Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 9 min czytania

Die Schlienge

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Miasteczko Daisy w stanie Texas, rok 1897. Na rynku ludzie rozstawiali szubienicę. Szeryf dumnie nadzorował pracę. W końcu to on złapał najbardziej poszukiwanych morderców na całym Zachodzie. Gdy szubienica już stała, a pętle powiewały na wietrze, na rynek wprowadzono więźniów. Kroczyli po palącym piasku z dumnie podniesionymi głowami, za które wyznaczono pokaźną nagrodę: po sto tysięcy dolarów od łebka. Dero "Krwawy Anioł" Goi. "Stalowy" Jimmy. I "Łopata" Johnson. Nie zwracali uwagi na wyzwiska tłumu i artykuły spożywcze, lecące w ich stronę. Patrzyli tylko na swoje przeznaczenie - W końcu... - powiedział cicho Dero. - Skazany, zamknijcie się! - Krzyknął szeryf i uderzył spętanego więźnia po głowie. Dero zachwiał się, wywołując dziki ryk tłumu. Dotarli do platformy. Szeryf zaczął czytać zarzuty. - Zostaliście skazani za liczne kradzieże, mordowanie społeczności stanu Texas, porwania, wymuszenia, kompletny brak szacunku dla przedstawicieli prawa oraz herezję. Zostaniecie powieszeni jutro w samo południe. Aplauz tłumu zagłuszył ciche protesty oskarżonych.

- Co ty na to, Dero? - Zapytał Łopata. - Chyba tym razem się nie wywiniemy, co? Siedzieli na pryczach w lichej celi. Grube kraty oddzielały ich od strażnika śpiącego na krześle. - Chyba w końcu czeka nas stryczek - odparł Goi. - Szkoda tylko, że w takiej dziurze. I o co właściwie chodzi z tą herezją?! - Pewnie to, jak w Maison porwałeś księdza i mówiłeś, że Bóg to cię może w dupę pocałować - powiedział z uśmiechem Jimmy, - Aaa... To nie mogli tak od razu? A zresztą, nieważne. I tak jutro będziemy dyndać. Swoją drogą strasznie teatralny ten szeryf. "W samo południe". Akurat, gdy będzie największy żar. Nie mógł wybrać innej pory? Rozmowę przerwało ciche skrobanie w kraty. Mężczyźni szybko poderwali się z prycz i podbiegli do okna. Na zewnątrz stała niewysoka Indianka. Gestem dłoni kazała im się odsunąć, po czym polała kraty jakąś substancją. Płyn zaczął się przeżerać przez sztachety. Po niecałej minucie otwór był na tyle duży, by mężczyźni mogli się przez niego przecisnąć. Niezauważeni dobiegli do swoich koni, stojących za gospodą. I tu skończyło się ich szczęście. Z budynku, wyraźnie się zataczając, wyszedł właśnie szeryf. Potknął się o kamień i, by nie upaść, przytrzymał się ściany. Wtedy też zauważył, co się święci. - Więźniowie uciekają! Na jego okrzyk z gospody zaczęli wypływać mieszkańcy Daisy. Nerwowo wyszarpywali z kabur kolty. Jeden czy dwóch próbowało zarzucić lasso. Na szczęście dla Dera i jego kompanów, wszyscy byli po kilku głębszych. A raczej prawie wszyscy. Tęgi sędzia właśnie wytoczył swą monumentalna postać i niewprawnie strzelił. Nigdy wcześniej nie miał kontaktu z bronią. Los jednak chciał, by strzał dotarł do celu. Pocisk przeleciał przez Dera na wylot, zabarwiając białą koszulę szkarłatną juchą. Mężczyzna zachwiał się w siodle, lecz Indianka zgrabnie wskoczyła na jego konia i, przytrzymawszy wodze, nie pozwoliła mu spaść. Chwilę później trzy gniadosze zniknęły za drzewami pobliskiego lasu.

Jechali pełnym galopem. Dero z każdą chwilą stawał się coraz bledszy. Widać był, że każda sekunda jest na wagę złota. Indianka poprowadziła ich w głąb puszczy. W końcu stanęli na małej polance, na której znajdowała się podniszczona chata i szopa pamiętająca lepsze czasy. Wszystko było porośnięte mchem, a na zbutwiałym drewnie rosły karłowate drzewka. Na środku polany, przy dogasającym ognisku, siedział stary człowiek. Jego siwe, splecione w warkocz, włosy sięgały połowy pleców. Czerwona skóra poznaczona była licznymi zmarszczkami i bliznami - wspomnieniem z czasów młodości. W spękanych ustach trzymał długą fajkę, z której dobywała się strużka ciemnozielonego dymu. Na widok przybyszów podniósł się i, z zadziwiającą u takie starca szybkością, podszedł do nich. Z zatroskaną miną spojrzał na ranę Dera. Władczym gestem kazał wnieść go do chaty i położyć na posłaniu. Jimmy i Łopata chwycili przywódcę i delikatnie wnieśli go do wnętrza budynku. Przez chwilę rozglądali się zaciekawieni i trochę przestraszeni. Z krokwi zwieszały się różne rodzaje ptactwa, kilka szynek oraz

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%