Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

podroze · 6 godz. 18 min czytania

Diariusz argentyński (2023)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ładna wersja PDF z wieloma zdjęciami TUTAJ:

https://drive.google.com/file/d/1mT7czdqLyeF92aAD9m7wbYFYPQ_5l_fc/view?usp=drive_link

Diariusz argentyński Artur Dubis

2023 to rok, w którym postanowiłem wybrać się do kolejnego, odległego od Polski, kraju. Do kraju piłki nożnej, wina i tanga, ale również do kraju pięknych krajobrazów i wspaniałych ludzi. Wybrałem się do Argentyny. Trafiłem na dość trudny dla tego państwa okres – na czas ogromnej, niezatrzymującej się inflacji, niepewności jutra, zbliżających się wyborów prezydenckich. Kraj jednak jakoś funkcjonował, ludzie jakoś żyli, a ja mogłem sobie jakoś po nim podróżować. W czasie przemierzania Argentyny czyniłem, jak to czasem mam w zwyczaju, masę notatek, których sklejanie i dopieszczanie zajęło mi niemal rok. Będą na późną starość wspaniałym przypomnieniem tej wspaniałej podróży. Niemniej jednak może zainteresują również kogoś innego, stąd też moja decyzja o ich szerszej publikacji. Zachęcam do czytania. I oczywiście do podróżowania!

12 lipca 2023

10.40 Siedzę sobie w autobusie do Warszawy – jadę i piszę. Ze stolicy Polski dotrę samolotem do Amsterdamu, stamtąd zaś polecę, mam nadzieję, że bez jakichś perturbacji, daleko, daleko, bo aż do Buenos Aires. Bilety kupiłem prawie, że ‘last minute’, na ostatnią chwilę, bo dopiero jakieś dwa tygodnie temu. Cena jednakże nie była last minute – czasy, że za 3 i pół tysiąca, albo za 4 tysiące, można było sobie dolecieć do Ameryki Łacińskiej, i jeszcze w cenie przylecieć, minęły już chyba na zawsze, bezpowrotnie. To se ne vrati, cóż… Deus vult!

Dzięki jednemu ze współczesnych cudów technologicznych, czyli internetowi, kilka dni temu dograłem mieszkanie w Buenos Aires – cena to około 20 dolarów, jakieś 80 złotych, za dobę. Właściwie w okolicach centrum! Wziąłem dwie noce i później zobaczę, co dalej. Dwa dni temu zakupiłem też ubezpieczenie w cenie 440 złotych – kwota ubezpieczenia wynosi 800 tysięcy złotych, w tym ubezpieczenie bagażu do tysiąca i ewentualny transfer zwłok. Argentyna to właściwie drugi koniec świata, nie ma sensu żałować 60 złotych i kupować tańsze, a dużo gorsze ubezpieczenie – zawsze powtarzam, że niewiele rzeczy denerwuje mnie tak bardzo, jak zbiórki i publiczne żebractwo na opłacenie leczenia kogoś za granicą albo na sprowadzenie w trumnie czyichś ziemskich pozostałości. Człowiek ma przecież (podobno!) taki narząd, jak mózg, który posiada 100 miliardów neuronów i zużywa aż 20% energii całego ciała – warto go więc czasem użyć, zwłaszcza zaś przed wyjazdem za granicę.

Flixbus zawiezie mnie prosto na lotnisko, na Okęcie. Stamtąd, jak wspominałem, polecę do Amsterdamu i tam zacznie się etap podróży, który lekko mnie niepokoi – przesiadka. Samolot z Warszawy przylatuje o 19.15, a wchodzenie na pokład samolotu do Buenos Aires kończy się o 20.40. Zanim wsiądę, będę pewnie musiał przejść drugą kontrolę, na którą trzeba będzie dotrzeć przełażąc Thor wie jakie dystanse. Może nie starczyć czasu! Może też być tak, że w Amsterdamie nie zdążą mi przerzucić bagażu do drugiego samolotu. Nie ma się co martwić, co ma być, to będzie – naprzód, ku przygodzie!

11:00 Dalej Kraków, centrum, brniemy przez okrutne korki!

18:24 Już na pokładzie Królewskiej Linii Lotniczej KLM, w drodze do Amsterdamu, miejsce 14D, przy przejściu, po prawej stronie. Po mojej prawie stronie są dwa miejsca są dwa miejsca – środkowe jest wolne, położyłem na nim mój mały plecaczek i koszulę. Przy oknie siedzi sobie jakiś elegancki jegomość po 40-tce i czyta sobie książkę. Za oknem widzę skrzydło, które wydaje się być śnieżnobiałe. Pada na nie światło słoneczne nadając mu niemal niebiańskiej poświaty. Słońce! Trochę poprawiło mi humor, jako że w Polsce prze cały dzień było pochmurnie. Szczególnie ponura była ponad czterogodzinna podróż autobusem. Gdy wylatywaliśmy zaczynało kropić. Na warszawskim lotnisku nie spędziłem wiele czasu – trochę ponad godzinę; wypiłem piwko i musiałem niemal biec do samolotu. Racząc się złocistym trunkiem czytałem, że w Argentynie, przy obecnej inflacji i problemów z siłą argentyńskiego peso, lepiej mieć gotówkę. Banki, bankomaty i knajpy przeliczają to mniej więcej tak: za jednego dolara (oczywiście mam założone konto dolarowe) dostanie się 263 peso. Natomiast u ulicznych handlarzy albo w biurach Western Union można za dolara otrzymać 493 peso. Prawie dwukrotnie więcej! Szaleństwo! Ja wziąłem tylko 500 dolarów w gotówce i mam problem. Bankomaty w Polsce i w Holandii, gdzie będę miał przesiadkę, nie wypłacają dolarów! Ale na szczęście mam jeszcze kartę z kantoru walutowego i przez nią spróbuję wypłacić euro. Ciekawe, czy znajdę jakiś bankomat w Amsterdamie? Na pewno! W innym przypadku będę musiał płacić kartą w peso, czyli będę mocno stratny! Dzięki jednemu piwku na Okęciu, i dzięki drugiemu tu, na pokładzie, jestem jednak dobrej myśli! Na trasie Warszawa-Amsterdam dają kanapkę z ciemnego pieczywa z serem i właśnie napój do wyboru – mały browarek wydał mi się lepszą alternatywą niż sok czy woda. Cóż, leci Polak na wakacje, wiadomo! Piwo, słońce, pozytywne nastawienie! No, nie jest to jeszcze Argentyna, ale pewne rzeczy sprawiają, że czuję się lepiej!

W ogóle dlaczego tak późno zakupiłem bilet i tak późno robię research na temat Argentyny? Wszystko to przez głupi paszport! Jego termin kończył się w lipcu. W październiku zabookowałem lot na kwiecień do Londynu, nie chciałem do tego czasu wymieniać dokumentu, co by nie komplikować sobie sytuacji. Myślałem, że wniosek złożę po powrocie i w maju będę już właścicielem nowych papierów. Wszak dziesięć lat temu załatwienie paszportu zajęło mi niecały miesiąc, ale w tym roku musiałem na niego czekać ponad 2 miesiące! Najpierw w internecie rezerwuje się datę fizycznego złożenia wniosku w siedzibie Starostwa Powiatowego – na najbliższą czekało się miesiąc. Potem, po złożeniu wniosku, trzeba znaleźć sobie termin na osobisty odbiór. Ponad miesiąc! Szaleństwo jakieś! Odległe terminy, długie kolejki, niewietrzone, wąskie korytarze, duszący smród spoconych i niedomytych ciał petentów, zniecierpliwienie ludzi, przekleństwa szeptane pod nosem… Wszystko to jakoś zmierza w złym kierunku… Po odebraniu paszportu można czuć się jak w kultowym ‘Misiu’ Barei i śpiewnie zacytować:

„Lądy i morza przemierzam Kulę Ziemską z otwartym czołem Polski mam paszport na sercu Skąd pytam, skąd go wziąłem A wziąłem go z dumy i trudu Ze znoju codziennej pracy Ze stali, z żelaza, z węgla A węgiel to koks, to antracyt”

I tyle w temacie paszportu (PS: Nie jestem ani górnikiem, ani hutnikiem). Chociaż nie! Dodam ciekawostkę – w paszporcie jest wypisane okrutnie patetycznie brzmiące motto: „Bóg, honor, ojczyzna”. Cóż, jak w jakiejś republice islamskiej. Zero pomności na ateistów! Do tego w tle jednej strony na pieczątki wrzucono Romana Dmowskiego, postać dosyć kontrowersyjną, wielu ludziom kojarzącemu się z antysemityzmem (ja osobiście nazywam go ‘żydożercą’). Ot, takie tam zachcianki rządzących nam obecnie prawicowców, którzy z hasłami ‘polski, narodowy, patriotyczny’ doją ten kraj, jak tylko mogą. Ja w każdym razie za 10 lat postaram się wniosek o paszport złożyć dużo wcześniej, co by go wcześniej otrzymać i spróbować nieco taniej kupić bilety. Na późne sprawdzanie informacji, właściwie to na sprawdzanie ich na lotnisku, miał również wpływ dość spory remont, którym jeszcze do dzisiaj rana byłem zajęty. Co mogłem zrobiłem, resztę zleciłem fachowcom – ktoś z rodziny ma doglądać. Mam nadzieję, że będzie okay! Jednak póki byłem w domu nie miałem zbyt wiele wolnych chwil, a jeśli już, to nie miałem sił. Ot, życie. Nie chciałem jednak odpuścić kolejnego kraju, który był jednym z tych znajdujących się na mojej liście życzeń.

Powoli zniżamy się do lądowania. Czuję w uszach zmianę ciśnienia. Pakuję tablecik i zaraz lądujemy. Po czym pobiegnę – wypatrująca bankomatu – na kolejny samolot.

21:46 W samolocie! Póki co, wszystko idzie w miarę zgodnie z planem. Do bramki w Amsterdamie była tylko jedna kontrola – jeszcze zapytałem panią kierującą kolejką czy nie mógłbym liczyć na jakąś pomoc, jako że mam niewiele czasu do odlotu. Po zobaczeniu danych mojego lotu, pozwoliła dostać się do mniej obleganej kasy gdzieś w przodzie. Sama kontrola dotyczyła tylko paszportu, nie przeszukiwano nas ani bagażu podręcznego. Poszło więc gładko! Ogarnąłem też dodatkowe euro z bankomatów – co prawdo pobrało mi trochę prowizji, ale nie na tyle bym rwał moje długie włosy z głowy. Tylko teraz zrobił się problem innego rodzaju – mam trochę sporo gotówki przy sobie, a w Ameryce Południowej nie jest to najmądrzejsze i najbezpieczniejsze…

Obok mnie siedzi jakaś dziewczyna z Azji – rozbawiła mnie, bo wyjęła sobie tak zwaną zupkę chińską, zupkę instant, w plastikowym kubku, i poszła do stewardess po wrzątek. Dostała go bez problemu i przez jakieś 10 minut musiałem wdychać jej – nie powiem, przyjemny – zapach. Tzn. zapach zupki, nie dziewczyny! Ona ciamkała, co chwila oblizując przy tym wąskie wargi. Kurczę, sam bym zjadł taką zupkę! Zaczynam głodnieć. I zaczyna mi się chcieć spać.

A! Właśnie! My jeszcze wcale nie lecimy. Mieliśmy odlecieć jakiś czas temu, a stoimy na płycie lotniska, dalej przyklejeni do terminalu. Najpierw pilot poinformował nas, że stoimy, bo przedłuża się ładowanie bagażów. Potem mówił, że wykonują jakąś robotę papierkową, która musi trwać. Prawda zapewne wygląda tak, że samolot ma jakąś usterkę, jest ona pospiesznie naprawiana, a w pewnym momencie, gdy będziemy już lecieć wysoko gdzieś na Atlantykiem, niczego się nie spodziewając, coś w silniku wybuchnie, znad głów wypadną maseczki tlenowe, zaczniemy spadać, walniemy jak kamień w wodę i umrzemy. Może powinienem wstrzymać się z pisaniem tej notki? Przecież może jej nikt nie przeczytać! Zresztą, pewnie i tak nigdy jej nie przeczyta. Pewien znajomy ostatnią moją relację ledwo zaczął czytać, tak stwierdził, że audiobook sprawdziłby się lepiej, bo czytanie go męczy. No tak, ludzie czytają już coraz mniej. Krajowy Instytut Mediów podawał, że 55% Polaków nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki! No cóż, pisanie mnie jakoś uspokaja, a i na zapewne pasywną starość (przy stawce polskich emerytur raczej nie można sobie zbytnio podróżować) poczytam sobie to, com pisał w latach mej aktywności podróżniczej. O ile będę jeszcze jakoś widział!

13 lipca – godz. 10.33 (lokalny czas jest inny, bo lecimy na Brazylią, tam na dole jest 5.33)

Start samolotu został opóźniony o jakieś 3 godziny! Pilot podał nam trzecią wymówkę – technicy wymieniali jakąś część (wiedziałem!), ale jej numer nie zgadzał się z numerem w papierach, więc musieli jechać po część z odpowiednim numerem i to jej właśnie użyć przy naprawie. No nie można było od razu tak? Stewardessy rozdały nam po butelce wody mineralnej i czekaliśmy. Udało się wystartować, ale skomplikuje mi to odbiór mieszkania w Buenos Aires. Kolega właściciela, Julio, najpóźniej może przekazać mi klucze o 9.15 rano, potem idzie do pracy i będzie mógł dać mi klucze dopiero po 18.00. Cały dzień z dwoma torbami! Na szczęście pobiłem chyba rekord, jeśli idzie o wagę bagażu nadawanego – tylko 5 kilogramów! Podręczny jest oczywiście jeszcze lżejszy. Dam więc radę! Lądujemy za dwie godziny. W czasie lotu dali nam tylko jeden posiłek – kurczaka z warzywami (była też opcja dla wegetarian) i bułeczkę z kostką holenderskiego sera. Biednie trochę, jak na tyle godzin lotu. Jesteśmy w powietrzu już 11 godzin, lot ma trwać łącznie 13 godzin i 10 minut. Jestem bardzo niewyspany – fotele nie są przeznaczone do snu. Przerywanym, lekkim snem coś podespałem, ale co to za spanie!

13 lipca – ‘live’ z telefonu

Pochmurne niebo szarzeje, miasto jednak kryje się jeszcze w ciemnościach, z którymi zdaje się walczyć – jest jakby ubrane w niewielkie choinkowe lampki, świecące się tu i tam. Na pokładzie panuje absolutna cisza, jedynie silniki szumią monotonnie. Ludzie wydają się spać razem z miastem.

Lądowanie!

Bezproblemowe, czuć tylko lekkie uderzenie o płytę lotniska. Po chwili lekkie podbicie, znowu uderzenie, ale już takie dostojne, delikatne, i dumne sunięcie po asfalcie – coraz wolniejsze i wolniejsze. Kołujemy… Buenos Aires – buenos dias!

13 lipca, później

Nie wbito mi pieczątki do mojego nowiutkiego paszportu. Hmm, kolekcjonowanie pieczątek z podróży miało swój urok, którego pewnie świat zostanie na zawsze już pozbawiony. Wszystko odbywa się elektronicznie, przynajmniej tutaj, w Argentynie.

Szybko biegłem do bagaży, bo miałem nadzieję jeszcze rano odebrać klucze do wynajętego przez internet mieszkania. Pierwszy bagaż został wypluty na taśmę o 8:20. Mój chwilę później. Pewnie bym zdążył dotrzeć do centrum na 9.00, ale skutecznie powstrzymały mnie kwoty, jakich taksówkarze żądali za przejazd. 25 – 30 dolarów. Moje niższe propozycje zbywali uśmiechem i sugestią, bym sobie do centrum szedł na nogach. Nie to nie! Popytałem ludzi, pokazali mi, skąd odjeżdżają autobusy. Poszedłem na prowizoryczny przystanek obok lotniskowego posterunku policji, popytałem łamanym hiszpańskim, jak zakupić bilet. Czekający na autobus ludzie poinformowali mnie, że będzie potrzebna specjalna karta, którą się doładowuje. Trzeba było iść z powrotem do terminala, gdyż tam było sporo sklepów sprzedających między innymi tego typu rzeczy. Rzeczywiście, udało się zakupić. Już doładowaną na jeden przejazd. Super! W międzyczasie poszukałem restauracji Hard Rock Cafe – sprawdziwszy to jeszcze w Polsce wiedziałem, że jest na lotnisku! Okazało się, że bar znajduje się w innym miejscu, niż sklepik z koszulkami. Pomieszanie z poplątaniem. Poszedłem najpierw zakupić sobie ich koszulkę (zbieram ich koszulki!) – okazało się, że na zagraniczną kartę płatniczą wbijają niższą cenę w dolarach, niż na argentyńską. W zasadzie podane były trzy ceny – w peso, w dolarach dla kart argentyńskich i w dolarach dla kart zagranicznych. Byłem zbyt zmęczony, by to rozkminiać, cieszyłem się, że zapłaciłem coś koło 120 zł, więc właściwie tyle samo, jak wszędzie indziej na świecie. Potem poszedłem sobie do Hard Rocka na piwo do restauracji, na piętrze, w innej hali. Chciałem sobie oddychnąć, po długiej podróży i tej całej gonitwie na przystanek i z powrotem pragnąłem spokojnie odpocząć kilka minut. Zadzwoniłem do domu dopytać o kwestie toczącego się w nim remontu, ogarnąłem sobie gotówkę, karty, odpocząłem. Cena za piwo, również po kursie dla turystów – 5 dolarów. Karta autobusowa – 3 dolary. Koszulka – 28 dolarów. Ale zaraz, zaraz, póki co widzę, że tu, w Hard Rocku, mają inne gniazdka niż są u nas, w Polsce! W mordę… Zapytana kelnerka potwierdziła, że takie gniazdka są w całym kraju… A ja nie wziąłem przejściówki… Jak coś, to telefon będę ładował przez USB w telewizorze!

Godz. 10:49 W małym papierniczym obok HRC zakupiłem przejściówkę. Pan podał mi cenę X, a okazało się, że z karty ściągnęło mi X+Y, czyli jakieś 33% więcej! Nie rozumiem… Ale mam przejściówkę. Pluję sobie w brodę, że nie sprawdziłem tak przecież podstawowej rzeczy…

Znajduję się w autobusie nr 8, zmierzającym do centrum, do Plaza de Mayo. W tym dwuprzegubowym autobusie oprócz mnie i kierowcy siedzi zaledwie pięcioro ludzi. Wsiadanie do autobusu wygląda tutaj tak: wsiada się przednimi drzwiami, mówi się kierowcy, dokąd się jedzie, on wbija na czytnik podane miejsce przeznaczenia, wtedy pasażer przykłada do czytnika kartę, a ten odlicza odpowiednią sumę (zależy ona od dystansu) i już można wsiadać.

O! Gigantyczny plakat z Maradoną! To ikoniczna postać w tym kraju! Nie wszystkim trzeba go przedstawiać, ale jakby ktoś nie wiedział, był to… piłkarz. Genialny piłkarz! Argentyńczycy mają hopla na punkcie futbolu – traktują go równoznacznie z religią! Już na lotnisku widziałem pomnik Maradony – plakietka u jego stóp wskazywała datę urodzenia, a zamiast daty śmierci (zmarł trzy lata temu, czyli w 2020 roku) była pętelka w formie przewróconej na bok ósemki, czyli symbol nieskończoności – ot, taki: ∞.

Wracając do autobusu – podoba mi się naklejka na zewnątrz, na jego boku, tuż przy drzwiach wejściowych: ‘Las Islas Malvinas son argentinas - Malwiny należą do Argentyny’, a obok zarys wysp falklandzkich (tu nazywanych Malwinami). Ot, chodzi tu o konflikt brytyjsko-argentyński dot. tych wysp. 41 lat temu, w 1982 roku, Argentyna zaatakowała, i zdobyła, należące do Wielkiej Brytanii wyspy, aczkolwiek Żelazna Dama, pani Margaret Thatcher, będąca wówczas premier(ką) Wiekiej Brytanii, nie patyczkowała się i wysłała tam prawie 15 tysięcy żołnierzy i dwa lotniskowce. Odbiła wyspy. Ofiar nie było sporo, jakichś tysiąc ludzi, acz Argentyna straciła sporo sprzętu. Zarówno atak, jak i odbicie wysp, były potrzebne politykom, bo w obu krajach nastroje społeczne były – mówiąc eufemistycznie – raczej średnie. Jak to ujął podobnież argentyński pisarz, Jorge Luis Borges, była to wojna dwóch łysych o grzebień; wszak takich małych wysp, na których właściwie nic nie ma, nikt tak naprawdę nie potrzebuje. W każdym razie Falklandy (w Europie, w Polsce, jakoś częściej używa się właśnie tego terminu), zawsze stanowią doskonały środek zastępczy i pretekst do odwrócenia dyskusji od bieżących problemów. Wjeżdżam w dzielnicę pełną wysokich bloków – przypominają trochę te ze wschodniej Europy. Po prawej stronie place z ciężarówkami i kontenerami duńskiej firmy Maersk. Statkowe. Trochę kropi, jest pochmurnie. Jest po prostu brzydko.

Tak jeszcze wrócę sobie do tego konfliktu o wyspy – ciekawostką jest to, że przez wiele lat później na ulicach Wielkiej Brytanii widziano żebrzących ludzi bez ręki lub nogi (tudzież ze schowaną gdzieś ręką lub nogą) z tabliczką, że walczyli oni o Falklandy. Oczywiście 99,9% nie widziało morza na oczy, ale takie kłamstwo niewątpliwie podnosiło ich dzienny utarg. No bo jakżesz to? – weteranowi nie dać? Weteranów w Anglii się szanuje. Hmm, człowiek pamięta różne rzeczy. Akurat co nieco o tym konflikcie miałem lata temu na wykładach, co nieco też czytałem, a i ze znajomymi Anglikami zdarzyło mi się o tym kiedyś pogadać. Prawda jest taka, że dzisiaj w Anglii ludzie mają na Falklandy, jak się to mawia, wywalone, a młodsze pokolenie nawet nie wie, o co chodzi. W Argentynie to widać żywy temat.

Piszę tak i piszę, a ludzi w autobusie przybywa. Dojeżdżam w okolice Barrio Uno. Muszę kupić kartę SIM i wymienić gdzieś euro!

Złapane w Hard Rocku wi-fi uaktywniło mi w telefonie wskaźnik pogody. Obecnie w Buenos Aires, 13 lipca 2023, jest 7 stopni Celsjusza. Zima!

11:16 Autobus niemal całkowicie się zapełnił. Ludzie patrzą w telefony komórkowe, a czyta się wszędzie w internecie, że w Argentynie z telefonami to trzeba uważać. W autobusach widocznie nie trzeba! W ogóle zabawna sytuacja – ludzie są wyubierani; siedzą w kurtkach, a ja jestem w krótkich spodenkach. Ale nikt się na mnie głupio nie patrzy – od tego mają przecież telefony! :)

11:30 Bloki, bloki, bloki. 10-pętrowe apartamentowce. Ale z betonu, zaniedbane, pobrudzone. Widać, że są stare i widać, że nikt się nimi nie przejmuje i nikt ich nie dogląda. Miasto, a jestem niemal w centrum, przy Plaza Constitution, wydaje się szare i jakieś takie smutne. Na ulicach nie widać pieszych tylko samochody, raczej małe i tanie. Wśród nich ociężale przemieszczają się stare, kanciaste autobusy. Niech wyjdzie słońce i rozświetli te szarości i smutki!

11:40 Ludzie na ulicach noszą zimowe czapki!

12:50 Siedzę w restauracji Embajada. Wypiłem kawę, a teraz przy piwie czekam na morszczuka. Jako starter podano mi bułki, pieczywo, orzeszki, chipsy i coś na kształt paluszków. Wszystko to wyjdzie ok. 10 dolarów, wliczono w to obowiązkowy napiwek w wysokości 10%. Straszne tu zamieszanie z pieniądzem. W kantorach i bankach nie opłaca się wymieniać zagranicznej waluty, niemal dwa razy więcej można dostać choćby w biurach Western Union – to taka firma mająca filie na całym świecie, a specjalizuje się ona w przelewach zagranicznych. Między innymi dzięki tej firmie wielu Kubańczyków jakoś może wiązać koniec z końcem – dzięki pieniądzom krewnych ze Stanów Zjednoczonych. Tutaj działają trochę jak kantor, trochę jak pośrednik przelewów, które robi się… samemu sobie. Wpadłem do jednego z ich biur – na niewielkiej przestrzeni do kilku kas stało 30 osób! Za mną stała para Brazylijskich turystów, którzy korzystają z biur Western Union. Zarówno ich, jak i panią zza okienka, popytałem o to, jak wymiana walut tutaj działa. Otóż najpierw trzeba zainstalować aplikację, założyć na niej konto (jak w banku), przelać na nie pieniądze, a potem udać się do biura i tam je wypłacić. Oczywiście pomniejszone o prowizję. Niby proste, ale nie mam karty SIM i internetu! Uzbrojony jednak w tą wiedzę i zdeterminowany aby w ten właśnie sposób wymieniać pieniądze, wyszedłem na ulicę. Na niej, bardzo blisko miejsca, z którego wyszedłem, co kilkanaście metrów stali panowie i krzyczeli ‘cambio! cambio!’, czyli ‘wymiana, wymiana’. Podszedłem do najmłodszego, na oko 30-letniego, trochę pucołowatego, acz wyglądającego na takiego, co to mnie nie zadźga ani nie okradnie i zapytałem, czy by mi nie wymienił 50 euro. Ot, tak na próbę. Mniej więcej wiedziałem, ile jest warte, ale on – o dziwo! – zaproponował mi lepszy kurs! Oczywiście przy sobie nie miałem tylko 50 euro, bo miałem i tablet, dwa telefony, trochę dolarów i trochę więcej euro, więc decydując się na szemrany, uliczny interes, nie tylko narażałem się na to, że zostanę – jak pierwszy lepszy głupek - oszukany przy wymianie (np. wcisną mi jakieś stare banknoty, które wyszły z użycia), ale też na to, że po prostu zostanę gdzieś pobity, okradziony, i w ogóle. No trudno, raz kozie śmierć, tudzież ‘todo o nada’ (wszystko albo nic), po hiszpańsku. Zostałem zaprowadzony do stojącego kilkadziesiąt metrów dalej kioseczku, którego ściany wyobwieszane były książkami i zabawkami. Była to po prostu budka, z bardzo wąskimi drzwiami, przez które ledwo się przecisnąłem. Tam było okienko, za okienkiem pani w średnim wieku. Obok niej, przed nią, za nią, setki, tysiące banknotów różnej waluty. Wymieniła mi pieniądze, na koniec dała mi wizytówkę. To taki ciemny, tak naprawdę nielegalny biznes, który – nie wiedzieć czemu – jest akceptowany przez państwo! Ot, robienie sobie jaj z prawa – skoro coś jest formalnie zabronione, a mimo to istnieje, w dodatku niemal jawnie na środku ulicy w centrum stolicy, to czemu tego po prostu nie zalegalizować? W każdym razie nic się nie stało, nikt mnie nie okradł, nie śledził, ot, zupełnie jakbym kupił tylko gazetę. W sumie więc nie ma co bawić się w Western Union, stać w kolejkach, skoro tak właśnie, wymieniając gotówkę na ulicy, u cinkciarzy, można szybko stawać się posiadaczem tracącym codziennie na wartości argentyńskiego peso.

14:14 Zaraz czas płacenia za posiłek. Zobaczę, czy pieniądze są oryginalne!

14:21 Kelner przyjął pieniądze, nie marudził. Są więc oryginalne!

19:24 – w mieszkaniu W czasie konsumpcji zaczepiło mnie chyba z pięć osób oferujących chusteczki higieniczne. Chłopiec, dziewczynka, młoda kobieta… Czyli ludziom tu ciężko! Kelner, który mnie obsługiwał, przedstawił mi 20-letniego członka obsługi. ‘Mówimy na niego Polaquito, Polaczek’. Zagadałem, okazało się, że Polakami byli jego dziadkowie, on po polsku nie zna ani słowa. Ale się ucieszył, zapytał o kilka słówek, podał rękę.

