Melodramat · 57 min czytania
Dla Ciebie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudziłam się dziś przed szóstą rano. Otworzyłam powieki, popatrzyłam w okno, a potem na szary, przykurzony sufit. Sprawdzałam czy wszystko wokół mnie jest dokładnie takie samo, jakie było, kiedy kładłam się spać. Od paru lat miałam nawyk zasypiania i budzenia się, zawsze w tej samej pozycji. Leżałam na wznak z lewą dłonią na piersi, a prawa spoczywała na brzuchu. Miałam wrażenie, że to moje przyzwyczajenie staję się swojego rodzaju fobią, która powodowała w nocy spięcie mięśni, ból kości i płytki sen. Budziłam się zmęczona, z ciężką głową i spiętymi mięśniami. Była słoneczna sobota, która kojarzyła mi się wprawdzie ze sprzątaniem, robieniem przetworów, zbieraniem owoców i kąpaniem psa, ale to właśnie w ten dzień odpoczywałam najintensywniej. Mogłam z rana usiąść na wiklinowym fotelu i popatrzyć spokojnie w błękitne niebo, spoglądać na motyla przelatującego koło różowych piwonii i na pszczoły gnieżdżące się na różnobarwnych astrach – ukochanych kwiatach mojej mamy. Kubuś, mój ukochany sześciolatek, który był moją wielką miłością i dumą, uwielbiał przebywać w sobotnie poranki w ogrodzie. Bawił się z Czarkiem, naszym owczarkiem niemieckim, kotami, które przechodziły przez dziurawy płot od sąsiadki Pani Lodzi i kurami, które łapał bez skrępowania za pióra i tylko na głośny krzyk babci, puszczał je wolno patrząc na moją rozbawioną twarz, która spoglądała na niego z miłością, a zarazem z olbrzymim zatroskaniem. Nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze płakać przy Kubusiu, który był bardzo wrażliwym i zamkniętym w sobie chłopcem. Sama pamiętam jeszcze z lat dzieciństwa jak babcia Wiesia, opowiadała mi historię o ludziach, którzy płaczem zwoływali na siebie nieszczęścia i smutki. Nauczyła mnie, abym płakała tylko wtedy, kiedy jest ku temu faktyczna przyczyna, bo inaczej w moim życiu będą pojawiały się same przygnębiające rzeczy, a ja w końcu wpadnę w depresje. Na moje pytanie, co to jest depresja, babcia już nie odpowiedziała. Może sama nie wiedziała, co to jest, albo wiedziała, a nie chciała mi, małej dziewczynce mącić w głowie, trudnymi do ogarnięcia przez dziecko terminami. – Mamusiu wstawaj – powiedział swoim słodkim głosem Kubuś, budząc mnie z porannego amoku – chciałbym iść pobiegać boso po trawie, jest taka piękna pogoda, a Czarek już na mnie czeka przed domem. – Oczywiście, że możesz iść, tylko ubierz te brązowe spodnie i czarną koszulkę, bo twoje zabawy z Czarkiem kończą się z reguły w błocie – powiedziałam z udawanym lękiem w oczach, aż Kubuś na ich widok zaśmiał się tak głośno, że wróbel ćwierkający na parapecie, spłoszony odleciał w dal. Z samego rana zabierałam się za porządki domowe, które wbrew pozorom, bardzo mnie relaksowały i dodawały energii na całe popołudnie. W sobotnie wieczory pachniało w naszym drewnianym domu makowcem albo sernikiem, czasem mama piekła jabłecznik, ale jej narzekanie, że jest za słodki lub za kwaśny, przyprawiał mnie o zawrót głowy, więc kazałam jej więcej jabłecznika nie piec. Pod wieczór siadałyśmy na tarasie i konsumowałyśmy wypieki, popijając kawę i plotkując o sąsiadach, o mojej pracy, o dzieciach bawiących się w sadzie, a nawet o młodym i bardzo przystojnym wikarym, który przybył miesiąc temu do naszej małej parafii. Kiedy robił się wieczór, mama zabierała Kubusia do sąsiadki zza płotu – Pani Lodzi. Mieszkała ona z synem, jego żoną i ich czteroletnim synkiem Adasiem. Ja miałam wtedy wreszcie czas dla siebie. Robiłam