Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kultura · 8 min czytania

Dlaczego klasycy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dlaczego klasycy

To był niesamowicie duszny wieczór. Powietrze było ciężkie, a wiatr tylko czasem docierał w wąskie uliczki, by ulżyć tłumom oczekującym na zmianę. Duszność nie była jednak cechą tylko tego miasta... Mimo wszystko Francuskie Maroko było miejscem niezwykle spokojnym jak na owe dni. Gorzkie słońce i uginające się pod brzemieniem południa palmy stanowiły niejednokrotnie ratunek lub chociaż wytchnienie dla zagubionych rzeszy...A właśnie – Rzeszy... To od niej uciekali jak najdalej i tylko mroczną tajemnicą ich sumienia było to, co zostawili za sobą. Każdy miał swoje rany i niczyje nie były jeszcze zabliźnione na tyle, by wyciągać je na światło dzienne w upalnym słońcu Casablanki. Miasta ucieczki i nadziei –oazy, z której mimo wszystko większość chciała się wydostać. Oczekiwali więc miesiącami na wizy i pozwolenia, by odlecieć do Portugalii i dalej – do Stanów.. Świat tonął w strachu i chaosie, ale życie toczyło się dalej... Lecz było tam coś jeszcze. Coś, czego nie można było dostrzec w strachu i w oczekiwaniu. Pod pokrywą wojny krył się nieco odmienny świat. Ale nie każdy go dostrzegał. Tylko ktoś nieobciążony wojną i niepewnością mógł doszukać się tego nieokreślonego, fascynującego uroku. Ktoś wchłaniający tamtejsze realia w specyficzny sposób – wynikający właściwie z natury tych dni, a jednak schowany pod czarnym, grubym płaszczem. Ten urok czaił się w cieniu zastraszonych wojną palm, nabierając smaku i rozmachu za zamkniętymi drzwiami, opatrzonymi rozświetlającymi ciemność neonami. To łączyło go z resztą świata. A on, jak na złość, tkwił w Casablance z własnego wyboru. Może oszukiwał sam siebie, może nie znalazłby sposobu by otrzymać wizę, ale wcale nie miał zamiaru opuszczać miasta i to w jego odrobinę cynicznym mniemaniu czyniło go wolnym człowiekiem. Jednym z nielicznym wolnych tego świata. Tak naprawdę jego wolność polegała na braku realnych, uczuciowych więzi ze światem poza miastem. Uciekał z Paryża, owszem. Ale tam również czuł się jak w jednym z tych wspaniałych miejsc na ziemi gdzie słychać muzykę, zadymione kluby i lokale. I jedyną trwogą tego człowieka było znalezienia odpowiadającego mu miejsca, gdzie mógłby napić się dobrej wódki i poznać uroczą, młodą damę. Oczywiście starsza też mogła być, bo wbrew pozorom uwielbiał urozmaicenie i niespodzianki. Dlatego w dziedzinie stosunków damsko-męskich uważał się nie tyle za uwodziciela i zdobywcę (jak większość tych facetów w jasnych garniturach z papierosem w ręce), co za odkrywcę i badacza – wręcz naukowca. A przede wszystkim za dżentelmena. Może w tych przejściowych, niepewnych dniach między jednym światem a drugim słowo to miało lekki posmak cynizmu, ale mimo wszystko odpowiadało naszemu bohaterowi. Lekki, jasny garnitur i obowiązkowa ciemna muszka, a w ręce szklaneczka. Whisky na dni zabaw i wrażeń, wódka na refleksyjną, kameralną aurę dusznych wieczorów. Wieczór, w którym właśnie tkwił po uszy nasz bohater był jednym z tych wybitnie wódecznych. Gdy koniec popołudniowej drzemki jak co dzień zakradł się do niego jako zwiastun długiego wieczoru, kąpiel, a potem ulubiony strój wieczorowy popchnęły go w objęcia nocy u Ricka. To była właśnie świątynia, której obawiał się nie znaleźć wyruszając ze swojego przytulnego, siwego Paryża. Rick’s Cafe było miejscem gdzie przebywała wieczorami cała śmietanka. I tam właśnie tkwił cały ten urok, który zdołał zgromadzić się w Casablance. Prawdziwa jaskinia jazzu, spotkań towarzyskich, flirtów i namiętności. O to właśnie chodziło naszemu dżentelmenowi i to właśnie bez trudu i ku swojemu zadowoleniu znaleźć mógł u Ricka w tamte dni. Dochodziła dziesiąta. Siedział nieruchomo w kącie sali, na razie samotnie. Oczywiście wybrał ten stolik co zwykle – z widokiem na drzwi i całą salę skąpaną w delikatnym świetle i melodyjnej poświacie jazzu. Niedaleko urzędował Sam – nadworny pianista Ricka. Właśnie zabierał się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%