Przed jedzeniem, w czasie, oraz jakiś czas po, przeglądałem sobie przywieziony z Polski przewodnik. Wodospady Iguazu są czymś, co koniecznie trzeba w Argentynie zobaczyć. Szwędając się więc troszkę po mieście po posiłku wpadłem do jakiegoś biura podróży i zapytałem młodą panią o możliwość zobaczenia tego cudu świata. Możliwość zobaczenia wodospadów z jednym noclegiem… 900 złotych, ponad 200 dolarów! Drogo! Myślę, że jakoś spróbuję się tam dostać na własną rękę. Przynajmniej w sklepach nie zdzierają – cygaro kosztuje dolara, butelka argentyńskiego wina jakieś 2 dolary. Zaopatrzyłem się jeszcze w jakieś chipsy, wodę, chleb, ser i szynkę, i objuczony dwoma plecakami i siatką z zakupami, ruszyłem w kierunku ulicy, na której miałem wynajęte mieszkanie. Pierwsze wrażenie z pieszej wędrówki po mieście jest takie, że mimo dość sporej ilości samochodów i pieszych, Buenos Aires jest dosyć spokojnym miastem. Nie ma tu tak charakterystycznego dla Ameryki Łacińskiej harmideru i pośpiechu. Przypomina momentami Europę – patrząc na wysokie kamienice, przed którymi rosły bezlistne o tej porze roku drzewa, miałem wrażenie, że znajduję się w Paryżu. Wrażenia dopełniały samochody ze znaczkiem Renault (jak to moja znajoma - posiadaczka samochodu tej marki - twierdzi, że ten znaczek przypomina jej, cytując, ‘cipkę’), które widuje się niemal wszędzie w stolicy Francji. O samochodach może będzie potem, lub kiedy indziej, w każdym razie Buenos Aires i jego szeroko pojęte okolice centrum (promień godzinnego spaceru), wydają się dość mocno europejskie. Natomiast gdy dotarłem w okolice wynajętej miejscówki, miałem wrażenie, że znajduję się w Nowym Jorku. Niewielkie parki zabaw pełne dzieci wciśnięte między kilkupiętrowymi kamienicami, tracące liście drzewa, przejeżdżający pod ich konarami czasem autentycznie amerykański autobus. Taki jakby Brooklyn, aczkolwiek jeśli chodzi o ludzi, nie są – jeśli chodzi o kolor skóry - zróżnicowani. Przez cały dzień nie widziałem ani jednej czarnoskórej osoby, nie widziałem też nikogo o azjatyckich, czy choćby indiańskich rysach. Zupełnie jak we Wschodniej Europie, choć może i nieco bardziej ekstremalnie, bo w Warszawie jednak troszkę etnicznej mozaiki można napotkać.

W okolicach mieszkanka wszedłem do restauracji El Español. Właściwie jest to – przynajmniej wystrojowo – coś na kształt naszego baru mlecznego. Ludzie jedli i na każdym stoliku znajdowała się butelka wina. Nie było raczej osób siedzących solo, jak ja, widać, że tutaj posiłek się celebruje i jest on okazją do rozmowy i podtrzymywania relacji rodzinnych oraz towarzyskich. W rogu tej skromnej knajpki, pod sufitem, podwieszony był telewizor. W kółko przewijały się dwa tematy – inflacja i piłka nożna, a konkretniej o tej drugiej rzeczy mówiąc, informacja o przenosinach Messiego do klubu z Miami (Inter Miami). W Miami jest sporo ludzi z Ameryki Łacińskiej (na Kubie nazywają je drugim największym kubańskim miastem, zaraz po Hawanie), również z Argentyny, a ci – jak wiadomo – kochają futbol, wybór więc, by sprowadzić do klubu z tego miasta właśnie Messiego, był więc świetnie przemyślany. W telewizorze widziałem rozentuzjazmowane tłumy na ulicach Miami, ktoś nawet trzymał plakat z napisem ‘Te esperamos Messías’, czyli ‘Czekamy na ciebie, Messiaszu’. To pokazuje, jaką estymą – zwłaszcza wśród Argentyńczyków – cieszy się ten piłkarz.

Co do inflacji, w czerwcu wskaźnik rocznej inflacji wyniósł w Argentynie 115,6%! I inflacja nadal rośnie! To tak, jakby ceny w ciągu dwunastu miesięcy wzrosły ponad dwukrotnie. Ech, Argentyna od lat ma problemy z gospodarką i nie zanosi się na to, by szybko się to zmieniło. Po 16.00 wyszedłem z knajpki, ulice zaczynały się mocno korkować. Julio przed drzwiami mieszkania miał pojawić się o 16:30, spóźnił się 20 minut. Spóźnialstwo chyba, jako rzecz rytualna, jest chyba wspólna jeśli chodzi o Argentynę i Amerykę Łacińską. Pewnie będę musiał się do niej znowu musiał przyzwyczaić i nie przejmować się, że coś (lub ktoś) nie jest na czas. Julio to facet mający około 30 lat, szczupły i dość wysoki. Miło się przywitał, weszliśmy na najwyższe trzecie piętro do malutkiego apartamenciku. Jest przefajny! Tylko łazienka jest mocno nidosprzątana. Właściwie to nikt jej chyba nie sprzątał; brudna podłoga, włosy w brodziku prysznicowym. Ale reszta mieszkanka jest całkiem w porządku. W szafkach jest kawa, orzeszki, przyprawy, w telewizji aplikacja Netflixa. Julio wszystko mi pokazywał – jak rozkładać łóżko, jak zamykać drzwi, i tak dalej. Fajnie to wyglądało, bo ja do niego po hiszpańsku, on do mnie próbował po angielsku. Ale od razu mu powiedziałem, że chcę się uczyć i ćwiczyć. Wiem, wiem, od lat tak ćwiczę, a postępy niewielkie. Ale ambicji odmówić mi nie można, heh. Zaczęliśmy sobie rozmawiać na tematy nie związane z mieszkaniem, otwarłem wino, zaproponowałem mu kieliszek. Rozmowa dotyczyła fajnych miejsc w okolicy, doradził jak kupić bilet do miasteczka, gdzie mogę zobaczyć wodospady Iguazu, miał kurtkę klubu River Plate, więc zaczął o nim opowiadać (‘Mamy paru dobrych piłkarzy z naszego klubu – na przykład Saviola czy Higuain’). Mówił o różnicach między Argentyną, a jej sąsiadami, to jest Urugwajem i Brazylią: ‘Brazylijczycy są wyluzowani, bo mają dużo plaż i słońca, Urugwaj jest mały, ale bardzo dumny. Argentyna jest waleczna. Co do Urugwaju, porównałbym go do Chorwacji, rozumiesz?’ Chyba zrozumiałem. Zacząłem mu tłumaczyć bałkański maczyzm i charakter, który widać też na murawie. Dla Chorwatów, Serbów czy Czarnogórców mecz to nie jest tylko mecz, ale bitwa na śmierć i życie. Niech popatrzy jak nabuzowany w czasie meczów zawsze jest Ibrahimović, Szwed, ale z pochodzenia Bośniak i Chorwat – niejednego brzydko skopał, jest arogancki, waleczny i dla niego murawa to raczej ring niż boisko do gry w piłkę. Julio pochwalił się, że był na meczu Iran-Argentyna na mistrzostwach świata w Brazylii w 2014 i na własne oczy widział Messiasza, to znaczy Messiego! Strzelił on wówczas jedynego, zwycięskiego gola w 91 minucie! Pamiętałem! – huknął pięknie z 18-go metra! Nie będę streszczał tu naszych rozmów o piłce (Argentyńczycy chyba uwielbiają o niej mówić i mogliby tak pewnie godzinami!), nadmienię, że porozmawialiśmy jeszcze o literaturze kolumbijskiej (Marquez) i mniejszościach polskich w Argentynie (on sam ma przodków z Europy Wschodniej). I pewnie gadalibyśmy dłużej, ale okazało się, że obaliliśmy cała butelkę wina. Na koniec Julio doradził mi bym sobie na wieczór kupił wino Malbec albo Mendozę – te rodzaje produkowanych tu win są dumą Argentyny! Wyszliśmy na zewnątrz, Julio pokazał mi gdzie jest sklep, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Kupiłem czerwonego Malbeca, właśnie sobie go piję na obszernym tarasie (jest chyba większy niż mieszkanie! – ma na przykład grilla; Argentyńczycy podobno uwielbiają grillować, zwłaszcza wołowinę!), palę cygarko i słucham albumu ‘A Matter of Life and Death’ zespołu Iron Maiden.

‘Free your soul and let it fly Give your life to the Lord of Light Keep your secrets and rain on me All I see are mysteries’

Wino ma bardzo, bardzo wyrazisty smak. Jest bardzo cierpkie! Na języku zostawia uczucie pieczenia i suchości. Ma to swój urok, nie powiem. Wokół pną się w ciemne niebo mroczne cienie bloków, patrzące na mnie z góry swoimi żółtymi ślepiami, będącymi oknami, za którymi pali się światło. Robi się coraz chłodniej, za chwilę dopalę cygaro i wejdę do mieszkania. Wezmę gorący prysznic, zapuszczą Netflixa i udam się na nocny spoczynek.

14 lipca, godz. 6.40

Już po mocno porannym prysznicu, kawa już powoli stygnie. Dobrze, że jest tu klimatyzacja, bo na zewnątrz jest tylko 5 stopni! Wczoraj tuż przed snem, a zasnąłem wcześnie, bo około 21.00, znalazłem w Internecie ofertę żeglowania gdzieś w okolicy. 21 dolarów i 2 godzinki na żaglówce. Nie trzeba umieć żeglować; nie trzeba posiadać żadnego doświadczenia. Mam tylko cichą nadzieję, że się nie utopię, coś tam pływać potrafię, na tyle by się przez pół godziny nie utopić na pewno, ale może dostaniemy jakieś kamizelki? Umówiony byłem na 13.00, ale w nocy dostałem wiadomość, że o tej godzinie przewidują 24 węzły, więc proponują przeniesienie na wcześniej, na godzinę 10.00. Może na 13.00 nie było po prostu wystarczająco chętnych osób? Dobrze, że wstałem przed szóstą, zdążyłem potwierdzić proponowaną godzinę, ale teraz czekam na potwierdzenie potwierdzenia. Pewnie potwierdzający (lub raczej, przynajmniej na razie, nie potwierdzający) jeszcze śpi. 6:40! Normalnie bez budzika nigdy nie wstaję sam z siebie o tak barbarzyńskiej porze! No ale wyspałem się, aż nadto. Jakoś nigdy nie mam problemów z dostosowaniem się do czasu w Ameryce Łacińskiej, gorzej po powrocie do Polski. Mam tu wi—fi, na przystań podjadę sobie Uberem (jakieś 6 dolarów), potem przydreptam sobie z powrotem, zahaczając o centrum. No i gdzieś muszę kupić tutejszą kartę SIM!

14 lipca, godz. 9:30

Zapłaciłem 2500 peso, czyli jakieś 6 euro/dolarów. Wiózł mnie kierowca z Wenezueli. Hmm, to znak czasów, jeśli chodzi o cały region – w czasie swoich wypraw wielokrotnie spotykałem Wenezuelczyków. W Panamie pan nalewający drinki pokazywał mi przepiękne zdjęcia swojego rodzinnego miasta, Maracaibo. W zeszłym roku, w Peru, widywałem Wenezuelki pracujące w hotelach. Szacuje się, że od śmierci Chaveza, czyli przez 10 lat, z Wenezueli wyjechało już jakieś 5 milionów ludzi, czyli jakieś 15% ludności. Wysoka inflacja, brak pracy, perspektyw… Dotarli i tutaj, do Argentyny. Cóż, można ich porównać trochę do Polaków w Europie, którzy rozjechali się po niej niemal od momentu, gdy tylko Polska weszła do Unii Europejskiej.

Dotarłem na miejsce zbyt wcześnie, toteż przeszedłem się deptakiem, gdzieś przed siebie, w poszukiwaniu kawy. Wzdłuż deptaka ciągnęły się ścieżki rowerowe, na niebo zaczęło się wspinać duże, jasne słońce, które jednak nie dawało zbyt wiele ciepła. Minąłem trzy budki z hamburgerami, dopiero się rozkładały, ale żadna ze sprzedających w niej pań nie oferowała kawy. Przydałaby się, oj bardzo, bo nie dość, że tu zimnawo, to wieje jeszcze od zatoki. W trzeciej budce kupiłem po prostu piwo - na bogów, podali mi je mocno schłodzone! Ot, Budweiser, niby amerykański, ale jak się wczytać w napisy na puszce, to produkowany i rozlewany w Argentynie. Ot, sikacz taki, jak to Bud. Do czeskiego nie może się porównywać! Usiadłem na krzesełku próbując poczuć jakieś ciepło od niemal oślepiającego słońca – na próżno jednak. Za mną szumiały pędzące po alejach Rafeala Obligado samochody, nade mną, bardzo nisko, latały samoloty z niewielkiego lotniska nieopodal. Na krześle obok mnie, na jego górnym ramiaku, usiadła sobie zielona papużka. Taki ptak na wolności w takiej metropolii jak Buenos Aires? Fajnie! No i tak sobie siedzę na pustym deptaku, piję zimnego Buda i odmierzam czas do 10.00.

14 lipca, później

Gdy dotarłem na miejsce spotkania, taką marinę z setkami małych jachtów, Andre oczywiście jeszcze nie było. Przypomniał mi się dzień wczorajszy i spóźnienie Julio. Tak, to już nie przypadek – w Argentynie też czas traktuje się nieco luźno. Strażnik, pilnujący bramy wejściowej, nie chciał mnie wpuścić. Mówił, że kamery, że nie może, że będzie odpowiadał. Ech, pan poważnie podchodzi do swojej pracy i traktuje ją chyba niemal jak misję, od której zależeć mają losy świata. Czekałem więc na chodniku, patrząc jak z lotniska położonego za drogą startowały sobie duże samoloty. Andre nie spóźnił się znowu tak bardzo, jedynie 10 minut. Miał około 50 lat, trochę już siwiał. Przywitał mnie z uśmiechem, przeprowadził obok strażnika (aż chciałem mu pokazać język!), poprosił bym poczekał przy stolikach nieczynnej kawiarni, bo mają przyjechać jeszcze dwie osoby. Tak, na 10:00, którą minęła około 15 minut temu. Wrócił przed bramę, by tam wyczekiwać naszych towarzyszy rejsu. Po kilku minutach przyprowadził dwóch mężczyzn, Peruwiańczyków. Wiedziałem! Tak spóźnić musiał się ktoś z Ameryki Łacińskiej! No ale nie narzekałem, miałem przecież cały dzień dla siebie. Panami przyprowadzonymi przez Andre byli ponad 60-letni, poruszający się bardzo powoli i ostrożnie, Enrqique, i jego syn po 30-tce, też Enrique. Obaj byli bardzo niscy, młodszy Enrique miał nadwagę. Byli bardzo spokojnymi – jak to Peruwiańczycy – i grzecznymi ludźmi. Mieliśmy okazję porozmawiać o Peru, po którym się rozbijałem w zeszłym roku. Pochodzili z północy, ja najwyżej – jeśli chodzi o mapę i równoleżniki – byłem w Limie (tu oczywiście narzekaliśmy na zjawisko wiecznych chmur w stolicy Peru). Andre, nasz kapitan, zabrał nas na taras położony przy nabrzeżu i tłumaczył różne rzeczy dotyczące rzeki. Na przykład to, że Buenos Aires leży nad rzeką, nad jej ujściem, choć można pomyśleć, że leży nad jakąś zatoką albo wręcz nad morzem – nie widać drugiego brzegu, nie widać wcale aby woda płynęła w określonym kierunku. Ale to rzeka! Jej estuarium. Ma 320 kilometrów długości, a maksymalna szerokość to… 220 kilometrów! Jest to więc najszersza rzeka świata! Jej nazwa to Rio de la Plata, czyli Srebrna Rzeka. Jest bardzo zanieczyszczona, są w niej ryby, ale nie można ich łowić, bo zawierają ołów i inne metale ciężkie. Rzeka nie jest specjalnie głęboka, 2 kilometry od brzegu, gdzie mieliśmy wypłynąć, ma jakieś 3 metry. Hmm, niby nie dużo, ale 3 metry wystarczą by się utopić, prawda? Poszliśmy na stanowisko, gdzie Andre cumował swoją łódź. Zeszliśmy po schodkach w dół. Łódź, malutka żaglówka (może najlepiej byłoby ją nazwać jachtem żaglowym?), nazywała się z angielska Blizzard, czyli zamieć śnieżna. Nie została tak nazwana przez Andre, on ją od kogoś odkupił, ale – jak tłumaczył – nazwy łodzi nie można zmieniać, bo to podobno przynosi sporego pecha. Hmm, żeglarze i marynarze to ludzie dość przesądni! Łódź miała może z 8 metrów długości i była dosyć wąska. Pod masztem znajdowała się niewielka kabina, w której był kredens, kilka szafek i łóżko. Nigdy nie płynąłem żaglówką, więc nie narzekałem, że nie jest to jakiś jacht za milion dolarów. De facto nasz miniaturowy stateczek bardzo mi się podobał!

Wejście na pokład nie było takie proste, trzeba było chwycić się linki, wejść na dziób, tam odpowiednio ułożyć stopy i trzymając się linki przejść na tył. Trzeba było uważać, co by nie wpaść do wody. W przypadku takiego nieszczęścia zapewne nic nikomu by się nie stało, bo woda na przystani miała może z metr głębokości, ale zmoknąć i przemarznąć nikt nie chciał. Nie mówiąc o zalaniu telefonu. Na szczęście nam wszystkim, ewidentnie nie przyzwyczajonych do sportu, ruchu i raczej niezdarnych, czy to z racji asportowego trybu życia (Artur), wieku (starszy Enrique), nadwagi (młodszy Enrique), udało się jakoś wejść na pokład.

Gdy już wszyscy zasiadliśmy w tyle, Andre odpalił silnik i Blizzard powoli zaczął sunąć po lustrze wody. Powoli przemieszczaliśmy się między niezliczoną ilością innych jachtów i żaglówek. Niektóre miały ciekawe nazwy, jak np. Bruja (Wiedźma) czy Laagherta (jedna z postaci z serialu Wikingowie). Gdy już opuściliśmy marinę, miało się nieodparte wrażenie, że wypływało się na otwarte może, a nie na rzekę. Andre zostawił włączony silnik i zostawił tatę Enrique przy sterze. Ot, sterem był po prostu długi, poziomy, drążek, którym sterowało się na boki. Jego fachowa nazwa to rumpel. Przesuwając go w lewo, sprawiało się, że jacht płynął w prawo. Przesuwając w prawo, sprawiało się, że jacht płynął w lewo. Contrario – jak wyjaśniał nam Andre, czyli przeciwnie. Proste! Andre zszedł do niewielkiej kabiny, z której przyniósł tackę z ciastkami, słodkimi bułeczkami i drożdżówkami. Po chwili przyniósł tez termos i do kubeczków nalał nam gorącą kawę. Było trochę wietrznie, ale nie było jakoś strasznie zimno. Siedziałem sobie w krótkich spodenkach, i koszuli narzuconej na podkoszulek. Moi towarzysze siedzieli w kurtkach. Zmarzluchy! Andre świetnie nas zagadywał, choć ja skupiłem się raczej na słuchaniu, bo mój hiszpański jest raczej kiepski, ale co nieco rozumiałem. Rozmowy były dość ogólne, od pogody, po przestępczość w Argentynie. Andre cierpliwie wszystko tłumaczył, był fajnym i mądrym rozmówcą. W pewnym momencie wyłączył silnik i rozwinął żagiel. ‘Silnik służy do wypływania i wpływania do mariny, na rzece używamy tylko żagli’. Widząc, że młody Enrique to raczej ciapowaty gość (wspominana już nadwaga), a starszy Enrique jest… no starszy, i jest właściwie staruszkiem, zaproponował mi przejście na przód, do kosza dziobowego i spoczęcia na czymś w rodzaju siodełka wychodzącego poza burtę. ‘Tylko trzymaj się masztu’, powiedział, po czym wrócił do Peruwiańczyków. A ja sobie siedziałem na dziobie statku (‘I’m the king of the world!’), zwrócony twarzą w stronę rufy (czyli w tył), smagany przez delikatną bryzę, z ogromem wody za mną. Kamizelki oczywiście nie dostałem! Gdybym tak chybnął się do tyłu, zapewne Andre i Peruwiańczycy dopiero po kilku minutach zorientowaliby się, że mnie nie ma. Hmm, po ilu minutach następuje śmierć mózgowa? Po 4 minutach? Nah, trzymałem się mocno, nie tak łatwo się mnie pozbyć! Choć wypłynęliśmy 2 kilometry od brzegu, drugiej strony rzeki nie było widać! No tak, jest jakieś 200 kilometrów dalej! Ale mogłem sobie podziwiać coraz szerszą linię brzegową Buenos Aires! Pogoda się udała – niebo było niesamowicie błękitne, niemal bezchmurne. Małe obłoczki były tak urocze białe i puszyste, że chciało się je urwać z tego nieba i trochę poprzytulać, jak jakąś słodką, głupiutką alpakę. Patrzyłem sobie w majaczące niezbyt daleko, ale jakby w jakiejś oddali, zarysy Buenos Aires. Z łatwością można było policzyć wyższe budynki majaczące na lądzie. Przez głowę przeleciała mi nawet (szczęśliwa) myśl: „Kur.., jeszcze tutaj cię nie było”. No nie było! Cieszyłem się, że się udało! Po 30 mintuach wróciłem do moich towarzyszy i przejąłem ster mówiąc, ku uciesze moich hiszpańskojęzycznych towarzyszy, że jestem El Capitan Barbanegra – Kapitan Czarnobrody (co w zasadzie, jeśli chodzi o brodę, było prawdą, acz jej rozmiar raczej nie powala). Andre pokazał nam telefon, a w nim specjalną aplikację żeglarską – była mapa, my, dokładnie 2 kilometry od brzegu, plamki sygnalizujące dokładną głębokość w danym miejscu, siłę i kierunek wiatru – bardzo profesjonalna apka! Chłopaki zaczęli mówić o kuchni argentyńskiej i peruwiańskiej. Pochwaliłem się wiedzą na temat tej drugiej, ku dużej uciesze Henryków (gdy powiedziałem pełnym podziwu głosem, że w Peru jest ponad 4 tysiące gatunków ziemniaków, ich twarze pękały z dumy!). Opowiedziałem coś o polskiej kuchni, po czym konwersację na temat jedzenia zdominował tata Enrique, który mówił na ten temat dobre 30 minut (poważnie! – hmm, są ludzie, którzy o jedzeniu naprawdę potrafią mówić całymi godzinami; ja do takich definitywnie nie należę…). W pewnym momencie wyłączyłem się i tylko patrzyłem sobie wokoło, to na Buenos Aires, no skrzące się odbitym srebrem słońce Srebrnej Rzeki. Wiedziałem już, skąd jej nazwa! – choć tak naprawdę to pochodzi ona od srebrnych świecidełek otrzymanych przez odkrywcę Sebastiana Cabota od Indian Guarani w latach 20-tych XVI wieku.

Niemniej jednak naprawdę miło spędziłem czas. Towarzystwo było bardzo pozytywne i przyjazne, pogoda świetna (jak na zimę!), Buenos Aires prezentowało się bardzo ładnie, a i było to dla mnie nowe doświadczenie, jako że nigdy wcześniej nie żeglowałem. Nawet dostałem takim długim, poziomym drągiem (który nazywa się ‘bom’) w policzek, w bliskie okolice oka. Ale się nie skarżyłem! Chyba nawet nikt tego nie zauważył, no ale co tam – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą! Ciekawe, czy jutro będzie ono podbite! Póki co, patrząc tak na nie wieczorem, jestem trochę zawiedziony, bo oprócz otarcia na minimetr, nie ma żadnego innego śladu! Nie będę mógł więc – pokazując zdjęcie podbitego oka – bajerować znajomych o heroicznej morskiej (rzecznej!) bitwie stoczonej z jakimś Krakenem, tudzież jakimś innym Lewiatanem! Dwie godziny na najszerszej rzece świata - super! Peruwiańczycy wrócili do hotelu taksówką, chcieli mnie zabrać ze sobą, bo i tak musieli jakąś złapać, ale podziękowałem i tak, jak planowałem, zdecydowałem się wracać pieszo. Chciałem poczuć miasto, zobaczyć je, stać się na moment jego częścią.

Nieopodal mariny było lotnisko (Lotnisko im. Jorge Newmbery’ego), do którego się udałem, wszak było po drodze, to można zerknąć na takie mniejsze, krajowe. Zdziwiło mnie, że wokół niego, oraz naprawdę dosłownie pod jego ścianami, śpi tylu bezdomnych! Lotnisko służy głównie do lotów krajowych, choć zagraniczne, kontynentalne, też tutaj są. Kupiłem sobie kartę telefoniczną Claro – pani sprzedająca, z jakimś przypatrującym się nam chłopakiem, zarejestrowali mi ją na jakieś fikcyjne dane i doradzili, bym sobie ją doładował w maszynie kilka sklepów dalej. Nie dane mi jednak było tego dokonać, bo za każdym razem transakcja była odrzucana! Tak więc miałem kartę, ale bez internetu. Nie ma co narzekać, 50% sukcesu, doładować spróbuję później! Trochę połaziłem po lotnisku i jego okolicach, i wąskim poboczem, błądząc wśród labiryntu niebezpiecznych dla pieszego dróg (masa pędzących samochodów), dotarłem do jakiegoś ładnego parku. Buenos Aires ma trochę takich ładnych miejsc z drzewami, jeziorkami, dużymi połaciami trawników, na których ludzie w cieplejszych miesiącach pewnie masowo sobie spacerują i robią pikniki. Udałem się w miejsca, gdzie Google Maps wskazywało dworce autobusowe – pieszo zrobiłem naprawdę sporo kilometrów i ku mojemu rozczarowaniu okazało się, że miejsca te nie istnieją. Może kiedyś, jeszcze do niedawna, istniały, ale dzisiaj już ich nie ma. Zostałem więc bez biletu na północ, gdzie chciałbym się udać. Ale obczaiłem jeszcze jedną miejscówkę, do której mam zamiar udać się w dniu jutrzejszym.

Po drodze mijałem sporo bezdomnych osób siedzących pod murkami albo śpiących pod wiaduktami. Również w centrum co chwila widzi się ludzi bez dachu nad głową. Wielu z nich ma dość dobre wyposażenie, o ile można o czymś takim w ogóle mówić w przypadku osób bezdomnych. Chodzi o to, że część z nich ma bardzo dobre jakościowo materace, grube, niestare koce, porządne kartony na rzeczy. Przypatrując się im można odnieść wrażenie, że wszyscy mają rzeczy z jednego zestawu, więc można domniemywać, że ktoś zajmuje się pomaganiem tym nieszczęśnikom. Ich ogrom w Buenos Aires jednak przeraża! Widać, że kryzys niektórych dotknął najmocniej, jak się tylko da. Bardzo współczuję takim ludziom, bo za długo już żyję by nie wiedzieć, że często całkiem normalny człowiek z powodów zupełnie od niego niezależnych (lub tylko częściowo zależnych) ląduje bez niczego na ulicy, niejednokrotnie zupełnie z dnia na dzień. I dla większości oznacza to właściwie taką właśnie tragiczną egzystencję do końca życia w takich warunkach, bo wrócić do poprzedniego stanu rzeczy często okazuje się już niemożliwe. Nie mówiąc, że ludzie tacy tracą po prostu ducha i nadzieję na poprawę swojego losu. Bardzo to przykre…

Doszedłem na Aleję 1-go maja, gdzie w znanym mi już kioseczku znowu wymieniłem sobie trochę euro. Przypatrzyłem mu się dokładniej – to niby kiosk, ale tylko pozornie. Na wystawie jest 20 starych gazet wystawionych w towarzystwie jakichś tandetnych breloczków, których nikt nie kupuje, i nikt w zasadzie nie zamierza ich sprzedać. Ot, po prostu lewy kantor i tyle. Jak wspomniałem we wczorajszej notce – władze tolerują takie miejsca, być może nie chcąc jeszcze bardziej utrudniać ludziom życia. Argentyńczycy też są znani z tego, że od czasu do czasu potrafią wyjść na ulicę. W dodatku niedługo wybory, więc władza nie będzie ryzykować utraty potencjalnych głosów.