sobie herbatę lipową z plastrem cytryny, siadałam w głębokim fotelu i rozmyślałam o przeszłości. Moja siostra Anka była piękną kobietą, z niezwykle tajemniczą i szlachetną twarzą. Miała duże niebieskie oczy, które okalały długie rzęsy, regularnie wyrzeźbione usta i szpiczasty mały nosek. Odkąd pamiętam, czułam się przy niej jak przysłowiowy kopciuszek. Przyznawałam się sama przed sobą, że w głębi serca nie znosiłam jej za to, jaka była. Nie znosiłam tego, jak patrzyli na nią moi koledzy, jak tuliła ją babcia, gdy tylko uderzyła się o kant stołu, jak wujek i ciocia dogadzali małej Ani przy wyborze ciastka w cukierni, w końcu nie mogłam znieść zachowania moich rodziców, dla których była zawsze oczkiem w głowie. Tłumaczenie, że była młodsza i powinnam zrozumieć ich postępowanie nie robiło na mnie wrażenia. Wiedziałam, że pod każdym względem byłam gorsza od własnej siostry i że nigdy nie zdobędę takiej miłości rodziców, jaką ją obdarzali. Tym większa była moja radość, gdy Anka oznajmiła nam, że zaraz po liceum wyjeżdża do Francji, ze swoją przyjaciółką Agatą. Byłam bardzo zadowolona z decyzji, jaką podjęła moja siostra, bo po raz pierwszy sprzeciwiła się woli rodziców, którzy marzyli żeby wyjechała z naszej małej wsi na studia. Miała robić karierę prawniczą lub lekarską i wrócić po latach z workiem pieniędzy, które pozwolą rodzicom nie pracować do końca życia. Tak myślało większość mieszkańców naszej małej górskiej wioski, których jedyną dumą były dzieci i plony jakie przynosiło gospodarstwo. Kończyłam już czwarty rok studiów pedagogicznych i nie wiele czasu brakowało mi do osiągnięcia wymarzonego celu. Miałam nadzieję, że dyplom otworzy mi drzwi do serca rodziców, że w końcu w ich mniemaniu, będę tą lepszą i tą bardziej wartościową córką. Rodzice byli prostymi ludźmi, którzy przez całe swoje życie pracowali na roli, poświęcając czas i siły na uprawę ziemniaków i buraków na dużą skalę. Wstawali o czwartej nad ranem, dawali jeść kurom, gęsiom i świnią. Mama wyprowadzała na łąkę krowy, a ojciec zapalał swój stary wysłużony ciągnik i jechał w pole. Koło siódmej rano oby dwoje wyruszali na targ z tym, co mieli akurat do sprzedania. Od dziecka wstawałam wcześnie rano, by zrobić rodzicom kanapki i nalać herbaty do termosu. Nie mogłam pozwolić na to by wyjeżdżali na kilka godzin o głodzie i bez picia. Kiedy w domu nie było już nikogo, a moja siostra smacznie spała do południa, ja zajmowałam się gotowaniem, sprzątaniem i uczeniem się do egzaminów. Rodzice odradzali mi studia. Według nich powinnam zostać na roli i pomagać w domu. Skończyć uczelnie i zdobyć dobre wykształcenie miała moja siostra, jak mawiali, kiedy tylko zaczynałam temat studiów. Uparłam się jednak i postawiłam na swoim. Zdałam egzaminy, załatwiłam akademik i wyjechałam do Krakowa. Od początku nie mogłam zaaklimatyzować się w wielkim mieście. Krążąc między setkami obcych twarzy czułam się wyobcowana i zalękniona. Wchodząc do wielkich supermarketów zapełnionych towarami i pędzącymi ludźmi, czułam splątanie i dławienie w gardle. Chciałam wracać do mojego drewnianego, pachnącego wypiekami, ziołami i przetworami domu, gdzie ściany, choć szare i okurzone stawały się latem taflą lodu, do której mogłam przyłożyć rozgrzaną od słońca twarz, gdzie zimna deszczówka, stawała się źródłem zdrowia, gdy polewałam się nią w środku nocy pośród drzew i pachnących kwiatów, gdzie czuje zapach świeżego jabłka prosto z drzewa, truskawki urwanej wprost z krzaka i ciepłego mleka prosto od krowy. Mimo przeciwności losu, postanowiłam