Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Opowiadania.pl · 10 min czytania

Dla...takiej baśni

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kobieta z Magdalii Tekst ze zdjęciami możecie zobaczyć na http://kobieta-z-magdalii.kobietnik.pl/2012/02/dlatakiej-basni.html

Baśń czas zacząć. Dawno, dawno temu, w odległej krainie, u podnóża wysokich, białych gór, zatopione w bujnej zieleni palm i pyle wzbijanym przez wiele spieszących gdzieś stóp, było sobie czerwone miasto. Miało dziesiątki ulic i uliczek, setki bram i tajemniczych przejść i tysiące okien. Za ozdobnymi, kutymi kratami każdego okna stał człowiek, który miał do opowiedzenia ciekawą historię lub coś niezwykłego do sprzedania albo coś nieziemsko dobrego do zjedzenia i niestworzenie słodkiego do wypicia czy chociażby tajemnicze spojrzenie do posłania w świat.

W drodze do pracy. Prawie każda rodzina w mieście była wielopokoleniowa, w jednym biednym mieszkaniu los dzielili dziadkowie, ich córki i synowie, ich mężowie i żony oraz dzieci, czyli wnuki dziadków. Dzieci dokazywały na ulicach lub wyciągały nieśmiało rękę do przechodniów z prośbą o drobny pieniążek lub coś do zjedzenia. Dorośli wyprowadzali za rękę staruszków na słońce i sadzali ich w wygodnym miejscu, z dobrym widokiem na to, co działo się na ulicy a sami szli zarobić na życie. W wygodnych, obszernych i kolorowych, choć biednych strojach szli plątaniną czerwonych ulic na największy w mieście plac. Mieszkańcy przedmieść wchodzili na stare miasto przez czternaście bram rozmieszczonych w wysokim murze z różnych stron. Mężczyźni w szydełkowych czapeczkach lub kapturach na głowach maszerowali dumnie, kobiety, spiesząc za nimi, rzucały ukradkowe spojrzenia ciemnych oczu aby zaraz skromnie odwrócić wzrok.

Praca, praca... Na placu rodziny rozdzielały się i każdy zajmował się swoją robotą. Synowie zamieniali się w zaklinaczy węży a kobry wyginały się wdzięcznie w takt dźwięku ich piszczałek. Inni zakładali białe czapki z czerwonym frędzlem i kręcąc głową w rytm coraz szybszej muzyki, wpadali w trans, aż frędzel zaczynał wyglądać jak śmigło nad ich głowami. Ich stroje były białe a otaczający ich muzycy, czujni na każde spojrzenie przechodniów, gotowi byli biec z wyciągniętą czapką na datki za każdym, kto zbyt długo patrzył za darmo na spektakl. Byli też muzycy, którzy przychodzili tu, by pograć dla samej radości z grania – muzyka porywała ich i gnali wokół placu na jej wysokich tonach lub opadali w pył i z głośnym piskiem hamowali na koniec utworu, by zacząć zaraz się wzbijać w kolejnym.

Kobiety, niewzruszone, zamyślone lub plotkujące zapamiętale, robiły niestrudzenie jedną szydełkową czapkę za drugą, sprzedawały słodycze, kolorowe balony lub wytwarzaną przez siebie biżuterię. Ich powiewające, barwne stroje współgrały z pomarańczem, czerwienią, żółcią i zielenią sprzedawanych nieopodal stosów owoców agawy, kopców mięty, piramidami cytrusów i stożkami warzyw. Ambra i piżmo ich perfum, porywane przez wiatr, leciały do stoisk z wonnymi olejkami – jaśminowym, różanym czy pomarańczowym, tworząc niezapomnianą i niepowtarzalną mieszankę – kwintesencję zapachu czerwonego miasta.

Tymi samymi olejkami oraz spreparowanymi krokodylami, jajami strusia, czaszkami kóz i skórkami z jeża domorośli znachorzy i uznani szamani leczyli wprost na bruku swoich pacjentów. Pomagając sobie bębenkami i głośnymi, zawodzącymi okrzykami, wzbudzali respekt ustawionych w półkola kolejnych chętnych do uleczenia lub zwykłych gapiów. Można się było uczesać lub ogolić u golibrody, wyrwać ząb (o tak! szczypce zawsze były gotowe do użytku w chętnych i sprytnych rękach ulicznego dentysty) lub wypożyczyć sztuczną szczękę, ot, tylko na czas posiłku.

Obiaaad! A jeść było co! Zaczynając od pikantnych zup, przez kuskus z warzywami lub z wyborną koziną, kurczakiem z curry, królikiem lub mięsem wielbłąda – wszystko podane w tajinach - glinianych okrągłych naczyniach z pokrywką w kształcie ściętego stożka z otworem na górze. Zawsze gorące, zawsze świeże. Wyborne ryby – grillowane w całości sardynki i anchois, duszone w białym sosie merliny lub dorady podawane w pomidorach. Owoce morza wystawiały do przechodzących swoje czerwonawe odnóża – kroczyły tłuste krewetki, dorodne homary i pękate kraby. Ślimaki wyślizgiwały się z garnków ale sprawne palce kucharzy nie pozwalały im na długie wycieczki. Do tego duszone warzywa – słodka marchewka, soczysta dynia, delikatna cukinia i miękki bakłażan. Dania okraszone morelami, śliwkami, rodzynkami, prażonymi migdałami i oliwkami. Czerwona i zielona papryka, usmażone w oliwie suszone pomidory, doprawione ostrą przyprawą harrisa, kuminem, płatkami chili, cynamonem, zielonym pieprzem i innymi aromatycznymi przyprawami - to było to, co ze smakiem i zapałem zjadali pracujący i obijający się. Jeśli dodamy do tego ryż z szafranem lub białe ziemniaki, mamy cały zestaw obiadowy. Na deser, oczywiście, małe, słodkie, ociekające miodem lub pastą z orzeszków…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dla...takiej baśni — czytnik · opowiadania