Po wymianie udałem się do restauracji El Embajada, gdzie wczoraj jadłem morszczuka. Ten sam kelner, który obsługiwał mnie wczoraj, polecił mi coś typowo argentyńskiego. Bife de Chorizo – befsztyk, czyli stek! Zamówiłem wersje mini, czyli 230 gram. Najpierw przyniesiono mi pieczywo, a potem ogromną pieczeń wołową. Jak się potem okazało, podano mi standardową porcję, czyli 400 gram, no ale nie było sensu protestować (mimo, że uważam, iż zrobiono to celowo aby tylko podnieść rachunek o 500 pesos). Do pieczeni przyniesiono dwa sosy. Wołowina argentyńska była fantastyczna! Jednak jej sława nie jest przesadzona! Jako jadacz mięsa jestem nią zachwycony, wręcz jestem w niej zakochany od pierwszego wejrzenia, to jest ugryzienia! Na pewno jeszcze będę próbował ją gdzieś zjeść! Do obsługi stolika wliczono 100 pesos i jeszcze dodatkowo 10% napiwku. Jak na tak obfite i tradycyjne jedzenie nie wyszło to wszystko jednak jakoś specjalnie drogo. Choć oczywiście można na pewno zjeść taniej. Jedząc znalazłem sobie rezerwację na kolejne dwa dni (podłączyłem się do wi-fi restauracji) – właściciel mojego obecnego mieszkanka jutro wraca, więc będę musiał je opuścić. To nie jest jakieś mieszkanie jak np. w Krakowie, tylko pod turystów i tylko na wynajem; po prostu jest to zwykła kawalerka, którą właściciel wynajmuje, gdy gdzieś musi wyjechać. Po co ma stać puste, skoro może przynieść jakiś niewielki dochód? W dodatku w dolarach. Wyszedłem z restauracji i zaczęło się już ściemniać. W jednym ze sklepików znalazłem maszynę, gdzie można doładować telefon. Wzięła pieniądze i nic! Wydrukowała tylko bilecik i wyświetliła wiadomość, że jeśli ten bilecik odniesie się do sprzedawcy w punkcie, gdzie stoi maszyna, ten zwróci pieniądze. Hmm, drugie podejście, druga maszyna i nadal nie mogę doładować karty do telefonu! Dziwna sprawa! Pieniądze na szczęście mi zwrócono… Po drodze, niedaleko placu 1-go maja (nie mylić z Placem Majowym), tuż pod Pałacem Barolio, natknąłem się na koncert. Ot, mała scena, przed nią może ze sto osób, sama muzyka to taka elektronika, techno, z wokalem. Na scenie dwóch facetów ubranych jak kobiety, wokalista w podkoszulku i samych majtkach. Z tyłu baner nawołujący do równych praw dla wszystkich tożsamości niebinarnych. W powietrzu unosił się delikatny zapach palonej marihuany, niektórzy ludzie mieli transparenty nawołujące do równych praw, były też osoby starsze kołyszące się z uśmiechem do muzyki. Myślę, że Argentyna w porównaniu do mocno konserwatywnej Polski jest bardziej tolerancyjna i otwarta. Popatrzyłem troszkę, po czym poszedłem na mieszkanko. Robiło się zimno, dobrze, że mam klimatyzację!

I tak dzień zleciał na chodzeniu po Buenos Aires. Właściwie centrum miasta nie oferuje niczego specjalnego dla mieszkańca Europy – patrząc na te Renaulty, Peugeoty, Citroeny i Fiaty oraz sporo niemieckich samochodów, ma się dziwne wrażenie, że nie poleciało się za daleko. Do tego architektura europejska-amerykańska, czasem dość wysoka (widocznie tu nie obawiają się trzęsień ziemi – sprawdziłem właśnie, że ryzyko wystąpienia trzęsień ziemi w Buenos Aires wynosi 10% w ciągu 50 lat – czy to dużo, hmm, chyba nie jest tak źle?), wszędzie same białe twarze. Ja wiem, że nazwa Buenos Aires brzmi tak romantycznie, ale po w pewien sposób w Polsce mitologizuje się to miasta. Zwłaszcza teraz, po wielu kryzysach i obecnie trwającym – sporo tu śmieci, zaniedbanych budynków, bezdomnych, biedy. Nic specjalnego! O! Właśnie przyszła wiadomość, że mieszkanie, które wynająłem na jutro będzie niedostępne i jego właściciel prosi mnie o anulację. Ech, cwaniaczek, dostałbym tylko część zwrotu. On nie chce anulować. Zgłosiłem sprawę do Airbnb.

15 lipca

Ech, z tymi mieszkaniami jest tu nieco… dziwnie. Airbnb przeprosił za sytuację, oddał pieniążki (dojdą przelewem w kilka dni), dostałem voucher na 25 dolarów. Ale co się okazało? Właścicielka drugiego mieszkania, które wynająłem po tym, jak to pierwsze nie było dostępne, napisała mi właśnie, że nie wie, jak to możliwe, ale datę 15 i 16 lipca oznaczyła jako niedostępne z powodu remontu, a jednak jakoś zarezerwowałem u niej mieszkanie. Hmm, myślę, że nic takiego się nie stało, po prostu nie skończono jej mieszkania na czas! Również prosi mnie, abym to ja anulował rezerwację. Tłumaczyłem, że nie mogę, bo stracę pieniądze. Zgłosiłem sprawę Airbnb, oddadzą mi wkrótce pieniądze, a i dostałem kolejny voucher na 25 dolarów. Ale wystąpił inny problem. Za tyle to ja na szybko, na dzisiaj, nie wynajmę mieszkania w bliżej pojętej okolicy. Poinformowałem o tym pracowników Airbnb. Negocjowałem ostro, cztery godziny pisania, tłumaczenia, domagania się dodatkowych pieniędzy… Dopiąłem swego - dali mi voucher na… dodatkowe 50 dolarów! Mam już więc vouchery na… 100 dolarów. W międzyczasie właścicielka zaczęła się żalić, że dostała karę od Airbnb… No cóż, to przecież nie moja sprawa już, ja tylko chciałem odzyskać swoje własne pieniądze, które już wpłaciłem z chwilą rezerwacji. Takich rzeczy trzeba sobie pilnować! Niech pani obciąży ekipę remontową!

Musiałem opuścić mieszkanko, bez czegokolwiek wynajętego. Stałem się więc na jakiś czas bezdomnym w Buenos Aires. Nie miałem nawet internetu! Jeszcze w progu, nim wyszedłem (bo w opuszczanym mieszkaniu miałem wi-fi), zamówiłem sobie Ubera na dworzec Omnibus Retiro. Ostatni strzał – może tam w końcu kupię gdzieś bilet. Może na dzisiaj? Jeśli by się udało, nie musiałbym się martwić o nocleg w Buenos Aires.

Uberem znowu kierował Wenezuelczyk. Dziwił się, czemu chcę jechać autobusem tyle godzin, skoro mogę sobie polecieć samolotem. Podobno jest ich tu dużo i są dosyć tanie. Szczerze mówiąc, to myślałem o tym i szukałem samolotu, ale nie udało mi się znaleźć nic w jakiejś odpowiedniej dla mojego budżetu cenie. Może nie szukałem umiejętnie, może za krótko, a może po prostu na samoloty typu ‘jutro’ albo za ‘2-3 dni’ nie ma po prostu niskich cen? Kierowca radził mi, bym na dworcu był bardzo ostrożny, bo jest tam sporo kieszonkowców i to podobno jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w mieście. Zaraz, zaraz, Retiro? Coś świtało mi w głowie… Retiro, Retiro… No jasne! „Dziennik” Witolda Gombrowicza! To przecież tam, ten pisarz żyjący na emigracji w Buenos Aires, chodził na poszukiwania młodych mężczyzn! Dawniej była to portowa dzielnica, pełna marynarskich barów i podejrzanych elementów. Jak wnioskować mogłem z ostrzeżeń kierowcy, chyba przez te 70 lat poziom bezpieczeństwa w niej niewiele się zmienił. Zbliżając się widzieliśmy coraz więcej osób bezdomnych, zwróciłem mu na to uwagę. ‘Nieroby!’ – krzyknął expressis verbis. Dodał do tego z pogardą mocny przymiotnik, nie nadający się do cytowania. ‘Pracy jest tu dużo, im się nie chce po prostu pracować. Chcieliby tylko dostawać’. W jego głosie słychać było nie tylko wspomnianą przeze mnie pogardę, ale też i mocno wyczuwalną złość ma takich ludzi. Myślę, że ma prawo tak twierdzić (co nie znaczy, że ma rację), sam przecież przyjechał do obcego kraju, ale ciężko pracuje, siedem dni w tygodniu, po 10 godzin. Nie zarabia kokosów, ale nie twierdzi głupio, że za xx pesos dziennie nie opłaca się wstawać do pracy. Nic nie robiąc, nie miałby przecież nic. Żyłby na ulicy, jak ludzie, o których niezbyt ładnie się wypowiadał. Na ulicy tutaj, w Buenos Aires, albo na ulicy u siebie, w Wenezueli. Mieszka w Argentynie już 8 lat, ale oczywiście mocno tęskni za krajem, rodziną, słońcem, którego tu jest podobno mało, brakuje mu też przyjaciół. Nie jest to emigrant z wyboru, ale emigrant z przymusu. Jest to bez wątpienia bardzo pracowity człowiek, który nie czeka, aż ktoś mu coś da. Bardzo cenię sobie taką postawę, jest mi ona bardzo bliska – no pain, no gain! Tudzież ‘no hay atajo sin trabajo’, po hiszpańsku.

To miejsce, Terminal Omnibus Retiro, okazało się być strzałem w dziesiątkę! Jest to główny dworzec autobusowy w Buenos Aires! Kilkadziesiąt kas, multum przewoźników, setki destynacji! Nie udało mi się kupić biletu na dzisiaj, ale na jutro już tak – za jakieś 20 euro udało mi się zakupić bilet do Puerto Iguazu, miasteczka leżącego w pobliżu wodospadów, które koniecznie chcę zobaczyć. Odjazd jutro o 14:15, przyjazd na miejsce na drugi dzień, o… 7:20! No to łatwo teraz przeliczyć, że podróż zajmie 17 godzin! Nah, zawsze coś się człowiek drzemnie w autobusie – to raz. Dwa – w nocy nie trzeba płacić za żaden hotel. Dam radę! Zdaje mi się, że tak właśnie będą wyglądały moje podróże przez ten duży kraj… No ale… Cierp ciało, coś chciało! Na dworcu obczaiłem też, jak coś, bilety w inne miejsca. Jest ich naprawdę sporo – widać, że Buenos Aires jest sercem Argentyny.

Wracając pieszo zauważyłem straganik z napisem Claro Recargar (Doładowania Claro). 700 peso (2 euro) i 100 peso za obsługę. Fajny sprzedawca wszystko mi wklepał w telefon, ale internetu nie było! Poprosiłem by zadzwonił na serwis, słuchając kogoś z biura Claro bawiliśmy się ustawieniami, ale nic nie pomagało. Ale momencik – myślę sobie – z tym telefonem już tak miałem rok temu w Peru. Może musimy go zrestartować? Reiniciar! Si! Zadziałało! Mam internet! Uff… Miałem troszkę dnia przed sobą, chciałem sobie pojeździć metrem, ale na jednej ze stacji okazało się, że nie mogę doładować karty miejskiej, którą kupiłem zaraz po przylocie. Poprosiłem panią z ochrony metra – okazało się, że na karcie mam debet, 120 peso! No bez jaj – jak można mieć debet na karcie komunikacji miejskiej?! Użyłem jej zaledwie jeden raz, jadąc z lotniska do centrum. Pani oznajmiła mi, że najpierw w kasie, fizycznej, z osobą w środku, muszę uregulować dług, a potem mogę dopiero tę kartę doładowywać. Żeby znaleźć kasę, muszę iść tam, potem tam, potem jeszcze tam… Nie skumałem, za dużo tych instrukcji, za szybko podane! Ech, nie znalazłem tej kasy. No trudno, jutro i tak wyjeżdżam, nie ma się sensu dzisiaj aż tak strasznie uganiać za tą kartą – jeszcze tu wrócę na kilka dni przed powrotem, a przynajmniej taki mam (mglisty) plan.

Szedłem sobie do Embajady, do tej restauracji, w której posilałem się już dwa razy – wczoraj i przedwczoraj. Idąc tak wszedłem do dwóch hoteli, licząc na jakiś nocleg – wszystko obłożone! No niemożliwe! W internecie zostało kilka drogich ofert, w dwóch przypadkowych hotelach średniej klasy też nie ma miejsc. Oj, zaczęło się robić nieciekawie! Miałem nadzieję jeszcze coś znaleźć przy pomocy telefonu, przy jedzeniu. Zamówiłem sobie to, co wczoraj (stek wołowy!) i butelkę wina. „Całą?”, mój ulubiony kelner nie mógł uwierzyć. No tak, po tylu perypetiach z szukaniem, a właściwie nie znalezieniem, miejscówki, zamierzam już tylko dzisiaj siedzieć i się relaksować. W końcu ta wyprawa to część urlopu, nie muszę ciągle gonić z miejsca na miejsce. Jedząc i pijąc niespiesznie szukałem sobie w telefonie miejscówek. Znalazłem w końcu jakąś, dosyć daleko od centrum, w dzielnicy Lanus (właściwie Lanus Este). Koszt – 30 dolarów, więc w zasadzie niedrogo. Wcześniej oczywiście napisałem do właścicielki, czy aby na pewno mieszkanie jest dostępne – odpisała dość szybko, że owszem. Oczywiście mógłbym dalej próbować rezerwować coś w ciemno i tym sposobem znowu coś wyszarpać od Airbnb, ale po pierwsze – kolejne pieniądze miałbym przyblokowane na jakieś dwa tygodnie, a po drugie – nie byłoby to jakieś uczciwe, gdybym robił to celowo i na to tylko liczył. Sprawdziłem, ile wyniesie mnie dojazd Uberem – 2500 pesos, czyli nawet niedrogo.

Stek był pyszny! Wino podane w wiadrze pełnym lodu też! Nawet się nim jakoś nie upiłem. Do dzielnicy Lanus dotarłem z młodym chłopakiem, który – gdy dowiedział się, że lubię argentyńską Rata Blancę (zeszpół heavemetalowy – naprawdę uważam, że gdyby tylko śpiewali po angielsku, byliby światowymi legendami metalu, a nawet szeroko pojętego rocka!), puszczał mi ją po drodze, bo akurat miał kilka kawałków na wsadzonym w radio pen drive. Na miejsce dotarliśmy po jakichś 40 minutach. Okolica wydawała się cicha, spokojna, pełna niskich, skromnych, ale czystych domków. Na chodnikach walało się trochę śmieci i wałęsało się trochę bezdomnych, aczkolwiek niegroźnych, piesków. Ot, typowa Ameryka Łacińska, chociaż domki -jak wspomniałem - były dość zadbane. Już zapadł zmierzch, nie bardzo wiedziałem, gdzie dokładnie znajduje się moja miejscówka. Wszystkie domy były jakoś dziwnie oznaczone, nigdzie nie mogłem znaleźć numeru mojej miejscówki. Ale po 5 minutach podszedł do mnie jakiś pan, okazało się, że to mój gospodarz. Przywitaliśmy się serdecznie, po czym zostałem zaprowadzony za bramkę jednego z ogrodzeń, na dziedziniec domu – wyglądał on jak ogród botaniczny! Cały w roślinach, z niewielkim placykiem pośrodku, na którym stała sobie ławeczka. Przyszła malutka i niziutka żona, serdecznie się ze mną przywitała. Pokazali mi mój pokój – właściwie był to niewielki domek, który kiedyś był prawdopodobnie kuchnią obsługującą mieszczącą się tu posiadłość, gdy okolica nie była jeszcze osiedlem pełnym parterowych domków – wysoki sufit, ogromny piec do chleba, mniejszy piec do ogrzewania, ale nie było drewna. Do ogrzania się miałem jedynie duży koc na łóżku. Wiedziałem, że będzie zimno, bo noce tu zimne o tej porze, ale myślałem, że w środku będzie cieplej. Było/jest zimno! Płytki na podłodze są lekko zawilgocone – zimno z zewnątrz dostaje się tu do środka. Ale pod kocem, jak się okazuje, jest dosyć ciepło! Ciekawie prezentuje się spłuczka w ubikacji – trzeba dociskać ją długą tubką kleju. Ot, taki problemik, który na szczęście daje się jakoś rozwiązać.

Póki co, dzień był przyjemny, leniwy, szczęśliwie jakoś się wszystko ułożyło – mam gdzie spać i jutro jadę na północny wschód, w region zwany Misiones (od prowadzonych tam niegdyś misji przez jezuitów), do Puerto Iguazu! No nic, późno już, padam. Dobranoc!

16 lipca, godzina 18:05

Jestem w autobusie do Puerto Iguazu. Rano właścicielka pokoiku zrobiła mi kawę, chciała koniecznie jeszcze zrobić śniadanie, ale nie miałem ochoty na nic do jedzenia. Pożegnaliśmy się serdecznie, bardzo fajna osóbka! Czekałem sobie na Ubera na krawężniku jednej z pustych uliczek dzielnicy Lanus. Moje oczy nie spostrzegły ani jednego człowieka, ba!, nawet ani jednego, bezpańskiego psa, których tyle tu wczoraj wieczór przecież było. Na jednym z domów wisiała tabliczka, że jest on do sprzedania (Vende), ale mój wzrok przykuła nazwa biura nieruchomości – Piotroski Propiedades. Piotrowski! Polskie nazwisko! Przypomniały mi się fragmenty antologii ‘Ameryka Łacińska w relacjach Polaków’ z 1982 roku, gdzie wspominano o emigracji polskiej w krajach takich jak m.in. Argentyna. Przyjadę, to uzupełnię o te wspomnienia tę notatkę.

PO POWROCIE: Oto one. Tekst napisany przez publicystę i reportażystę Konrada Wrzosa (wł. Henryka Rosenberga). Właściwe źródło: Konrad Wrzos, Yerba Mate, Warszawa 1937. „Emigrant polski musi ciężko pracować – aby zdobyć sobie dobrą opinię i kawałek chleba. Szczególnie robotnik. Niech tylko powstanie cień wątpliwości, zaraz go nazwą ruso (Rosjanin – przyp.) i zrobią z niego komunistę. Solidarność klasowa robotnika-emigranta niesłychanie trudna to rzecz. Będzie się solidaryzował robotnik polski ze swymi towarzyszami pracy w razie strajku lub demonstracji, straci posadę, opinię i chleb. Musi tedy uważać i ciężko pracuje, aby się utrzymać i ciężko swą pracą ten chleb i opinię zdobywa. Menager wielkich zakładów Frigorifico mówił mi (w 1936), że robotnik polski jest najwytrzymalszy i pracuje doskonale. Praca w Frigorifico to marzenie robotnika polskiego w Argentynie. Gdybyśmy chcieli z grubsza określić ekonomiczną strukturę Argentyny, moglibyśmy powiedzieć: Argentyna dzieli się na Frigorifico (tu w znaczeniu branży produkcyjnej związanej z hodowlą zwierząt i produkcją mięsa – przyp. Artur) i na zboże. W roku 1935 eksportowała Argentyna 13 774 438 ton zboża. Frigorifico zaś 559 859 ton. Co to jest Frigorifico? To wielkie fabryki mięsa, wielkie fabryki uboju bydła, wielkie lodownie i fabryki konserw. 70 km od Buenos Aires istnieje małe miasteczko robotnicze, Berisso. Miasteczko niskich robotniczych domków i stęchłego powietrza. Na tle tych niskich robotniczych domków wyrasta 6-piętrowy nowoczesny blok. Ten blok z przyległościami stanowi już sam w sobie miasto. Jest to Frigorifico Swift, które zatrudnia 4500 robotników. Największe i najtypowsze to Frigorifico w promieniu Buenos Aires. O ile ulice miasteczka nie pachną, o tyle ogródek znajdujący się na dziedzińcu Frigorifico Swifta, nadaje pachnący charakter tej niepachnącej fabryce. Nasz minister w Buenos Aires, p. Mazurkiewicz, uprzedził dyrekcję fabryki, że przyjedziemy po południu. Jesienne (według kalendarza) popołudnie było niezwykle gorące. Termometr wskazywał 40 st. powyżej zera. Myśl spędzenia czasu w lodowni umacniała nas na duchu. Kiedy przyjechaliśmy do fabryki i minęliśmy ogródek (a w środku ogródka kiosk z kolorowymi puszkami – wyroby firmy), powitał nas na dziedzińcu menager fabryki, p. Carlo Forster, wielkiego wzrostu Meksykańczyk, władający wszystkimi językami. Spędziliśmy z nim chwilę wśród urzędników pracujących w białych kitlach, zanim nam przynieśli białe, czyste płaszcze, w których udaliśmy się na zwiedzenie tej wielkiej fabryki mięsa. Naszym przewodnikiem był sam p. Forster. Szliśmy długim dziedzińcem, słuchając wstępnych wyjaśnień naszego przewodnika. Kapitał zakładowy Swifta wynosi 50 milionów pesów w złocie. Same płace robotnicze wynoszą 8 milionów rocznie. (Nie licząc dyrekcji i urzędników) Fabryka zatrudnia 4500 robotników - 22 narodowości. W tym 16 proc. Argentyńczyków, 15 proc. Włochów, 6 proc. Polaków. Polacy są doskonałymi robotnikami. Silni i wytrzymali. Fabryka wyrzuca dziennie na rynek 400 000 kilo mięsa. Interes idzie dobrze. Zwłaszcza dobrze zrobiła mu wojna włosko-abisyńska. Mięso w puszkach, owoce, marmeladę znajdzie się wszędzie na świecie. To jest prawda. Teraz wiem, gdzie się mrozi i opakowuje ananasy Lybby's, które w puszkach przychodzą do Warszawy. Zaczynamy od początku. Oto sala, w której zabija się zwierzęta, zapędza się je do przegród, zasuwa się drzwi i zabija się je uderzeniem młotka. Zwierzę pada. Wówczas łańcuchami podnosi się je w górę i podcina gardło. Krew obficie spływa do rynny. Zwierzęciu odrywa się skórę za wyjątkiem skóry na plecach. Potem rozcina się je na dwoje elektrycznymi piłami, które pracują z wielką szybkością, a potem przecięte przesuwa do sali, gdzie je rozwieszają na haki. W tej hali panuje temperatura zerowa. To pierwsze stadium mrożenia. Przechodzimy z p. Foresterem wzdłuż rzędu rozwieszonych połówek zwierząt. Nie bez przyjemności nasz przewodnik opukuje stwardniały już tłuszcz. Tłuszcz jest bladoróżowy. "Prawdziwie argentyński" - powiada. W tej sali, jak w pierwszej, odbywa się podstawowa praca. W pierwszej sali, w ubitej kafelkami, pełnej elektrycznych gilotyn i ciężkich haków, zwisających z sufitu, zwierzę zabija się i oprawia. Na godzinę pada tu 1500 świń. Jaka jest dalsza praca? Przejdźmy do innych sal. Winda zawozi nas na górę. Wchodzimy do wielkiej, zimnej sali. Pod jasnymi lampami stoją w kilkudziesięciu rzędach robotnicy. W białych fartuchach i białych czepkach. Trzymają w ręku niewielkie noże i obrabiają mięso, krają je na małe kawałki, wykrawają z niego żyły, kości i pokrajane w drobne kawałeczki rzucają do przegródek, z których mięso zmielone spłynie później do puszek. W tej sali pachnie krwią. Ile zarabia robotnik pracujący w tej sali? Pan Forster pozwala mi porozmawiać z jednym z robotników polskich. Przede mną staje średniego wieku robotnik, przeciągający z wileńska, właśnie przywędrował tu z ziemi wileńskiej. Przed 10 laty. Trafił od razu do Berisso. Nazywa się Jan Szochowicki. W pow. szczuczyńskim, z którego pochodzi, nie miał co robić. Tutaj zarabia 60 centavos na godzinę. Pracuje od 10 do 12 godzin dziennie. W ciąg trzech tygodni nie więcej niż 144 godzin. Jego dwutygodniowy zarobek wynosi 55 pesów. Ale nie tylko on musi pracować na dom. Jego żona też. I ona jest specjalistką w dziedzinie wyjmowania kości z mięsa. P. Szochowicki zaczyna pracę o 6 rano, a bywa, że kończy ją o godz. 8 wieczorem. W ciągu dnia ma godzinę na obiad, a godzinę traci na drogę. Co jada na obiad? Mięso, bo jest najtańsze, zupę i szklankę piwa, na śniadanie kawę i chleb z masłem a na kolację to, co zostało z obiadu. „Człowiek musi dobrze jeść, aby dobrze pracować, jakby dobrze nie jadł, nie mógłby tak dobrze pracować” – taką sentencję wypowiada p. Szochowicki. Obliczmy, jaki jest jego budżet i jakie wydatki. Na każdą osobę wychodzi 35 pesów, ponieważ p. Szochowicki zarabia 110 pesów miesięcznie, więc zostaje mu jeszcze 30 pesów na inne wydatki. Poza tym zarabia jego żona. Na co wychodzi reszta? Na ubrania i gazety, na oszczędności i na dług powstały z kupna ziemi. Szochowiccy kupili ziemię na wypłaty. Płacą teraz 16,30 pesów miesięcznie. Będą płacić w ciągu 100 miesięcy. Kawałek ziemi, który nabyli, kosztuje 1600 pesów. Szochowiccy posiadają 260 metrów kwadratowych ziemi. Jak tylko będą mogli ziemię sprzedać, wrócą do kraju, aby za uzbierane i zarobione pieniądze kupić sobie ziemię na Wileńszczyźnie: „Nie ma jak ziemia wileńska…” – wzdycha Szochowicki. Obok nas robotnicy posuwają wagoniki, naładowane drobnymi kawałkami mięsa, które nasz rozmówca krajać zaczyna, gdy go żegnamy. Przejdźmy do innej sali. Znowu winda. Nareszcie jesteśmy w lodowni. Tutaj panuje mróz. Tu zamraża się tłuszcz. Na półkach z siatki leżą płaty tłuszczu obok płatów śniegu. Na nasze białe kitle zarzucają nam grube jesienne palta. Przechodzimy do drugiej Sali, w której jest jeszcze zimniej. 25 stopni poniżej zera. Tu układane są stwardniałe już kawałki mięsa. Kawały, wprost bryły. W trzeciej Sali, obok, jest jeszcze zimniej, tu bryły mięsa rzucane są do worków; serca i wątroby, jak pomalowany na kolor ciemnobordo kamienie. I tu pracuje Polak. Nazywa się Franciszek Sarnek, pochodzi z Proszowic, z województwa kieleckiego. Jego niebieskie oczy są zmęczone. Sarnek zarabia 65 centavos na godzinę. Przepracowuje 48 godzin tygodniowo. Miesięcznie zarabia 150 pesów. Mając ten zarobek postanowił ożenić się. Właśnie przed dwoma tygodniami odbył się ślub. Sarnek wydaje 50 pesów miesięcznie na siebie i tyle samo będzie wydawał na żonę. Mieszkanie kosztuje go 15 pesów miesięcznie, a przy tym może sobie pozwolić na jedno ubranie rocznie i na 2 gazety. Wystarczy i na żonę. „O to, żeby jadać codziennie mięso, w Argentynie nietrudno” – mówi. Kilo mięsa kosztuje 35 centavos, najlepsze 1,40 pesów. Ale nie myślcie, że życie Sarnka płynęło na różach. Teraz jest starszym robotnikiem, odpowiada za ilość zapakowanych woreczków mięsa. Przedtem ciężko chorował. Zaciął się nożem przy robocie, dostał zakażenia krwi. O takie wypadki przy tego rodzaju pracy nietrudno. Na koszt fabryki leczył się przez miesiąc, choroba jednak toczyła go przez rok. Musiał, mimo to, jednak pracować w ciągu jedenastu miesięcy. I to odbiło się fatalnie na jego stanie zdrowia. Idziemy dalej, przez korytarz, w którym pachnie amoniakiem, przez salę, w której panuje temperatura łaźni, gdzie leży tłuszcz wieprzowy, przez salę lodowatozimną, gdzie wiszą kiełbasy, do hali maszyn, z której wypływa mięso zmielone, niczym z małych maszynek. To mięso rzucają robotnice do puszek, które płyną im przez ręce z pasów transportowych. Puszki wyrabia się na górze. Fabryka mięsa posiada swój oddział metalowy. Na najwyższym piętrze w hali, której okna są otwarte (z tych okiem widać daleki, chłodniejszy niż mury fabryczne, port La Plata), stoją robotnicy spoceni przy maszynach, które skręcają i lutują, a potem wyrzucają puszkę za puszką na pasy transportowe, zjeżdżające w dół, w podłogi i ściany. Właśnie na dole rzucą do tych puszek mięso. Na górze panuje gorąca atmosfera fabryki metalowej, ale na dole panuje czystość laboratorium. Tam, gdzie do puszek kręcących się, jak w ruchomym kotle, rzucają robotnice mięso, siedzi na niewielkim podwyższeniu manicurzystka i co godzinę robi każdej robotnicy i robotnikowi manicure. Tak samo każdy robotnik i robotnica musi swe ręce zawierzyć manicurzystce po każdym powrocie z toalety. Napełnianie puszek mięsem musi się odbywać w czystości. Później te puszki, opakowane i oklejone, spłyną do składów, a ze składów w świat. Roboty związane z napełnianiem puszek z mięsem, oklejaniem ich, wykonywane są przeważnie przez kobiety. Robotnice w Argentynie zarabiają mało. Robotnice napełniające puszki z mięsem zarabiają 39 centavos za godzinę. P. Halina Sosnowska, córka emigranta, 22-letnia inteligentna panna, dostaje 43 centavos za godzinę. Jej zadaniem jest pilnowanie wagi. Dziennie pracuje 10 godzin. P. Franciszka Koblówna, też córka emigranta, prowadzi książki. Dostaje 3 pesy za 8 godzin pracy. Oczywiści, że trudno byłoby z tego wyżyć, ale poza tym pracuje ojciec i siostra. Panna Franciszka ma lat 23, jej siostra 18. We troje pracują na dom. Ojciec panny Haliny, p. Stefan Sosnowski, pochodzi z Warszawy, był tapicerem w zakładzie tapicerskim Krysickiego. Mimo iż było to 36 lat temu, pamięta doskonale dom, w którym spędził przy pracy swą młodość. Było to na Marszałkowskiej 116 na rogu Złotej. Pan Sosnowski pamięta, że dom ten należał do bardzo porządnych państwa (rodziców przyjaciela mego, redaktora „Wiadomości Literackich”, Mieczysława Grydzewskiego). W roku 1900 poszedł p. Sosnowski do wojska rosyjskiego, służył w dragonach w Sierpcu. Gdy zaś wrócił z wojska w r. 1905 stanęły roboty. Trzeba było wyjeżdżać. Od rodziny, która była na emigracji w Nord Ameryce (tak mówi się w Ameryce Południowej o Północnej Ameryce), przyszła z Chicago karta okrętowa, wzywało go 2 braci i 4 siostry, ale do Ameryki nie wpuściły go władze amerykańskie. Przyjechał tedy do Argentyny. Myślał, że się kiedyś przedostanie do Północnej Ameryki, ale pozostał w Berisso. Kiedy tu przyjechał, zastał zaledwie kilka domków i campę, to znaczy pole. W Berisso istniała zaledwie jedna fabryka, była to angielska fabryka mięsa. Tę właśnie fabrykę odkupiła później spółka braci Swift. Wszystko to oczywiście działo się poza świadomością p. Sosonsowskiego, który, jak garbował skóry owcze za dyrekcji angielskiej, tak czynił to samo za nowej dyrekcji amerykańskiej. Trwało to razem 30 lat. Przez 30 lat ten stary już dziś człowiek dawał z siebie od 10-16 godzin pracy dziennie. Były czasy, kiedy za godzinę płacili 1 pesa. „Dobre to były czasy”. Nigdy p. Sosnowski wakacji nie miał. 30 lat spędził w fabryce. Wychował 2 synów i 3 córki. Jedna jest już zamężna. Syn i zięć pracują w tej samej fabryce w dziale konserw. Syn zarabia 55 centavos na godzinę, a zięć 60 centavos na godzinę. O zarobkach córki już pisaliśmy. Druga córka p. Sosnowskkiego jest peluquerą (fryzjerką), klientki swe przyjmuje w domu. Młodszy syn p. Sosnowskiego ma 13 lat i jeszcze nie pracuje. Sam p. Sosnowski ma lat 56. Poza drewnianym domkiem i dziećmi nic nie ma. Teraz już nie pracuje ani przy garbowaniu skór, ani w dziale konserw. Jest portierem w dziale sprzedaży hurtowej. Dostaje 55 centavos za godzinę. Zarabia 100 pesów miesięcznie. Jak skończy 60 lat, będze dostawał od dyrekcji 45 pesów miesięcznie. Będzie to dodatek dobrowolny, ponieważ obowiązkowych świadczeń socjalnych w Argentynie nie ma. „To będzie łaska fabryki” – mówi p. Sosnowski, potrząsając bezradnie swą siwą czupryną. Tak, tak. Opieka społeczna jest możliwa w ojczyźnie. Na obczyźnie może być tylko łaską. To jest prawda. Niestety…”

