Polityka · 42 min czytania
DIKE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Ktoś do niego mówił. Co? Nie mógł zrozumieć. Głos był dziwny. Bardzo dziwny. Docierał z daleka. Ale skąd? Wokoło było biało, a w oddali świeciło jasne światło. Co to znaczy? Gdzie jest? To tylko sen. Jedynie koszmar. Koszmar?! Nie, to było przecież piękne. Tak dawno nie mówił tego słowa. Co by na to powiedział Adan? To sen. Jedynie sen. Może się obudzić, kiedy tylko zechce. Teraz tego chce. Nie- odzywa się głos. Jak to, nie? Przecież to on decyduje, kiedy wrócić do realnego świata. Nie- ponownie słyszy głos. Dlaczego? Chce wrócić. Nie. Tego już stanowczo za wiele! Nie ma najmniejszego zamiaru słuchać tego głosu, nie. Mógłby się chociaż przedstawić. Nie. Dość. Kim jesteś? Kim?! Przecież wiesz. Nie, to niemożliwe. Nie modlił się od tylu lat. Od ilu? Od piętnastu? Dwudziestu? Więcej? Tak. To nie może być Bóg. Przecież on nie istnieje naprawdę. To bajka, którą opowiada się dzieciom, żeby były grzeczne. Boga nie ma! Więc to nie on. W takim razie, kto? Kim jesteś? Wiesz. Nie wiem. Wiesz. Nie. Tak. Zmęczył się już tą grą. Nie bawi go ani trochę. Chce wrócić do świata realnego. Pragnie się przebudzić. Nie, jeszcze nie czas. Najpierw mnie wysłuchasz. Mam ci do opowiedzenia pewną historię. Nie chcę cię słuchać! Nie masz wyboru.. Zdenerwował się. Przecież to on zawsze wydawał rozkazy. Dlaczego teraz jest inaczej? Nie podoba mu się to. Siada jednak. Najwidoczniej nie ma innego wyjścia z tej dziwnej sytuacji. Podłoga jest jakaś miękka. Jakby z puchu. Powietrze też nie takie, jak na ziemi. Świeże i chłodne. Jest zmęczony. Kładzie się. To nie podłoga- to chmura. Już o niczym nie myśli. Po prostu słucha. - Opowiem ci coś. Być może cię zainteresuje. Słuchaj uważnie. Jest to historia o człowieku, który we śnie został przeniesiony do innego układu gwiezdnego i tam stanął przed zwierzęcym trybunałem. Jeśli nie znajdzie dwóch istot, które staną w jego obronie, zginie cały gatunek ludzki. Jedynie pies przyszedł do pana, wszystkie pozostałe twierdziły, że byłoby im lepiej, gdyby człowiek nie istniał. W chwili, kiedy miał już zapaść wyrok skazujący, pojawił się drugi obrońca. Tą drugą istotą, która uznała, że człowiek powinien żyć nadal, okazał się komar. A teraz pomyśl. Czy inni ludzie to dla ciebie nie takie właśnie komary? Zabiłeś je, gdy ci przeszkadzały. Traktowałeś, jak robaki. Pamiętaj jednak, że to nasze wybory ukazują, kim my jesteśmy, nie zaś to, jakie mamy zdolności. Zastanów się, czy dobrze wybrałeś? I nie zapominaj, że jak ty innych traktujesz, tak oni będą traktować ciebie. Przysłowie bowiem mówi „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie". Kim jesteś, że śmiesz tak do mnie mówić?! Wiesz… Motabisku obudził się zlany zimnym potem. Kimkolwiek był ten, który do niego przemawiał, miał rację. Nie postępował dobrze. Same dobre intencje nie wystarczą. Zresztą i one w pewnym momencie gdzieś się zapodziały. Gdzie? Kto to wie. Miał rację. Trzeba było naprawić błędy. Ale jak? Przeczytał w życiu wiele książek. Jednego fragmentu nauczył się jednak na pamięć. Była to jego prywatna Biblia. „Życie to walka. Ale w naturze człowieka leży, by wznieść się ponad tę walkę. Po co? Po to, by stworzyć lepszy świat." Dlaczego mu się nie udało? Gdzie popełnił błąd? Gdzie?!!!