nie poddawać się i zostałam w Krakowie. Na studiach szło mi całkiem dobrze, pewnie, dlatego, że całymi dniami nie robiłam nic innego, tylko siedziałam i wkuwałam wiedzę z psychologii, pedagogiki i z filozofii. Byłam osobą bardzo zamkniętą w sobie, dlatego moje grono znajomych ograniczało się do koleżanek z pokoju w akademiku i sporadycznych konwersacji z wykładowcami. Dopiero na czwartym roku trochę wyluzowałam z nauką zaczęłam częściej wychodzić ze znajomymi, których poznawałam najczęściej, przez moje koleżanki na prywatkach, lub dyskotekach studenckich. Zawsze byłam uważana za osobę małomówną i nieśmiałą, która nie umie się bawić, a jedyne, co mi dobrze wychodziło, to podtrzymywanie ścian na prywatkach i rozmawianie o książkach. Taka była opinia o mnie. Trudno, nie zabiegałam nigdy o inną, choć przyznam, że po takich ocenach, moje poczucie własnej wartości bardzo cierpiało. Onieśmielał mnie zawsze moment, gdy ktoś próbował namówić mnie na alkohol. Nigdy nie złamałam jednak swojego postanowienia. Gdy parę lat temu dziadka Staszka wódka zabrała na tamten świat, przysięgłam sobie, że nigdy nie napiję się nawet przysłowiowego kieliszka. Zresztą mój ojciec też był alkoholikiem, przy tym jednak pracowitym człowiekiem, dbającym o gospodarstwo, – które było dla niego wszystkim – kochającym matkę i darzącym ją szacunkiem. Był wytrawnym alkoholikiem, jak nazywał siebie ojciec. Nie pił byle czego. Sam pędził bimber jabłkowy w piwnicy, robił domowym sposobem piwa, które sprzedawał do lokalnych sklepów, a w lecie specjalnie dla mamy przygotowywał nalewki z malin. Życie w dużym mieście coraz bardziej zaczęło mnie wciągać w swój rytm. Coraz rzadziej też jeździłam na wieś. Rodziców odwiedzałam przeważnie raz na miesiąc, sporadycznie zdarzało się, że pojawiałam się u nich dwa razy w miesiącu i to tylko wtedy, gdy mama upiekła placka, lub ugotowała moje ulubione gołąbki. Wracałam późnym wieczorem do akademika, obładowana jedzeniem, owocami i świeżym mlekiem. Czwarty rok studiów był nie tylko przełomowy w moim życiu pod względem dobrej passy w nauce. Poznałam również mężczyznę swojego życia – tak przynamniej mi się wtedy wydawało. Był kolegą brata mojej koleżanki z akademika Magdy. Ciemny blondyn z niebieskimi oczami, z delikatnym zarostem, z ładnie wyprofilowanym nosem, zrobił na mnie wrażenie już pierwszego dnia, gdy zobaczyłam go na imprezie urodzinowej koleżanki. Po raz pierwszy ktoś wywarł na mnie tak wielki wpływ swoim zachowaniem i wyglądem. Czułam się bardzo dobrze z uczuciem, jakim zaczęłam darzyć tego człowieka, choć sama nie wiedziałam, czy to była miłość czy tylko zauroczenie. Nigdy przecież jeszcze nie kochałam żadnego mężczyzny. Domyślałam się, że ja też mu wpadłam w oko, choć na początku tego nie okazywał i rozmawiał ze mną w obojętny sposób. Potem miałam okazję, widzieć go ponownie, w knajpce studenckiej „Ołówek”, na jakiejś potańcówce, na które specjalnie nie lubiłam chodzić, ale dałam się namówić głównie ze względu na Tomka, bo tak miał na imię, chłopak w którym się zakochałam. Po kilku dniach zaprosił mnie do kina na jakiś sensacyjny polski film. Nie była to moja wymarzona randka, bo wolałam pójść do jakieś restauracji, albo wyjechać na piknik za miasto, ale w domu rodzinnym nie nauczono mnie marudzić, tylko przyjmować życie takim, jakie jest i cieszyć się z drobnych rzeczy. Cieniem na moje szczęście kładły się słowa Magdy – mojej przyjaciółki z akademika, na którą zawsze mogłam liczyć, pomimo ciężkiego charakteru i neurotycznej osobowości. Ostrzegała