Zdecydowałem się wrzucić ten tekst w całości, bo można z niego wychwycić wiele ciekawych rzeczy. Na przykład przypisywanie mężczyźnie, którego właściwie nie było w domu, wychowania dzieci. Lub nazwanie go, w wieku 56 lat starym człowiekiem. Lubię czytać takie prawdziwe historie prawdziwych ludzi. Ci opisani powyżej już dawno nie żyją. Ciekawe czy państwo Szuchowiccy wrócili kiedyś na ziemię wileńską? Chyba raczej nie. Trzy lata po wizycie Konrada Wrzosa w fabryce Frigorifico w Europie wybuchła przecież wojna, a po wojnie Wilno weszło w skład ziem należących do Związku Radzieckiego. Zapewne pan Szuchowicki do końca życia tęsknił za ziemią, do której tak bardzo pragnął wrócić. Jak bardzo przykro musiało mu być na starość, że nie może do niej powrócić, że jego kości nie spoczną w ziemi, gdzie leżą jego dziadowie i ojcowie… A weźmy takiego pana Sosnowskiego – cała rodzina wyemigrowała do USA, on do Argentyny. To nie były dzisiejsze czasy, że można sobie było wsiąść w samolot i po kilku godzinach lotu zobaczyć się, na przykład w Święta, z bliskimi. On pewnie już do końca życia nie zobaczył rodziny, z którą się rozstał jako młody chłopak. A te młode dziewczyny? Halina, Franciszka? Wyszły pewnie za mąż, doczekały się dzieci, pewnie jakieś 40-50 lat później umarły. Co stało się z ich dziećmi? Czy obdarowały one swoje matki wnukami? Czy te wnuki gdzieś tu jeszcze żyją? Może mijałem prawnuków tych kobiet? Ciekawe jak przedstawia się historia właściciela biura nieruchomości, pana Piotroskiego? Sam tekst też przedstawia mozaikę, z jakiej składa się personel fabryki. Tylko 16 procent Argentyńczyków. 15 procent Włochów. Polacy. To też pokazuje, czym jest Argentyna teraz – jest niczym Stany Zjednoczone, krajem emigrantów. To nie tak, że wszyscy tu pochodzą od Indian i hiszpańskich kolonizatorów – Argentyna zawsze była otwarta na imigrantów, choćby z racji ogromnych przestrzeni, które trzeba było jakoś zasiedlić. Przyciągała całą masę Europejczyków – warto też wspomnieć o czasach tuż po drugiej wojnie światowej, gdy w Argentynie schronienie znalazło mnóstwo Niemców uciekających przed wymiarem sprawiedliwości, z niesławnym Aniołem Śmierci, doktorem Mengele na czele. Nie można nie wspomnieć choćby o Adolfie Eichmanie, konstruktorze planu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, złapanym w 1960 przez Mosad i w tajemnicy wywiezionym do Izraela na proces, w którym skazano go na karę śmierci. Stąd też tak tu dużo ludzi o białym kolorze skóry.

Czas wrócić do właściwej, to jest mojej, relacji. Gdzie ja to skończyłem? A tak, zakończyłem na siedzeniu sobie na pustej ulicy z parterowymi domkami w dzielnicy Lanus, oraz na opisie tablicy należącej do biura nieruchomości pana Piotroskiego. Po pewnym czasie podjechała ku mnie osobówka. Moje taxi z aplikacji! Uberem dotarłem do centrum, jak zwykle nawiązałem konwersację z taksówkarzem (właściwie to zastanawiam się teraz czy to ja nawiązuję te konwersacje, czy oni – niewykluczone, że może być i tak, iż konwersacje zawiązują się po prostu same), okazało się, że jest Argentyńczykiem, jest w separacji z żoną, w tygodniu pracuje jako hydraulik, a na taksówce jeździ w weekendy, tak jak dzisiaj (bo dzisiaj niedziela), a powodem tego jest fakt, że nie musi, jak wyjaśnił… spędzać czasu z rodziną. Bo mimo separacji, nadal mieszka z żoną. Biedaczek! W niedzielę Buenos Aires jest naprawdę senne – aut na ulicach jest bardzo mało, ludzi również, a jak już ktoś chodzi po ulicach, czyni to bardzo niespiesznie i leniwie. Okazuje się, że wymiana waluty w niedzielę w ogóle się nie opłaca! Kurs był tak niekorzystny, że wymieniłem tylko niewielką kwotę. Wyjaśniono mi, że w weekendy zawsze tak bywa. Hmm, to tak jak w moim bankowym, internetowym kantorze.

Dworzec autobusowy jest dużo większy, niż myślałem! Gdy kupiłem bilety nie zwiedzałem go, kasy znajdują się niedaleko od wejścia – po prostu kupiłem, co miałem kupić, i wyszedłem (tym bardziej, że wczoraj taksówkarz z Wenezueli straszył kieszonkowcami). A teraz okazało się, że mój autobus miał odjeżdżać z… 48 stanowiska! A to jeszcze nie było ostatnie stanowisko! Szedłem na nie i szedłem. Przed jazdą posiliłem się dwoma zakupionymi hot-dogami, zwanymi tu śmiesznie Panchos, po czym można było się powoli ładować do pojazdu.

Autobus nie jest zły, ma dużo miejsca na nogi, siedzę obok mężczyzny, który nie ma słuchawek i ogląda filmiki grające na cały autobus. Ale skoro nikt z miejscowych nie zwraca mu uwagi, to ja też nie będę się odzywał. Nie jestem, że tak rzeknę, u siebie, a być może tego typu zachowanie jest tu społecznie akceptowane. Pozostaje mi trzymać kciuki, by szybko padła mu bateria – w autobusie nie ma jak podładować telefonu (ja mam powerbanka). Ubikacja w autokarze jest zapchana, cieszę się, że skorzystałem z niej nim jej zawartość zacznie się przelewać, a tuszę, że dojdzie do tego już wkrótce. Dodam, że od obsługi autobusu dostaliśmy fajne pudełeczka, prostokątne, z namalowanym na nich autokarem, a w nich każdy miał kanapkę, orzeszki i drobne słodkości. Flixbus mógłby się od nich uczyć! Fotel można można rozłożyć do 45 stopni, może uda mi się przespać. Podróż ma trwać – jak pisałem kilka stron wcześniej – 17 godzin!

W odróżnieniu od stolicy Peru o tej porze roku, krajobraz tej części Argentyny to zielone pola, okazyjnie rosnące zieleniące się drzewa i krzaki. W okolicach peruwiańskiej Limy to – pamiętam jak dziś – albo wypalone słońcem pustynie, albo suche, trawy.

Nadal nie mam nic na jutro, tzn. nie mam żadnego noclegu. Pisałem do ludzi wystawiających mieszkania na Airbnb, ale okazuje się, że wszystkie miejscówki są zarezerwowane poza aplikacją. Jasne, mógłbym kliknąć ‘rezerwuj’, a potem domagać się od Airbnb dodatkowych kuponów w ramach przeprosin, ale nie byłoby to uczciwe. Dlaczego ci wszyscy ludzie nie pozdejmują tych ogłoszeń?

Godz. 18.17

Słońce pięknie zachodzi. Siedząc przy oknie dobrze je widzę. Jest bardzo duże, ma teraz przepiękny, ognisty kolor.

Godz. 18.17 Nieeee! Mój współpasażer poprosił mnie o pożyczenie powerbanka! Głupio było odmówić, więc mu pożyczyłem. Że też wejście na kabel musiało pasować idealnie!

Godz. 18.40

Wyciągam książkę Simona Becketta, ‘The Scent of Death’. To szósta książka z przygodami antropologa sądowego (i koronera) Davida Huntera. Bardzo lubię tę serię. Aż dziw bierze, że dopiero się dzisiaj za tę książeczkę zabieram. Mam lampkę nad głową, można brać się za lekturę!

17 lipca, godz. 8.00

Bateria ma 40%, a współpasażer zużył mi całego power banka! Nadal nie mam noclegu, ale poszukam czegoś na miejscu – jakby nie patrzeć będzie to jakaś mała przygoda i jakiś rodzaj wyzwania. Nie panikuję, nie ma po co. Nadal jedziemy, za oknem widzę gęstą roślinność porastającą czerwoną jak cegła glebę. Drzewa i krzaki rosną tak gęsto, że bez maczety w ich gąszcz wejść nie podobna. Misiones – to tereny, gdzie przybywali polscy osadnicy, niemal w całości chłopi. Ziemia tu podobno jest żyzna, ale trzeba ją wpierw okiełznać. Polak jednak jak chce, to potrafi – przybywający tu imigranci zajmowali się głównie uprawą yerby, bo podobno jej uprawa nie nastręcza wielkich trudności. Chętnie napisałbym coś więcej, ale bateria…

18 lipca

Siedzę w autobusie i znowu się przemieszczam. Może napisze coś o dniu wczorajszym...

17 lipca (pisane dzień potem)

Do Puerto Iguazu dojechaliśmy o 9.00. Już gdy wjeżdżaliśmy do miasteczka zacząłem bacznie patrzeć przez okno, co by zorientować się, jak wygląda w nim baza noclegowa i to, co zobaczyłem, od razu mocno podniosło mnie na duchu. Im bardziej zbliżaliśmy się do dworca autobusowego, położonego niemalże w samym sercu miejscowości, tym więcej budynków przyozdobione było szyldami z napisami hotel, hostel, noclegi. I nie były to nie wiadomo jak duże i jak eleganckie gmaszyska – ot, małe domki, nawet parterowe. Czyli za nocleg też ze mnie nie zedrą! – myślałem.

Po wyjściu z autobusu wszedłem do naprawdę pierwszego lepszego hoteliku, Colonial Iguazu, zapytałem, czy mają jakieś wolne pokoje, a sympatyczny, troszkę otyły recepcjonista z uśmiechem poinformował mnie, że tak. Zameldowałem się w ciemno, troszkę tym oczywiście ryzykując, bo nie widziałem pokoju, ale przecież oprócz łóżka i łazienki niczego mi więcej nie potrzeba. Ten pośpiech mogę tłumaczyć tym, że zapytałem recepcjonisty, jak mogę dostać się do wodospadów Iguazu, a ten wytłumaczył mi, że z dworca, na którym wysiadłem. Dodał, że bilet wejściowy mogę sobie kupić na miejscu, jak już dojadę, że park otwarty jest do godziny 17.00. No to nie ma co tracić czasu na oglądanie pokoju, trzeba iść na dworzec. Poprosiłem o przechowanie bagażu i poszedłem na dworzec. Kupiłem sobie bilet ida y vuelta, czyli tam i z powrotem, a autobus pojawił się po bardzo krótkim czasie. Usiadłem obok starszej pani, a w autobusie, w przejściu, stanął na oko trzydziestoletni mężczyzna i zaczął grać na bębenkach i śpiewać. Był strasznie głośny, a jego głos był okropny! Bębenki sobie, on sobie – coś okropnego! Po pięciu minutach na szczęście zakończył te kakofoniczne tortury błon, nomen omen, bębenkowych! Przeszedł po pojeździe i zebrał drobne datki – rzuciłem mu 100 pesos, bo nie wypadało nic nie dać, a poza tym bałem się, że jak dostanie od ludzi za mało pieniędzy, zacznie jeszcze kontynuować swój ‘występ’. Gdy już skończył i wreszcie zrobiło się ciszej, zagadała do mnie starsza pani, obok której siedziałem. Jest Argentynką od 30 lat mieszkającą w Miami. Za nami siedziały jej córka i wnuczka – pani chciała pokazać im jej ojczyznę. Przeszliśmy na angielski i już płynnie, z łatwością i przyjemnością, rozmawialiśmy sobie o Argentynie i naszych doświadczeniach z podróży po Ameryce Łacińskiej. Bardzo miła kobieta!

Po 30 minutach dość niespiesznej jazdy dotarliśmy do Parku Iguazu. Bez problemu kupiłem bilet na pełne zwiedzanie, w którym zawierał się rejs łódką pod same wodospady. Sprzedający mi bilet pan powiedział, że dostanę specjalne ubranie i pokazał dokąd mam się udać.

Idąc na miejsce zauważyłem, że okolice wejścia są świetnie utrzymane. Pięknie przystrzyżona trawka, czyściutkie toalety, małe restauracyjki i nie rzucające się w oczy sklepiki z pamiątkami. Wszystko to w otoczeniu drzew w większości palmowych. No i wyszło słońce! Chodząc sobie w (wreszcie!) pięknej pogodzie, ładnymi dróżkami ścielącymi się na równiutko przystrzyżonych trawniczkach, doszedłem w miejsce, gdzie miał się pojawić autobus, mający zabrać mnie, oraz kilkadziesiąt innych osób, na łódź. Oczywiście autobus się spóźnił, ale jedynie 15 minut. Podjechały ich właściwie trzy – wchodziło się na specjalną rampę, a z niej na przyczepkę z siedzeniami, po czym obsługa zamykała boczne barierki. Pojechaliśmy w dżunglę! Tak, jechaliśmy przez najprawdziwszą dżunglę będącą częścią Narodowego Parku Iguazu. Pani, która stała do nas przodem, opierała się plecami o budkę kierowcy i tłumaczyła nam specyfikę tej selwy. Najpierw jednak zapytała, czy na pokładzie znajdują się jacyś obcokrajowcy. Był tylko jeden Południowokoreańczyk, no i ja. Gdy powiedziałem, że jestem z Polski, połowa obecnych odwróciła się w moją stronę jakby w jakimś niedowierzaniu i komuś nawet wymknęło się ‘wow’. Bardzo tu lubią Polaków! Pani najpierw opowiadała ciekawostki po hiszpańsku, a potem, specjalnie dla naszej dwójki przybyszów z innych kontynentów, po angielsku. Otóż w tym parku żyją takie zwierzęta jak jaguary i pumy – kiedy człowiek przypadkiem napotka któreś z nich, powinien stać w miejscu, podnieść ręce do góry i głośno modlić się by zwierzę sobie poszło. Ludzie z początku się zaśmiali, ale pani natychmiast dodała, że tak naprawdę chodzi o to, by po prostu wydać się jak największym i jak najgroźniejszym. Czasami to podobno działa. A czasem nie…

Większość zwierząt zamieszkujący ten park prowadzi nocny tryb życia, więc nie należy oczekiwać, że jakieś można zobaczyć za dnia. Dżungla była gęsta, oprócz oczywiście szutrowej drogi, którą powoli toczyła się nasza grupka. Drzewa, często bardzo grube, z których zwisały liany, stanowiły doskonałe schronienie dla zwierząt.

Po jakichś 20 minutach dotarliśmy w miejsce, gdzie schodziło się do brzegu rzeki Iguazu. Dano nam specjalne, nieprzemakalne torby na nasze rzeczy (włożyłem do niej mój mały plecaczek), ale widziałem, że niektórzy zakładali płaszcze przeciwdeszczowe. Zacząłem pytać, czy można tu gdzieś dostać ubranie. Nie, ubrań nie dają. Takie płaszcze można było sobie zakupić przed wejściem do autobusu (na autobus). No ale przy kasie… No ale przy kasie mówili, że dostaniemy ropas (czyli ubrania). A może źle usłyszałem? Źle coś zrozumiałem? Może chodziło tylko o ten nieprzemakalny worek na rzeczy. Do licha! No nic, nie to nie, dam radę, najwyżej trochę zmoknę – tak sobie pomyślałem. Przecież pod same wodospady to chyba nie będziemy się pchać – ich kaskady i tony wody lecące w dół z łatwością rozbiłyby nas w pył! Schodziliśmy schodkami – w przeciwną stronę, idąc w górę, mijali nas ludzie, którzy już skończyli rejs. Nie wyglądali na suchych… Miałem złe przeczucia! Bardzo złe przeczucia!

Po drodze ktoś z obsługi wręczał nam czerwone kamizelki ratunkowe wkładane przez ręce i zapinane wokół klatki piersiowej. Gdy szliśmy w dół powoli naszym oczom zaczęła ukazywać się rzeka – była szeroka, płynęła leniwie, ale widać było, że nie jest to jakaś zwykła rzeczka, ale prawdziwa, amazońska rzeka. Na dole schodków czekała już na nas łódź. Wyglądała jak duża motorówka, z dwoma rzędami fotelików, po trzy obok siebie. Z tyłu, na rufie, znajdowało się coś na kształt rusztowania, na szczycie którego stał kierujący łodzią. Wybrałem sobie miejsce przy prawej burcie, w samym tyle. Obok mnie usiadło jakieś małżeństwo – łysy pan po pięćdziesiątce i ładna kobieta około trzydziestki. Cała łódź tchnęła niesamowicie pozytywnymi wibracjami. Dlatego też tak lubię kraje Ameryki Łacińskiej! Wszyscy byli szeroko, od ucha do ucha, uśmiechnięci, co chwila ktoś żartował, życie w tamtym momencie naprawdę wydawało się tak bardzo piękne, że tego piękna niemalże można było dotknąć! To było takie namacalne!

Ruszyliśmy! Między rzędami przechadzał się pan, który robił nam zdjęcia i wszystko nagrywał. Pomyślałem, że zapewne można będzie później kupić sobie pamiątkę z tego wydarzenia. Z początku płynęliśmy powoli, mogliśmy podziwiać zieloną roślinność bujnie porastającą brzegi oraz przepięknie błękitne niebo jakby uśmiechające się do nas z góry. Spore wrażenie robiła też rzeka, która sunęła ciężko w przeciwnym do nas kierunku.

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy! Po kilku minutach wpłynęliśmy na rwący, płytki obszar Rio Iguan. Łódź niemiłosiernie podbijało w górę, zaczęły się też rozpryski wody po obu stronach. Jeden, drugi, piąty, siódmy! Bach! – prosto w twarz! I to nie jakaś kropelka, nie jakaś garść wody, ale ciężkie 10 litrów, które prawie łamało kark! I tak co chwila! Nawet jeśli udawało mi się uniknąć uderzenia wody w facjatę, to i tak wlewała się ona w środek łodzi, zalewając mnie kompletnie! Nie skłamię, jeśli powiem, że byłem w 100% mokrusieńki! Łącznie z wnętrzem butów i łącznie z bielizną! Bałem się trochę o mój telefon, ale na szczęście nic mu się nie stało; może dlatego, bo miał gumową ochronkę szczelnie przykrywającą boczne łączenia. Moi współtowarzysze niedoli (oczywiście troszkę przesadzam z tą niedolą, ale ja jak kot – nie lubię być przemoczony!) musieli zrobić dobry research przed tą przygodą, jako że większa część z nich miała wspomniane już przeze mnie płaszcze przeciwdeszczowe, ale wielu z nich też miało specjalne gumowe ‘pudełeczka’ (wodoszczelne etui), które w całości chroniły przed wodą ich telefony. Mój jakoś wytrzymywał, przynajmniej miałem fajny sznureczek przywiązany u podstawy gumowego, niekompletnego etui – w pętelkę sznurka mogłem włożyć dłoń, okręcić go wokół nadgarstka i dzięki temu mogłem pewnie trzymać telefon bez ryzyka upuszczenia go do wody. A trzymałem, bo oczywiście czasem robiłem nim jakieś zdjęcia. Po kilku(nastu) mocnych uderzeniach w twarz, będąc już dokumentnie przemoczonym, ujrzałem wyłaniający się z za zakrętu rzeki pierwszy wodospad! Był piękny! Szeroki, wysoki, ogromny! U jego podstawy majaczyła, bardzo wyraźna, tęcza! Trochę się przed tym wodospadem pokręciliśmy, tak aby każdy mógł sobie zrobić zdjęcia, po czym wpłynęliśmy niemal w miejsce, gdzie z potężnym hukiem spadała kaskada wody. Kolejny prysznic, bo z miejsca, gdzie spadająca woda z impetem uderzała w lustro rzeki, wyskakiwała gęsta, wodna mgiełka – ot, taka gęsta mżawka! Wodospad robił wrażenie! Zawróciliśmy, znowu wpłynęliśmy na koryto rzeki, po czym popłynęliśmy dalej. Ja, cały mokry, czując zimny wietrzyk jaki czuje się, gdy gna się w szybko w górę rzeki, zacząłem marznąć. Czułem się jak kot, na siłę wrzucony do wody! Na szczęście po chwili podpłynęliśmy pod drugi, jeszcze większy wodospad! W miarę zbliżania się ku niemu, zacząłem widzieć coraz więcej i więcej tęcz! W pewnym momencie miałem wrażenie, że jedna jest dosłownie tuż obok! Była tak nisko, była tak malutka, na metr, może dwa ode mnie! Wyciągnąłem rękę za burtę, aby ją złapać – nie udało się! Może byłbym pierwszym człowiekiem, który by złapał tęczę! Ciekawe czy dałoby się ją nadać jako bagaż rejestrowany! Wodospad huczał jednostajnie, wodna mgiełka osiadała na włosach, twarzy, rzęsach, wszystko wokół wydawało się tak fantastycznie rozmazane i niesamowicie kolorowe, jakby patrzyło się przez kalejdoskop! Albo jakby było się na jakimś haju! Zaiste, cudowne uczucie, być ze wszystkich stron otoczonym jakby akwarelowymi tęczami!

Powrót był już raczej nieprzyjemny – byłem całkiem przemoczony i było mi zimno. Mimo tego jednak uśmiechałem się pod wąsem – to było przecież naprawdę fajne uczucie! Przy cumowaniu pan robiący zdjęcia poinformował nas, że można je kupić za 10 dolarów, po wejściu na górę. Zdejmując mi kamizelkę jeden z członków obsługi zapytał skąd jestem. De Polonia! - De Polonia? – niemal krzyknął. Po czym już naprawdę zaczął krzyczeć, rozentuzjazmowany: - Lato! (Grzegorz, piłkarz taki sprzed 40-50 lat – przyp.) Lech Walesa! Juan Pablo Segundo! Leandoski! Heh, tu w Argentynie naprawdę nas lubią! Schodkami weszliśmy na górę, poprowadzono nas do stanowiska, gdzie można było sobie zamówić zdjęcia. Płaciło się, podawało numer rejsu (42!), podawało nr komórki lub aplikacji Whatsapp, do tego adres mailowy. Na te rzeczy ma być wysłany link, z którego będzie można sobie pobrać film i zdjęcia. Zaprowadzono nas do ciężarówki, a przewodnik poinformował nas z grubsza, jak poruszać się po parku. Mówił o trasach i o tym, jak dostać się do najpiękniejszego miejsca parku, czyli do Gardzieli Diabla (La Garganta de Diablo) – brzmiało super!

Najpierw poszedłem prawie dwukilometrową trasą (Cirucito Superior), specjalnie przygotowaną ścieżką wijącą się nad odnogami rzeki, między drzewami, tuż nad ostrymi krawędziami, z których potężne masy wody rzucają się w dół by tam pienić się w niekończącym się, przedpotopowym niemal, huku. Trasa biegła górą, można było z tej perspektywy oglądać krajobraz pełen kaskad (w samym parku jest ich podobno 275!) spadających ku rzece pieniącej się wśród tęcz daleko w dole, jakby w dolinie otoczonej stromymi skałami, na szczycie których zieleniła się gęsta roślinność dżungli. W trakcie tej wędrówki mijałem małpki i ostronosy, które dzieciom sprawiały sporo radości. Nie wolno jednak było ich dotykać – taki ostronos może pazurami zadać naprawdę głębokie rany; informowały o tym plakaty z drastycznymi zdjęciami rozcięć, które można było spotkać rozwieszone co kilkadziesiąt metrów. Nad odnogami rzeki rozciągnięte były kładki – niekiedy szerokość wody była naprawdę spora. Czasem przechodziło się tuż nad miejscem, gdzie woda urywała się nagle i ciągnięta niewidzialną siłą grawitacji bezwładnie szybowała w dół. Stało się dosłownie metr nad tym miejscem i poprzez dreszcze powiadamiające człowieka o śmiertelnym niebezpieczeństwie czuło się potęgę natury. Najlepszą atrakcję, Gardziel Diabła zostawiłem sobie na koniec.