Był pierwszy czerwca. Dzień zapowiadał się cudownie. Prognostycy twierdzili, że będzie świecić słońce, a temperatura osiągnie 30 stopni Celsjusza. Prezydent Motabisku siedział w swym gabinecie. Przeglądał jakieś dokumenty. W budynku nikogo jeszcze nie było. Wszyscy zjawiali się dopiero o dziewiątej rano, była natomiast dopiero szósta trzydzieści. „Jeszcze trochę"- pomyślał. Czas płynął dla niego bardzo wolno. Pół godziny zdawało się być całą wiecznością. Spojrzał na zegar. Była szósta pięćdziesiąt pięć. Włączył komputer. - Kanał kodowany. Proszę podać hasło- odezwał się kobiecy głos. - Relampago- odpowiedział. - Zgodność hasła potwierdzona. Proszę podać numer identyfikacyjny. - Numer AB 10022 D333 CK500 X. - Numer potwierdzony. Proszę mówić. - Tu prezydent Arnold Motabisku. Wybiła Godzina X- powiedział. Wiadomość ta dotarła równocześnie do gubernatorów Azji, Ameryki Południowej, Europy, Afryki i Australii. Wbrew pozorom nie był to kod… „Wybiła Godzina X"- zabrzmiało na wszystkich kontynentach.
„Boże, ratuj"- powiedziała Chawwa. Nagle przeszył ją dreszcz. Wiedziała, że coś jest nie tak, jak powinno być. Nie wiadomo, dlaczego, niespodziewanie słońce zaszło za chmury, a niebo zmieniło swój kolor z błękitnego na granatowy. Zaczął wiać silny, zachodni wiatr unosząc nad pustynią tumany piasku.
Motabisku spojrzał przez okno. „Co się, u diabła, dzieje?"- spytał przerażony. Nagle pociemniało i zrobiło się zimno.
Federico Oreiro de Santibanez spał jeszcze. Była piąta nad ranem. Obudził go głos prezydenta. W momencie, gdy usłyszał jego słowa stało się coś dziwnego. Nagle zaczął padać… śnieg… W Meksyku nie zdarzyło się coś podobnego od prawie dwudziestu lat!
Generał Iwan Balonkow jadł właśnie obiad, gdy jego sekretarka zapowiedziała rozmowę na kanale kodowanym. W momencie, gdy rozłączył się z prezydentem dostał wiadomość o zatonięciu pięciu statków moskiewskiej floty…
Część 22 / 3
Generał Czeslowic wybierał się na lunch, gdy otrzymał prezydencką wiadomość. „A więc to już"- pomyślał. Przymknął oczy. Zawsze to robił, gdy rozmyślał o czymś istotnym. W momencie, gdy je otwarł przeraził się. Za oknem było zupełnie ciemno, mimo że wybiło właśnie południe…
Mohhamed Kali był bardzo zdenerwowany po ostatniej rozmowie z Jacobsem. Wiedział, że prezydentowi nie podoba się niezdecydowanie. Sytuacja w Afryce nie była najlepsza. A jemu nie udało się do końca stłumić buntu. Gdyby tylko Jacobs wiedział… - Wybiła Godzina X- usłyszał. Nagle. Niespodziewanie silny wiatr otwarł okno. Do pokoju dostał się pustynny piasek. Niebo zasnuło się ciemnymi chmurami…
Don Smith właśnie skończył kolację. Dochodziła dwudziesta druga. Jechał ulicami Sydney rozmyślając o przyszłości tego pięknego miasta. Wtedy właśnie komputer pokładowy w ślizgaczu zapowiedział rozmowę na kanale kodowanym. „A więc to już"- pomyślał, gdy rozłączył się z prezydentem. Nagle niego rozbłysło. Rozpoczęła się burza. „Co się dzieje?"…
Terror trwał już od dziesięciu lat. Motabisku zgniatał swoich przeciwników, jak dziadek do orzechów zgniata orzechy. Nie pozwalał na żadne antyrządowe postawy. Jednak nigdy sam, bezpośrednio, nie zabił człowieka. Elena Martinez zmarła piątego października 2023 roku. Jej syn, Adan, poznał swojego ojca. Prezydent uznał go i nadał mu swoje nazwisko. Życie tego chłopca zmieniło się jednak nie do poznania. Przestał uczęszczać do szkoły, w której się uczył. Ojciec uznał, że to niebezpieczne. „Ktoś mógłby cię zabić ze względu na