mnie przed Tomkiem wielokrotnie, dając do zrozumienia, że nie pasujemy do siebie. Poza tym zdradziła mi, że chłopak nie stroni od mocnych trunków, które nie rzadko wpędzały go w tarapaty. Zdawałam sobie sprawy z jej ostrzeżeń, ale z drugiej strony wiedziałam, że z alkoholem można, a nawet trzeba walczyć. Postawiłam sobie za cel, że odwiodę Tomka od suto zakrapianych imprez i od kolegów, którzy wciągali go w machinę pijaństwa. Niestety cel, za jaki postawiłam sobie uzdrowienie Tomka od choroby alkoholowej, okazał się trudniejszy niż myślałam, choć w moim mniemaniu, widziałam i tak duże postępy w jego zachowaniu. Tłumaczył mi, że pije okazjonalnie i że nie ma żadnego problemu z alkoholem, a moje patrzenie na problem jest nie adekwatne do tego, co się dzieje. Według niego nic się nie działo. Najgorsze było to, że zaczęłam w to wierzyć. W ogóle nie mogłam skupić się na nauce, myśląc ciągle o problemach Tomka, które dotykały mnie bardzo boleśnie. Zaczęłam wmawiać sobie, że moja małostkowość do przesady wyolbrzymia, każdy nawet błahy problem. Pochodziłam z małej wioski, gdzie mężczyźni pili z braku obowiązków, lub z nadmiaru pracy, z udręki spowodowanej brakiem pieniędzy albo z nudów. Tu w mieście piło się dla zabawy, dla chwilowej rozrywki, a później wszystko wydawać by się mogło wracało do normy. Tomek również ciężko pracował, studiował, musiał utrzymać kawalerkę i siebie, więc ten nadmiar obowiązków odreagowywał alkoholem, tłumaczyłam sobie, gdy zaczynałam wątpić w naszą miłość. Październik był wyjątkowo piękny. Liście przybrały złote barwy, chłodny wietrzyk smagał opalone jeszcze po lecie twarze, a w parku, w którym najczęściej spotykałam się z Tomkiem, przesiadywali staruszkowie, którzy wspominali swoje młodzieńcze lata. Lubiłam ich obserwować, jak czule trzymali się za ręce, rzucając chleb i orzechy, wiewiórką i wróblą, które podbiegały do nich w ogóle nie czując strachu. Czas niemiłosiernie mi się dłużył, gdy musiałam czekać na Tomka, który zawsze się spóźniał. Gdy już przyszedł robił wrażenie spiętego i zestresowanego. Nigdy się nie uśmiechał, zawsze miał poważną zasępioną minę, zaciśnięte palce dłoni i agresywny ton głosu. Byliśmy razem już sześć tygodni. Ciągle nalegał, abym w końcu dała się zaprosić do jego mieszkania na kolację ze śniadaniem, ale ja odmawiałam nie będąc wciąż gotowa na to, aby pójść z mężczyzną do łóżka. Im dłużej jednak byliśmy razem, tym trudniej było mi wyszukiwać coraz to nowsze wymówki, aby tylko odłożyć w czasie „mój pierwszy raz”. Tomek naciskał coraz bardziej, strasząc mnie rozstaniem, jeżeli nie zacznę się podporządkowywać jego potrzebom. Robił się bardzo agresywny i szorstki, coraz częściej czułam od niego odór wódki lub taniego wina, które przyprawiały mnie o mdłości. Tamtego dnia w parku czekałam wyjątkowo długo na Tomka. Myślałam, że dziś już nie przyjdzie, bo zdarzało mu się czasem umówić ze mną i po prostu bez tłumaczenia nie przyjść. – Cześć Hania – powiedział Tomek, jakimś zmienionym głosem. Przyszedł z zupełnie innej strony parku niż zawsze. Zdziwił mnie jego wygląd, obłąkańczy wyraz oczu i zaciśnięte usta. – Cześć Tomuś, co się z tobą działo? Czekam tu na Ciebie od dwóch godzin. – powiedziałam wystraszona – Jesteś pijany! – Przestań już z tym pijaństwem, dostałaś chyba jakiegoś obłędu na tym punkcie, chodź idziemy do mojego mieszkania – powiedział z rozkazem w głosie i wziął mnie mocno pod ramię. Nie wiedziałam, co mu jest, był agresywny i bardzo zdenerwowany. Poszliśmy w kierunku jego kawalerki, która znajdowała się o