Aby się tam dostać wsiadłem w nieduży pociąg, zupełnie jakby był on stworzony do rozrywkowego przewozu dzieci. Nie miał ścian bocznych, jedynie cztery słupki podtrzymujące zadaszenie znajdujące się kilka centymetrów nad naszymi głowami. Na ten środek transportu trzeba było czekać 10 minut, a więc nie tak znowu długo, jechało się nim trochę ponad kilometr, ale ja już byłem trochę zmęczony poruszaniem się pieszo, bo ten park jest naprawdę ogromny, a chodzenie po nim zajmuje sporo czasu! I ten pociąg też był pełen głośnych śmiechów i szerokich uśmiechów, ludzi obejmujących się czule, żartujących, robiących sobie selfiaki! Powietrze naelektryzowane było pozytywnymi wibracjami! Patrząc na tych wszystkich jadących ze mną ludzi uśmiechałem się sam do siebie. A może po prostu uśmiechałem się do życia? Wyglądałem może jak ktoś niespełna rozumu, ale pal licho! – byłem szczęśliwy! Do Gardzieli Diabła szło się betonową kładką ciągnącą się nad szerokimi, nierzadko rwącymi rozlewiskami okolicznych rzek. Możliwe też, że są to odnogi jednej wielkiej rzeki. W każdym razie szło się nad wodą, docierało na wystający znad powierzchni wody kawałek ziemi, potem znowu szło się nad groźnie wyglądającą wodą, potem docierało do niewielkiej wysepki, z niej kładka znowu prowadziła dalej, i dalej… Tuż nad gardzielą wszystkie te wody łączyły się w jedną całość i…

Sama Gardziel Diabła to… Nazwałbym to po prostu ogromną dziurą, jakby gigantycznym lejem, do którego woda wlewa się z impetem ze wszystkich stron! Wokół wszędzie potężna woda, płynąca powoli, dostojnie, jakby stojąca w miejscu, ale nagle zrywa się ona i całymi tonami opada w dół. Huk, ciągły huk, i te rozbryzgi wody tam w dole, coś jakby niemal dziewicza biel sprzed narodzin świata! We wspomnianym dole, w czeluściach tego diabelskiego leja, jeden wielki, wrzący kocioł! Tak zapewne wyglądałoby piekło, gdyby ludzkość u swego zarania nie zaczęła utożsamiać go z ogniem! Ten huk, wdzierający się w uszy, a potem wprost do trzewi, szumi nieprzerwanie, tak od tysięcy, jeśli nie milionów lat! Całe eony! Skąd tak ogromne masy wody? Jak długo jeszcze będą tak płynąć by z tak potężnym grzmotem ciągle i ciągle opadać w te spienione czeluście? Kolejne setki tysięcy, miliony lat? A może płynąć będą nieskończenie, zamknięte w kręgu wiecznego powrotu? Człowiek stoi tak nad samą przepaścią, niemal dotknąć może krawędzi urywającej się nagle wody, i czuje, jak topi się mu mózg, i czuje tę niemożliwą do opisania potęgę natury! Aż chciałoby się zacytować Henryka Sienkiewicza, dzielącego się przeżyciami ze swojego pobytu nad Niagarą: „Jest w tym jakieś przedpotopowe barbarzyństwo, jakaś niepojęta siła.” Tak, tu również jest w tym coś, czego umysł nie potrafi ogarnąć – coś, na co my, robaczki, którym zdaje się, że skradły wszystkie rozumy, jesteśmy po prostu za mali!

Do pociągu wracałem kładkami, wciąż oszołomiony siłą natury. Woda, woda, woda – wszędzie woda. Nawet niebo zaczynało się chmurzyć. Przechodząc nad tętnicami rzeki, która gdzieś tam za mną miała szaleńczo rzucać się w białą otchłań, zdawało mi się, że cały świat został już pochłonięty przez wodę i oczyma wyobraźni wypatrywać zaczynałem jakiejś Arki Noego! Na szczęście mały dworzec nie został zalany. Na miniaturowy pociąg czekało już sporo ludzi. Wreszcie nadjechał – najpierw wypuszczono przybywających nim pasażerów, potem wpuszczono nas. Zasiadłem naprzeciwko damsko-męskiej pary Azjatów. Miałem sporo czasu, bo aż jakieś 20 minut, aby dobrze im się przyjrzeć. On był dobrze po 40-tce, miał nieprzyjemny, zawzięty wyraz twarzy; zastanawiałem się, czy on kiedykolwiek się uśmiecha. Wyobraziłem sobie sztywne, tradycyjne, azjatyckie wychowanie – surowego ojca, którego prawie nigdy nie ma w domu, mechaniczny tryb życia ujęty w powtarzanym trzykrotnie słowie: ‘praca, praca, praca’. Ona, o bardzo okrągłej, jak napuchnięty księżyc, twarzy. Miała dłonie dziecka. Miała może z 20 lat? Ani razu na siebie nie spojrzeli, nie zamienili ze sobą ani jednego słowa! Dziwna to była para, jakaś chyba bardzo nieszczęśliwa, chociaż może tak właśnie wyglądają związki małżeńskie w co bogatszych krajach Azji i taki właśnie sposób bycia mieści się w kategoriach definicji małżeńskiego szczęścia (lub nawet ją determinuje)? Mocno, bardzo mocno, kontrastowali z roześmianymi ludźmi z Ameryki Łacińskiej, którzy głośno rozmawiali, śmiali się, co chwila wchodzi ze sobą w werbalne i niewerbalne interakcje.

Ledwo udało mi się uratować (rozkleić, odsuszyć) bilet powrotny do miasteczka – wszystko co miałem w kieszeniach było przemoknięte! Czekając na autobus, przed parkiem, spotkałem tę panią, z którą przegadałem drogę do parku. Była z nią córka i wnuczka. Okazało się, że nie skorzystały z rejsu łódką, ponieważ zażądano od nich okazania dowodu tożsamości nieletniej dziewczynki. Dziwne, że nie machnięto na to ręką, zwłaszcza, że była pod opieką dwóch dorosłych kobiet… Po powrocie przepakowałem się w moim niedużym, acz bardzo przyjemnym hotelu. Poszedłem na miasto coś zjeść. Miasteczka zbytnio nie zwiedziłem, byłem mocno zmęczony całodziennym chodzeniem, a i nocna jazda też dała mi się we znaki. W pobliżu dworca znalazłem restaurację serwującą (a jakże!) wołowinę! Była średnio wysmażona, po prostu przepyszna! Zakochałem się w niej! Mam nadzieję, że żaden weg(etari)anin tego nie czyta, heh.

Potem zakupiłem w jednym ze sklepików niedrogie wino, a obsługę hotelu poprosiłem o jakąś szklaneczkę. Zapytałem, czy mogę rozłożyć stolik i krzesło przy basenie – nie było problemu. Basen był napełniony, ale woda była w nim zbyt zimna, aby z niego skorzystać. No i w dodatku zaczynał zapadać zmrok. Rozłożyłem się jak lord, zacząłem ogarniać sobie zdjęcia, pisać do znajomych, ale nie dane mi było długo cieszyć się odpoczynkiem. Zagadał do mnie mężczyzna po 50-tce, mocno już siwiejący. Juan, z Buenos Aires. Po 20 minutach rozmowy na stojąco, zaprosiłem go do siebie do stolika, bo wiedziałem, że rozmowa z rozkręcającym się Argentyńczykiem szybko się pewnie nie skończy, a miałem wręcz wrażenie, że było to dopiero jej preludium. Zanim do mnie się przysiadł, poszedł jeszcze do obsługi po szklaneczkę dla siebie. Pierwsza butelka zeszła nam szybko, dość powiedzieć, że potem jeszcze dwa razy szliśmy po wino do sklepu! Świetnie mi się z nim rozmawiało, bo starał się do mnie mówić powoli i prosto, a jak czegoś nie zrozumiałem, to cierpliwie mi wszystko tłumaczył, tudzież parafrazował. Była to świetna lekcja hiszpańskiego i argentyńskiej kultury! Rozmawialiśmy o winach (Malbec!), oczywiście o futbolu (z cała powagą i pełnym przekonaniem mówił, że najlepsi piłkarze świata to Argentyńczycy – Maradona, Messi i Di Stefano – jakby nie pamiętając portugalskiego Ronaldo, czy rozmyślnie, a nawet chyba ostentacyjnie, pomijając świętej pamięci brazylijskiego Pelego; gdy ośmieliłem się przypomnieć mu o tej legendzie, odparł, że owszem, był może całkiem niezły, ale nie najlepszy…). Poruszony został temat inflacji – Juan z rozrzewnieniem i łezką w oku wspominał złote dla Argentyny lata 80-te zeszłego wieku, gdy knajpy były pełne ludzi, życie kwitło 24 godziny na dobę, miało się pieniądze i każdy cieszył się życiem. - Ale Juan – mówię – Knajpy dzisiaj też są pełne ludzi. Jak to jest możliwe, skoro jest taka inflacja i ceny tak wysokie? - Artur – odparł – Ludzie dzisiaj nie trzymają pieniędzy. Jutro są nic nie warte. Więc tyle nam zostało, co je od razu dobrze przejeść czy przepić. Stuknęliśmy się szklankami. No cóż, niby racja, ale taki style życia tworzy błędne koło, bo im bardziej rośnie popyt, tym szybciej rosną ceny. Oj, ciężko tu będzie zmienić tę sytuację… Juan mówił też o Urugwaju, mocno pogardliwie, bo nazwał go wprost… argentyńską kolonią! Zresztą o Paragwaju, z którego pochodzi jego druga żona, też nie miał dobrego zdania – powiedział mi, że tam potrafią tylko wszystko podrabiać z whisky i bourbonem włącznie („Nie kupuj tam Jacka Danielsa – to na pewno podróba!”). O żonie (drugiej) nic złego nie mówił. Ma córkę, 18-to latkę, która mieszka w Buenos Aires i jest zakochana w tym mieście. Juan natomiast Buenos Aires nie lubi. O godzinie 22:00 przyniósł z pokoju niewielki laptop i połączył się ze znajomymi na videochacie. Jest to grupka znajomych po fachu – Juan zajmuje się naprawą systemów chłodniczych, od tych niewielkich, jak lodówki, po te ogromne, jak chłodnie w rzeźniach, a swoich znajomych, którzy zajmują się tym samym, poznał na jakimś forum internetowym. Spotykają się na chacie raz na tydzień i rozmawiają o różnych przypadkach, jakie napotkali ostatnio w swojej pracy – mówią, co kto naprawiał, jakie dziwne przypadki napotkał, jak sobie z nimi poradził, ale z czasem między nimi zawiązała się męska przyjaźń i teraz, gdy skończą część rozmowy poświęconą pracy, rozmawiają też o życiu, rodzinach, polityce. Raz na jakiś czas spotykają się w realu i idą sobie zjeść i coś wypić do restauracji. Bardzo fajna inicjatywa! Juan, jak sam przyznał, to człowiek uspołeczniony i bardzo lubi rozmawiać z ludźmi. Ot, ja – jako jego wieczorny towarzysz rozmowy – jestem tego najlepszym dowodem. Przywitaliśmy się z kilkoma ludźmi siedzących na kamerkach w swoich mieszkankach, Juan przedstawił mnie, wszyscy sympatycznie mnie powitali, po czym po około 10 minutach się rozłączyliśmy. ‘Ja z nimi rozmawiam co tydzień, a ty jutro, Artur, wyjedziesz, i już się nie zobaczymy. Gadajmy, oni się nie obrażą.’ I tak rozmawialiśmy prawie do północy. Oferowałem jeszcze dokupienie winka, ale widać było, że Juan powoli odlatywał. Zresztą, rano miałem autobus do Posadas, więc dobrze, że nie spożyliśmy tego trunku więcej!

Prześwietny dzień, od samego początku do samego końca!

18 lipca, Posadas

Nawet się wyspałem i nawet nie miałem objawów nadużycia alkoholu – wstałem po godzinie 6.00, a już godzinę później byłem w drodze do Posadas. Nieopodal, w miasteczku San Ignacio, są ruiny zabudowań jezuickich i pomyślałem, że może warto byłoby je sobie zobaczyć. Poza tym mało kto poza Argentyną chyba słyszał o Posadas, a to też dobrze, bo wydawało mi się to doskonałą okazją zobaczyć sobie duże, prowincjonalne miasto, do którego turyści nie mają się po co zapuszczać, i pewnie raczej się nie zapuszczają.

Droga z Puerto Iguazu zajęła mi jakieś 6 godzin, ale jako że nie wypiłem porannej kawy, po prostu ją sobie przespałem. Nie spałem jednak, gdy musieliśmy się zatrzymać, bo luk bagażowy przeszukiwała Gandarmeria Nacional w zielonych mundurach i z pistoletami za pasem. Po co przeszukują autobusy? Czego szukają w bagażach? Nie wiem…

W Posadas znalazłem niezmiernie tani kwaterunek, kosztujący niecałe 20 dolarów. Casa Particular, czyli dom z mieszkającymi w nim gospodarzami. Nim do niego jednak doszedłem, dreptałem sobie obrzeżami miasta, które wydawało się dość ciche i przyjemnie czyste. Ot, skromne domki, ale ładnie utrzymane, podobnie jak drogi. Jedynie chodniki pozostawiały trochę do życzenia, bo albo ich środek zajmowało jakieś drzewo, albo abstrakcyjnie wyrastała z nich jakaś latarnia. Czasem były trochę dziurawe, a czasem miały dobudowane jakieś przecinające jego połowę schodki, co by ładnie komponowały się one z domem postawionym centymetr obok. Na ulicach jednak nie było ruchu, można było więc sobie iść obok chodnika, po prostu drogą. Robiło się bardzo gorąco – mając na sobie podkoszulek, koszulę i wiatrówkę, zacząłem się pocić. Ale wszystkie sklepy były zamknięte! W końcu znalazłem jakiś otwarty – kupiłem w nim ziiimny sok pomarańczowy, którego od razu, jednym łykiem, wypiłem potężną ilość. Ach, jak dobrze! Po jakimś czasie dotarłem do domu, gdzie wynająłem sobie pokój. Położony jest na bardzo spokojnej ulicy. Na spotkanie wyszła mi pani w okularach, w wieku około 55-60 lat. Taka drobna, uśmiechnięta kobietka. Bardzo serdeczna. Wprowadziła mnie do środka, od razu przywitał mnie też stary, biały piesek, o bardzo kręconej sierści. Jeronimo. W salonie z głośniczków sączyły się powolne, fortepianowe melodie. Całe miejsce, czy to za sprawą cichej ulicy, spokojnej gospodyni, starego, powolnego pieska i wolnych utworów fortepianowych, tchnęło takim dziwnym spokojem. Brakowało tylko jakiegoś kadzidełka i można by było oddać się medytacji. Teresa, bo tak brzmiało imię mojej gospodyni, pokazała mi pokój – ot, dwa łóżka do dyspozycji, telewizor, który nie działał. Stolik i szafa. Łazienka tylko do mojej dyspozycji, tuż obok, w korytarzu. Nie ma innych gości. Było po 13.00, stwierdziłem, że dzisiaj nie ma sensu na szybkiego jechać do ruin, zdecydowałem się, zamiast tego, poplątać nieco po mieście, wymienić dolary, zobaczyć prawdziwie zwyczajne argentyńskie miasto. Zarezerwowałem więc sobie jeszcze jedną noc i udałem się na miasto. Droga do centrum była spokojna, bo i ulice były bardzo spokojne. Nie było pieszych, sklepy były pozamykane (!), czasem tylko leniwie przetoczył się drogą jakiś samochód. Zacząłem zastanawiać się, czy mają tu dzisiaj jakieś święto. W miarę jednak, jak zbliżałem się do centrum, zaczęli pojawiać się ludzie i coraz więcej otwartych sklepików (choć część z nich wydawała towary przez kratę – zacząłem zastanawiać się, czy aby na pewno jest tu bezpiecznie). Czasem też pojawiała się jakaś knajpka z jednym lub dwoma stolikami na zewnątrz. Dotarłem do pierwszego placu, placu świętego Marcina (Plaza San Martin). Na jego środku stał pomnik jakiegoś niewątpliwie ważnego bohatera na koniu. Zresztą już dawno zauważyłem, że w Ameryce Łacińskiej uwielbia się stawiać pomniki bohaterów właśnie na koniu! Wokół placu spostrzec można było spore natężenie ruchu samochodowego, jak i ruchu pieszych. Nieopodal znajdowało się serce miasta, Plac 9 lipca, gdzie też się udałem. Znajduje się na nim ładny kościół (właściwie to katedra św. Józefa) i ładny budynek lokalnych władz. Są też ogrodzone elementy roślinności, nawet wysokie drzewa. Na ulicy Bolivara znalazłem to, co mnie szczególnie interesowało – osobę mówiącą konfidencjonalnym tonem ‘Cambio, cambio’. Zaprowadził mnie w jakąś bardzo wąską uliczkę, gdzie mieścił się niezbyt legalny kantor. Wymieniłem w nim troszkę waluty. Od placu skręciłem w stronę rzeki i schodząc w dół dotarłem do świetnie zagospodarowanego nabrzeża (costanera!). Wijące się deptaki, ścieżki rowerowe, ładne, asfaltowe drogi. Z miejsca, gdzie zszedłem, mogłem dojrzeć naprawdę ogromniasty pomnik Guacurariego, indiańskiego gubernatora prowincji, który rządził nią 200 lat temu. Pomnik wykonany jest ze stali i ma dość modernistyczne kształty – coś na kształt ostrych kątów ubóstwianych przez Picassa. W ręce Guacurari dzierży włócznię i odważnie, jak to lider swojego ludu, patrzy przed siebie. Za nim widnieje most, przez który można przeprawić się na drugą stronę rzeki, do Paragwaju. Zresztą sam Paragwaj, znajdujący się właśnie na drugim brzegu, widać doskonale. Jest taka książka, Martina Caparrosa, Ńameryka, nomen omen Argentyńczyka. Troszkę lewicuje, a Amerykę Łacińską traktuje jak jeden organizm, który śmiało mógłby utworzyć coś na kształt jednego państwa. W zasadzie jego argumentacja wydaje się nawet słuszna i dosyć logiczna. Myślę, że czasem go tu zacytuję, jak choćby w kontekście rzeki Parany, płynącej wzdłuż miasta Posadas. Po powrocie oddam mu głos.

[PO POWROCIE: „Wymyślanie ojczyzn to przede wszystkim ustalanie różnic pomiędzy krajami, które były kiedyś tożsame. Przekonywanie nas, że zwyczajny Argentyńczyk mówiący w guarani to ktoś zupełnie inny od Paragwajczyka mówiącego w guarani, żyjącego po drugiej stronie rzeki, i że trzeba nawet iść przeciw niemu na wojnę, a potem rozpamiętywać ją i opiewać, gdy dobiegnie końca. (…) Narody: wielki nowoczesny mit. Ich granice”. Gdzieś jeszcze pisze o tym, że to takie dziwne, że ludzie mówiący tym samym językiem, wierzący w tego samego boga, dawniej nie należący do żadnego państwa, teraz mieszkają po dwóch stronach rzeki i w przypadku meczu piłkarskiego między ich drużynami narodowymi ludzie przeżywają radość gdy to drużyna z ich strony rzeki strzeli gola. W zasadzie to dziwne, że ludzie, którzy powinni być, z racji przecież czasem kilkunastu metrów odległości, jedną grupą i niemal rodziną, z racji sztucznie nakreślonej granicy przez kogoś tam w dużych miastach oddalonych o tysiące kilometrów, nauczyli się traktować siebie jak obcych, a czasem jak wrogów. Niekiedy śmiertelnych wrogów. Chętnie zacytowałbym ten fragment, ale niestety, w tej prześwietnej, 750-stronicowej książce, nie udało mi się go znaleźć.]

Widoczny z Posadas brzeg należący do Paragwaju wydaje się tak spokojny, jak ten, na którym się znajduję, należący do Argentyny. Aż kusi by się tam przedostać i zobaczyć sobie, jak to tam wygląda, ale celem tegorocznego wypadu jest Argentyna i kropka!

Dzisiaj już więcej nie chodziłem, ogarnęło mnie jakieś zmęczenie i znużenie. Znalazłem sobie otwarty bar Holy i usiadłem w słońcu. Holy to taka sieć baro-restauracji, oraz producent swojego firmowego, craftowego piwa, które sprzedają we własnych lokalach. Do tego dają proste jedzenie jak sałatki, hamburgery, no i oczywiście tradycyjną tutaj w Argentynie, wołowinę. Kelner, który mnie obsługiwał, z bardzo pozytywnym zdziwieniem zareagował, gdy dowiedział się, że jestem z Polski. Nie mają tutaj ludzi z Europy, Posadas nie jest jakimś turystycznym miejscem; to po prostu większe miasto i tyle (mieszka tu około 230 tysięcy ludzi). Pojadłem, spróbowałem ich stouta (ciemne piwo), i rozleniwiłem się do reszty. O 18:00 było już ciemno, wziąłem więc Ubera i dojechałem do wynajętej miejscówki. Taksówkarz wyjaśnił mi, że tutaj jest coś w rodzaju sjesty, to znaczy, że sklepy otwierają się rano, po południu zamykają, i otwierają znowu wieczorową porą. Restauracje zaś otwierają się głównie po południu. Hmm, dobrze wiedzieć!

W mieszkanku przywitała mnie Teresa. Był też jej, pijący yerbę, mąż. Pytali mnie o wrażenia, plany na jutro – bardzo miłe, spokojne małżeństwo! Długo jednak nie rozmawialiśmy, bo byłem zmęczony i niemal od razu poszedłem do siebie. Chciałem napisać jeszcze tych kilka słów i zapaść w sen. Czuję się zmęczooony.

19 lipca- San Ignacio, Santa Ana, Posadas

Co za fajny dzień! Rano udałem się na dworzec autobusowy i zakupiłem bilet do San Ignacio. To taka wioska nieopodal, ale znajduje się tam ciekawy POI (Point of Interest), mianowicie ruiny misji jezuickiej! Dojazd zajął raptem godzinkę, wysiada się na małym dworcu położonym na terenie z dala od zabudowań i w ogóle na zupełnym uboczu. Człowiek wysiadając w takim miejscu i dookoła nie widząc zupełnie nic konkretnego, żadnego charakterystycznego punktu odniesienia, czuje się po prostu zdezorientowany. Na szczęście na dworcu już stał jakiś człowiek, a w telefonie była mapka Google. Popytałem, poklikałem, i mogłem ruszać dziarsko przed siebie! Po pewnym czasie moim oczom ukazała się uliczka wyłożona kocimi łbami, spomiędzy których przebijała czerwona, niemal bordowa, glina. Po drodze spotkałem małżeństwo, które czuło się równie niepewnie, jak ja, i zapytało, czy również idę do ruin. I tak od słowa do (mojego łamanego) słowa okazało się, że ona jest nauczycielką języka angielskiego i wreszcie mogłem rozplątać swój związany w supełek umęczony język i porozmawiać z kimś z pełną swobodą. Opowiadała mi o yerba mate – że nie kupię jej w restauracji, ale ktoś może mnie poczęstować, bo to tutaj normalne, że jedna słomka (bombilla) jest używana przez kilka osób. Dużo pytali o Polskę – o walutę, inflację, pogodę. Wydaje mi się, że to nie Amerykanie, ale Argentyńczycy są mistrzami tak zwanego small talku, czyli takich lekkich, zabijających czas pogawędek o wszystkim i o niczym! Sklepiki z pamiątkami i niewielkie knajpki pojawiły się jakby znienacka! Oznajmiły nam, że byliśmy już blisko celu. Istotnie, znaleźliśmy kasę biletową, która dość dziwnie liczyła za wstęp – mieszkańcy tej prowincji – 250 pesos, Argentyńczycy 750 pesos, mieszkańcy Ameryki Łacińskiej (Latinoamericanos) – 850 pesos, obcokrajowcy (extranjeros) – 1000 pesos. Ale zaraz, zaraz! Ekwadorczycy to nie są extranjeros? Brazylijczycy? Peruwiańczycy? No nic, nie miałem zamiaru się kłócić, ale po prostu średnio mi się podobało bycie w grupie płacącej najwięcej. Jest to jakaś dyskryminacja, prawda?

Najpierw weszliśmy do muzeum, które oprócz kilku fragmentów ocalonych zdobień i makiety ukazującej, jak placówka Jezuitów wyglądała w przeszłości, nie oferowało nic ciekawego. Natomiast same ruiny to już zupełnie inna sprawa! Miejsce składa się z centralnego, trawiastego placu, wokół którego rozrzucone były ruiny różnych zabudowań – od tych mieszkalnych, gdzie mieszkali jezuici, a przede wszystkim lokalna indiańska ludność, po te użytkowe. Jedną ze stron placu zajmowały ruiny kościoła – to była oczywiście główna atrakcja. Nim do niej jednak przejdę, może napiszę kilka słów o tych raczej niedocenianych pomniejszych ruinach, które razem jednak stanowiły dość spory kompleks. Było ich całkiem sporo i zachowane były w całkiem dobrym stanie. Kryły się w cieniu wysokich drzew, które – podobnie jak inna roślinność – wyrastały z wnętrz pozbawionych dachów domów, a raczej pozostałych po nich smutnych murów, przypominających jakieś posępne szkielety, w których – niczym w klatce piersiowej – tętniło niegdyś życie. Po tych ruinach, ukrytych w trawach i między drzewami, nikt oprócz mnie nie chodził! Mogłem więc chłonąć niesamowity spokój tego miejsca, delektować się jego ciszą i niemal dosłownie zanurzać się w jego przeszłości. Wyobrażałem sobie chodzących między tymi ruinami Indian, którzy dawniej tu mieszkali. Gdzieniegdzie widziałem przechadzającego się i doglądającego wszystkiego mnicha w długim, brązowym habicie. Gdyby te kamienie mogły mówić! Ktoś je kiedyś znalazł, ociosał, przyniósł tutaj i położył jednego na drugim. Ktoś je kiedyś trzymał w dłoniach, obejmował je, żył między nimi. Pamiętają świat, który już nie istnieje – zupełnie jakby przybyły tu z innego uniwersum. Jakby były łącznikiem między dwoma całkiem różnymi wymiarami. Były milczącymi świadkami rozkwitu i upadku pewnej rzeczywistości. Teraz powoli to miejsce odbierała sobie natura. W oczy rzuciły mi się ruszające się, przemieszczające się w jedną stronę liście. Mrówki! Mozolnie dźwigały listki i patyczki wielokrotnie większe od siebie. Transportowały je gdzieś, tak jak kiedyś ludzie znosili tu kamienie, z których budowali swoje domostwa. Miło spędziłem czas, nie niepokojony przez nikogo. Zaglądałem w każde ruiny domów, w każdą dziurę i każdy kąt. Dotykałem murów, drzew, traw. To miejsce miało w sobie coś kojącego…

W końcu dotarłem do truskawki na tym torcie historii, mianowicie do ruin kościoła. Z frontu ocalały części ramy i kawałki ściany. Widać było wykonane w lokalnym, czerwonym kamieniu, misterne zdobienia. Wchodząc do środka widziało się dobrze zachowaną, kamienną posadzkę. I moja wyobraźnia znowu zaczęła szaleć – widziałem Indian chodzących nabożnie po tej podłodze, klęczące i modlące się kobiety, mnicha odprawiającego trydencką mszę świętą, tyłem do świeżych neofitów, mówioną po łacinie. Słyszałem echa jego słów, odbijające się od potężnych, wysokich ścian i sklepienia sufitu, het daleko nad moją głową. „Credo in unum Deum, patrem omnipotentem, omnipotentem, omnipotentem”… Postacie te, jak duchy – jednocześnie były, ale jakby ich nie było. Podobnie jak nie było już wyobrażanych sobie przeze mnie ścian i dachu. Były tylko smutne resztki pięknej niegdyś świątyni, a nad głową po chwili znowu widziałem przepięknie błękitne niebo. Całe to miejsce było piękne, pokazywało kawał kolonialnej historii i wspaniale pozwalało przenieść się w czasie! Z faktów dodam, że miejsce to założone zostało w 1610 roku, Jezuici opuścili je w 1768 roku, a zostało ono zniszczone w 1817 przez Brazylijczyków walczących z bojówkami pragnącymi niepodległości. To tak z grubsza, oczywiście.

Wyszedłem z terenu ruin i w jednej z knajpek zjadłem obiad dnia – kosztował ponad dwa razy mniej niż podobne dania w Buenos Aires, Purto Iguazu i baro-knajpie Holy w Posadas. Makaron z mięsem i oczywiście bułeczki jako starter. Słońce grzało, zdjąłem więc koszulę i zostałem w podkoszulku. Dobrze, że mam ze sobą czapeczkę z daszkiem, która w miarę skutecznie chroni przed przegrzaniem mózgu. Wróciłem na położony na uboczu, wspominany przeze mnie, mały dworzec. Nie chciałem jeszcze wracać do Posadas, bo chciałem dotrzeć do wioski nieopodal, do Santa Anny. Po co? An(n)o po to, aby zobaczyć kolejne ruiny! Nim jednak dotarłem na dworzec, próbowałem przez kilka minut łapać stopa, jednak nikt się nie zatrzymał. Szkoda!

