Rodzina · 25 min czytania
Dlaczego Ewidenty Krzaczasty...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
{b}Dlaczego Ewidenty Krzaczasty był w piątek od rana nie w humorze?{/b}
Pan Ewidenty Krzaczasty, zajmujący niewielkie mieszkanko w jednej z mniej liczących się dzielnic pewnego miasta, mógł z ręką na sercu powiedzieć o sobie, że jest całkowicie uporządkowanym człowiekiem, chwała Bogu. Był jedną z ostatnich osób, które można by posądzić o jakiekolwiek niezałatwione sprawy, spóźnienia i zamieszania - o bałaganie nawet nie wspominając - gdyż po prostu bał się chaosu, uważając go za przyczynę wszelkich nieszczęść.
Każdego ranka pan Krzaczasty wstawał o siódmej rano, ścielił łóżko i szedł do łazienki, gdzie spędzał równo dwanaście minut; z czego ani sekundy nie poświęcał na czesanie się, ponieważ na jego głowie nie rósł ani jeden włosek. Później, ubrany w nieskazitelny garnitur i spodnie z zaprasowanymi kantami, szedł do kuchni, w której gotował sobie przez trzy minuty dwa jajka. Zjadał je zawsze na tym samym talerzyku, popijając słabą kawą bezkofeinową. Następnie wstawiał naczynia do zlewu, by tam czekały aż jego sprzątaczka, niezastąpiona Marzenka, pozmywa. Była to prawdę mówiąc jedyna rzecz, którą mogła zająć się w jego zawsze sterylnym mieszkaniu. Po śniadaniu pan Krzaczasty wzuwał buty, zakładał płaszcz, sprawdzał w lustrze swój wygląd, brał teczkę i wychodził do pracy. W drodze na przystanek kupował zawsze Gazetę Wyborczą i czytał ją w autobusie, skrupulatnie pomijając strony poświęcone rozrywce, pogodzie i sportowi.
Pracował jako księgowy w dość znanej firmie. Zawód ten i miejsce pracy wymagały od niego dużej odpowiedzialności i pan Krzaczasty był bardzo z siebie dumny, gdyż radził sobie wyśmienicie. Nigdy nie zdarzały mu się opóźnienia i błędy, więc dyrektorzy cenili jego pracę. Nie interesowali się jednak próbami nawiązania z nim kontaktu. Wiedzieli już, że jest to niemożliwe: gdyby ktoś zajrzał do jego gabinetu i zagadał po przyjacielsku, usłyszałby suche: "pracuję!" a potem byłby całkowicie ignorowany, niezależnie od pozycji, wieku i płci. O drugiej pan Krzaczasty miał półgodzinną przerwę na lunch; zjadał wówczas sałatkę z pomidorem i wypijał szklankę soku, po czym ponownie zasiadał za biurkiem i brał się do pracy. O czwartej trzydzieści wstawał, brał teczkę, zakładał płaszcz i wychodził, mówiąc w przestrzeń krótkie "do widzenia".
Wieczory spędzał na oglądaniu wiadomości i czytaniu. Punktualnie o dziesiątej gasił światło; mieszkająca w budynku naprzeciwko matka sześcioletniego dziecka w tym samym momencie wchodziła do pokoju synka i mówiła mu "dobranoc".
Pan Krzaczasty nie lubił weekendów. Wówczas zawsze miał wrażenie, że traci czas; wrażenie to było jeszcze silniejsze, kiedy odwiedzał swoją ciotkę Ifigenię. Nie lubił ciotki, która zawsze była zbyt głośna, zbyt bezpośrednia, zbyt roztrzepana. W dodatku nie zdarzyło się, by nie przypaliła obiadu a w jej salonie panowało coś, co każdy, nie tylko pan Krzaczasty, nazwałby nieporządkiem. Mimo to w każdą sobotę, elegancko ubrany, gościł u niej na obiedzie i podwieczorku; co powiedzieliby inni, gdyby nie odwiedzał własnej rodziny? Opinia "innych" była dla pana Krzaczastego bardzo ważna.