jakieś dziesięć minut drogi od mojego akademika. – Chcę się z tobą kochać i nie próbuj znowu żadnych wykrętów. – powiedział stanowczym głosem – Wystarczająco długo znosiłem twoje dziecinne wybryki. Wystarczy! Moja cierpliwość się wyczerpała. Muszę odreagować stres, a ty mi to ułatwisz. – Powiedz mi, co się stało, dlaczego jesteś taki zdenerwowany? – zapytałam. Nie wiedziałam, co w niego wstąpiło, strachem napawał mnie jego agresywny ton głosu, napastliwy wzrok i mocno zaciśnięte wargi. Czułam tylko jak próbuje zmusić mnie do czegoś, do czego w ogóle nie miałam ochoty. Jego potężne ciało górowało nad moją drobną posturą, broniącą się jakby przed falą rozżarzonej lawy, która chce wypalić we mnie ostatni okruch godności. W pewnym momencie ocknęłam się jakby z długiego snu. Leżałam na małym tapczanie, w jakimś brudnym pokoju, ze zniszczoną posadzką i popękanymi meblami. W ustach czułam smak krwi i ból lewego policzka, uświadamiając sobie w pewnym momencie gdzie jestem i co się stało. Zostałam zbrukana przez człowieka, który siedział naprzeciwko mnie, pił piwo i palił śmierdzącego papierosa. Czułam nicość, pustkę, upokorzenie i wstręt. Ból fizyczny rozdzierał moje ciało, nie mogłam się ruszyć, żeby wstać i ubrać ciuchy, które rozdarte, leżały na ziemi. Brzuch bolał niemiłosiernie, a serce waliło tak szybko i głośno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie zamieniłam z Tomkiem ani jednego słowa, nie miałam na to siły, ani ochoty. Popatrzyłam mu w twarz, na którym widniał ironiczny uśmiech. Ubrałam się i jak w amoku opuściłam mieszkanie. Było już późno, więc nikt nie zwracał uwagi na rozwaloną wargę i ranę na policzku. Wróciłam do akademika, gdy wszyscy już spali. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, nie chciałam nikogo widzieć, ani z nikim rozmawiać. Przepłakałam całą noc, ból psychiczny nie dawał mi spać, a w mojej głowie tłoczyło się tysiące myśli i słów. Po raz kolejny od dłuższego czasu zatęskniłam za rodzinnym domem, łąkami porośniętymi mleczem i makami, za ukochaną matką i ojcem, spokojem, ciszą i bezpieczeństwem. Nie mogłam wybaczyć sobie, że spotkałam na swojej drodze, tak okrutnego człowieka, który wykorzystał moją czystość i naiwność. Chciałam płakać i krzyczeć w głos. Tysiące obrazów pojawiało się w mojej świadomości. Nie wiem, dlaczego, po raz kolejny w życiu, czułam ogromną nienawiść do mojej siostry. Uważałam, że jest winna temu, co się stało. To przez nią wyjechałam z domu, żeby udowodnić jej i rodzicom, że jestem o wiele więcej warta niż im się wydawało. Kogo jednak obchodziło moje życie? Dlaczego zawsze musiałam udowadniać komuś ciągle, jaka jestem? – myślałam, przykładając do policzka zimny lód, obwinięty w starą szmatę. Mama z Kubusiem wrócili od Pani Lodzi, zaraz po wieczorynce. Ja wciąż siedziałam na tarasie, rozmyślając o przeszłości. Mama zauważyła, że mam mokre policzki i podkrążone oczy. Nic nie mówiła, wzięła mnie pod rękę i weszłyśmy do małej kuchni, aby zjeść kolacje. Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, rozmyślając o tym co przygotujemy jutro na obiad, oraz o której mama zabierze Kubusia do kościoła. Jak co sobotę późnym wieczorem brałam dzban nagrzanej od słońca deszczówki, wlewałam do dużej misy, zamontowanej na stałe w naszym małym ogrodzie i zanurzałam się w niej po szyje. Nie było nic bardziej cudownego niż zapach akacji rosnącej obok, ptaków śpiewających donośnie, szelestu traw rosnących dziko zaraz za płotem i cichego szumu jeziora, okalającego wieś od północnej strony. Czułam