mnie"- powtarzał wielokrotnie. Adan uczył się w domu z prywatnymi nauczycielami. Ojciec próbował go pokochać, choćby ze względu na pamięć o Elenie, jednak nie potrafił. Nie spędzał z synem nawet godziny tygodniowo. Zawsze był zajęty pracą… Adan nie miał przyjaciół. Musiał przeprowadzić się do Waszyngtonu, którego nie znał, opuścić ukochane Buenos Aires, zerwać kontakty za znajomymi. Jego życie, dotychczas piękne i radosne, zmieniło się w koszmar. „Ojciec zniszczył moją mamę, a teraz niszczy mnie, gdyż nie jest zdolny do miłości. On potrafi tylko brać- nie zaś dawać."- pisał w swoim pamiętniku. Mijały lata. Adan dojrzewał. Widział wokoło ludzkie cierpienie- biedę, głód, choroby i śmierć. Wielkie imperium, którego stworzenie było marzeniem Arnolda Motabisku okazało się cmentarzem cywilizacji. Stworzył jedno, wielkie państwo… Jedno państwo tak zwanego „trzeciego świata". Nie było już potęg i krajów biednych, które mogłyby liczyć na pomoc bogatszych. Wszędzie panowała taka sama, zła, wręcz tragiczna, sytuacja. Adan nie był podobny do ojca. Był wrażliwy, delikatny. Lubił czytać, interesował się historią, poezją, muzyką klasyczną. Wierzył w Boga. Codziennie się modlił. Rano, wieczorem, przed posiłkami. Marzył o tym, by co niedzielę uczestniczyć we mszy świętej. To jednak nie było możliwe. Zaraz bowiem po przejęciu władzy Motabisku zamknął wszystkie kościoły, a księży zamordował. Za to Adan nienawidził go najbardziej. W roku 2029 Motabisku obwołał się królem planety Ziemia. Tak też rozkazał się tytułować. Sytuacja trochę się polepszyła w 2031. Niestety, na zaledwie siedem miesięcy. Dało to jednak ludziom nadzieję, że świat można jeszcze naprawić. Znów powstawały partie antyrządowe. Ludzie postanowili obalić tyrana. Jednym z najzagożalej walczących o odzyskanie wolności był Juan del Fuego, któremu udało się, w 2028, uciec z więzienia. Gorąco popierali go wszyscy Latynosi. Jednak największym idolem i wzorem do naśladowania, wręcz bohaterem, był on dla Adana Motabisku…
Komputer. Rejestr 6668427. Zapisz. Dzięki Bogu, ojciec już wyjechał. Nareszcie przez kilka dni będę mógł odpocząć od jego bezsensownych, politycznych gadek. Mogę teraz codziennie widywać się z profesorem. Jestem szczęśliwy. Od tak dawna nie byłem już szczęśliwy. A przecież to takie proste. Wystarczy jedynie uwolnić się od ojca. Tylko jak to zrobić? On nie pozwoli mi tak łatwo odejść. Wyśle za mną swych zbirów. Znajdą mnie choćby na końcu świata. Nie mam szans. Wolałbym nigdy się nie dowiedzieć, że jest moim ojcem. Zamknij.
Komputer. Rejestr 6668428. Zapisz. Kilka dni temu czytałem pewien utwór sceniczny z XIX wieku. Nie mogę przestać o nim myśleć. Cały czas, cokolwiek się nie dzieje, przypominam sobie o tym dramacie. A, byłbym zapomniał, to „Dzika kaczka" Henrika Ibsena. Myślę sobie, że moja matka mogła mi nie mówić o ojcu. Ta prawda zniszczyła mi życie. Wiem, wiem, że chciała dla mnie jak najlepiej, ale… Byłem kiedyś szczęśliwy, a teraz… Nie potrafię się już prawie niczym cieszyć. Chyba rzeczywiście najlepszym lekarstwem jest życiowe kłamstwo. Zamknij.
Część 33 / 3
Komputer. Rejestr 6668429. Zapisz. Nadal nie mogę zapomnieć o tym dramacie. Co się stało? Jeszcze nigdy nie rozmyślałem o niczym tak długo. Prawda mnie zabiła. Zabiła moją duszę i serce. Jestem pusty. Nie potrafię już kochać. Już nigdy nikogo nie pokocham. Ojciec odebrał mi nadzieję na spokojne i szczęśliwe życie. Nienawidzę go. Moja miłość umarła razem z mamą. Zamknij.
