy metodologiczne i logiczne. Zbyt wiele dzieje się w tej dziedzinie aby można sobie pozwolić na swobodne mędrkowanie zdają się mówić, tylko czy na pewno mają rację? Czy jednak ten fakt (wchłonięcia filozofii umysłu przez kognitywistykę) pozwolił na uniknięcie jałowych sporów z których drwił już Rabelais? Nie sądzę i postaram się dać tego dowód. W latach osiemdziesiątych profesor John Searle opublikował pracę „Minds, Brains and Programs” w której zawarł swój koronny argument przeciw możliwości stworzenia sztucznej inteligencji. Argument ten, to eksperyment myślowy o nazwie Chiński pokój (Chinese room). W skrócie eksperyment można opisać tak: Searle (który nie zna chińskiego) jest zamknięty w pomieszczeniu, do którego dostarczone są dwie paczki kartek. Jedna z paczek zawiera chińskie symbole, druga angielskie instrukcje operowania nimi. Chińskie symbole zawierały opowieść i pytania do niej, a Searle dzięki instrukcjom sensownie na nie odpowiedział. Teraz Searle oddając symbole chińskie dla kogoś spoza pokoju wydaje się być istotą doskonale rozumiejącą język chiński, gdy w istocie nic takiego nie ma miejsca. Argument ten ma dowodzić, że syntaktyka nie wystarcza do pojęcia semantyki, a więc programy komputerowe (operujące na samej syntaktyce) nigdy nie będą w pełni świadome, będą pustymi pudłami wypluwającymi setki uczonych wydruków, ale nie będzie nikogo „w domu”. Nawet bez całej wielkiej maszynerii filozoficznej i hermetycznego języka wydaje się ten wywód zbyt słabo spójny (z mojego punktu widzenia). Dla wielu uczonych amerykańskich, ale nie tylko, argument ten był niekonkluzywny, z każdego niemal większego ośrodka badawczego w USA uczeni między śniadaniem a lunchem podali ogrom argumentów uderzających w chiński pokój: Berkeley, Yale, Massachussetts itd. Proponawali różnie odpowiedzi: a to, że sam Searle nie rozumie, ale razem z tym co ma w pokoju jest jednostką rozumienia, a to, że skąd wiadomo, że ktoś rozumie język, albo najbardziej ostre skąd wiadomo, że są inni? Niestety, argument przetrwał, nie dzięki sile argumentów, ale dzięki solidnej dawce ignorancji w stosunku do adwersarzy. Z polskiej części frontu chiński pokój ostrzelał, czy raczej zbombardował, Stanisław Lem. Przekształcił cały eksperyment, tak aby nie było w nim tyle abstrakcyjnych i wydumanych elementów: zamiast chińskiego, puzzle, którego elementy są pocięte tak, że nie ma dwóch takich samych i każdy pasuje tylko w jedno miejsce. Ktoś składa puzzle szarą stroną do góry, na tylnej pojawia się napis, jakikolwiek. Człowiek nie miał pojęcia co ukaże się na drugiej stronie, ani nawet że coś tam jest. Ten argument niczego nie dowodzi twierdzi Lem: „Moim zdaniem, ma to tyle wspólnego z „obaleniem” tezy o AI [sztucznej inteligencji J.K.], co teza, iż z kremowych ciastek można ułożyć napis, negujący szanse wybuchu Etny. Jedno za grosz nie ma nic wspólnego z drugim.”5 Lem w swojej pracy jeszcze na kilka sposobów przekształca ten eksperyment, ale za każdym razem wniosek, do którego dochodzi jest ten sam, Chiński pokój o niczym nie przesądza i przesądzać nie może. Ponadto wytyka, że istnieje wiele założeń co do języka, w tym wypadku chińskiego, który musiałby być zbudowany cegiełkowo, bez odmiany i tego typu normalnych cech każdego języka. Niedawno wpadła mi w ręce książeczka autorstwa wspomnianego wyżej Searle'a „The Mystery of consciousness”6, praca wprowadzająca w tematyki filozofii umysłu, składa się na nią kilka tekstów krytycznych oraz kilka polemik z innymi autorami. Uderzający jest fakt, że po przeczytaniu tych kilku tekstów nie można się dowiedzieć nic, czego nie wiedziało się z lektury innych prac autorów. Polemika polega na nieustannym powtarzaniu utartych argumentów i uporczywym niereagowaniu na argumenty drugiej strony. Wygląda to niczym metoda pastora Berkeley'a, który na niepoprawne, jego zdaniem oczywiście, zarzuty nie raczył udzielać odpowiedzi. Nawet wystosował list, dlaczego jednemu z nich nie udzielił odpowiedzi. Teraz odpowiedź jest udzielana, ale nie odpowiada się w niej na zarzuty, czyli wychodzi na to samo. Postaram się opisać wymianę opinii z Dennettem, jednym z bardziej płodnych intelektualnie filozofów współczesnych. W celu wprowadzenia opiszę pokrótce…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dialog filozofizny — czytnik · opowiadania