niewysłowiony spokój, choć tępy ból brzucha był dziś wyjątkowo nieznośny. Przyzwyczaiłam się już do tego stanu, mimo że wspomnienia pozostały we mnie na zawsze i mimo upływu lat wracały do mnie, jak śnieg na zimę. Położyłam się do łóżka około pierwszej w nocy. Rozglądałam się dookoła, sprawdzając czy jestem bezpieczna w swoim pokoju i czy wszystko jest na swoim miejscu. Ból tej nocy nie dawał mi spokoju, postanowiłam zaparzyć zioła i wróciłam z powrotem do pokoju. Usiadłam w starym fotelu i patrzyłam w gwieździste niebo do samego ranka wspominając przeszłość. W parę dni po zdarzeniu z Tomkiem czekałam na Magdę w małej kafejce nie daleko akademika. Nie było tłoczno, a zegar wybijał godzinę dwunastą w południe. Nie wiedziałam, dlaczego Magda, tak bardzo nalegała na spotkanie ze mną w jakimś ustronnym miejscu, chociaż mieszkałyśmy w jednym pokoju akademickim. Nie miałam ochoty spotykać się z kimkolwiek, ale dla Magdy zrobiłam wyjątek, bo nie widziałyśmy się od czasu jej wyjazdu do Austrii, gdzie wyjechała przed dwoma tygodniami w odwiedziny do ojca. Tomka również nie widziałam od paru dni. Nigdy nie czułam większego wstrętu do mężczyzny, toteż spotkanie z nim wcale nie należałoby do przyjemności. Zamyślona popatrzyłam na ciastko z kawą, które zamówiłam, a którego wcale nie miałam ochoty zjeść. – Cześć Hania – powiedziała stonowanym i wyjątkowo spokojnym głosem Magda. – Cześć Madzia, miło Cię widzieć. Nie mogłyśmy się spotkać w pokoju? – powiedziałam zdenerwowanym głosem. – Będę z tobą szczera Haniu. Wiem wszystko. Wiem, co zrobił ci Tomek! Dlatego chciałam pogadać na osobności. – Jak to? Skąd o tym wiesz – niedowierzałam temu, co mówi. Jak ona mogła się o tym dowiedzieć? Kto jej o tym powiedział? – Tomek, zadzwonił do mnie wczoraj i poprosił o spotkanie, stąd wiem, co się stało. Nie chcę go tłumaczyć, ale wyglądał na bardzo przygnębionego, powiedział, że nigdy czegoś takiego by nie zrobił i że bardzo żałuje tego, co się stało. To był impuls, chwila zatracenia. – Dlaczego przyszedł z tym do ciebie, a nie do mnie? Przecież to ja byłam jego ofiarą, to mi należą się wyjaśnienia. – oznajmiłam ze łzami w oczach. – Wiedział, że wywalisz go za drzwi, był naprawdę bardzo przejęty, nie wiedział, co w niego wstąpiło. Wspomniał również o tym, że zapisał się do ośrodka leczenia uzależnień, żeby tylko przekonać cię o tym, że chcę się zmienić i zacząć wszystko od nowa. Słowa koleżanki, były dla mnie niczym balsam na rozdrapaną ranę. Czułam, że mogę jej ufać, że Magda chcę mi pomóc być szczęśliwą. Gdy wracałyśmy do naszego akademika, tysiące myśli biło się w mojej głowie. Pomyślałam, że może warto zaryzykować, może to ja sprowokowałam go do takiego zachowania. Był pijany. Nie panował nad sobą. Kto wie, może w ośrodku uzależnień pomogą mu wyjść na prosto. Szybko jednak wróciły wspomnienia tamtego dnia, rozrywający ból, przerażenie, lęk i strach przed człowiekiem, któremu ufałam całym swoim sercem. Po powrocie do akademika w naszym pokoju czekał Tomek z bukietem kwiatów. Magda musiała z nim wszystko ukartować. Nie miałam jednak sumienia wyjść i zostawić ich samych. Wzruszyłam się tak bardzo, gdy zobaczyłam jego smutną, skruszoną twarz, że łzy same poleciały mi po policzkach. Kochałam go, mimo wszystko kochałam go bardzo. Wierzyłam, że nam się uda, że pokonamy walkę z jego alkoholizmem i że stworzymy szczęśliwy związek. Minęło kilka tygodni od czasu, gdy ponownie zostaliśmy parą. Byłam bardzo szczęśliwa, dużo rozmawialiśmy, spacerowaliśmy, wyjeżdżaliśmy na pikniki za miasto. Tomek był