Komputer. Rejestr 6668438. Zapisz. Postanowiłem uciec. Nie wytrzymam już dłużej. Ojciec wrócił wczoraj. Był okropny. Jeszcze gorszy, niż zawsze. Jokiti go zostawiła. Zniknęła gdzieś bez śladu. Dobrze mu tak! Nie zasłużył sobie na taką dobrą kobietę, jak ona. Nie zasłużył na żadną, nawet najgorszą. Powinien żyć samotnie. Może wtedy by zrozumiał swe błędy. Mam nadzieję, że kiedyś tak się stanie. Będę próbował odnaleźć Juana del Fuego. Uda mi się. Musi mi się udać. Słyszałem, że widziano go ostatnio w Jerozolimie. Tam pojadę najpierw. To postanowione. Profesor obiecał, że mi pomoże. Nie mogę go jednak narażać. Gdyby ojciec się dowiedział, zabiłby go- z mojego powodu. Nie mogę do tego dopuścić. Zamknij.
Minęło kilka kolejnych dni. Chawwa i Adan spotykali się codziennie na skrzyżowaniu Allenby Road i bulwaru Rotschilda. Na ławeczce. Od tamtego popołudnia nie siadała już sama. Zawsze był z nią on. Dobrze się rozumieli. Oboje byli czuli na ludzkie cierpienie. Oboje chcieli pomóc światu, uratować go przed tyranem. Chawwa nie wiedziała jednak o Adanie wszystkiego. Nie miał odwagi wyjawić jej swego nazwiska. Chciał jak najdłużej utrzymać je w tajemnicy. Nadeszła jednak odpowiednia pora na jej wyjawienie. Adan postanowił przedstawić dziewczynę Juanowi. Wiele mu o niej opowiadał. Musiał jedynie powiedzieć jej, że jest synem króla. Jedynie… Był to dla Chawwy prawdziwy szok. Wszystkiego się spodziewała, ale nie tego. To było jak nagłe uderzenie pioruna. Jak zupełnie niespodziewana burza p0iaskowa. Zamarła. Syn króla…Syn mordercy…Syn człowieka, o którym mówił z taką nienawiścią… Syn… Motabisku…To nazwisko… Tak nienawidzone przez tylu ludzi…Nazwisko człowieka…którego pokochała… „Motabisku" -powtarzała w myślach-„Motabisku"… Syn króla…Książę…Następca tronu. Jedyny i prawowity następca potęgi króla…Potęgi okupionej krwią tysięcy, a może i milionów niewinnych ludzi… „Następca… Książę… Motabisku…" To było tak absurdalnie. Mówi się przecież, że „niedaleko pada jabłko od jabłoni". Adan był natomiast tak różny od swego ojca. Nie mieli chyba żadnych cech wspólnych. Nic, prócz nazwiska… I krwi…
Powiedział jej o tym przeszło półtora tygodnia temu. Prosiła o czas do namysłu. Przychodził na skrzyżowanie codziennie, jednak jej nie było. Nie znał jej adresu, nie wiedział nawet, w jakiej dzielnicy mieszka. Gdzie miał jej szukać? Nikt mu nie potrafił pomóc. Złamane serce boli. Na miłość nie ma lekarstwa. Adan natomiast pokochał Chawwę. Długo nie zdawał sobie z tego sprawy. Jednak wreszcie zrozumiał. Nie potrafił bez niej żyć. Znów stracił życiową energię, ochotę do działania. Stał się zupełnie bezużyteczny. Nie tracił jedynie nadziei. Co dzień przychodził na skwerek i czekał. Czekał, czekał i się doczekał… Pojawiła się po prawie dwóch tygodniach. Już tam był. Właściwie chciał odejść, gdy ją dostrzegł. Obawiał się, że ma przywidzenia. Tak bardzo pragnął, by przyszła…Jednak to była Chawwa!