Dworzec był typowym wiejskim dworcem, z paniami pracującymi w małych kioseczkach sprzedających tysiące niepotrzebnych pierdółek. Panie leniwie siedziały na krzesełkach przed swoimi biznesikami. Panowie w rancherskich kapeluszach i wyprasowanych na żyletkę koszulach powoli palili papierosy. Rano było tu puściutko, ale później – dzięki obecności wspomnianych przed chwilą ludzi – zrobiło się nieco raźniej. Z nieba zaczął już lać się skwar, na chodniku leniwie leżały jakieś psy. Nikt z nikim nie rozmawiał. Upał, cisza, na wpół śpiący ludzie, którym pewnie nigdy nigdzie się nie spieszy. I ja, co chwila niecierpliwie patrzący na zegarek. 5 minut – nic. 10 – nic. 20 – to samo, czyli nic. Wiedziałem, że tak będzie, dlatego próbowałem wcześniej łapać stopa. Zaczęła ze mnie wyłazić natura zniecierpliwionego, znerwicowanego Polaka! „Policz do dziesięciu, przecież coś podjedzie, zrelaksuj się. 1, 2, 3…„ Policzyłem, trochę się opanowałem usiadłem sobie w cieniu na krawężniku i obserwowałem prawie nieruchome otoczenie. Czułem się, jakbym nagle, za sprawą jakichś czarów, przeniósł się w środek jakiejś fotografii. Powietrze niemal stało, słychać było skwierczenie pełnego słońca i ta wisząca wszędzie wokół nieprzenikniona cisza… Nie jestem przyzwyczajony do ciszy – zawsze coś ją zakłóca. Tykający budzik, muzyka, ptaki, szum samochodów, jakaś cyrkularka, a tu nic… Trochę tak, jakby nagle wyrzuciło człowieka na pustą planetę Małego Księcia (tj. zanim wyrosła na niej róża). Ale to dobrze, dobrze… Po jakimś czasie człowiek zaczyna się przyzwyczajać… Po 30 minutach nadjechał oczekiwany przeze mnie autobus – taki porządny, dwupiętrowy. Z Puerto Iguazu. Kierowca wyszedł z pojazdu, w rękach trzymał małą kasę wydającą paragony i sprzedał mi bilecik. Po 15-20 minutach byliśmy na miejscu. Wysadzono mnie na poboczu jakiejś ekspresówki, przy jakimś wiadukcie. Musiałem przebiec na drugą stronę, co z racji ogromu pędzących drogą samochodów nie było wcale takie łatwe, ale na szczęście udało mi się i nic mnie nie potrąciło.

Po chwili szedłem już nieasfaltowaną, szutrową drogą – ziemia pod butami była czerwona, niemal jak krew, z mojej prawej strony ciągnęła się ekspresówka, na której wysiadłem, drugą stronę porastała gęsta dżungla. Po jakimś czasie pieszej wędrówki pojawił się asfalt z żółtym, ciągnącym się jej środkiem, jakby w nieskończoność, pasem. Bogowie! Na mapie to wyglądało jak fajny, krótki i relaksacyjny spacerek, a zanosiło się na dużo dreptania. Istotnie, szło się dosyć długo. Przynajmniej droga była zacieniona przez rosnące obok niej drzewa i ich gęste, zielone korony. Patrzyłem sobie na jakiś skromny domek, który nagle pojawił się po mojej lewej stronie. Biały, z solidnej cegły, ale ze starym, zardzewiałym dachem. Obok wisiało pranie, a na jednym oknie nalepiono napis Kiosko. Ktoś tu pewnie dorabia na takich włóczęgach jak ja! Minąłem stację transformatorową, jedno z urządzeń wyprodukowała firma… Tadeo Czerweny. Brzmi znajomo? A na jednym ze słupów widniał plakat przypominającego trochę niesławnego Breivika, kandydata na posła z regionu Posadas, który nosił nazwisko Daniel „Colo” Vancsik. Toż to Wandzik! (od razu przypomniał mi się Józef Wandzik, który mimo, że nie był takim złym bramkarzem – przez lata grał wszak w greckim Panathinaikosie i polskiej reprezentacji – to w 1995 w przegranym 1:2 meczu z Rumunią puścił głupiego klopsa, którego pamiętam do dzisiaj; co prawda twierdził potem, że był faulowany, no ale klops to klops…). No i ta ksywka, ‘kolo’, taka polska, prawda? Heh. W Misiones, jak gdzieś czytałem, znaleźć można ślady polskiej emigracji, ale nie spodziewałem się aż dwóch na takim, za przeproszeniem, zadupiu! Bo tu ani żadnych domów, ani samochodów, ani też turystów!

Po jakimś czasie dotarłem do wejścia na teren parku. Okazało się, że jeśli miałem bilet z ruin San Ignacio (a zachowałem go sobie), nie musiałem płacić za wstęp. Strażnik i bileter w jednym wydawał się mocno zdziwiony, że przywiało mnie tutaj aż z Polski! Próbował dyskretnie sprzedać mi jakieś rzeźby ptaszków, chcąc sobie w ten sposób dorobić. Nie skorzystałem jednak z propozycji. Oprócz mnie po kompleksie spacerowały raptem dwie rodziny. Najpierw szło się lasem, potem wchodziło się na zarośnięty gęstą trawą plac, który kiedyś musiał być sercem tego miejsca. Teraz to tylko coś na kształt dzikiej łąki. Tutaj z kościoła naprawdę już niewiele zostało – raptem tylko schody, które niegdyś doń prowadziły oraz niskie, smutne resztki zbudowanych z masywnego kamienia ścian. Nic dziwnego, że to miejsce zdawało się omijane przez turystów. Zdawało się nawet całkiem zapomniane przez sam czas! Obok znajdował się niewielki cmentarz, na którym – patrząc na tabliczki – jeszcze 50 lat temu grzebano ludzi. Kościół, plac, cmentarz – wszystko to było otoczone cichą, soczyście zieloną dżunglą, która zdawała się czule chronić to miejsce przed całym zewnętrznym światem. Ta cisza nadawała tej okolicy jakiegoś świętego charakteru. Cmentarz wyzwolił we mnie dziwne pokłady głębokiej zadumy i nieokreślonego smutku. Groby było mocno zaniedbane, z bardzo niewielu tabliczek dało się jeszcze coś odczytać. Przekrzywione, starte nagrobki porastał mech, groby zarosły trawą. Cmentarz podzielony był na trzy sekcje – dla mężczyzn, kobiet i dla dzieci. Miejsca spoczynku wyglądały niepozornie, niektóre po prostu zaczęły zanikać, ale przecież kiedyś nad każdym z nim ktoś kiedyś stał, ktoś przygnieciony rozpaczą patrzył przez łzy i przez koronkowy czarny woal, jak w ich wnętrza opuszcza się trumny z ludźmi, których się znało i kochało – do ziemi składało się osoby, które stanowiły istotną część świata zrozpaczonych żałobników, niegdyś byli ważną częścią ich życia… Widziałem rodziny stojące nad krawędziami otwartych grobów, w czerni, tej strasznej w takich chwilach czerni, będącej oznaką krążącej w powietrzu śmierci. Żałobnicy stali w milczeniu, ze spuszczonymi głowami. Był też ksiądz, który coś mówił hiszpańskim, którego nie mogłem zrozumieć. Tylko co najwyżej jakieś pojedyncze słowa, muerte, fin, dios, vida eterna, salvacion… Trumna spuszczana na linach. Tu i tu. I tam dalej. I jeszcze tam. I znowu cisza. Smutna pustka. Ciężka nicość… Na cmentarzu znajdowało się kilka grobowców, które – o zgrozo! – były otwarte. W nich zbutwiałe trumny. Niektóre dziurawe, niektóre z otwartymi wiekami (złodzieje?). W środku zniszczonych przez ząb czasu trumien znajdowały się kości! A jakże smutno wyglądała jedna biała trumienka z pięknie rzeźbionymi ręcznie zdobieniami. Trumna dziecka. Otwarta. Pusta w środku. Odsunięte wieko miało szybkę, przez które można było widzieć zmarłe dzieciątko, gdy leżało ono w środku. Nie mogłem się oprzeć – dotknąłem tej trumienki. Stojąc tak obok i dotykając jej ściany poczułem wszechogarniający smutek. Jeden wielki smutek… I w głowie szepczące jakimś odległym echem głosy recytujące wiersz Grochowiaka, ‘Nad grobem niemowlęcia’. „Niemowlę — ono nie krzyknie w progu wiecznej zimy” – szeptał powoli poważny, niski głos w głowie… Przejęty smutkiem, odjąłem dłoń od tej pustej, małej trumny. Wracałem w ciszy, niby zadumany, ale tak naprawdę to nie dumający o niczym. Przynajmniej myślo-werbalnie. Idąc przez trawiasty plac rozciągający się przed fasadą nieistniejącego już kościoła w Santa Ana przyspieszyłem kroku. Było około 16.00, a nie chciałem czekać na autobus w ciemnościach na poboczu ekspresówki. Po 18.00 zapada tutaj zmrok. Akurat gdy doszedłem do miejsca, w którym mnie wysadzono, zobaczyłem autobus z tabliczką Posadas na przedzie wjeżdżający w równoległą, ale położoną wyżej, na wzniesieniu drogę. Pomachałem mu z dołu, kierowca mnie zauważył, zwolnił Wyglądałem zapewne dosyć komicznie skacząc po jakichś betonowych studzienkach kanalizacyjnych wybudowanych na skarpie, przeskakując na barierkami drogowymi i prawie wywijając przy tym orła. Tym razem trafiłem na stary, wysłużony autobus pełen lokalnej ludności o indiańskich rysach. Ot, autobus collectivo, po prostu taki tani autobusik. 500 pesos i jechałem sobie do Posadas. Chwała kierowcy, że się ulitował! Ludzie na świecie są naprawdę w porządku, przynajmniej duża większość!

Na dworcu kupiłem bilet do Santa Fe. Nie na dzisiaj oczywiście, ale zawsze bilet warto kupić wcześniej! Chłopak, który mi go sprzedawał, patrząc na mój paszport, szeroko się uśmiechnął i powiedział, że jego babka miała na nazwisko Makoski! (Makowski) Powiedział też, że jego marzeniem jest mieć kiedyś polski paszport, ale nie jest to takie łatwe! Ha, kolejny żywy przykład historii polskiej emigracji na argentyńskich ziemiach!

Może coś o niej jeszcze napomknę - otóż dawniej sprowadzano tu, do Argentyny, zwłaszcza do regionu Misiones, osadników z Europy Wschodniej. Dziewiętnastowieczny polski chłop u szlachty i hrabiostwa miał zaiste ciężkie ciężkie życie i właściwie nic swojego nie posiadał (a na przykład Tomasz Kajetan Węgierski, poeta, tłumacz i podróżnik, w czasie podróży do karaibskiej Martyniki w 1783 porównywał los ‘Murzynów’-niewolników do rzeczywistości polskich chłopów, dowodząc, że los polskiego chłopa jest znacznie gorszy!), a władze argentyńskie i brazylijskie skwapliwie to wykorzystywały. Oferowały ziemie i ziarno do siania. Na miejscu często okazywało się, że ziemię dawano, owszem, ale trzeba ją było potem cale lata spłacać, ziarna natomiast – wbrew rzucanym lekko obietnicom - nie dawano wcale. Nasi chłopi, choć byli analfabetami i byli – to fakt – edukacyjnie mocno zacofani, byli jednak nauczeni ciężko pracować i powoli, wytrwale, wydzierali ziemie naturze. Karczowali lasy, hodowali łatwą w uprawie yerba matę, budowali domy, stawiali kościoły, do których zapraszali polskich księży. No i ziemia, choć nie darmowa, jednak należała do nich, o czym nie mogli nawet pomarzyć na ziemiach polskich. Ot, może tyle, nie będę na ten temat już przynudzał, w każdym razie taka wyprawa dla nie mającego u siebie nic chłopa polskiego była, pod względem materialnym, niewątpliwie bardzo atrakcyjna.

W Posadas zdecydowałem się pojechać na drugą część nabrzeża i najwyżej podejść sobie na piwo do baru Holy. Już jakiś czas nurtowała mnie kwestia motoru w aplikacji Uber. Otóż przy wybieraniu celu podróży wyświetlają się samochody, jak wszędzie, w Polsce też, ale tu pojawia się również i ikonka motocykla. „Hmm, nie chodzi chyba o wynajęcie motoru dla siebie, tj. by nim kierować? To chyba coś jak mototaxi…” Tak się – ja, abderyta - głowiłem i zastanawiałem. A co mi tam! Wybieram ofertę z motorem, dwa razy tańszą niż ofertę z samochodami. Po kilku minutach podjeżdża po mnie kierowca na motorze! Ale super! Ubrałem podany mi kask i za niecałe 2 dolary, na tylnym siedzeniu, przejechałem całe miasto!

Dotarłem na… plażę! Mają tu plażę? No nie może być! Wspomnę, że na mapce Google nie posługuję się warstwą satelitarną, czyli nie widzę zdjęcia satelitarnego z góry, ale tzw. warstwą oznaczoną jako „Teren”. Nic nie wskazywało, jak na przykład jakiś super żółty kolor, że w Posadas jest plaża! Lubię takie niespodzianki. Jak na takie miasto jest całkiem wystarczająca. Do tego jest bardzo ładna – człowiek ma wrażenie, że jest nad oceanem, a nie nad rzeką! Woda w tej malutkiej zatoczce sobie stoi, wiaterek delikatnie mierzwi jej powierzchnię, która z tego powodu wygląda jakby sunęły nią malutkie fale. Przeszedłem się niespiesznie tą uroczą plażą – leżeli sobie na niej ludzie, rozmawiali, pili swoją yerbę matę ze specjalnych kubeczków (co chwila dolewają do nich ciepłej wody, którą noszą ze sobą w termosach – można je uzupełniać ze specjalnych, stojących przy chodnikach, automatów oferujących ciepłą wodę właśnie w tych celach; Argentyńczycy mają naprawdę fioła na punkcie yerby!), grali (oczywiście!) w piłkę nożną. Troszkę dalej majaczyło molo, z którego dobiegał odgłos dudniących miarowo bębnów. Idąc wzdłuż plaży udałem się w tamtą stronę. Przy molo stała grupa około 30 bębniarzy, którzy ćwiczyli bębnienie na różnych bębenkach, nawet takich, które przypominały po prostu beczki (choć może to naprawdę były stalowe beczki?). Kilkadziesiąt metrów dalej do bębnienia swój układ choreograficzny ćwiczyło również jakieś 30 dziewczyn. Głębokie, miarowe dudnienie niosło się na kilometry! Sporo ludzi zatrzymywało się i patrzyło sobie z pozytywnym uśmiechem to na bębniących, to na tancerki. A tymczasem horyzont zaczął mienić się krwawą czerwienią, która na szkarłatny kolor zaczęła barwić spokojną rzekę. Zaczynał się zachód słońca. Poszedłem sobie na molo, na sam jego koniec i patrzyłem na tę magiczną chwilę, będąc wdzięcznym losowi, że pozwolił mi przebyć tyle kilometrów, znaleźć się w miejscu, o którym chyba tylko nieliczni Polacy mają pojęcie, i patrzeć na ten piękny widok. Czułem spokój, taki przyjemny spokój… Szedłem sobie deptakiem po nabrzeżu, powoli zmierzchało. Nabrzeże okazało się być bardzo dłuuuugie. Pełno na nim było zakochanych par spacerujących sobie powolutku, robiących sobie wspólne zdjęcia na tle zachodzącego słońca (było bardzo duże!), obejmujących się czule i przeżywających ogólne odurzenie stanem zakochania. Wszystko wydawało takie lekkie, beztroskie, wszyscy tacy szczęśliwi. Czułem się dobrze pośród tak pozytywnych wibracji. Na nabrzeżu znalazłem inny bar Holy, z balkonem wychodzącym na ulicę z palmami i skrząca się miriadami srebrzystych świateł rzekę. Odbijała ona światła zapalanych latarni i lokali ciągnących się wzdłuż nabrzeża. Za rzeką, w Paragwaju, również zapalały się światła. Patrzyłem sobie, jak na tamtej linii brzegowej świecą sobie budynki, niczym - rozłożone wzdłuż przypominającej ciemny kabel rzeki - lampki choinkowe. W barze mieli happy hour – 2 piwa w cenie 1. Odpocząłem sobie przy nich, nadal przetwarzając w głowie obrazy z dzisiejszego, jakże udanego dnia. Dworzec, skwar, ruiny San Ignacio, ruiny Santa Ana, groby, trumny, ekspresówka, bębny, molo, zachód słońca, skrząca się rzeka płynąca między dwoma obcymi mi krajami.

Wróciłem motouberem (pokochałem ten niedrogi środek transportu!). Tym razem nikt na mnie nie czekał – Teresa z mężem siedzieli sobie w swojej sypialni. Ja kończę notkę i chyba włączę sobie ‘Rejs’ na Youtubie. Akurat niedawno z kimś rozmawiałem na temat takich polskich klasyków i wspomniałem, że jako student, w zamierzchłych już chyba czasach, nie mogłem zrozumieć, czemu ten film jest nazywany kultowym. Może będąc już starszym i chyba odrobinkę mądrzejszym (mam nadzieję!) zrozumiem?

20 lipca - restauracja La Querencia, Posadas

Rano pożegnałem się z Teresą i poszedłem na dworzec. Myślałem, że zostawię tu sobie bagaż w przechowalni bagażu, ale niczego takiego tu nie mają. No nic, trudno. Opiszę może ciekawostkę z lokalnego kibelka – otóż nie mają tu mydła w płynie, ale nabite na drucik mydło, o które pociera się ręce celem ich namydlenia. Hmm, nie jestem pewien, czy to takie super higieniczne jest…

Wraz z niezostawionym w przechowalni bagażem wyszedłem przed dworzec i zamówiłem sobie motoUbera. Celem była plaża! Jakoś udało mi się wsiąść na motocykl z dwoma torbami – większa powędrowała na plecy, mniejsza na klatkę piersiową. Kierowca okazał się być bardzo rozmowny – mówiliśmy do siebie krzycząc, co by głos mógł przebić się przez kaski i wiatr. Mówił, że jest z Urugwaju, ale ma żonę Argentynkę. Pracuje w Posadas od dwóch lat. Jechaliśmy w stronę mostu stanowiącego granicę między Argentyną i Paragwajem. Mijaliśmy… 4-kilometrowy sznur samochodów. Wszystkie tak stoją i nawet 10 godzin czekają na kontrolę graniczną! Człowiekowi już niemal 20 lat żyjącemu w państwie Unii Europejskiej (akcesja Polski, przypomnę, miała miejsce 1 maja 2004 roku) ciężko jest zrozumieć, dlaczego niektóre państwa tak sobie wszystko komplikują. Co niby można przewieźć w samochodzie, czego nie znajdzie się za drugą stroną rzeki? Jeśli ktoś ma coś przemycić to i tak to zrobi, bez względu na kontrole i posterunki graniczne.

Pogoda była trochę kiepska, plaża była całkiem pusta, a restauracje w jej pobliżu były zamknięte. 30 minut zajął mi spacer do centrum – po drodze jeszcze sprawdziła mnie żandarmeria wojskowa za to tylko, że przechodziłem obok ich kwatery. Ale kontrola była pobieżna, nawet sympatyczna, ot tak, dla zasady. Pokazałem dwójce mundurowych paszport, zdziwili się, że kogoś z Polski tutaj przywiało. Szukali wbitej pieczątki – musiałem im tłumaczyć, że pieczątki nie ma, że dzisiaj jest ‘todo electronico’ (wszystko elektroniczne). Nie sprawiali problemów, puścili mnie dalej, nawet pomachali na pożegnanie!

Teraz siedzę sobie napełniony bułeczkami z pasztetem i oczywiście stekiem wołowym. Popijam zimnego Sprite’a i tak obserwuję sobie lokal, ludzi, i czekam na autobus do Santa Fer. Lokal jest usytuowany na placu 9 lipca, ma około 30 stolików i WSZYSTKIE są zajęte! Przy ladzie czeka jeszcze z ośmiu ludzi i z niecierpliwością patrzą na jedzących, czy czasami już nie kończą i nie zwalniają stolika. Jest godzina 13.35. Nikt oprócz mnie nie je tu sam, wnioskuję więc, że obiad to wydarzenie – tak mi się przynajmniej zdaje – mocno towarzyskie, które najlepiej celebrować z kimś. Więc są tu rodziny z dziećmi, przyjaciele, starsze małżeństwa. Nie widać tej niewyobrażalnej inflacji! Choć może właśnie te kolejki do restauracji są jej przejawem, tak jak mówił Juan, gdy obalaliśmy wina przy basenie w Puerto Iguazu. Pieniądze lepiej przejeść, bo za miesiąc będą bezwartościowymi papierkami. Restauracja jest tak po staroświecku bardzo elegancka, kelnerzy nalewają wino (osobiście nalewają nawet coś tak głupiego, jak małą butelkę Sprite’a), podają butelki piwa w ocynkowanych wiadereczkach z lodem, które dodatkowo przykrywają chusteczkami, co by ciepło z zewnątrz nie dostawało się do lodu. Nie wiadomo, jak jeść! Nie przywykłem do takich wyrafinowanych, wysmakowanych klimatów! Lokal jest dość wysoki, pod sufitem wiszą drewniane konstrukcje podtrzymujące duże, okrągłe lampy. A propos wina – każdy tu sobie je pije do obiadu. Podoba mi się tu, jest tak prawdziwie lokalnie i argentyńsko. Kelner, mam wrażenie, podśmiewuje się trochę z mojego hiszpańskiego. Ale tak sympatycznie, z dużym zrozumieniem. No, niech w takim razie spróbuje mówić po polsku, heh. No nic, posiedzę sobie, zafunduję sobie sjestę na siedząco.

20 lipca, chwilę później

No i jest godzina 16.00, a restauracje zamknięto! Znalazłem sobie miejsce do siedzenia obok, w kawiarence, gdzie sprzedają również piwko. Wziąłem tylko jedno, co by się nie upić, a i nie chcę później biegać do autobusowej ubikacji – z doświadczenia wiem, że często są ciasne i człowiek musi się zginać, schylać i wykazywać nie lada elastycznością, co by się w nich zmieścić. Nie należę do osób niskich, więc tego typu wizyty są dla mnie średnio przyjemne. Robi się pogoda. No nic, dosiedzę, popatrzę sobie przez szybę na ryneczek. Nie chce siedzieć i pisać przy stoliku na ulicy - wolę uważać :)

21 lipca - Santa Fe

Dotarłem! Autobus był rewelacyjny. Co prawda miał ponad godzinne spóźnienie, jechałem w nim jakieś 15 godzin, ale w takich warunkach to naprawdę można komfortowo podróżować. Nim jednak króciutko je opiszę, wspomnę o wizycie Gandarmeria Nacional, która wpadła do autobusu na kontrolę. Takie kontrole to tutaj chyba normalne są. Zawsze jak mówię, że jestem z Polski, to muszę pokazywać paszport. Młody mundurowy przeglądnął go pobieżnie, znalazł w paszporcie twarz Piłsudskiego będącego tłem dla jednej ze stron i zapytał kto to. Heh, ciekawe, czy zapytał po to, aby sprawdzić czy wiem, a w związku z tym jestem prawdziwym Polakiem (chociaż na youtubie widziałem pytanych o wizerunek Piłsudskiego młodych Polaków, którzy odpowiadali, że to… Józef Stalin! – czy ci młodzi ludzie więc nie są Polakami? Oczywiście, że są. Ciekawe jednak co by było, gdybym takiej odpowiedzi udzielił kontrolującemu mnie funkcjonariuszowi)? Może zapytał po prostu z ciekawości? A może to ten zaznany przeze mnie argentyński small talk, bez którego nie może się obyć żaden kontakt międzyludzki? Odpowiedziałem krótko, co by nie musieć streszczać historii marszałka, że to taki ‘un general del pasado’ generał z przeszłości, na co ten się sympatycznie uśmiechnął, oddał mi paszport i poszedł kontrolować pasażerów siedzących w górze. Ja siedziałem na dole. Jest tu tylko sześć ogromnych foteli, które otwierają się niemal do 90 stopni – czyli robi się z nich łóżko, po hiszpańsku cama. Na górze są fotele typu semi-cama, czyli pół-łóżko. Dopłata za taki luksus wynosiła naprawdę grosze, żal było nie skorzystać! Bez problemu przespałem niemal całą drogę, super!

Pod mieszkankiem byłem przed godziną 12.00 – położone jest ono zaraz obok dworca, w samym centrum miasta. Nie kosztowało wiele, jakieś 30 dolarów za dobę. Wziąłem dwie, wykorzystując 50 dolarowy kupon od Airbnb. Na właściciela czekałem na jednej z uliczek w centrum, pojawił się po 5 minutach. Dawid, chudziutki facet pod sześćdziesiątkę, w okularach. Weszliśmy do budynku, potem do miniaturowej windy, takiej na dwie osoby. Wjechaliśmy na 4 piętro, a tam zaskoczenie – nie wychodziło się na korytarz, ale dojechaliśmy pod drzwi mieszkalne. Dawid wyjął klucz, otworzył je i prosto z windy weszliśmy do mieszkania. Heh, super! Mieszkanko jest świetne – ma duży salon z aneksem kuchennym (jest najważniejsze – czajnik i mikrofala), ładną sypialnię i łazienkę. Wszystko wydaje się zupełnie nowe. Taka taniocha! No i z voucherem wyszło mnie to 10 dolarów za dwie doby!

Po prysznicu wyjście na miasto. Zanim jednak mi się to udało… zaciąłem się w windzie! Dałem 1 piętro, ale winda zatrzymała się naprzeciwko czyichś drzwi. Piętra 0 nie było, było jeszcze PR. Wcinąłem, a winda nie ruszała. Tylko pikała. Otwierałem, zamykałem drzwi windy, i nic. Wciskałem już wszystko, wszystkie cztery piętra i nic oprócz pikania, pikania, pikania. No to zacząłem pukać w drzwi mieszkalne. Słyszałem za nimi jakieś rozmowy. Po kilku minutach jakaś pani się zainteresowała, ale nie otworzyła mi drzwi. Nie bardzo mogliśmy się dogadać, chociaż ona musiała mój prosty hiszpański rozumieć! Że jestem kolegą Dawida, że 4 piętro, że winda nie działa, że jestem z zagranicy i przydała by mi się jakaś pomoc. Nie otworzyła, nie pomogła. Pewnie się bała, była być może sama w mieszkaniu. No nic, bawiłem się drzwiami i przyciskami dalej, aż w końcu… winda ruszyła. Ech, taka przygoda!