czuły, troskliwy i bardzo opiekuńczy. Czasem jego zachowanie niepokoiło mnie, szczególnie wtedy, gdy przychodziłam bez zapowiedzi do jego mieszkania. Był wtedy bardzo zdenerwowany i kontrolował każdy swój ruch, bywał przy tym agresywny i nerwowy. Moje wątpliwości jednak szybko pierzchły, gdy czekał na mnie pod akademikiem z bukietem kwiatów lub czekoladkami. Wreszcie czułam się naprawdę kochana. Od paru dni bardzo źle się czułam. Mdłości, zawroty głowy, uczucie osłabienia sprawiały, że coraz gorzej znosiłam długie i wyczerpujące wykłady. W połowie miesiąca moją uwagę zwrócił fakt, że nie dostałam miesiączki. Nigdy tego nie kontrolowałam, tym razem jednak zwróciło to moją czujność. Opowiedziałam o tym Magdzie, która zaproponowała, abym zrobiła test ciążowy. Na początku nie chciałam o tym słyszeć, postanowiłam jednak w ciągu kolejnych dwóch tygodni, że kupię test i upewnię się, czy faktycznie jestem w ciąży. Mdłości ustąpiły miejsca wymiotom i całodziennej senności. Całkowicie odpuściłam sobie wykłady, a na ćwiczenia chodziłam tylko wtedy, kiedy faktycznie musiałam. Była pierwsza połowa grudnia, piątek, siedziałam w brudnej cuchnącej jakimś nieświeżym praniem łazience. Oparta o kaloryfer, płakałam rzewnymi łzami, a obok mnie stała Magda, która pocieszała mnie najlepiej jak potrafiła. Jej ciepłe słowa w ogóle do mnie nie docierały, myślałam tylko o tym, że będę miała dziecko, którego nie chciałam i którego nie kochałam. Magda podnosiła mnie na duchy, zapewniała, że na pewno dam sobie radę z pomocą Tomka, który na pewno bardzo ucieszy się na wiadomość o ciąży. Będzie w końcu ojcem, który będzie musiał ponosić odpowiedzialność za mnie i dziecko. Mówiąc to nie wiedziała jednak o tym, że Tomek od paru dni znowu zaglądał do kieliszka, co jeszcze bardziej mnie zdołowało, bo dało w końcu do zrozumienia, że nigdy nie będę mogła liczyć na tego człowieka. W dniu, w którym, postanowiłam udać się do ginekologa, zamierzałam pójść do Tomka i powiedzieć mu o ciąży. Nie wierzyłam w to, że będzie zachwycony nowiną, ale miałam nadzieję, że zmiękczy to jego serce i postanowi zaopiekować się mną i naszym maleństwem. Zastałam go pijanego, leżącego na tapczanie, gdzie wokół walały się butelki i niedopałki. W mieszkaniu śmierdziało spalenizną i tanim winem. Demony przeszłości wróciły do mnie i wzbudziły wspomnienia o tym, że pod sercem noszę dziecko człowieka, którego jednocześnie nie znosiłam, a którego z drugiej strony było mi tak bardzo żal, jak żal jest psa marznącego na zimnie, czy dziecka, które upada na kamień i rozbija kolano łkając głośno. – Cześć – oznajmiłam zdruzgotanym głosem, gdy mocno podpity Tomek otworzył mi drzwi. – Co Ty tu robisz? Nie chcę nikogo widzieć – powiedział oschłym, agresywnym tonem głosu. Mimo wszystko weszłam do środka, choć nie miałam na to najmniejszej ochoty. W mieszkaniu śmierdziało tak bardzo, że musiałam usiąść, żebym nie zemdleć. – Musimy o nas porozmawiać – wybełkotałam przez zaciśnięte usta. – O nas? Jak to o nas, przecież nas nie ma. Nie chcę żebyś tu więcej przychodziła. Będę robił to, na co mam ochotę. Wyjdź z mojego mieszkania. – Dobrze już wychodzę. Chciałam cię tylko poinformować, że jestem w ciąży. – powiedziałam ze łzami w oczach – Dzień, w którym zrobiłeś ze mnie swoją ofiarę, wydał owoc. Miałam nadzieję, że chociaż wiadomość o dziecku ucieszy cię, choć trochę, ale widzę, że twoja egoistyczna natura pozwala ci myśleć tylko o sobie. Żegnaj. Wyszłam trzaskając mocno drzwiami. Nie chciałam widzieć tego typa i pijaka. Planowałam na zimno, że