„Jest pierwszy dzień czerwca 1793 roku. W więzieniu przebywam już od dwunastu miesięcy. Zostałem aresztowany przez jakobinów, jako żyrondysta, który sprzeciwiał się rozwiązaniu Legislatywy i stworzeniu Konwentu. Już wkrótce zakończę me życie, czuję zbliżającą się śmierć. Postanowiłem więc opowiedzieć wam o moich losach. Nazywam się Georges Poitier. Urodziłem się piątego maja 1760 roku w rodzinie mieszczańskiej. Mój ojciec był bankierem, posiadaliśmy duży majątek, jednak nigdy nie mieliśmy wpływu na politykę, jako że pochodziliśmy z tak zwanego stanu trzeciego. Czternaście lat przeżyłem pod rządami króla Ludwika XV. Był to władca nieudolny, który nie potrafił zaradzić problemom panującym w naszym kraju. Pieniądze podatników wydawał on na rozrywki, przede wszystkim jednak na pałac w Wersalu. Piękny to był budynek, jednak… Podatków, oczywiście, nie płacili przedstawiciele dwóch pierwszych stanów- duchowieństwa i szlachty. Niewiele zmieniło się, gdy na tron francuski wstąpił, dwudziestoletni wówczas, Ludwik XVI. Ten, o sześć lat ode mnie starszy, młodzieniec, ożeniony z Marią Antoniną, księżniczką austriacką, również roztrwaniał majątek. Miałem dwadzieścia jeden lat, gdy na „arenie" pojawił się Emanuel Sieyes, autor broszury „Co to jest stan trzeci?", która szybko stała się powszechna. Również ja byłem jego gorącym zwolennikiem. W roku 1789, 5 maja- w moje dwudzieste dziewiąte urodziny, król zwołał Stany Generalne. Było to doprawdy zaskakujące. Nie zwoływano ich bowiem od 1614 roku, gdyż ograniczały one władzę absolutną. Zostałem jednym z przedstawicieli mojego stanu. Na czele stał sam Emanuel Sieyes- człowiek, dla którego gotów byłem poświęcić życie. Mój bohater. Marzyłem o tym, by pójść w jego ślady… Dnia dwudziestego czerwca przybyliśmy do sali obrad. Drzwi były zamknięte. Nie zraziło to jednak mnie ani moich kompanów. Udaliśmy się do jedynego otwartego pomieszczenia- sali Jeu de paume służącej do gry w piłkę. Jako przedstawiciele Zgromadzenia Narodowego złożyliśmy tam uroczystą przysięgę. - Ja, Emanuel Sieyes i wszyscy przedstawiciele stanu trzeciego obiecujemy nie opuścić tej sali aż do czasu, gdy damy Francji konstytucję. Tak nam dopomóż Bóg! - Tak nam dopomóż Bóg!- odezwały się krzyki- Tak nam dopomóż Bóg! - Niech żyje Francja! Vive la France! Niech żyje stan trzeci! Już wkrótce przyłączyło się do nas duchowieństwo, a w niedługim czasie wszystkie stany połączyły się tworząc niezapomnianą Konstytuantę. To było niesamowite- przedstawiciele wszystkich klas razem, przeciw królowi- człowiekowi nieudolnemu, którego wojsko nie mogło już nas przestraszyć. - Cofnąć nas mogą tylko bagnety!- zawołał jeden z obradujących. Lud zaniepokoił się reakcją władcy na powstanie Zgromadzenia Narodowego Konstytucyjnego. Razem z armią Ludwik XVI ruszył na Wersal. Ludność Paryża chwyciła za broń. Czternastego lipca 1789- nigdy nie zapomnę tego dnia. Ani ja, ani żaden z mieszkańców francuskiej stolicy. Zburzenie Bastylii- wtedy się wszystko rozpoczęło. Symboliczny koniec absolutyzmu. „Dlaczego musiało do tego dojść?"- zadaję sobie pytanie. Nareszcie powróciłem do domu na dłuższy czas. Moja młoda i piękna żona, Margot, była przerażona sytuacją panującą w Paryżu. Chciała wyjechać na wieś. - Kochanie- powiedziałem pewnego dnia- to nie jest dobry pomysł. Wszyscy nędzarze i rozbójnicy uciekli właśnie na wieś. Rewolucja dotarła tam razem z nimi. Tak, to były okropne dni. Później ktoś nazwał je Wielką Trwogą. Doskonałe, trafne określenie! Biedacy napadali na dwory arystokracji i duchowieństwa rabując je i niszcząc doszczętnie. Musieliśmy zadziałać. Był to nasz społeczny obowiązek- wobec ludu Francji i wobec siebie. Reformy wprowadzone przez nas w dniach czwartym i piątym sierpnia były wielkim zwycięstwem Konstytuanty. Znieśliśmy feudalizm, który był ostoją państwa, jego podstawą od XIII wieku. Ludność miasta wyszła na ulice. Świętowano zwycięstwo nad królem, absolutyzmem, podziałem stanowym. Nawet Margot, tak przygnębiona od maja, zaczęła się uśmiechać. „Czyżby to był nasz triumf?"