Na mapce Google widziałem żółte plamy wzdłuż rzeki Santa Fe (nazywa się tak samo jak miasto) – oznaczać to mogło plażę. Tam więc skierowałem swoje kroki. Najpierw dotarłem do mostu, który niby jest tu atrakcją. Ot, widok był nieco rozczarowujący, bo, mimo, że most przypominał troszkę słynny Golden Gate w San Francisco, to był jakiś dużo mniejszy i dużo – co tu mówić… - brzydszy. Odchodzące od most nabrzeże jest całkiem ładne i stwarza pozytywne wrażenie – jest dużo spacerowiczów i dużo ludzi łowi sobie ryby. Tego mi trochę brakuje na polskich brzegach Wisły w większych miastach – ludzi spędzających sobie czas przy wędce. Z czasem też zaczął pojawiać się piasek, ale nie była to plaża w stricte tego słowa znaczeniu – otóż między nią, a wodą, rosła roślinność, czasami bardzo gęsta, w postaci krzewów samosiejek i drzew. Obszar z brukowanym nabrzeżem i dziką plażą jest dość długi, od mostu do krańca miasta jest jakieś 5 kilometrów (sprawdziłem!). Z czasem roślinność się zmniejsza i widać rzekę, ale z plaży nie można sobie ot tak do niej wejść. Ewidentnie woda tu bywa większa, bo widziałem budki ratowników, ale dopiero kilkadziesiąt metrów od rzeki, oddzielone od niej jakimiś trawami i szuwarami, które jest habitatem dla lokalnego ptactwa. Hmm, może wyżej jest jakaś zapora? Albo jest więcej wody w innej porze roku? Musi okresowo zalewać te krzaczyska i sięgać piaszczystej plaży, skoro są tu porozstawiane budki ratownicze, prawda? Niemniej jednak, odstawiając na bok te rozważania, napisać trzeba, że plaża była super. Po godzinie 14.00 nikogo na niej nie było! Tu też chyba jest sjesta i ludzie ucinają sobie drzemkę w domach. Zauważyłem, że tutaj sklepy mają następujące godziny otwarcia: 8.00-13.00, potem przerwa, i ponowne otwarcie od 18.00 do 20.00. Oczywiście, czasem, te godziny różnią się o godzinkę czy dwie, ale faktem jest, że tutaj, jak w prowincji Misiones, życie kwitnie tu nocą. Na przykład chcę się wybrać do kina zobaczyć film Openheimer (Now I become death!), ale po południu jest z lektorem po hiszpańsku (chociaż tutaj nie używa się słowa ‘hiszpański’, tylko ‘castellano’, czytane casteżano, jak zawsze podwójne L tutaj – tak jakby ludzie nie chcieli przyznać, że mówią po hiszpańsku – trochę jak na Bałkanach, dialekt nazywają językiem, w odróżnieniu od Chin, gdzie języki nazywa się dialektami, heh), natomiast filmy w oryginale, po angielsku, wyświetlają o 22.00. Mało tego, horror, La Noche Del Demonia La Puerta Roja, dzisiaj jest wyświetlany o… 23.15 i… 1:20 w nocy! Hmm, nie mam już 20 lat, żeby łazić po nocach do kina. Chociaż nie wykluczam, haha (tu piszą ‘jaja’). Wracając jednak do ‘plażingu’ w Santa Fe – obok plaży zlokalizowana była budka Drugstore. W amerykańsko-angielskim to oczywiście apteka, ale tutaj, w Argentynie, to po prostu takie ogólnospożywcze miejscówki. Zakupiłem dwa produkowane tu piwka Santa Fe (super są!), chipsy i udałem się na piasek. Jak to czasem bywa przy korytach rzek, wiał wiatr, ale ten tutaj był tak cieplutki, tak przyjemny, że zdjąłem sobie podkoszulkę i tak sobie siedziałem z godzinę wsłuchując się w śpiew ukrytych w roślinach dzielących mnie od rzeki ptaków, które czasem wzlatywały sponad krzaków i niewielkich drzewek by udać się na poszukiwanie pożywienia. Santa Fe nie jest daleko od Buenos Aires, jednak jest tu ciepło w czasie argentyńskiej zimy i bardzo, dla nas Polaków, przyjemnie. Takie idealne lato! Dwa zimne piwka przyjemnie mnie znużyły, do tego nieco zgłodniałem, ruszyłem więc troszkę dalej w poszukiwaniu jakiejś knajpki. Między mostem, a końcem miasta (na 2,5 km) nic nie znalazłem. Ani przy plaży, ani przy bulwarze w jej okolicy. Postanowiłem dotrzeć Uberem na skraj miasta i przespacerować się trochę – motoUbera nie było, a na samochód czekałem 20 minut. Kierowca powiedział, że w całym Santa Fe jest ich około dziesięciu jeżdżących na aplikacji Ubera. Malutko! W dodatku większość jeździ wieczorami, po sjeście. Dotarłem na północną część miasta. Było ładnie, schludnie, minąłem pomnik Carlosa Monzona (świetny argentyński bokser, mistrz świata WBA i WBC), wszedłem na dziką, cichą plażę. Pochodziłem po niej troszkę w samotności delektując się ciszą. Z żołądkiem i kiszkami grającymi marsze człowiek jednak nie wygra (cytując Zagłobę: „Kiedy w brzuchu pusto, w głowie groch z kapustą”), wszedłem więc na bulwar ciągnący się na południe, skąd przyjechałem. Żadnej knajpki! Że też nikt tu nie pomyślał o otworzeniu czegoś z widokiem na plażę i rzekę? Nic, nic, nic! Szedłem sobie, mijałem ludzi siedzących pod drzewami, powoli schodzili się na plażę, pili z kubeczków yerbę matę, wyprowadzali psy, piknikowali. Szedłem i szedłem i wciąż nie widać było żadnej knajpy, żadnego baru, żadnej restauracji! Gdyby tu jakąś tylko otworzyć, byłaby to niezła żyła złota! A! Po drodze miałem dziwną przygodę należącą do kategorii z tych raczej niefajnych. Przechodząc obok jednego drzewka zostałem zaatakowany przez… coś. W łokciu poczułem jakieś mocne ukłucie. Ubiłem sprawcę! Coś jak pszczoła, ale z długą dupką i dłuższym żądłem. Zaraz drugie ukłucie, ponad łokieć, tuż pod rękawek! Po chwili wokół siebie usłyszałem agresywne bzyczenie! Kur…! Nie ma co z tym walczyć, ubijać, zabijać – nie ma sensu! Trzeba uciekać! Uwolniłem się dopiero po kilkunastu metrach sprintu a la Usain Bolt! Mijający mnie ludzie patrzyli na mnie trochę jak na głupka – ni to z rozbawieniem, ni przestrachem, w każdym razie z widoczną na ich twarzach dozą zdumienia. Ale pozwoliłem sobie popatrzeć, jak przechodzą obok tego samego drzewka, które mijałem ja. To samo! No to się dowiedzieli, czemu śmiesznie machałem łapami i zacząłem uciekać, haha! Z początku bóle w miejscu użądleń były dość silne, ale potem znikały, by pojawiać się niespodziewanie i zakłuć znienacka raz, ale porządnie. Potem 30 minut bez bólu i znowu ał! Coś podobnego miałem kiedyś w Nikaragui. Endemiczne owady są tu trochę różne niż te w Polsce. (przyp. – na drugi dzień po użądleniach nie było ani śladu). Koniec końców przeszedłem 2,5 kilometra by do dotrzeć do punktu, skąd wziąłem Ubera. Nidzie nie znalazłem żadnej nabrzeżnej knajpki! Nie to jednak było najgorsze – nie mogłem znaleźć Ubera, który zawiózł by mnie do wynajętego mieszkania! Próbowałem całą drogę przemierzaną pieszo. 5 kilometrów! I nic! Po drodze, oprócz zrobienia tanich zakupów (wino w kartonie – 1 dolar, haha, chleb, warzywa, pizza mrożona za 4 dolary), wstąpiłem też na dworzec.

Często tak mam, że na mapie widząc jezioro lub wyspę, chcę się tam dostać. Często mi się to udaje. Tym razem ubzdurało mi się dostać nad jezioro Mar Chiquita, do miejscowości Miramar. Na dworcu okazało się, że nie ma tam bezpośrednich autobusów, ale mogę pojechać sobie do wioski San Francisco (jakaż nazwa!) i stamtąd coś łapać. SF jest tylko dwie godziny stąd, niedużo. Ale bilet okazał się być niewspółmiernie drogi do dystansu – 7500 pesos, jakieś 15 dolarów! No ale co tam, nie zawsze jest tanio. Ważne, że mam bilet. Jak dostanę się stamtąd do Miramar? Nie wiem. A nocleg? Też żadnych planów w tym zakresie. Ale taka niewiedza stanowi bardzo przyjemną część podróżowania! Coś się wykombinuje!

Dzisiaj zacząłem ‘luzować’, tzn. że już sobie łażę i zaczynam chyba podróżować bez tej polskiej nervozy i pośpiechu. Przez mój łeb nie przetaczają się te tabuny wątpliwości typu ‘co dalej? jak będzie?’. Jakoś przecież zawsze będzie, i już!

Do mieszkania dotarłem bez problemów, choć mocno wymęczony całodziennym łażeniem. Zeżarłem kolację, piszę sobie tę notkę, zaraz pooglądam coś na Netflixie (Dawid, właściciel, zostawił mi swoje aktywne konto) o odkryciu humanoidów Homo Naledis (tytuł: Cave of Bones). Jutro nowy dzień!

22 lipca, Santa Fe

Wystarczyła odrobina wina bym zasnął ze zmęczenia. Nabijanie kilometrów pieszo musiało mocno mnie wymęczyć skoro spałem… 9 godzin! Wstałem o 8.00 rano, czyli razem ze słońcem, co tutaj, w Argentynie, jakoś lubi mi się zdarzać.

Teraz jest godzina 18.00, siedzę sobie w knajpce Gran Doria, w samym centrum miasta. Jest tu bardzo tanio, piwko kosztuje 1,20 dolara, a sam lokal – jak chwalą się tym w menu – istnieje od 1960 roku. Dużo tu dzisiaj ludzi, jak w każdej argentyńskiej restauracji. Klientela Gran Dorii siedzi jednak przy drobnych rzeczach – pora obiadowa minęła. Więc ludzie raczą się deserkami, jakąś colą, piwkiem. Bez pijaństwa, choć dzisiaj przecież sobota. Chyba, że na pijaństwo jest jeszcze za wcześnie? Dzień minął spokojnie, ale to nie znaczy, że nie jestem z niego zadowolony.

Najpierw postanowiłem odwiedzić jakieś lokalne muzeum. Udałem się do Miejskiego Muzeum Sztuk Wizualnych. Wstęp był darmowy, ale do odwiedzenia były tylko… 3 sale. Pierwsza pokazywała rysunki kobiet lokalnej artystki, w drugiej do zobaczenia były rzeźby kobiet, w trzeciej to samo, co w drugiej. Hmm, po niecałych 10 minutach byłem na zewnątrz. Od muzeum jednak oczekuje się dłuższej dawki czasu na spokojne zatopienie się w innym świecie, na wyciszenie się, podziwianie… 10 minut… Pfa! Stanowczo za krótko!

Upał narastał coraz to bardziej. Kolejnym celem było zobaczenie stadionu drużyny Colon Santa Fe. Na zdjęciach wygląda ładnie, ale cóż, mnie oraz pięcioosobowej argentyńskiej rodziny nie wpuszczono na obiekt. Nie rozumiem – wszędzie w internecie przedstawiają ten stadion jako lokalną atrakcję, ale by ją zobaczyć, trzeba dopiero wybrać się na mecz. Zwiedzanie jak stadionów w Amsterdamie, Kijowie, czy naszego, w Warszawie, w Santa Fe – niestety - nie wchodzi w rachubę.

Znowu się trochę nachodziłem – wróciłem do mieszkania by coś zjeść i odpocząć. Robiąc zakupy w jednym z niewielkich supermarketów (zupka w proszku, bagietka, ogórek), spróbowałem zapłacić kartą, tak tylko na próbę, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Normalnie dałbym, w gotówce, 2 dolary, ale bank przelicza jakoś nienormalnie dziwnie i zapłaciłem dwa razy więcej, czyli 4 dolary! Jest weekend, więc teraz się tego nie dowiem, ale może niedługo bank zwróci mi te 2 dolary nadpłaty – czytałem, że tak się może wydarzyć, gdy jest się obcokrajowcem.

Niedaleko mieszkanka znajduje się ciekawy mural – na jednym z około dwudziestopiętrowych bloków, na całej jego ścianie, namalowany jest Leo Messi trzymający puchar świata w piłce nożnej. Na dolnych piętrach namalowany jest chłopiec z numerem 10 na plecach, patrzący w górę na dorosłego mężczyznę, samego siebie, trzymającego wspomniany puchar, za głową – niczym aureolę świętego – mając argentyńskie słońce widniejące na fladze kraju. Przekaz jest chyba prosty – każdy może zostać Messim, każdy może zostać bohaterem narodowym, porównywalnym ze świętymi („Taki ja i taki ty, może świętym być” – jak śpiewała kiedyś Arka Noego). Powolutku sobie idąc w jego stronę, zostałem zaczepiony przez jakiegoś starszego pana, który chyba rozpoznał we mnie nietutejszego i zaprowadził mnie pod sam blok. Pod blokiem, nie oczekując nic w zamian, zrobił mi kilka zdjęć moim telefonem. Bardzo miły gest!

Poszedłem jeszcze do tak zwanego portu, na taki półwysep, który zamieniony jest w duże centrum handlowe. Po drodze zaczepiło mnie dwoje 20-to latków, siedzących sobie pod murkiem. Wyglądali kiepsko, najpewniej byli osobami już bezdomnymi. Poprosili o ogień – podałem zapalniczkę, którą odpalili sobie zioło. Zaoferowali mi zapalenie z nimi, grzecznie odmówiłem. Hmm…

W tym centrum handlowym było tysiące ludzi! Szło się wąskim pasażem, jak jakimś długim jelitem, mijało się ludzi żyjących tu i teraz, jakby jutra nie było. Szczególnie dużo było dzieci, może dlatego, bo był tu dla nich prawdziwy ogrom atrakcji. Począwszy od nowoczesnych automatów, przypominających małe budki (wchodziło się do nich, zasiadało, brało w ręce kuszę i strzelało w ekran, na którym pojawiały się realistycznie wyglądające paskudne zombiaki), przez symulatory wyścigów (też wygodnie zasiadało się w sportowych fotelach, operowało kierownicą i pedałami), do elektrycznych samochodzików, do których się wsiadało i jeździło nimi niczym po lodowisku. Przypomniały mi stare dobre czasy, gdy do mojego rodzinnego miasteczka przyjeżdżały obwoźne parki rozrywki i rozkładały takie między innymi miejsca na samochodziki zaraz obok mojego bloku. Samochodziki miały z tyłu sterczące pionowo druciki, które dotykały rozwieszonej nad placem do jeżdżenia siatki pod napięciem. Można było sobie nimi pojeździć 5 minut, a jak znalazło się kogoś, kto chciał się pozderzać, to w ogóle była frajda! Autka miały gumowe zderzaki, więc do spektakularnych kraks nie dochodziło, ale ten moment impetu, szarpnięcie głowy, trzask w karku – coś pięknego! Co prawda potem miejsce, które normalnie służyło za boisko do gry w piłkę nożną było totalnie zryte oponami ciężarówek transportujących sprzęt, ale przyjazd takich ekip, które w środku blokowiska oferowały rozrywkę przez kilka dni, był nie lada atrakcją dzieciaków, które nie miały komputerów, smartphonów, a w domu jedyną atrakcją były trzy kanały państwowej telewizji, zazwyczaj z rzeczami oczywiście dla dorosłych (polityka, wiadomości, amerykańskie seriale obyczajowe a la kultowa ‘Dynastia’).

Pochodziłem wśród tłumów, popatrzyłem, wróciłem do centrum i szukając miejsca, gdzie mógłbym sobie posiedzieć, ujrzałem na ulicy rozkładane stoliki szachowe! Zatrzymałem się, zacząłem się temu przyglądać, i od razu zostałem zaproszony do jednego ze stolików! Usiadłem, a po chwili zaczęło się przysiadać coraz więcej ludzi. Siedmioro! Okazało się, że zagra z nami jakiś lokalny mistrz szachowy. Tego typu gra, gdy jedna osoba gra z kilkoma w tym samym czasie, nazywa się symultaną. Fakt, że jestem z Polski wywołał niemałą sensację – byłem fotografowany i witany jak VIP, w czasie samej gry to mnie nagrywano najczęściej. Pewnie teraz gdzieś tam hulam po lokalnym internecie. W Santa Fe wszyscy reagują z niemałym zdziwieniem, gdy mówię, że jestem z Polski. No tak, po Posadas to kolejna miejscowość, której nie ma w przewodniku i gdzie Polacy się nie zapuszczają. Bo niby po co? Ja jednak lubię takie miejsca. Szachy wyglądały tak oto: nas, siedmioro śmiałków, siedzieliśmy przy stolikach rozłożonych obok siebie wzdłuż ulicy, a lokalny mistrz między 20-tym, a 25-tym rokiem życia, chodził od stolika do stolika i szybko wykonywał ruchy na szachownicach. Jak się można było spodziewać, nic wiele nie ugrałem i bardzo szybko odpadłem. Gdzie mi tam do mistrzów! Ładnie sobie podziękowaliśmy i poszedłem do położonej niemal tuż obok restauracji Gran Doria, gdzie teraz piszę tę notkę.

Co ciekawe dla restauracji w Argentynie, w każdej, po dokonaniu zamówienia, zabierano mi kartę (menu) i niesiono do innego stolika. Czemu nie można zrobić tyle kart, ile jest stolików? Przecież to byłoby dla lokalu nawet lepsze, bo człowiek sobie siedzi, pije piwko, patrzy sobie czasem na kartę, włącza się odruch Pawłowa – człowiek się ślini, zaczyna być głodny, coś zamawia… A tak… Wypije się piwo i się wychodzi. Koszt takiej karty to nie majątek, a szybko by się zwróciła! No ale co ja tam się będę mądrzył…

Centrum Santa Fe o tej godzinie jest pełne ludzi, ale jest tu spokojnie. Ulice tu wyłączone są z ruchu kołowego, są tylko dla pieszych, którzy leniwie snują się przed siebie. Zaczynam sobie wyrabiać zdanie na temat Argentyny przez porównanie jest z innymi krajami Ameryki Łacińskiej, w których byłem. Argentyna jest znacznie czyściejsza niż większość z nich, ludzie są jacyś spokojniejsi, życie bardziej uporządkowane. Na ulicach nie ma krzyczących sprzedawców, grającej przy straganikach muzyki, zresztą handel odbywa się tu w zdecydowanej większości w przeznaczonych do tego miejscach na parterze budynków, a ci, którzy już sprzedają coś na ulicy, siedzą sobie po prostu spokojnie, pociągają od czasu do czasu łyk yerby, i czekają na klientów. Sprzedawcy nie są nachalni, nie zachęcają do kupowania, nie podchodzą do ludzi – wszystko odbywa się na spokojnie; chcesz, to sobie coś kupisz, nie, to nie. W większych miastach, przynajmniej tych, które odwiedziłem, nie widać folkloru – nie ma Indian w lokalnych strojach, biały człowiek z Europy, jak ja, niczym się tu nie wyróżnia, bo tu na ulicach płynie jedno wielkie morze białych ludzi. Tak, Argentyna czasem przypomina Polskę. No nic, karty nie ma, nic więcej sobie nie zamówię, zbieram się więc do mieszkanka.

22 lipca, w mieszkaniu w Santa Fe

20.40 - wieje wiatr, targa kanałami wentylacyjnymi w mieszkaniu. Mam wrażenie, że zaraz zerwie się dach, a mimo tej wieczornej niepogody słyszę muzykę – ktoś na gitarze wygrywa melancholijne pieśni i śpiewa do tego bardzo smutnym głosem. Czasem włącza się drugi męski głos, przeciąga słowa na prawie 10 sekund, jest w tym coś melancholijnie tragicznego. Mam ochotę wyjść i popatrzeć na ludzi, którzy tworzą tę muzykę smutku. Pieśni tych gości rozrywają mi serce!

20:52 – ubrałem się, schowałem do kieszeni trochę pieniędzy (napiwek!), chciałem wziąć karton wina, usiąść sobie obok nich i poprosić o coś z repertuaru Manu Chao. Ale prawie jak już się ubrałem i brałem klucze, muzyka ucichła. I nagle zapadła ciężka cisza. Jeszcze chyba smutniejsza niż piosenka, która całkiem przed chwilą rzewliwie niosła się po opustoszałych już ulicach i targanej szaleńczym wiatrem kamienicy. Szkoda.

23 lipca – Santa Fe / San Francisco

Oddałem klucz Dawidowi, który pozwolił mi polenić się jeszcze w mieszkaniu do 11.30. O 12:35 miałem odjazd z Dworca, a że jest on oddalony od centrum miasta, czyli miejsca, gdzie wynająłem miejscówkę, o jakieś 10 minut piechotą, posiedziałem sobie na nim niecałą godzinę. Dzisiaj niedziela, służby sprzątające chyba miały wolne, bo Dworzec był bardzo zaśmiecony – po podłodze w hali poczekalni walała się masa butelek, o papierkach czy innych drobnych śmieciach nie wspominając. Po Dworcu przechadzało się wielu funkcjonariuszy policji i ochroniarzy, ale dzięki temu, czułem się dosyć bezpiecznie, choć to może dziwne, bo zazwyczaj takie skoncentrowanie służb ochrony świadczyć może o jakimś zagrożeniu. Zamierzałem udać się do San Francisco! Jak to brzmi! Oczywiście nie chodzi o to znane amerykańskie miasto w stanie California, ale o jakąś malutką miejscowość, gdzie miałem przesiąść się w lokalny autobus do Miramar. Cały plan brzmiał w miarę prosto i miał zająć chwilkę (albo troszkę więcej niż chwilkę, ale i tak niewiele czasu), jednakże – jak się okazało – zamienił się on w prawdziwą Odyseję (choć bez Penelopy po jej zakończeniu!).

2 godziny jazdy do San Francisco, a tam lokalny dworzec. To poszło gładko. Do Miramar odchodzą stamtąd tylko dwa autobus dziennie, jeden poranny, ale ten drugi dopiero o… 18.30! Prawie 4 godziny czekania. No ale nic nie szkodzi, o godzinie 15.00 argentyńskiego czasu, w finale Ligi Narodów, w Gdańsku, mieli grać nasi (tzn. polscy) siatkarze. Ich przeciwnikiem mieli być siatkarze ze Stanów Zjednoczonych. To był dobry plan na spędzenie czasu w ten leniwy, pochmurny, niedzielny dzień. Argentyńskie San Francisco wydawało się bardzo małe, raczej nic ciekawego w nim nie było – ot, parterowe domki, niektóre nawet dosyć ładne, z basenami w ogródkach. Raczej nie znalazłbym tu jednak jakiejś restauracji z transmisją meczu, nie było jednak potrzeby daleko szukać, bo w dworcowym barze, który na szczęście był otwarty, znajdowały się aż dwa telewizory – na jednym leciał oczywiście mecz piłkarski, na drugim jakaś muzyka. Sam bar był dosyć zadbany i czysty. Wszedłem, zapytałem kelnerkę, czy nie poszukała by mi meczu siatkarskiego na jednym z telewizorów. Zgodziła się i o dziwo… znaleźliśmy transmisję na żywo! Prosto z Gdańska! Zamówiłem kawę na pobudzenie się, potem piwo i tak gdzieś w jakiejś pipidówie na drugim końcu świata oglądałem sobie mecz. Super! Zwłaszcza, że Polska wygrała 3-1 i wygrała całe zawody. W Polsce było już późno, bo mecz się skończył o 22.30, toteż realizatorzy czasem pokazywali pięknie oświetlony Gdańsk, skryty o tej porze we wczesnych mrokach nocy. Patrzyłem na ekran zapełniony uśmiechniętymi twarzami rodaków tworzącymi fantastyczną atmosferę, słuchałem Mazurka Dąbrowskiego przy ceremonii wręczania medali. Miło było popatrzeć na taką Polskę – radosną, piękną – z tak odległej perspektywy. Tym bardziej, że na telefonie pikały wiadomości od znajomych, którzy również oglądali ten mecz. Ech, ta Polska to z człowieka chyba nigdy nie wyjdzie!

Bus podjechał, gdy już się ściemniało. Zauważam, że codziennie ściemnia się jakby o kilka minut później. W początkach mojego pobytu w Argentynie, nie tak dawno temu przecież, bo 10 dni temu, ciemniło się niemal punktualnie o godzinie 18.00, a teraz zmrok zapada o 18.30. I nie abym był nie wiadomo jak daleko od Buenos Aires – jestem może parę stopni szerokości geograficznej na północ i kilka stopni długości geograficznej na zachód. Myślałem, że do Miramar dotrę w miarę szybko, ale zamiast dotrzeć tam w ciągu spodziewanej godziny, droga zajęła 2,5 godziny! Przejechanie dosłownie kilku wiosek!

Po drodze napisałem króciutką notatkę:

18.36 - jadę do Miramar, cholera wie co tam zastanę, heh. Nie mam noclegu, nic, no ale chyba nie zginę - w takim kaczym dole raczej nikt mnie nocą nie okradnie :)

Była godzina 21.00 gdy dotarłem na miejsce, a wyjechałem z Santa Fe o 12.30! No cóż, nici z zobaczenia sobie jeszcze dzisiaj okolicy, było ciemno, jak w wiadomym miejscu, byłem zmęczony, a musiałem jeszcze załatwić sobie nocleg. W internecie było tylko kilka niedorzecznych ofert po 100 dolarów za noc!

Wysiadłem i spokojnymi, wyludnionymi uliczkami udałem się po prostu przed siebie. W końcu przed oczyma zamajaczył mi nieduży hotel, nazwany tak, jak to miejsce, czyli Miramar. Mieli miejsce! I to całkiem niedrogo, 30 dolarów za noc. Do tego basen otwarty, mały zamknięty mocno podgrzewany basen (parowało!) i saunę! W pokoju lodówka, telewizor, obszerna, zadbana łazienka. Zanim wziąłem prysznic wyskoczyłem jeszcze do zauważonego po drodze rodzinnego sklepiku o przestrzeni kilku metrów kwadratowych. Znajdował się w domu właściwie naprzeciwko hotelu. Kupiłem najtańsze wino, chleb i wkładkę do chleba (czyli szynkę i ser). Kończę tę notkę i idę już spać.

24 lipca 2023, Miramar

Wstałem wcześnie, nieco po 7.00. Wziąłem gorący prysznic, na łóżku przygotowałem sobie śniadanie z artykułów zakupionych poprzedniego wieczora. Wyszedłem sobie połazić. Jezioro wygląda obłędnie – jak morze! Uwielbiam takie jeziora, których końca nie widać! Ale nic dziwnego, w końcu nazwa tego jeziora, Mar Chiquita, to po hiszpańsku Małe Morze.

Pogoda od samego rana rozpieszczała. Delikatne, długawe, półprzezroczyste chmury ozdabiały niemożliwie pocztówkowo-błękitne niebo. Jakby jakiś malarz pociągnął po nim akwarelą! Słońce wspinało się po woli na nieboskłon, zupełnie jakby tylko dla mnie, bo oprócz mojej skromnej, podekscytowanej odkrywaniem nowego, osoby, nie było na ulicach nikogo. Costanera, czyli nabrzeże, jest niezmiernie urokliwe! Starannie brukowane uliczki i chodniki, małe, zamknięte o tej porze bary, plaże. Piękny, turystyczny kurort! W tutejszym lecie, czyli od grudnia do lutego, to miejsce musi tętnić życiem! Gdy piszę tę notkę, to jest o 17.00, pogoda jest piękna i świeci słońce. Choć telefon pokazuje, że jest 15 stopni Celsjusza, to odczuwalne jest sporo więcej. Powiedziałbym, że ponad 20, czyli tyle, ile jest idealne dla człowieka z polskiej szerokości geograficznej.

W tej właśnie chwili siedzę sobie w skromnym barze na nabrzeżu, na świeżym powietrzu, tuż przy chodniku, i piję sobie złote mojito, które pięknie błyszczy się w powoli zachodzącym gdzieś po drugiej stronie jeziora słońcu. Internet mówi mi, że jest to jedno z największym słonych jezior na planecie. Położone prawie że na środku tej części kontynentu, kiedyś było jednak częścią oceanu, stąd ta słoność. Jezioro powoli wysycha i pewnie za jakiś długi czas zapewne wyschnie i stanie się solniskiem. Trochę smutno się robi, gdy tak patrząc na nie, patrzę na coś – tak naprawdę – umierającego… Dopiero teraz, od czasu do czasu ktoś się pojawi, przejdzie jakaś rodzina z dziećmi, ale o tej porze roku Miramar jest właściwie wymarłe. Nawet w hotelu, idąc korytarzem, widziałem, że wszystkie drzwi do pokoi były otwarte. Gości brak. Na ulicach, przed hotelikami, pensjonatami, prywatnymi domkami, wszędzie są tablice ‘hoy lugar’ (jest miejsce). A ja się zastanawiałem momentami, jadąc tutaj, czy znajdę jakiś, jakikolwiek kwaterunek… Czy to źle? Nie, to nawet bardzo dobrze! Mogę poczuć się jak VIP i trochę odpocząć. Po ruchliwym Santa Fe i niemal całodziennej, wczorajszej podróży, mogę nacieszyć się spokojną, sielską atmosferą. Mam wrażenie, jakby ten zachód słońca, który właśnie obserwuję, był tylko dla mnie. W tym malutkim, otwartym barze jestem jedynym gościem. Gra jakaś fajna, argentyńska muzyczka (poznają po tym, że słowa z podwójną literką L, wyśpiewywane są z charakterystycznym ‘ż’), z kastanietami, djambo, i akustyczną gitarą, w którą z tak głębokim uczuciem potrafią uderzać chyba tylko Hiszpanie i właśnie Argentyńczycy. Mam również wrażenie, że ta muzyka to też tylko dla mnie. Mogę się lenić, pić powoli złociste mojito, nie spieszyć się, jak to słońce, które leniwie zanurzy się w głębinach jeziora dopiero za ponad godzinę.