zrezygnuje ze studiów, znajdę pracę i wynajmę kawalerkę, a swoje dziecko wychowam sama i chociażbym miała przymierać głodem, dam mu godne życie. Magda czekała na mnie przed blokiem. Poszłyśmy razem do lekarza, który potwierdził moje przypuszczenia, przepisał witaminy i zalecił przebywanie w łóżku, oraz ostrzegł przed stresem i nerwami. Powiedział, że jestem bardzo słaba, a ciąża może być zagrożona, jeżeli nie zacznę dbać o siebie. Magda była jedyną osobą w tym czasie, na którą mogłam liczyć. Zrezygnowałam z wykładów i ćwiczeń, w dziekanacie powiedziałam, że będę uczyć się w domu, a egzaminy będę zdawać w terminie z innymi studentami. Na początku jednak wydawało mi się to mało realne, bo cały dzień potrafiłam przespać, a od czytania książek i notatek bolała mnie głowa i oczy. Do rodziców w ogóle nie jeździłam, tłumacząc się nauką i przygotowaniem do egzaminów. Mama zaczęła się o mnie martwić, zauważyła, że mam bardzo słaby głos i mówię bez entuzjazmu. Tłumaczyłam się obowiązkami i brakiem witamin, który zawsze towarzyszył mi w zimie. Magda zaś na bieżąco dostarczała mi informacji na temat Tomka. Mówiła, że wpadł w złe towarzystwo, całkowicie opuścił się na studiach i zagląda do kieliszka jeszcze częściej niż dawniej. Jest przy tym bardzo agresywny i oczekuje spotkania ze mną i wyjaśnienia całej sytuacji. Święta Bożego Narodzenia spędzałam sama w akademiku. Mama szlochała do słuchawki, gdy dowiedziała się, że nie przyjadę. Po raz pierwszy w życiu Wigilię spędzali samotnie. Zdziwiłam się, gdy mama oznajmiła mi, że pod koniec stycznia do Polski wraca Anka. W ostatnim liście z przed miesiąca, pisała, że zostaje we Francji do wakacji. Wstrząsnął mną jakiś tajemniczy dreszcz. Przygnębiał mnie fakt, że moja siostra wróci szczęśliwa ze swoim ukochanym, z zaplanowaną datę ślubu, pełna nowych planów i nadziei na przyszłość. Nie chciałam jednak, w tym momencie myśleć o negatywnych rzeczach, ważny był teraz dla mnie spokój. Lekarz powiedział, że dzięki temu ciąża będzie się dobrze rozwijać i że w lipcu zostanę szczęśliwą mamą. Podświadomie czułam wielką radość z tego, że będę mieć dziecko. Snułam plany i marzenia, wszystko wydawało mi się łatwiejsze, życie znowu nabrało barw. Zawsze marzyłam, żeby mieć dziewczynkę, z kręconymi ciemnymi loczkami i piękną okrągłą buźką. Z chłopca też bardzo bym się cieszyła i na pewno miałby na imię Julian, na cześć mojego ukochanego poety Juliana Tuwima. Byłam taka szczęśliwa, że nawet topniejący śnieg i zabrudzone błotem ulice, nie mąciły mojej radości. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiłam się, bo akademik świecił pustkami, były w końcu święta, ale czasem zdarzało się, że krzątały się po nim panie sprzątające, lub stróż, więc nie wzbudziło to mojego niepokoju. Jakie było moje zdziwienie, gdy w drzwiach zobaczyłam Tomka. W pierwszej chwili, chciałam zamknąć mu drzwi przed nosem, ale wezbrała we mnie litość, dla tego człowieka. Tym razem nie był pijany, ale robił wrażenie mocno skacowanego. Był czerwony, miał nabrzmiałe usta i podkrążone oczy. – Czego tu chciałeś? – zapytałam oschle. Wszedł do środka, nie czekając na moje zaproszenie i spoglądał na mój lekko odstający brzuszek. Zaczynałam dopiero piętnasty tydzień ciąży, lecz mimo to, była ona już dość widoczna. – Chcę porozmawiać, mam do tego prawo, jako rzekomy ojciec dziecka – oznajmił napastliwym i agresywnym tonem głosu. – Rzekomym? Co masz na myśli? Chyba nie uważasz, że zmyśliłam fakt, że to ty jesteś ojcem mojego dziecka – odpowiedziałam spokojnie, choć byłam…