W niedziele chodził do kościoła na godzinę dziewiątą. To była kolejna rzecz, którą uważał za stratę czasu - niby wierzył w Boga, ale na pewno nie w to, że ksiądz ma z nim kontakt - ale znowu ważniejsza była opinia sąsiadów. Gdyby zaczęli szeptać, że on, pan Krzaczasty, nie chodzi regularnie na msze...!
Pozostałe godziny upływały mu spokojnie na czytaniu gazet politycznych i ekonomicznych.
Pewnego dnia pan Krzaczasty obudził się w bardzo złym humorze. Był piątek, a to oznaczało, że już jutro będzie musiał iść na obiad do zwariowanej ciotki Ifigenii, która bez wątpienia znowu uraczy go nieco zwęglonym kotletem, rozgotowanymi ziemniakami i jakimś warzywem bez soli, a ponadto po raz kolejny zacznie mu opowiadać, jakie to ważne, by wreszcie wyjechał na wakacje, choćby tygodniowe. Jakby wakacje miały mu poprawić humor, doprawdy! Komary, jakieś lokum z popsutym kranem, twardym, prehistorycznym łóżkiem, kiwającymi się na wszystkie strony krzesłami, błotem na podłodze i wrzeszczącymi, włóczącymi się wszędzie bachorami. Niestety, ciotka była tak samo uparta, jak on sam.
Część 22 / 6
Pogrążony w niewesołych rozmyślaniach, pan Krzaczasty machinalnie podniósł leżące na kaloryferze, świeżo uprane skarpetki - i nagle zamarł. Oto na białej bawełnie wyraźnie odcinały się szare łapki kota! Ba! nie musiał zakładać okularów, by zobaczyć kilka rudych włosów.
Kot! Pan Krzaczasty nienawidził tych leniwych, obłażących futrem, wałęsających się wszędzie stworzeń z błyszczącymi oczami. W życiu nie wpuściłby żadnego do mieszkania! A tutaj, proszę! Ślady łapek i kilka włosów. Bez wątpienia to ta bestia sąsiada, przelazła przez murek dzielący ich wspólny balkon, wślizgnęła się przez uchylone - z polecenia lekarza - okno i wykorzystała bezczelnie fakt, że latem pan Krzaczasty włączył na jedną noc elektryczny grzejnik! O, porozmawia on sobie z sąsiadem, powie mu, co myśli o takim zachowaniu!...
Ewidenty Krzaczasty był wściekły. Przez to głupie stworzenie stracił już dobre pięć minut, nie mówiąc o tym, że, mając pobrudzone wszystkie pary skarpetek, będzie musiał wybrać jedną z nich.
W milczeniu udał się do łazienki, biorąc po prostu pierwszą parę z brzegu. Właśnie kończył wiązać krawat, kiedy w mieszkaniu coś przenikliwie zawyło. Podskoczył, omal nie zrzucając ze szklanej półeczki pod lustrem płynu po goleniu i szczoteczki do zębów. Poprawił je odruchowo, przypominając sobie niejasno, że podobny, jedynie nieco stłumiony, dźwięk słyszy, kiedy dzwoni do drzwi ciotki Ifigenii. U niego ten sygnał rozlegał się tak rzadko, że wcale go nie pamiętał.
Pan Krzaczasty sprawdził w lustrze swoje odbicie i, ubrany jak zwykle elegancko, tyle że wciąż w domowych, skórzanych kapciach, udał się niechętnie do przedpokoju. W wizjerze ujrzał niewysoką osóbkę z dwoma blond warkoczykami i w dżinsowej czapeczce na głowie. Osoba ta miała również na sobie, jeśli dobrze widział w tym półmroku, powyciągany podkoszulek i obszarpane dżinsy. W lewej ręce trzymała jakąś torbę.
Domokrążca?, zdziwił się pan Krzaczasty, odchodząc od wizjera. Nie otworzył, zresztą po co miałby to robić? Nie znał tej dziewczynki...