Wracając jednak do początku dzisiejszego dnia – pochodziwszy po wybrzeżu dla wczasowiczów udałem się w kierunku dzikiej plaży, na południowy zachód. I tam krzyknąłem WOW! To miejsce to właściwie ciężko nazwać plażą. Było to dziwne cmentarzysko wystających z podmokłego gruntu, ewidentnie będącego przedłużeniem dna jeziora, białych, uschniętych, martwych już drzew. Niektóre, ogromne, leżały smutno powalone przez czas i hulające tu wiatry. Wyglądały jak śnieżne kości jakichś mistycznych stworów żyjących miliony lat temu w jeziorze Mar Chiquita. Chodziłem pomiędzy nimi, czasami wpadając po kostki w spękaną, podmokłą glebę. Na wodzie kołysały się łabędzie, gdzieniegdzie siedziały ostrzegające przede mną wysokim skrzekiem dziwne ptaki z fikuśnym piórkiem na czubku główki. Czasem mogłem dostrzec też lekko różowe flamingi, stojące leniwie w wodze (to jezioro to podobno największe miejsce koncentracji flamingów w Ameryce!). Ale te szczątki obumarłych drzew. Ta cisza… Z czasem zaczynały się pojawiać leżące w glebie cegły. Tysiące, miliony cegieł! Wszystkie wybielone, wszystkie w kolorze bladej bieli – ‘sól’, pomyślałem. Gdzieniegdzie wystawały jeszcze mury domów. Obszar przypominał solną pustynię, która przyszła pożreć siedliska ludzkie… Ale to jeszcze nic, w porównaniu z tym, co odkryłem później, po godzinie 12.00, gdy wróciwszy do miasteczka, do Miramar, poszedłem brzegiem w odwrotną stronę. Tu dopiero można było poczuć melancholię pustki i samotności, atrofię przeszłości i tego, co po człowieku, prędzej czy później, pozostanie. Tutaj wyschnięty, acz nadal podmokły teren, upstrzony był dobrze zachowanymi pozostałościami miasteczka! Wysokie, ceglane ściany, resztki betonowych stropów, z których żałośnie wystawały rdzewiejące druty zbrojeniowe. Ich powierzchnię pokrywały, niczym jakieś pasożyty, maleńkie kryształki soli. Jakieś schody wystawały z wody – dokąd kiedyś prowadziły? Kolumny, niektóre jeszcze stojące, przypominały starożytny, grecki styl. Czułem się jakbym przemierzał Pompeje – tu jednak, zamiast wulkanicznego pyłu, wszędzie była sól. Tu stało się coś strasznego. Maluteńkie, białe kryształki osadzające się na wszystkim przywodziły na myśl dramatyczny los zniszczonej Sodomy i Gomory i uchodzącą przed destrukcją żonę Lota, zamienioną w słup (właśnie) soli. Otwarłem przeglądarkę w telefonie, poczytałem. Dawniej Miramar znajdowało się właśnie w miejscu właśnie tych ruin. Poziom wody zaczął się jednak podnosić, zalewać miasto, a wówczas władze postanowiły dokonać kontrolowanego zatopienia miasteczka i uczynić w jego miejscu jezioro. Miało to miejsce w 1978 roku. Zalano setki domów, hoteli, instytucji. W liczbach wygląda to tak: pod wodą zniknęły 102 hotele, 198 domów mieszkalnych, kompleks termalny i kasyno. Ludzi wysiedlono lub zmuszeni byli do wyniesienia się. 30% zostało w okolicy i obecnym Miramar, 70% ludzi wyjechało stąd na zawsze. Wystające ponad poziom wody konstrukcje wysadziło wojsko, co by po prostu nie szpecić widoku i ustanowić jedyne miasto w centralnej Argentynie z ‘morskim zachodem słońca’. Resztę wysadzono później, ze względów bezpieczeństwa. Cytując jedną ze stron internetowych, precyzując, El Pais: „Zburzono także kościół Virgen del Valle, a za aktywację detonatora odpowiadał ówczesny ksiądz.” Część mieszkańców patrzyła, jak za pomocą środków wybuchowych dorzynano ich miasto, ich spoczywające w spokoju pod wodą domy. W artykule z El Pais znajdują się emocjonujące opisy: „Dla Gerardo Cuello, 56-latka, który podczas powodzi miał zaledwie 11 lat, spacer po ruinach napawa go nostalgią. „Odświeża to, co zostało zapomniane” – mówi. Ostatnim razem, gdy je odwiedził, wybrał się na poszukiwanie boiska z dzieciństwa do gry w bule. Nie znalazł żadnych śladów. „Wszystko jest wspomnieniem” – mówi.

Kiedy Lidia Castellino widzi swój stary dom przy ulicy Alberdi w kawałkach, ogarnia ją pewna melancholia. Kiedy weszła do środka, odkryła kolor swojego pokoju i dom wydawał się mniejszy, niż pamiętała. „Teraz, gdy woda opadła, przeżywam to na nowo z nostalgią i wspomnieniami” – mówi.”

W 2003 roku znowu nastąpiła powódź, tym razem niekontrolowana, i zniszczyła kolejne 100 budynków położonych na brzegach jeziora. Tym razem ustanowiono maksymalny poziom jeziora i podjęto stosowne prace konstrukcyjne by je na nim utrzymać.

Sześć lat temu, w 2017 poziom wody, w związku z niskimi opadami i pobieraniem wody do nawadniania kanałów irygacyjnych na powierzchni kilkudziesięciu tysięcy hektarów, opadł i odsłonił część zalanego miasta.„

Zdjęcia dorosłych ludzi stojących na ruinach swoich domów robiły przygnębiające wrażenie, zwłaszcza gdy patrzyło się na nie stojąc wśród żałosnych, smutnych resztek zabudowań odsłoniętych przez wodę.

Najsmutniejszy widok jednak przedstawiały resztki otwartego amfiteatru. Już zbliżając się ku niemu zobaczyłem przeraźliwie chudego psa, który siedział w słońcu, patrząc na mnie smutno. Miałem wrażenie, jakby nie mógł już się ruszać, jakby nie miał sił wstać i poszukać sobie czegoś do jedzenia. Serce pękało, zwłaszcza, że nie miałem przy sobie nic do jedzenia. Za nim rozciągały się już dziesiątki betonowych stolików i pozostałości betonowych krzesełek. W przeszłości zapewne były albo pokryte drewnem albo czymś obite. Stoliki i krzesełka ustawione były w kierunku jeziora. Pomiędzy nim, a nimi, stało podwyższenie, będące kiedyś sceną. Stanąłem na niej patrząc na siedzącą przede mną widownię duchów. Na tej scenie kiedyś królowało piękno, sztuka, emanowała z niej radość rozlewająca się na zwróconych ku niej widzów. A teraz, jakby tu ujął Tadeusz Miciński, zmartwiała, nieruchoma cisza… Resztki infrastruktury, jak wyschnięte kości, wystające z płytkiej warstwy stwardniałego mułu. Iście post apokaliptyczny, nieruchomy krajobraz. I to przebłękitne niebo nad tym wszystkim nadające tym szczątkom miasta jakiegoś groteskowego wrażenia. Jakby nic się nie stało. Jakby kolejny dzień tutaj miał znowu być piękny… Stałem tak sam na tym podwyższeniu, zwanym niegdyś sceną i patrzyłem z trwogą na to 40-letnie, rozciągające się kilometrami, pobojowisko – zawalone budynki, rozrzucone bezładnie cegły, wszystko pokryte słonym pyłem. Daleko na horyzoncie, na niewielkim wzgórzu, majaczył jakiś budynek.

Udałem się w jego kierunku uważnie patrząc pod nogi, wyszukując przyschniętych fragmentów błota. Opuściłem to przerażające rumowisko i szedłem wysokimi na prawie półtora metra trawami wymieszanymi z krzakami samosiejkami. Widziałem wśród nich krążące bezszelestnie wychudzone, bezpańskie psy, patrzące na mnie wygłodniale. Ich ślepia taksowały mnie dokładnie, a ich wygłodniałe mózgi, doprowadzone na skraj pierwotnych instynktów, analizowały moją postać – wagę, wzrost, energiczność ruchów – i szybko kalkulowały ryzyko zaatakowania mnie. Jeszcze im się nie opłacało. Nie były jeszcze na tyle zdesperowane by mnie zaatakować, ale miałem wrażenie, że jeszcze kilkanaście godzin, dzień, może dwa, i jeśli czegoś w tych trawach nie znajdą, jakiejś padliny albo piskląt, to następny zagubiony wędrowiec w tym miejscu nie będzie miał tyle szczęścia, co ja. Czując się niepewnie parłem przed siebie wśród szumu wiatru i głośnego nawoływania się ptactwa. Zbliżałem się do dużego budynku, którego szczegóły zaczynałem już coraz lepiej rozróżniać. W końcu dotarłem. Moim oczom ukazała się prawdziwa ruina. Dwupiętrowy budynek stał jeszcze, miał kompletne ściany i dach, ale niezabite okiennice straszyły pustymi oczodołami. Zerknąłem w jeden taki znajdujący się na parterze – w środku ujrzałem zawalone schody, na belkach stropowych siedziały miriady gołębi, które opanowały ten budynek i ustanowiły go swoim gigantycznym gniazdem. W niektórych ścianach były spore dziury, ogrodzenie pokrył już jak zawsze zaborczy bluszcz. Mimo tego, w budynku widać było jeszcze godność tego miejsca. Z łatwością można było sobie wyobrazić, że stojący nad jeziorem budynek miał niegdyś swoje prawdziwe dni chwały. Na jednej z bocznych ścian widniał jeszcze napis Gran Hotel Viena. To o nim pisano w wyżej przeze mnie cytowanym artykule! Pozwolę sobie zacytować go jeszcze raz:

„Został on zbudowany w latach 1940-1945 przez niemiecko-austriacką rodzinę, po drugiej wojnie podobno służył jako schronienie dla przywódców nazistowskich”.

Wow!

Jakaś starsza pani spacerująca nieopodal, widząc, że z zachwytem patrzę na ten dawny relikt przeszłości, podeszła do mnie i zaczęła coś do mnie mówić. Poprosiłem by mówiła wolniej, bo nie rozumiem. Na pytanie skąd jestem odpowiedziałem oczywiście, że jestem z Polski, na co ona od razu zaczęła wołać szwędającą się jak ja i ona, w pobliżu tego byłego hotelu, rodzinę. Stałem się więc rodzinną sensacją! Pokazała mi uśmiechniętą staruszkę, mówiąc, że to jej mama. Pokazała mi męża oraz córkę z narzeczonym. Wszyscy ucieszyli się widząc Polaka w takim miejscu. Mąż kobiety, która zwołała rodzinę, potwierdził, że miasteczko poniżej zostało zalane, pokazywał, że woda dotarła nawet tutaj, na wzgórze, zalewając niższe partie hotelu. To przecież kilkanaście metrów wyżej niż obecne lustro wody! Powiedziano mi jeszcze, że po wojnie w tym hotelu przebywał sam Adolf Hitler! Oczywiście takich teorii trzeba słuchać z przymrużonym, to znaczy przymkniętym, uchem. Natomiast moja rozmówczyni powiedziała mi, że w hotelu na pewno przebywał Juan Perón, dawny przywódca Argentyny – postać dość kontrowersyjna, wzbudzająca podobne emocje i dzieląca naród jak Ceausescu w Rumunii czy Gierek w Polsce. Jedni go chwalą, inni wręcz patologicznie nienawidzą. O Peronie można pisać dużo – z jednej strony nacjonalizował ważne dla kraju przedsiębiorstwa, z drugiej pozbywał się dość brutalnie wrogów politycznych. Rządził twardo, ale daleko mu było do chińskiego Mao czy innych współczesnych mu tyranów. Gdzieś czytałem, że jeśli chodzi o uprawianie polityki, blisko mu było do Mussoliniego, który rządził tak, jak zawiał wiatr, z korzyścią dla siebie, ale nie zapominając o kraju i ludziach (więc nieco populistycznie). Postać, której rządy do dzisiaj kładą się cieniem na obecnej polityce w Argentynie, jako że do dzisiaj część polityków wyznaje idee tak zwanego peronizmu. Peron wiecznie żywy, chciałoby się rzec.

To by było tyle, jeśli chodzi o zwiedzanie brzegów jeziora, pokrytych smutnymi ruinami. Idąc polnymi drogami, mijając stawy z flamingami (są bestie urocze!), znalazłem pustą asfaltową drogę, którą – ciesząc się słońcem – powoli wróciłem do mojego hoteliku.

Po wielogodzinnych spacerach człowiekowi należy się mały odpoczynek, dlatego też swe kroki postanowiłem skierować do krytego basenu – właściwie nie był to basen, ale ogromne jacuzzi, w którym spokojnie mogłoby się pomieścić 20-30 osób. Były w nim bicze wodne bijące pod lustrem wody, były też kraniki nad jego powierzchnią, z których w dół tryskały strumienie wody o różnym ciśnieniu i różnym stopniu rozproszenia. Głębokość sięgała pasa, ewidentnie nie był to basenik do pływania, ale zażycia GORĄCEJ kąpieli (w środku wszystko było zaparowane). W wodzie siedziała już sobie starsza para, porozmawialiśmy sobie chwilę. Pan, dobrze po 70-tce, narzekał na polityków. Że kryzys w Argentynie to ich wina i tym podobne rzeczy. Zwróciłem mu uwagę, że politycy są kłamcami i złodziejami, i dzieje się tak w każdym kraju, na co on odparł: „Jeśli chodzi o kłamstwa, to nasi politycy mogliby być nauczycielami wszystkich polityków na świecie”. Zaśmialiśmy się głośno. Troszkę sobie z nim posiedziałem, po czym udałem się na zewnątrz by spróbować kąpieli w zimniejszej wodzie, w basenie odkrytym. Wszedłem do wysokości ud i stwierdziłem, że woda jest jednak zbyt zimna. Ale słońce grzało dosyć intensywnie, toteż stwierdziłem, że wysuszę się na leżaku. Leżałem tak sobie w gatkach do pływania i kto by mnie wtedy zobaczył, zapewne uśmiechnąłby się pod nosem. Przypomnę, że ludzie chodzą tu w kurtkach! Ale mnie naprawdę było bardzo przyjemnie – ot, dla Polaka, to taka miła, ciepła, polska wiosna. A wiadomo, jak ludzie w Polsce wariują przy pierwszym mocnym wiosennym słońcu – krótkie rękawki, krótkie spodenki, opalanie się na skwerach i trawnikach. Tak więc poleżałem sobie przy basenie, w ciszy, sam, bo tu gości – oprócz tej pary starszych ludzi w podgrzewanym jaccuzzi – to chyba właściwie nie ma.

Gdy już sobie wyschłem i odpocząłem podszedł do mnie ten starszy pan, z którym w gorącym baseniku rozmawiałem o polityce. Wyszedł sobie zapalić, widać chciał bym dotrzymał mu towarzystwa. Poszliśmy do stolików znajdujących się kilkanaście metrów dalej. Jego żona jest emerytowaną nauczycielką, czasem sobie tu przyjeżdżają. Zapytałem go, dokąd można jechać, bo mam przed sobą jeszcze sporo czasu i praktycznie żadnych planów. - Bariloche – rzekł. - Co? – zapytałem, nigdy nie słysząc tej nazwy. - Bariloche. Daj telefon, to ci pokażę na mapie. Włączyłem mu Google Maps i oddałem telefon. Po chwili miałem go z powrotem w ręce – na środku ekranu znajdowała się kropka z napisem Bariloche. Oddaliłem trochę perspektywę. - Co? To strasznie daleko! – aż wykrzyknąłem. Prawie 1500 kilometrów stąd! - No, ale bardzo ładnie – rzekł mój rozmówca, dla którego taki dystans zdawał się w ogóle nie być problemem. Ja już przekalkulowałem, że będą to chyba dwa dni jazdy! - A co tam można robić? – zapytałem. - No, można łowić ryby. Heh, uśmiechnąłem się. Ja i łowienie ryb... Czekać z anielską cierpliwością z zarzuconą wędką, aż coś łapnie przynętę... Żebym się jeszcze znał na wędkach i przynętach… - No, pomyślę, pomyślę – rzekłem, tak naprawdę wcale nie mając zamiaru tego robić. Rzekłbym, że to miejsce zostało mi… średnio zareklamowane.

Tymczasem mojemu rozmówcy nie dość, że skończył się papieros, to i przyszła po niego żona. Zostałem sam, ale wtedy przypomniało mi się, że w tym podgrzewanym baseniku znajdowała się sauna! Mam już trochę lat, i może wstyd się przyznać, ale nigdy nie byłem w saunie! Na pierwsze razy nigdy nie jest jednak za późno, trzeba więc było to koniecznie nadrobić! W recepcji zagadałem do młodego chłopaka siedzącego za biurkiem – 2 dolary za 20 minut, więcej byłoby szkodliwe. Cena bardzo przyjemna. ‘Chodź, podgrzeję saunę’, powiedział. Poszliśmy do niewielkiej, drewnianej budki. ‘Patrz na temperaturę, jak będzie 45 stopni, to możesz sobie wejść’. I poszedł zostawiając mnie samego. Starszego małżeństwa już nie było, wszedłem sobie jeszcze raz do tego jacuzzi i 15 minut leżałem sobie w wodzie na plecach, a także siedziałem pod biczami wodnymi. Kto by pomyślał, że w pierwszym lepszym hotelu, do jakiego się wdepnie, można znaleźć takie cuda? W dodatku za tak niewielkie pieniądze! Czasami wybory w ciemno są naprawdę najlepsze! Elektroniczny wyświetlacz na zewnętrznej ścianie sauny wreszcie pokazał temperaturę 45 stopni Celsjusza. Wyszedłem z baseniku, udałem się do sauny. A w niej? Dwie małe ławeczki pod ściankami, taka wersja mini. Usiadłem na jednej, nogi wyłożyłem na drugiej i po prostu siedziałem sobie wdychając gorące powietrze. Podgrzewały je rozgrzane kamienie leżące w czymś na kształt wiadra. Czułem to powietrze, jak przechodzi powoli, ciężko, przez cały układ oddechowy do rozszerzających się mocno płuc. Po kilku minutach zacząłem się mocno pocić. Nie, wewnątrz nie było pary czy dymu, ale po prostu było gorąco. I spokojnie. Wziąłem ze sobą telefon mając nadzieję, że w saunie nic mu się nie stanie, nastawiłem alarm na 20 minut, przymknąłem oczy i po prostu oddawałem się relaksacji. 20 minut to było w sam raz dla jednego człowieka w środku, bo pod koniec – cóż – zaczynało mi się już nudzić. Siedzenie w małej kabince, nawet drewnianej i całkiem uroczej, jednak bez żadnego towarzystwa, nie jest czymś super-ekscytującym. Doświadczenie jednak jak najbardziej ciekawe i nawet dosyć przyjemne!

Po wszystkim przebrałem się i ruszyłem jeszcze na nabrzeże. Nie, nie na to dawniej zalane, pełne martwych drzew czy ruin miasteczka, ale na to dzisiejsze, dla wczasowiczów. Niektóre sklepy były otwarte, chodząc od jednego do drugiego trafiłem w końcu do takiego, który sprzedawał cygara. Zakupiwszy jedno, usiadłem przy stoliku jednej z małych knajpek na świeżym powietrzu obok deptaka udekorowanego palmami. No i kończę mojito, słońce jest już coraz niżej. Niedługo dotknie linii horyzontu! To będzie piękny zachód słońca!

24 lipca, godz. 22.07, Miramar, hotel Miramar

Na tablecie oglądam sobie jakiś film na Netflixie – jest cholernie nudny, dlatego od czasu do czasu zerkam na telewizor w pokoju. To, co widzę, zaczyna mnie coraz bardziej intrygować. Tzn. nie sama treść, ale sposób w jaki ta treść jest prezentowana. A właściwie ‘urabiana’. Patrząc na to, można napisać poradnik, jak zrobić COŚ z niczego. Czyjaś śmierć to nie jest nic, oczywiście, zwłaszcza samobójcza, ale takie rzeczy – jak świat długi i szeroki – się przecież zdarzają. Zdarzyło się i tu, w Argentynie. Najpierw pojawiła się zdawkowa informacja, że w pokoju hotelowym znaleziono powieszone ciało. Potem ekran podzielono na trzy części – po lewej stronie widać reportera, który podniecony biega po ulicy i zaczepia wszystkich przechodniów wypytując o ten hotel oraz dopytuje o nietypowe zdarzenia w okolicy. Na środku pokazywane są na zmianę dwa radiowozy, oba z migoczącymi kogutami na dachu. Chodzi o to, by przyciągnąć uwagę. Po prawej stronie widać dziennikarzy w studiu, którzy co jakiś czas – gdy nie rozmawiają między sobą - wypytują o podłapane ploteczki wspomnianego reportera po lewej stronie ekranu, który w ogromnym podnieceniu biega po ulicach. Film na tablecie coraz bardziej mnie nudzi, za to paski na dole ekranu telewizora zaczynają ewoluować. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Na pasku napis: To nie pierwsze ciało znalezione w tym hotelu. Za chwilę: Hotel Grozy. Kilka minut później: W tym hotelu zawsze działy się dziwne rzeczy. Jeszcze później: Rytualny seksualny akt satanistyczny. Bogowie! Ktoś się pewnie po prostu powiesił, a te dziennikarskie hieny tworzą z tego takie bajki! Reporter biegnie ulicą, podbiega do jakiejś staruszki, a ta… zaczyna go okładać siatką krzycząc, by się odczepił! Ryczę ze śmiechu. No cóż, dziennikarstwo tutaj nie stoi chyba na jakimś wysokim poziomie…

25 lipca, godz. 12.50 - w drodze

Siedzę sobie w autobusie do Cordoby. To stare, kolonialne miasto nie jest daleko, tylko 4 godziny drogi bezpośrednim autobusem z Miramar. Bilet na malutkim dworcu w Miramar kupuje się od pani, który przychodzi do kasy pół godziny wcześniej. Teoretycznie, bo w przypadku dzisiejszego połączenia do kasy przyszła zaledwie 10 minut wcześniej. Jest sześć takich kursów dziennie, od – jak pisze przy okienku – poniedziałku do poniedziałku (hmm?). Bilet kosztuje – przynajmniej obecnie – 2010 pesos – szukanie nic nie wartego 10 pesos trochę mi zajęło, ale pani mi nie popuściła. Trasa jest przyjemna, za oknem widać bladozielone pola, na których za jakiś czas coś będzie pewnie rosnąć. Czasem migną przed oczyma skupiska smutnych drzew. Czemu smutnych? Ich zieleń jest taka… pastelowa, blada, bez życia. No i te chmury – pogoda jest raczej kiepska. Cały czas ma się wrażenie, że będzie padać. I jest zimnawo. No nic, wracam do spania.

25 lipca, wieczór, Cordoba

Dotarłem! Zaraz po opuszczeniu autobusu zakupiłem bilet na 28 lipca, na północ, do Salty. Jazda odbędzie się nocą. Trochę musiałem poczekać gdyż przy kasie wisiała karteczka: „Vuelvo enseguida”, czyli Zaraz Wracam. Okazało się, że pan sprzedający bilety wrócił z… kubeczkiem yerby mate. No oczywiście! Zapytałem go też o bilety do Alta Gracia. To taka mała miejscowość w okolicy. Pan w okienku, miłośnik yerby, poinformował mnie, że nie trzeba do niej kupować wcześniej biletu, bo autobusy jeżdżą tam właściwie co 15 minut i nigdy nie są pełne. Powody chęci udania się do Alta Gracia wyjawię później, albo po prostu przy okazji opisu podróży do tej małej miejscowości (jeśli podróż oczywiście wypali).

Dworzec w Cordobie jest przeogromny! Niemal jak jakieś lotnisko. Są dwa terminale, T-1 to terminal stary, a T-2 to terminal nowy. Naliczyłem, uwaga!, 91 kas biletowych! Mało tego, jest… 85 stanowisk odjazdu autobusów (plataformas). Są oczywiście takie oczywistości jak schody ruchome, podziemne przejście, masa sklepów, kawiarenek, kiosków. Autentycznie czułem się jak na lotnisku! Coś ogromnego! Mieszkanie mam dosłownie 5 minut piechotą od tego kosmicznego dworca i jakieś 10 minut od centrum miasta. Cordoba jest dużym miastem, pełno tu wysokich kamienic, a może raczej bloków, ciągnących się wzdłuż ulic. Ja mam mieszkanie na 13-tym piętrze, a nad nim jest jeszcze kilka innych. Miasto przypomina trochę nowojorskie ulice, zwłaszcza jesienią, choć dzisiaj słońce wydaje się mocno wiosenne. Nie jest pomarańczowe, złociutkie, ale trochę metaliczne i mimo tego, że razi, jest niesamowicie jasne i nie daje za dużo ciepła. Wspomniałem o jesieni – nie bez powodu! Ma się wrażenie obecności tej pory roku ze względu na drzewa mieniące się suchymi, kolorowymi liśćmi. A drzewa są tu wszędzie! Ulice toną między drzewami ciągnącymi się nie tylko wzdłuż chodników, ale również pomiędzy pasami ruchu. Wszystko to wśród wspomnianych, wysokich budynków, których parter zajmują sklepy z artykułami ogólnospożywczymi, warzywniaki, kioski, zakłady fryzjerskie, serwisy telefonów komórkowych, sklepy z ubraniami… Tysiące, dziesiątki tysięcy drobnych punktów usługowych i handlowych. Po mieście jeżdżą też żółte taksówki – i jak tu nie odnosić wrażenie, że jest się w NYC? I te pełne ludzi ulice! Żyjących dniem dzisiejszym, w myśl zasady carpe diem! Jak wspomniał Juan, z którym dzielnie opróżniałem butelki wina przy basenie w Puerto Iguazu, ludzie wydają pieniądze, bo przy takiej inflacji nie ma ich po co trzymać, a bankom nikt już nie ufa. Właśnie jednym okiem zerkam na telewizor i akurat mówią o inflacji – to musi być denerwujące tak słuchać o niej codziennie. Można odnieść wrażenie, że ludzie na złość właśnie jej wydają szybko swoje pieniądze; tak, by pokazać sobie i jej, że nie jest tak źle, że jeszcze człowieka na coś stać. Hmm… Dzisiaj zaniepokoiłem się trochę, bo wpadłem do Burger Kinga by zjeść jakiegoś taniego burgera (choć burgerów nie lubię), ale nie mogłem zapłacić kartą! Ostatecznie zrezygnowałem z wydawania gotówki na jakiś droższy obiad, po prostu kupiłem chleb, szynkę i inne dodatki. Ciężko tu było znaleźć ogórka, ale się udało – dochodzi tu do takich absurdów, że gdy w warzywniaku płaci się gotówką, dostaje się zniżkę 33%! Wszystko by nie transferować pieniędzy do banków!

Po zostawieniu w mieszkaniu dużego plecaka, powędrowałem do centrum. Powiedziałbym, że plac San Martin jest trochę przereklamowany. Owszem, ma katedrę, ale z zewnątrz wygląda ona po prostu jak jakiś stary, kolonialny kościół. Obok niej jest stary budynek ratusza, w centrum stoi czyjś pomnik na koniu (chyba mają jedną foremkę, bo ten koń też, jak wszystkie konie we wszystkich centrach miast, podnosi przednie nogi do przodu), ale reszta nudnych budynków i ruch samochodowy wokół placu sprawiają, że nie czuć tutaj klimatu dawnych lat. Po placu chodzi dużo bezdomnych i podejrzanych typów. Nie sprawia on raczej urzekającego wrażenia. Wnętrze katedry wygląda już lepiej niż jej zewnętrzna forma. Nie jest może tak okazała jak katedry europejskie, ale ma swój klimat. Budować ją zaczęto w XVI wieku, skończono w XVIII, kolorystycznie robi przyjemne wrażenie – ściany i sufit ze wszystkimi malowidłami i zdobieniami toną w ciepłym, złotym kolorze. Wyczuwa się w tym miejscu spokój, po części dlatego, że nie ma w nim zbyt wielu odwiedzających. Szkoda, że w katedrze nie ma czaszek czy kości, ale jak każda szanująca się świątynia, jakąś część zwłok nie byle jakiej persony musi ona posiadać – ta posiada malutką kość jakiegoś świętego (chyba palec u nogi) i odłamek kości, dosłownie wielkości biedronki, jakiejś najwidoczniej zacnej zakonnicy.

Do katedry przylega niepozorny budynek, do którego wszedłem raczej przypadkiem. Museo

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Diariusz argentyński (2023) — czytnik · opowiadania