- pytałem. Gdybym wówczas wiedział, gdyby wiedzieli ci wszyscy świętujący na ulicach ludzie, co przyniosą kolejne lata… Chciałbym móc zmienić historię, cofnąć czas i nie dopuścić do zwołania Stanów Generalnych. Niestety… We wrześniu 1791- kolejny sukces. Daliśmy narodowi upragnioną konstytucję. - Ludzie rodzą się i żyją wolni i równi wobec prawa- rzekł jeden z przedstawicieli Konstytuanty. - Celem każdej organizacji politycznej jest utrzymanie naturalnych i nieprzedawnionych praw człowieka- dopowiedział drugi. Spisaliśmy wszystkie postulaty- tak powstała pierwsza w dziejach Francji konstytucja. Ciekawe, że polską obalono tak szybko. Nie pomyśleliśmy, iż u nas może stać się podobnie. Kolejny błąd. Za dużo błędów popełniliśmy. Dlatego tu jestem- w ciemnym, zimnym, wilgotnym pomieszczeniu więziennym. Nikogo nie winię, Bóg mnie ukarał. Mogłem do tego nie dopuścić. Sumienie- szkoda, że odezwało się tak późno. Szkoda- zginęło tylu niewinnych ludzi… Może jednak to było konieczne? Znów za dużo rozmyślam. Od momentu, gdy mnie aresztowano, nieustannie rozmyślam. Co robi Margot? Czy jest szczęśliwa? Chciałbym, żeby była. Wszystko to robiłem dla niej. Z miłości. Och, trzeba było pozostać w domu i nie zajmować się polityką… Wywołaliśmy wojnę. Kolejny błąd. Za dużo ich, za dużo. Tak bardzo chcieliśmy zaradzić problemom. Nie wystarczyła nam walka wewnętrzna- musieliśmy zaangażować w to Austrię i Prusy. Ponosiliśmy ciągłe klęski. Koalicja była silniejsza niż przypuszczaliśmy. Wydaliśmy więc odezwę „Ojczyzna w niebezpieczeństwie" wzywającą do walki. Nigdy nie zapomnę- zresztą niewiele już mi czasu pozostało- gdy do Paryża przybył oddział ochotników z Marsylii. Byli radośni, pełni życia i nadziei. - Do broni, hej! Ojczyzny dzieci! Czas wieńcem chwały ubrać skroń! Do walki ludu stań!- śpiewali. Ta pieśń, tak piękna, nadal „grzeje" me serce i sprawia, że łzy płyną mi po licach. Oni też zginęli. Wiedzieli, iż zginą, a jednak śpiewali. Dlaczego? Dlaczego ja nie miałem tyle odwagi? Wybuchła druga rewolucja.… Było to w dniach dziewiątym i dziesiątym sierpnia 1792 roku. Czy było to konieczne? Wtedy zaczęło się najgorsze. Jakobini- Danton. Oni wszyscy. Niech ich piekło pochłonie! Wybacz Boże! Stworzyli piekło tu, we Francji, w swej własnej ojczyźnie. Zniszczyli wszystko. Przekreślili dzieło konstytucji- wprowadzili terror. Nikt już nie mógł spać spokojnie. Pamiętam zapłakaną Margot, siedzącą w nocy na stołku. Wsłuchiwała się w hałasy uliczne. - Co z nami będzie?- pytała. Odpowiedź nadeszła wkrótce. Przyszli wieczorem. Zapukali do drzwi… - Aresztujemy was, obywatelu w imię rewolucji. Użyjemy broni, jeśli stawisz opór.- Margot płakała, krzyczała… Serce mnie ściska na jej wspomnienie. Przecież mogłem temu zapobiec. Dlaczego nie urodziłem się sto lat wcześniej? Dlaczego? We wrześniu, dwudziestego, 1792 roku, zwyciężyliśmy koalicję pod Valmy. Przestraszyli się nas i wycofali. Dziwne. Jednak to zwycięstwo. Może to znak? Tak. Dwa miesiące temu Robespierre zwyciężył ostatecznie. Ludwik XVI i Maria Antonina zostali ścięci. Może więc zwyciężyliśmy? - Jedzenie!- woła strażnik więzienny. Muszę kończyć. To moje życie było dziwne. Nie boję się go stracić. Śmierć jest bliska. Czuję… Walczyłem o dobro mego narodu, o równość wobec prawa i tolerancję. Chciałem uwolnić Francuzów od władzy tyrana. Co zrobiłem? Dałem im nowego. Robespierre… Och, ten jakobin! Chciałbym walczyć pod Valmy i tam stracić życie. Na polu chwały. Nie… Stracą mnie, podobne jak przeszło dwa tysiące innych ludzi. Mam