Wchodził właśnie do kuchni, kiedy dzwonek zadzwonił ponownie. Zignorował go.
Dzwonek zadzwonił trzeci raz.
Pan Krzaczasty stanowczym krokiem zawrócił i gwałtownie otworzył drzwi.
Część 33 / 6
- No, nareszcie! - usłyszał donośny głos małej. - A już się bałam, że wujek poszedł dziś wcześniej do pracy.
Wujek? Jaki wujek, przecież on niczyim wujkiem nie jest! Jedyną jego bliską rodziną jest ciotka Ifigenia, która... ...Która ma syna, a ten syn z kolei...
- Jestem Klara Krzaczasta - odezwała się jeszcze raz dziewczynka. - Dzień dobry.
- Dzień dobry - mruknął pan Krzaczasty, próbując uświadomić sobie, że nie śpi i faktycznie stoi o siódmej dwadzieścia na progu własnego mieszkania, ubrany w szary garnitur, szary krawat, śnieżnobiałą koszulę, szare spodnie, białe skarpetki z niemal niewidocznym odciskiem łapki na jednej z pięt i czarne, skórzane klapki a przed nim znajduje się obszarpana dziewuszka, najwyraźniej w świecie wnuczka jego cioci.
- Przepraszam, że tak wcześnie... Ale mama jest w szpitalu i babcia, która dzisiaj ma malowanie ścian, powiedziała że nie ma rady, muszę do wujka do domu, a jak nie złapię tutaj - to do pracy. Bo ja jestem bardzo samodzielna i mogę spokojnie jeździć autobusami, ale nie wolno mi cały dzień siedzieć samej w domu, u niej jest malowanie i zostaje tylko wujek... - wyrzuciła z siebie niemalże jednym tchem.
Pan Krzaczasty spróbował to zrozumieć. Miał wrażenie, że jakimś cudem dokonał tej sztuki.
- A nie możesz po prostu iść do szkoły?
- Ależ wujku! Mamy wakacje, szkoła zamknięta!
Część 44 / 6
Fakt. Wakacje dla dzieci to okres nieróbstwa, ganiania po podwórkach i wyjeżdżania na jakieś obozy i kolonie, gdzie z zamiłowaniem oddają się dalszemu nieróbstwu, tyle że w licznym towarzystwie osób równie głośnych jak one same.
- I nigdzie nie wyjechałaś? - zapytał.
- Wyjechałam... Ale już wróciłam. Więc jak? Wujek mnie weźmie do pracy czy zostawi tutaj? Bo ja wiem, że nie zostanie, praca jest ważna, babcia mi mówiła.
- Ale dlaczego babcia cię przynajmniej nie odwiozła do mnie? Samodzielność samodzielnością, ale jeżdżenie przez obce miasto w twoim wieku jest niebezpieczne.
- Mam trzynaście lat - oznajmiła z dumą. - Skończone tydzień temu. I mogę jeździć. Nawet muszę, dojazdy pochłaniają masę czasu a rodzice nie mogą mnie odwozić. Więc to nie jest niebezpieczne.
Pan Krzaczasty już otwierał usta, by zwrócić jej uwagę na kompletny brak logiki w jej stwierdzeniu, ale przypomniał sobie, że się spieszy i zamknął usta. Im prędzej sobie wszystko wyjaśnią, tym lepiej.
- A babcia - kontynuowała Klara - ma malarzy na ósmą, czyli nie zdążyłaby mnie odwieźć i wrócić przed ich przyjściem.
- Rozumiem... - mruknął pan Krzaczasty, który za jedną ze swoich największych zalet uważał umiejętność dostosowania się do sytuacji. Że dziecko jest faktycznie jego krewną, wierzył bez zastrzeżeń - kiedy tylko minął pierwszy szok, zaczął dostrzegać znajome rysy twarzy; oczy koloru i kształtu ciotki Ifigenii, jego własny podbródek, coś znajomego w tym, jak układała się grzywka; ta kwestia była jasna. Błyskawicznie rozważył możliwości - do biura jej za nic nie weźmie, będzie przeszkadzać, ubiór też ma nie do przyjęcia, a dyrektor naczelny krzywo patrzy nawet na minutowe odwiedziny latorośli swoich pracowników, które właśnie zapomniały klucza. Zostawienie jej w domu? Koszmar. Na pewno coś zniszczy albo nabałagani. Ale to mógł zrobić, natomiast nie mógł jej ani zostawić na klatce, ani oddać komuś innemu pod opiekę - jakby to wyglądało? - ani też wziąć do pracy.
Część 55 / 6
- Wejdź, proszę - powiedział zatem sucho. Zamknąwszy za nią drzwi, poszedł bez słowa do kuchni, próbując ukryć swoje rozdrażnienie. Najpierw kot, później ta smarkata wnuczka zwariowanej ciotki! W dodatku już się spóźniał, będzie musiał obejść się bez śniadania. Właśnie, śniadanie... Obiad. Wszystkie sprawy organizacyjne.
- Jadłaś już?
- Tak, wujku - usłyszał za sobą. - Nie jestem głodna.
- To dobrze. O dwunastej przyjdzie pani Marzena, powiesz jej, żeby ugotowała ci obiad - pan Krzaczasty mówił szybko i władczo. Zaraz wychodzę, ty tutaj siedź, nikomu nie otwieraj, nie rób bałaganu. Telefon, gdyby coś się stało, jest w dużym pokoju, tam również są książki; ale pamiętaj, żeby przedtem umyć ręce, podczas czytania nie zaginać rogów, nie niszczyć - a później odstawić na miejsce. I uważaj na słonie - dodał z naciskiem.
- Słonie?
- Ze szkła. Stoją na jednej z półek w dużym pokoju.
- Uhm, jasne. W domu mamy kolekcję kotów. Też ze szkła. Często na nie patrzę i jeszcze żadnemu to nie zaszkodziło...
- Dobrze - pan Krzaczasty zakładał już buty, więc ograniczył się tylko do tego krótkiego komentarza; prawdę mówiąc jednak nie był wcale uspokojony. - Zapamiętałaś wszystko?
Część 66 / 6
- Marzenka o dwunastej, powiedzieć o obiedzie, siedzieć, nie otwierać, nie robić bałaganu, telefon i książki w dużym pokoju, nie niszczyć, umyć ręce, uważać na słonie - wyrecytowała i spojrzała na wujka, oczekując pochwały.
- Pamiętasz - rzucił sucho, oddychając jednocześnie z ulgą. Jeżeli pamięta teraz, może zdoła utrzymać tę wiedzę aż do jego powrotu z pracy. Chociaż szczerze w to wątpił. Cóż, jutro zobaczy się i tak z ciotką Ifigenią, powie jej co myśli o pomyśle wysyłania do niego córki swojego kuzyna - i to przez całe miasto! A jakby się coś stało, na kogo spadłaby odpowiedzialność?
Spojrzał na zegarek i z przerażeniem zauważył, że już powinien iść na przystanek. Jak on nie lubił, kiedy dzień od samego rana biegł zupełnie innym trybem niż zwykle! Później zawsze bardzo bolała go głowa.
- Wychodzę - oznajmił. - Numer do biura jest w notesie koło telefonu. Powinnaś dać sobie radę - rzucił jeszcze sucho, spojrzał ostatni raz na nieskazitelne mieszkanie, na stojącą w przedpokoju Klarę w obszarpanych spodniach, pokręcił z rezygnacją głową i wyszedł.
- Papa, wujaszku, miłego dnia! - usłyszał, kiedy zamykał drzwi na klamkę.
- Wzajemnie - odmruknął. "Wujaszku?" On wujaszkiem dla kogokolwiek?
O, ten dzień na pewno nie będzie miły!, pomyślał, czując jak rozdrażnienie powiększa się coraz bardziej i bardziej.
Kiedy zorientował się, że już nie zdąży sobie kupić Gazety Wyborczej, poczuł, że jest bardzo, ale to bardzo zły. Nie